Artykuł Ontologia

Jacek Wojtysiak: Istnienie – między banałem a tajemnicą

Nigdy nie zapomnę, gdy jako student filozofii na KUL-u po raz pierwszy miałem okazję rozmawiać ze studentami z Oxfordu. Jeden z nich zapytał: „Jaki jest twój ulubiony problem filozoficzny?”. Odpowiedziałem bez namysłu: „Problem istnienia”. „Problem istnienia?” – usłyszałem po chwili. – „Ale w czym tu problem?”.

Najnowszy numer: Filozofia czasu

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Najnowszy numer można nabyć od 23 marca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2018 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Tekst ukazał się w „Filozofuj” 2017 nr 3 (15), s. 6–8. W pełnej wersji graficznej jest dostępny w pliku PDF.


Potyczki słowne

No właśnie. Wydaje się, że problemem może być na przykład, jak to się dzieje, że drzewo, zmieniając się w różnoraki sposób, wciąż pozostaje tym samym drzewem. Trudno jednak dostrzec coś problematycznego w samym fakcie, że drzewo istnieje. Być może nawet język z powodzeniem funkcjonowałby bez czasownika „istnieć”. Zdanie „To drzewo istnieje” – w przeciwieństwie choćby do zdania „To drzewo ma pożółkłe liście” – zawiera wyjątkowo ubogą informację. Co gorsza, informacja ta jest obecna już w drugim z tych zdań, a nawet w samym jego podmiocie. Przecież mówiąc „To drzewo istnieje” i mówiąc „To drzewo”, mówimy to samo. Przy czym w drugim przypadku robimy to krócej i bez nadwyrężania gardła.

Czy jednak istnienie naprawdę jest bezproblematyczne, a czasownik „istnieć” – zbędny? Nie. Aby to unaocznić, wyobraźmy sobie, że ktoś (nieważne, czy z winy prezydent Warszawy, czy ministra środowiska) wyciął wspomniane drzewo, porąbał na kawałki i spalił. Wtedy powiedzenie o nim, że „istniało, lecz już nie istnieje”, jak najbardziej ma sens. Co więcej, informacji o tych faktach nie da się zawrzeć w samym zwrocie „to drzewo”,gdyż nie da się wskazać drzewa, które było, a nie jest.

Pójdźmy krok dalej. Kiedyś drzew w ogóle nie było, a teraz są. Jeśli chcemy słowo „być” odciążyć od nadmiaru funkcji, które powierzono mu w języku, fakt ten możemy wyrazić następująco: „Kiedyś drzewa nie istniały, a teraz istnieją”. Co to jednak znaczy? Filozofowie lubiący logikę formalną (tacy jak Bertrand Russell i Willard van Orman Quine) odpowiadają: tylko tyle, że kiedyś nic nie było drzewem (albo nie drzewowało, jeśli pozwolimy całkowicie odpocząć słowu „być”), a teraz coś (co najmniej coś jednego) jest drzewem lub drzewuje. Co jednak wtedy, gdy chcemy wyrazić pogląd, że kiedyś nic nie istniało, a teraz istnieje? Czy powiemy, że kiedyś nic nie było czymś (lub nie cosiowało), a teraz coś jest czymś (lub cosiuje)? Przyznacie, że tego, kto tak powie, potraktujemy jak dziwaka, który pomimo technicznego kunsztu nie wnosi nic do rozumienia ani istnienia, ani naszego języka. Zresztą podobnie – „byt bytuje, a nicość nicuje” – powiadał Martin Heidegger, filozof, którego dociekania nad sensem bycia były przez logików odżegnywane od czci i wiary.

Dżungla nieistnienia

Językowe problemy z istnieniem to dopiero początek. Kolejny problem pojawia się wtedy, gdy porównamy istnienie drzewa za oknem z istnieniem drzewa w książce. Przed moim domem stoi drzewo, które mogę określić jako „olbrzymi stary dąb rosnący na wzgórzu”. Tymi samymi słowy przedstawiany jest także dąb z książki Magiczne drzewo. Do obu drzew stosuje się ten sam opis. Czym się więc one różnią? Istnieniem. Ale czy w tym sensie, że pierwsze istnieje, a drugie nie? Chyba nie, bo jak można być olbrzymim starym dębem, nie istniejąc? Jeśli jednak dąb z Magicznego drzewa jakoś istnieje, to nie tak samo, jak dąb przed moim oknem. Ten drugi istnieje realnie, a ten pierwszy właśnie magicznie lub (jak powiadają filozofowie) fikcyjnie czy intencjonalnie (jako pomyślany).

Andrzej Maleszka – autor Magicznego drzewa – napisał, że jego dąb ma „w sobie ogromną, cudowną moc”. Z kolei Roman Ingarden – autor Sporu o istnienie świata – zbudował teorię istnienia intencjonalnego, czyli istnienia rzeczy, których prawie nie ma, a które mają niezwykłą moc inicjowania „niesamowitych zdarzeń” w naszych umysłach, a pośrednio także w fizycznych dziejach świata. Rzeczywiste drzewo przed mym oknem nie wywołało tyle ruchu w realnym świecie, ile fikcyjny dąb z Magicznego drzewa.

Zapytajmy jeszcze, czy istnieją drzewa, o których nikt nie myśli i które także nie są realne? Być może są nimi drzewa możliwe. Na przykład małe klony przed mym oknem, których realnie nie ma i o których nikt nie myśli. Oj, właśnie je pomyślałem, ale pomyślcie, że nie pomyślałem – że po prostu mogą tu być jeszcze klony. Ile? Jeden, dwa, trzy, ale nie więcej – więcej się nie zmieści. Istnieją one ani realnie, ani fikcyjnie, tylko potencjalnie (jako możliwości). Czwarty zaś klon w ogóle nie istnieje. Nie ma dla niego miejsca ani na podwórzu, ani w wyobraźni mieszkańców.

Sytuację czwartego klonu możemy określić jako poza-bycie. Tak Alexius Meinong, twórca teorii przedmiotów nieistniejących, nazywał niektóre z istności, o których prawdą jest, że ich nie ma. Klony bez miejsca, nie-drewniane drzewa, złote dęby – oto wybrane okazy tzw. dżungli Meinonga (zob. tekst na s. 9–11). Szkoda tylko, że choć tak samo fantastyczne jak Drzewce lub Drzewacze Tolkiena, nie mają w sobie ich czaru. Pomimo tej fantastyki Meinong w jednym miał rację: za każdym przedmiotem, choćby nie istniał, ciągnie się istnieniowa broda (tzw. broda Platona): gdy tylko zaczynamy o nim mówić, jego istnienie lub coś istnienio-podobnego wraca. Król Francji nie istnieje, ale jakoś jest lub bytuje, skoro możemy twierdzić o nim, że nie istnieje. Podobno kwadratowe koło ma się jeszcze gorzej – ono nawet nie bytuje, ale skoro wydajemy o nim takie sądy, musi przynajmniej poza-bytować. Oczywiście, możemy powiedzieć „nic nie jest kwadratowym kołem”, ale – jak widzieliśmy – taka strategia też prowadzi do kłopotów.

Istota istnienia

Z nieistnienia wróćmy do istnienia. Czym ono jest? George Berkeley, najsłynniejszy filozof spośród biskupów, dał taką odpowiedź: „istnienie polega na byciu postrzeganym czy poznawanym”. Zwróćmy uwagę, że zawiera ona zbyt wąskie kryterium istnienia (i jego rozpoznania): prawdopodobnie istnieją przecież rzeczy, których nikt aktualnie nie spostrzega czy nie poznaje (a być może nawet nigdy nie spostrzeże ani nie pozna). Zaletą definicji Berkeleya jest jednak to, że – wbrew potocznym poglądom – nie utożsamia istnienia z żadną wewnętrzną własnością rzeczy. Istnienie nie może być taką własnością – lub jak powiadał Immanuel Kant: nie może być predykatem – gdyż, aby mieć jakąkolwiek własność, trzeba po prostu istnieć (zob. kapsułka na s. 25).

Z powyższego powodu w filozofii dominuje dziś pogląd, że jeśli istnienie ma być własnością rzeczy, to co najwyżej własnością szczególną. Wielu filozofów, idąc za twórcą współczesnej logiki, Gottlobem Fregem, sugeruje więc na przykład, że istnienie to pewna własność, ale nie rzeczy, lecz jakiegoś gatunku czy zbioru lub odpowiadającej mu nazwy czy pojęcia. Własność ta polega na tym, że są one niepuste. W tym ujęciu zdanie „dęby istnieją” sprowadza się do zdania „gatunek lub pojęcie dębu jest niepuste”. Sęk w tym, że trudno tak postąpić ze zdaniami „dąb Bartek istnieje” lub „gatunek dąb istnieje”. Konsekwentnie powinniśmy wtedy powiedzieć, że „podgatunek dąb Bartek jest niepusty” oraz „nadgatunek (rodzaj) drzewo jest niepusty”. W pierwszym przypadku dochodzimy do dziwactwa, w drugim otwieramy drogę do nieskończonego mnożenia coraz to wyższych zbiorów czy istnień.

Aby przerwać powyższy impas, niektórzy mówią po prostu: istnieć to tyle, co znajdować się w czasoprzestrzeni. No tak, ale co z samą czasoprzestrzenią? Przecież ona istnieje, a skoro tak, to gdzie się znajduje? W innej czasoprzestrzeni? W sobie samej? Jak widać, znowu kłopoty. Zresztą ta definicja z góry wyklucza istnienie przedmiotów innych niż czasoprzestrzenne.

Ku tajemnicy

Uważam, że powyższe koncepcje istnienia mają jeszcze jedną wadę: traktują je statycznie, jak miejsce, które coś zajmuje. Istnienie jednak bardziej przypomina siłę lub energię, która pozwala rzeczy trwać i działać. Tę energię uczniowie Arystotelesa nazywają aktem. Św. Tomasz z Akwinu, chyba najwybitniejszy intelektualny spadkobierca Arystotelesa, pisał o istnieniu (esse), że jest „aktem wszystkich aktów i doskonałością wszelkich doskonałości” (zob. kapsułka na s. 25). Tak, rzeczywiste istnienie jest czynną mocą, która sprawia, że byt spełnia siebie.

Koncepcja św. Tomasza ma jeszcze jedną zaletę. Pozwala odpowiedzieć na najbardziej intrygujące pytanie filozofii: „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?”. Nie ma tu miejsca, by analizować to pytanie. Wystarczy zaznaczyć, że w XVIII wieku zadał je Gottfried Wilhelm Leibniz, a odpowiedział na nie już w XIII wieku właśnie św. Tomasz: cokolwiek istnieje (i może istnieć) tylko dlatego, że coś istnieje samo z siebie. Owo coś to w filozoficznym języku Tomasza Ipsum Esse – Samo-istnienie, pra-akt, czysta doskonałość, źródło wszelkiego istnienia. Po prostu: Bóg.

Jak przedstawić sobie tajemnicze Samo-istnienie? Tu zdani jesteśmy tylko na ograniczone analogie. Najbardziej przemawia do mnie ta, która porównuje Samo-istnienie do niewidzialnej i otaczającej nas zewsząd pary wodnej. Akty istnienia poszczególnych rzeczy na świecie to jakby porcje ciekłej wody, które, powstałe ze skroplenia pary, zasilają organizmy i umożliwiają im życie. Ich narodziny wiążą się z otrzymaniem wody (ostatecznie) z nadziemskiego źródła, ich śmierć – z jej oddaniem lub powrotem. Pomyślcie tylko, że to źródło jest całkowicie niezależne, nieskończone i, dobrowolnie dając, nic nie traci. Pomyślcie też, że jak krople wody są chemicznie pokrewne parze, tak nasze istnienia są podobne do Samo-istnienia Boga. „Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 27–28).


Jacek Wojtysiak – Profesor filozofii, kierownik Katedry Teorii Poznania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Autor książki Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Analiza problemu w kontekście dyskusji we współczesnej filozofii analitycznej (Lublin 2008). Gdy otrzymywał za nią nagrodę, Ważna Osoba powiedziała: „Takie pytanie wymaga poczucia humoru, a ono też się w nauce liczy. Gratuluję”. Hobby: zbieranie czapek z różnych możliwych światów.

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 PolskaW pełnej wersji graficznej jest dostępny w pliku PDF.

< Powrót do spisu treści numeru.

Fot.: Some rights reserved by danfador, CC0

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy