Artykuł Filozofia polityki

Adam Grobler: Program partii programem narodu

Tak brzmiało hasło demokracji ludowej, czyli socjalistycznej. Od dwudziestu kilku lat mamy demokrację bezprzymiotnikową. Jednak Democracy Index 2014 lokuje nas wśród krajów świata na 40. miejscu i zalicza do „wadliwych demokracji”.

Najnowszy numer: Oblicza sprawiedliwości

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Najnowszy numer można nabyć od 1 czerwca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2018 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Tekst ukazał się w „Filozofuj” 2015 nr 5, s. 15–16. W pełnej wersji graficznej jest dostępny w pliku PDF.


Większość to za mało

Procedury wyborcze i wolności obywatelskie mamy na poziomie wyższym od niektórych spośród 24 krajów w pełni demokratycznych. Problemy tkwią zatem gdzie indziej. Nie będę próbował dociekać ich społecznych źródeł. To bowiem zadanie dla socjologa. Mogę natomiast pokusić się o filozoficzną diagnozę usterek naszej demokracji. Dokładniej: o pokazanie braków edukacji filozoficznej, które odciskają się na naszym życiu politycznym.

Głównym z nich jest błędne przekonanie, że demokracja jest rządem większości. Żywił je nawet pierwszy demokratycznie wybrany prezydent RP, Lech Wałęsa. Tymczasem ten pochodzący z greki termin oznacza rządy ludu. Ludu niepodzielnego, sprawującego swą władzę – w myśl formuły wypracowanej przez Jean-Jacques’a Rousseau (Umowa społeczna, 1762) – stanowiąc prawo będące wyrazem Woli Powszechnej. Rzecz jasna, Wola Powszechna nie ma własnego głosu i przemawia tylko w wyborach, w których uczestniczy cały lud: bezpośrednio w referendum lub za pośrednictwem swoich przedstawicieli w parlamencie. W głosowaniu decyduje większość, bo jednomyślność w normalnej demokracji, a nie demokracji szyderczo zwanej ludową (socjalistyczną), jest zjawiskiem nienormalnym.

Większość to wszakże za mało, by prawo przez nią stanowione było demokratyczne. Wyobraźmy sobie, że praworęczna większość przegłosuje ustawę, w myśl której leworęczni muszą im czyścić buty. Oto prosty przykład działania nie demokracji, lecz tyranii większości. Że absurdalny? No, dobrze. Podam bardziej konkretny. Dostałem kiedyś od swojego byłego studenta zaproszenie do podpisania petycji w obronie krzyża wiszącego na sali sejmowej. Bo katolicka większość… Co z tego, że większość? Kto, powołując się na demokrację, żąda powieszenia w miejscu publicznym (co innego w miejscu prywatnym) symbolu swojej religii, ten musi takie samo prawo przyznać wyznawcom innych religii. Albo krzyż, gwiazda Dawida, półksiężyc i symbol Latającego Potwora Spaghetti, albo żadne z nich. Prawo stanowione przez lud nie może dzielić ludu na katolików i niekatolików, „prawdziwych” i „nieprawdziwych” Polaków ani na jakiekolwiek inne frakcje. Musi odnosić się do każdego obywatela jednakowo.

Partie nieszukające kompromisu

Podstawowe nieporozumienie co do istoty demokracji mocno odciska się na naszych obyczajach czy raczej nieobyczajności w polityce. Utarło się, że koalicja przeprowadza swoje projekty ustaw, nie bacząc na sprzeciw opozycji, która zresztą zajmuje się wyłącznie oprotestowywaniem każdego pomysłu rządu. W parlamencie, rzecz jasna, zasiadają przedstawiciele partii. Wyraz „partia” pochodzi od łacińskiego pars = część. Zadaniem partii jest bronić interesu tej części ludu, którą reprezentuje. Bronić znaczy zajmować określone stanowisko wyjściowe w negocjacjach zmierzających do uzgodnienia kompromisu możliwie szeroko uwzględniającego sprzeczne interesy stron. Tymczasem nasze partie, czy to w rządzie, czy w opozycji, zawzięcie dążą do narzucenia wszystkim własnego stanowiska. W ten sposób znowu realizuje się hasło „program partii programem narodu”, z tym że partie u władzy się zmieniają.

Oczywiście, nasza demokracja, aczkolwiek wadliwa, nie tylko tym różni się od demokracji „ludowej”, którą Democracy Index z pewnością zaliczyłby do systemów autorytarnych. Rządy nie kontrolują dziś gospodarki, prasy, telewizji, obiegu książki, nie mianują dyrektorów ani profesorów, nawet nie drukują banknotów wedle swej woli. W każdym razie wpływ rządu na te i wszystkie inne sfery życia publicznego jest mocno ograniczony przez prawo i niezależne instytucje w rodzaju Rady Polityki Pieniężnej. Niemniej dolegliwości naszej demokracji polegają głównie na tym, że wybór większości traktuje się jako upoważnienie do stronniczych rządów nad całością. Że zamiast dyskusji politycznych w celu rozwiązywania konfliktu interesów uprawia się wymianę hejtów.

Jeszcze gorzej jest, gdy ta czy inna partia ogłasza, że trzeba skończyć z kłótniami i przywrócić jedność narodu. Po pierwsze, „państwo demokratyczne nie jest narzędziem narodu, ale wspólnoty obywateli” (Leszek Kołakowski, Mini wykłady o maxi sprawach, Znak, Kraków 2003). Nie rozwijam tego wątku, ponieważ zasługuje on na osobny artykuł. W każdym razie powtarzane nieraz hasło „Polska dla Polaków” słusznie spotyka się z odzewem „Ziemia dla ziemniaków”. Rzeczpospolita Polska jest dla obywateli RP. Po drugie, w każdej wspólnocie występują różnice interesów i rzeczą partii jest zająć czyjąś stronę, zachowując zarazem gotowość do rozważenia racji przeciwnych. „Jedność narodu” jest możliwa tylko pod rządami autorytarnymi, które swój punkt widzenia, z natury stronniczy, narzucają wszystkim jako jedynie słuszny. Nikt nie ma monopolu na słuszność. Biorąc to pod uwagę, nawoływania do jedności trzeba uznać za śmiertelną groźbę dla demokracji. Podobną groźbą jest obietnica „wsłuchiwania się w głos wyborców”. Których? Tych, którym partia chętniej nadstawi ucha ku pognębieniu pozostałych. Partia oczywiście powinna rozpoznawać problemy wyborców, ale to ona ma proponować rozwiązania i korygować je w dyskusji parlamentarnej.

W stronę demokracji deliberatywnej

Znużeni ułomnością naszej demokracji, niektórzy naiwnie wzdychają do supermanów deklarujących, że „pogonią ich wszystkich”. Owszem, nie lubimy partii za ich swarliwość i fiksacje. Jednak ten, kto je ewentualnie pogoni, zostanie sam na placu boju i nie będzie miał innego wyjścia, jak objąć rządy totalitarne. Przykłady z historii są dobrze znane. Demokracja w nowoczesnym państwie nie zna innej formy od parlamentarnej. Współczesny parlament nie zna innej formy od partyjnej. Jedyną troską jest, by partie od wojennego modelu funkcjonowania ewoluowały w stronę modelu współpracy między sobą i aktywizacji politycznej obywateli: włączania ich do debaty publicznej. W stronę modelu demokracji deliberatywnej.

rodz-demokracji


Adam Grobler – profesor, dyrektor Instytutu Filozofii Uniwersytetu Opolskiego i wiceprzewodniczący Komitetu Nauk Filozoficznych PAN. Zajmuje się metodologią nauk, teorią poznania, filozofią analityczną i dydaktyką filozofii. W wolnym czasie gra w brydża sportowego. Wdowiec (2006), w powtórnym związku (od 2010), ojciec czwórki dzieci (1980, 1983, 1984, 1989) i dziadek, jak na razie, pięciorga wnucząt. Mieszka w Krakowie. WWW: http://grobler.artus.net.pl, e-mail: adam_grobler@interia.pl.

Ilustracja: Łukasz Szostak

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska. W pełnej wersji graficznej można go przeczytać > tutaj.

< Powrót do spisu treści.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy