Artykuł Ontologia

Jacek Wojtysiak: Istnienie – między banałem a tajemnicą

Nigdy nie zapomnę, gdy jako student filozofii na KUL-u po raz pierwszy miałem okazję rozmawiać ze studentami z Oxfordu. Jeden z nich zapytał: „Jaki jest twój ulubiony problem filozoficzny?”. Odpowiedziałem bez namysłu: „Problem istnienia”. „Problem istnienia?” – usłyszałem po chwili. – „Ale w czym tu problem?”.

Najnowszy numer: Tajemnica istnienia

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Nume­ry dru­ko­wa­ne moż­na zamó­wić onli­ne > tutaj. Pre­nu­me­ra­tę na rok 2017 moż­na zamó­wić > tutaj.

Magazyn można też nabyć od 28 kwietnia w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. > tutaj.

Aby dobro­wol­nie WESPRZEĆ naszą ini­cja­ty­wę dowol­ną kwo­tą, klik­nij „TUTAJ”.

Tekst uka­zał się w „Filo­zo­fuj” 2017 nr 3 (15), s. 6–8.


Potyczki słowne

No wła­śnie. Wyda­je się, że pro­ble­mem może być na przy­kład, jak to się dzie­je, że drze­wo, zmie­nia­jąc się w róż­no­ra­ki spo­sób, wciąż pozo­sta­je tym samym drze­wem. Trud­no jed­nak dostrzec coś pro­ble­ma­tycz­ne­go w samym fak­cie, że drze­wo ist­nie­je. Być może nawet język z powo­dze­niem funk­cjo­no­wał­by bez cza­sow­ni­ka „ist­nieć”. Zda­nie „To drze­wo ist­nie­je” – w prze­ci­wień­stwie choć­by do zda­nia „To drze­wo ma pożół­kłe liście” – zawie­ra wyjąt­ko­wo ubo­gą infor­ma­cję. Co gor­sza, infor­ma­cja ta jest obec­na już w dru­gim z tych zdań, a nawet w samym jego pod­mio­cie. Prze­cież mówiąc „To drze­wo ist­nie­je” i mówiąc „To drze­wo”, mówi­my to samo. Przy czym w dru­gim przy­pad­ku robi­my to kró­cej i bez nad­wy­rę­ża­nia gar­dła.

Czy jed­nak ist­nie­nie napraw­dę jest bez­pro­ble­ma­tycz­ne, a cza­sow­nik „ist­nieć” – zbęd­ny? Nie. Aby to una­ocz­nić, wyobraź­my sobie, że ktoś (nie­waż­ne, czy z winy pre­zy­dent War­sza­wy, czy mini­stra śro­do­wi­ska) wyciął wspo­mnia­ne drze­wo, porą­bał na kawał­ki i spa­lił. Wte­dy powie­dze­nie o nim, że „ist­nia­ło, lecz już nie ist­nie­je”, jak naj­bar­dziej ma sens. Co wię­cej, infor­ma­cji o tych fak­tach nie da się zawrzeć w samym zwro­cie „to drzewo”,gdyż nie da się wska­zać drze­wa, któ­re było, a nie jest.

Pójdź­my krok dalej. Kie­dyś drzew w ogó­le nie było, a teraz są. Jeśli chce­my sło­wo „być” odcią­żyć od nad­mia­ru funk­cji, któ­re powie­rzo­no mu w języ­ku, fakt ten może­my wyra­zić nastę­pu­ją­co: „Kie­dyś drze­wa nie ist­nia­ły, a teraz ist­nie­ją”. Co to jed­nak zna­czy? Filo­zo­fo­wie lubią­cy logi­kę for­mal­ną (tacy jak Ber­trand Rus­sell i Wil­lard van Orman Quine) odpo­wia­da­ją: tyl­ko tyle, że kie­dyś nic nie było drze­wem (albo nie drze­wo­wa­ło, jeśli pozwo­li­my cał­ko­wi­cie odpo­cząć sło­wu „być”), a teraz coś (co naj­mniej coś jed­ne­go) jest drze­wem lub drze­wu­je. Co jed­nak wte­dy, gdy chce­my wyra­zić pogląd, że kie­dyś nic nie ist­nia­ło, a teraz ist­nie­je? Czy powie­my, że kie­dyś nic nie było czymś (lub nie cosio­wa­ło), a teraz coś jest czymś (lub cosiu­je)? Przy­zna­cie, że tego, kto tak powie, potrak­tu­je­my jak dzi­wa­ka, któ­ry pomi­mo tech­nicz­ne­go kunsz­tu nie wno­si nic do rozu­mie­nia ani ist­nie­nia, ani nasze­go języ­ka. Zresz­tą podob­nie – „byt bytu­je, a nicość nicu­je” – powia­dał Mar­tin Heideg­ger, filo­zof, któ­re­go docie­ka­nia nad sen­sem bycia były przez logi­ków odże­gny­wa­ne od czci i wia­ry.

Dżungla nieistnienia

Języ­ko­we pro­ble­my z ist­nie­niem to dopie­ro począ­tek. Kolej­ny pro­blem poja­wia się wte­dy, gdy porów­na­my ist­nie­nie drze­wa za oknem z ist­nie­niem drze­wa w książ­ce. Przed moim domem stoi drze­wo, któ­re mogę okre­ślić jako „olbrzy­mi sta­ry dąb rosną­cy na wzgó­rzu”. Tymi samy­mi sło­wy przed­sta­wia­ny jest tak­że dąb z książ­ki Magicz­ne drze­wo. Do obu drzew sto­su­je się ten sam opis. Czym się więc one róż­nią? Ist­nie­niem. Ale czy w tym sen­sie, że pierw­sze ist­nie­je, a dru­gie nie? Chy­ba nie, bo jak moż­na być olbrzy­mim sta­rym dębem, nie ist­nie­jąc? Jeśli jed­nak dąb z Magicz­ne­go drze­wa jakoś ist­nie­je, to nie tak samo, jak dąb przed moim oknem. Ten dru­gi ist­nie­je real­nie, a ten pierw­szy wła­śnie magicz­nie lub (jak powia­da­ją filo­zo­fo­wie) fik­cyj­nie czy inten­cjo­nal­nie (jako pomy­śla­ny).

Andrzej Malesz­ka – autor Magicz­ne­go drze­wa – napi­sał, że jego dąb ma „w sobie ogrom­ną, cudow­ną moc”. Z kolei Roman Ingar­den – autor Spo­ru o ist­nie­nie świa­ta – zbu­do­wał teo­rię ist­nie­nia inten­cjo­nal­ne­go, czy­li ist­nie­nia rze­czy, któ­rych pra­wie nie ma, a któ­re mają nie­zwy­kłą moc ini­cjo­wa­nia „nie­sa­mo­wi­tych zda­rzeń” w naszych umy­słach, a pośred­nio tak­że w fizycz­nych dzie­jach świa­ta. Rze­czy­wi­ste drze­wo przed mym oknem nie wywo­ła­ło tyle ruchu w real­nym świe­cie, ile fik­cyj­ny dąb z Magicz­ne­go drze­wa.

Zapy­taj­my jesz­cze, czy ist­nie­ją drze­wa, o któ­rych nikt nie myśli i któ­re tak­że nie są real­ne? Być może są nimi drze­wa moż­li­we. Na przy­kład małe klo­ny przed mym oknem, któ­rych real­nie nie ma i o któ­rych nikt nie myśli. Oj, wła­śnie je pomy­śla­łem, ale pomy­śl­cie, że nie pomy­śla­łem – że po pro­stu mogą tu być jesz­cze klo­ny. Ile? Jeden, dwa, trzy, ale nie wię­cej – wię­cej się nie zmie­ści. Ist­nie­ją one ani real­nie, ani fik­cyj­nie, tyl­ko poten­cjal­nie (jako moż­li­wo­ści). Czwar­ty zaś klon w ogó­le nie ist­nie­je. Nie ma dla nie­go miej­sca ani na podwó­rzu, ani w wyobraź­ni miesz­kań­ców.

Sytu­ację czwar­te­go klo­nu może­my okre­ślić jako poza-bycie. Tak Ale­xius Meinong, twór­ca teo­rii przed­mio­tów nie­ist­nie­ją­cych, nazy­wał nie­któ­re z ist­no­ści, o któ­rych praw­dą jest, że ich nie ma. Klo­ny bez miej­sca, nie-drew­nia­ne drze­wa, zło­te dęby – oto wybra­ne oka­zy tzw. dżun­gli Meinon­ga (zob. tekst na s. 9–11). Szko­da tyl­ko, że choć tak samo fan­ta­stycz­ne jak Drzew­ce lub Drze­wa­cze Tol­kie­na, nie mają w sobie ich cza­ru. Pomi­mo tej fan­ta­sty­ki Meinong w jed­nym miał rację: za każ­dym przed­mio­tem, choć­by nie ist­niał, cią­gnie się ist­nie­nio­wa bro­da (tzw. bro­da Pla­to­na): gdy tyl­ko zaczy­na­my o nim mówić, jego ist­nie­nie lub coś ist­nie­nio-podob­ne­go wra­ca. Król Fran­cji nie ist­nie­je, ale jakoś jest lub bytu­je, sko­ro może­my twier­dzić o nim, że nie ist­nie­je. Podob­no kwa­dra­to­we koło ma się jesz­cze gorzej – ono nawet nie bytu­je, ale sko­ro wyda­je­my o nim takie sądy, musi przy­naj­mniej poza-byto­wać. Oczy­wi­ście, może­my powie­dzieć „nic nie jest kwa­dra­to­wym kołem”, ale – jak widzie­li­śmy – taka stra­te­gia też pro­wa­dzi do kło­po­tów.

Istota istnienia

Z nie­ist­nie­nia wróć­my do ist­nie­nia. Czym ono jest? Geo­r­ge Ber­ke­ley, naj­słyn­niej­szy filo­zof spo­śród bisku­pów, dał taką odpo­wiedź: „ist­nie­nie pole­ga na byciu postrze­ga­nym czy pozna­wa­nym”. Zwróć­my uwa­gę, że zawie­ra ona zbyt wąskie kry­te­rium ist­nie­nia (i jego roz­po­zna­nia): praw­do­po­dob­nie ist­nie­ją prze­cież rze­czy, któ­rych nikt aktu­al­nie nie spo­strze­ga czy nie pozna­je (a być może nawet nigdy nie spo­strze­że ani nie pozna). Zale­tą defi­ni­cji Ber­ke­leya jest jed­nak to, że – wbrew potocz­nym poglą­dom – nie utoż­sa­mia ist­nie­nia z żad­ną wewnętrz­ną wła­sno­ścią rze­czy. Ist­nie­nie nie może być taką wła­sno­ścią – lub jak powia­dał Imma­nu­el Kant: nie może być pre­dy­ka­tem – gdyż, aby mieć jaką­kol­wiek wła­sność, trze­ba po pro­stu ist­nieć (zob. kap­suł­ka na s. 25).

Z powyż­sze­go powo­du w filo­zo­fii domi­nu­je dziś pogląd, że jeśli ist­nie­nie ma być wła­sno­ścią rze­czy, to co naj­wy­żej wła­sno­ścią szcze­gól­ną. Wie­lu filo­zo­fów, idąc za twór­cą współ­cze­snej logi­ki, Got­tlo­bem Fre­gem, suge­ru­je więc na przy­kład, że ist­nie­nie to pew­na wła­sność, ale nie rze­czy, lecz jakie­goś gatun­ku czy zbio­ru lub odpo­wia­da­ją­cej mu nazwy czy poję­cia. Wła­sność ta pole­ga na tym, że są one nie­pu­ste. W tym uję­ciu zda­nie „dęby ist­nie­ją” spro­wa­dza się do zda­nia „gatu­nek lub poję­cie dębu jest nie­pu­ste”. Sęk w tym, że trud­no tak postą­pić ze zda­nia­mi „dąb Bar­tek ist­nie­je” lub „gatu­nek dąb ist­nie­je”. Kon­se­kwent­nie powin­ni­śmy wte­dy powie­dzieć, że „pod­ga­tu­nek dąb Bar­tek jest nie­pu­sty” oraz „nad­ga­tu­nek (rodzaj) drze­wo jest nie­pu­sty”. W pierw­szym przy­pad­ku docho­dzi­my do dzi­wac­twa, w dru­gim otwie­ra­my dro­gę do nie­skoń­czo­ne­go mno­że­nia coraz to wyż­szych zbio­rów czy ist­nień.

Aby prze­rwać powyż­szy impas, nie­któ­rzy mówią po pro­stu: ist­nieć to tyle, co znaj­do­wać się w cza­so­prze­strze­ni. No tak, ale co z samą cza­so­prze­strze­nią? Prze­cież ona ist­nie­je, a sko­ro tak, to gdzie się znaj­du­je? W innej cza­so­prze­strze­ni? W sobie samej? Jak widać, zno­wu kło­po­ty. Zresz­tą ta defi­ni­cja z góry wyklu­cza ist­nie­nie przed­mio­tów innych niż cza­so­prze­strzen­ne.

Ku tajemnicy

Uwa­żam, że powyż­sze kon­cep­cje ist­nie­nia mają jesz­cze jed­ną wadę: trak­tu­ją je sta­tycz­nie, jak miej­sce, któ­re coś zaj­mu­je. Ist­nie­nie jed­nak bar­dziej przy­po­mi­na siłę lub ener­gię, któ­ra pozwa­la rze­czy trwać i dzia­łać. Tę ener­gię ucznio­wie Ary­sto­te­le­sa nazy­wa­ją aktem. Św. Tomasz z Akwi­nu, chy­ba naj­wy­bit­niej­szy inte­lek­tu­al­ny spad­ko­bier­ca Ary­sto­te­le­sa, pisał o ist­nie­niu (esse), że jest „aktem wszyst­kich aktów i dosko­na­ło­ścią wszel­kich dosko­na­ło­ści” (zob. kap­suł­ka na s. 25). Tak, rze­czy­wi­ste ist­nie­nie jest czyn­ną mocą, któ­ra spra­wia, że byt speł­nia sie­bie.

Kon­cep­cja św. Toma­sza ma jesz­cze jed­ną zale­tę. Pozwa­la odpo­wie­dzieć na naj­bar­dziej intry­gu­ją­ce pyta­nie filo­zo­fii: „Dla­cze­go ist­nie­je raczej coś niż nic?”. Nie ma tu miej­sca, by ana­li­zo­wać to pyta­nie. Wystar­czy zazna­czyć, że w XVIII wie­ku zadał je Got­t­fried Wil­helm Leib­niz, a odpo­wie­dział na nie już w XIII wie­ku wła­śnie św. Tomasz: cokol­wiek ist­nie­je (i może ist­nieć) tyl­ko dla­te­go, że coś ist­nie­je samo z sie­bie. Owo coś to w filo­zo­ficz­nym języ­ku Toma­sza Ipsum Esse – Samo-ist­nie­nie, pra-akt, czy­sta dosko­na­łość, źró­dło wszel­kie­go ist­nie­nia. Po pro­stu: Bóg.

Jak przed­sta­wić sobie tajem­ni­cze Samo-ist­nie­nie? Tu zda­ni jeste­śmy tyl­ko na ogra­ni­czo­ne ana­lo­gie. Naj­bar­dziej prze­ma­wia do mnie ta, któ­ra porów­nu­je Samo-ist­nie­nie do nie­wi­dzial­nej i ota­cza­ją­cej nas zewsząd pary wod­nej. Akty ist­nie­nia poszcze­gól­nych rze­czy na świe­cie to jak­by por­cje cie­kłej wody, któ­re, powsta­łe ze skro­ple­nia pary, zasi­la­ją orga­ni­zmy i umoż­li­wia­ją im życie. Ich naro­dzi­ny wią­żą się z otrzy­ma­niem wody (osta­tecz­nie) z nad­ziem­skie­go źró­dła, ich śmierć – z jej odda­niem lub powro­tem. Pomy­śl­cie tyl­ko, że to źró­dło jest cał­ko­wi­cie nie­za­leż­ne, nie­skoń­czo­ne i, dobro­wol­nie dając, nic nie tra­ci. Pomy­śl­cie też, że jak kro­ple wody są che­micz­nie pokrew­ne parze, tak nasze ist­nie­nia są podob­ne do Samo-ist­nie­nia Boga. „Bo w rze­czy­wi­sto­ści jest On nie­da­le­ko od każ­de­go z nas. Bo w Nim żyje­my, poru­sza­my się i jeste­śmy” (Dz 17, 27–28).


Jacek Woj­ty­siak – Pro­fe­sor filo­zo­fii, kie­row­nik Kate­dry Teo­rii Pozna­nia Kato­lic­kie­go Uni­wer­sy­te­tu Lubel­skie­go Jana Paw­ła II. Autor książ­ki Dla­cze­go ist­nie­je raczej coś niż nic? Ana­li­za pro­ble­mu w kon­tek­ście dys­ku­sji we współ­cze­snej filo­zo­fii ana­li­tycz­nej (Lublin 2008). Gdy otrzy­my­wał za nią nagro­dę, Waż­na Oso­ba powie­dzia­ła: „Takie pyta­nie wyma­ga poczu­cia humo­ru, a ono też się w nauce liczy. Gra­tu­lu­ję”. Hob­by: zbie­ra­nie cza­pek z róż­nych moż­li­wych świa­tów.

Tekst jest dostęp­ny na licen­cji: Uzna­nie autor­stwa-Na tych samych warun­kach 3.0 Pol­ska.

Fot.: Some rights rese­rved by dan­fa­dor, CC0

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Reklama

Już w sprze­da­ży w dobrych salo­ni­kach pra­so­wych w całej Pol­sce

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wes­przeć tę ini­cja­ty­wę dowol­ną kwo­tą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakład­ki WSPARCIE na naszej stro­nie, kli­ka­jąc poniż­szy link. Klik: Chcę wes­przeć „Filo­zo­fuj!”

Polecamy