Artykuł Ontologia

Jacek Wojtysiak: Istnienie – między banałem a tajemnicą

Nigdy nie zapomnę, gdy jako student filozofii na KUL-u po raz pierwszy miałem okazję rozmawiać ze studentami z Oxfordu. Jeden z nich zapytał: „Jaki jest twój ulubiony problem filozoficzny?”. Odpowiedziałem bez namysłu: „Problem istnienia”. „Problem istnienia?” – usłyszałem po chwili. – „Ale w czym tu problem?”.

Najnowszy numer: Nowy człowiek?

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2017 można zamówić > tutaj.

Magazyn można też nabyć od 23 listopada w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „TUTAJ”.

Tekst ukazał się w „Filo­zo­fuj” 2017 nr 3 (15), s. 6–8. W pełnej wer­sji graficznej jest dostęp­ny w pliku PDF.


Potyczki słowne

No właśnie. Wyda­je się, że prob­le­mem może być na przykład, jak to się dzieje, że drze­wo, zmieni­a­jąc się w różno­ra­ki sposób, wciąż pozosta­je tym samym drzewem. Trud­no jed­nak dostrzec coś prob­lematy­cznego w samym fak­cie, że drze­wo ist­nieje. Być może nawet język z powodze­niem funkcjonował­by bez cza­sown­i­ka „ist­nieć”. Zdanie „To drze­wo ist­nieje” – w prze­ci­wieńst­wie choć­by do zda­nia „To drze­wo ma pożółkłe liś­cie” – zaw­iera wyjątkowo ubogą infor­ma­cję. Co gorsza, infor­ma­c­ja ta jest obec­na już w drugim z tych zdań, a nawet w samym jego pod­mio­cie. Prze­cież mówiąc „To drze­wo ist­nieje” i mówiąc „To drze­wo”, mówimy to samo. Przy czym w drugim przy­pad­ku robimy to krócej i bez nad­wyręża­nia gardła.

Czy jed­nak ist­nie­nie naprawdę jest bezprob­lematy­czne, a cza­sown­ik „ist­nieć” – zbęd­ny? Nie. Aby to unaocznić, wyobraźmy sobie, że ktoś (nieważne, czy z winy prezy­dent Warsza­wy, czy min­is­tra środowiska) wyciął wspom­ni­ane drze­wo, porąbał na kawał­ki i spal­ił. Wtedy powiedze­nie o nim, że „ist­ni­ało, lecz już nie ist­nieje”, jak najbardziej ma sens. Co więcej, infor­ma­cji o tych fak­tach nie da się zawrzeć w samym zwro­cie „to drzewo”,gdyż nie da się wskazać drze­wa, które było, a nie jest.

Pójdźmy krok dalej. Kiedyś drzew w ogóle nie było, a ter­az są. Jeśli chce­my słowo „być” odciążyć od nad­mi­aru funkcji, które powier­zono mu w języku, fakt ten może­my wyraz­ić następu­ją­co: „Kiedyś drze­wa nie ist­ni­ały, a ter­az ist­nieją”. Co to jed­nak znaczy? Filo­zo­fowie lubią­cy logikę for­mal­ną (tacy jak Bertrand Rus­sell i Willard van Orman Quine) odpowiada­ją: tylko tyle, że kiedyś nic nie było drzewem (albo nie drze­wowało, jeśli poz­wolimy całkowicie odpocząć słowu „być”), a ter­az coś (co najm­niej coś jed­nego) jest drzewem lub drzewu­je. Co jed­nak wtedy, gdy chce­my wyraz­ić pogląd, że kiedyś nic nie ist­ni­ało, a ter­az ist­nieje? Czy powiemy, że kiedyś nic nie było czymś (lub nie cosiowało), a ter­az coś jest czymś (lub cosiu­je)? Przyz­na­cie, że tego, kto tak powie, potrak­tu­je­my jak dzi­wa­ka, który pomi­mo tech­nicznego kun­sz­tu nie wnosi nic do rozu­mienia ani ist­nienia, ani naszego języ­ka. Zresztą podob­nie – „byt bytu­je, a nicość nicu­je” – powiadał Mar­tin Hei­deg­ger, filo­zof, którego docieka­nia nad sensem bycia były przez logików odżeg­ny­wane od czci i wiary.

Dżungla nieistnienia

Językowe prob­le­my z ist­nie­niem to dopiero początek. Kole­jny prob­lem pojaw­ia się wtedy, gdy porów­namy ist­nie­nie drze­wa za oknem z ist­nie­niem drze­wa w książce. Przed moim domem stoi drze­wo, które mogę określić jako „olbrzy­mi stary dąb ros­ną­cy na wzgórzu”. Tymi samy­mi słowy przed­staw­iany jest także dąb z książ­ki Mag­iczne drze­wo. Do obu drzew sto­su­je się ten sam opis. Czym się więc one różnią? Ist­nie­niem. Ale czy w tym sen­sie, że pier­wsze ist­nieje, a drugie nie? Chy­ba nie, bo jak moż­na być olbrzymim starym dębem, nie ist­niejąc? Jeśli jed­nak dąb z Mag­icznego drze­wa jakoś ist­nieje, to nie tak samo, jak dąb przed moim oknem. Ten dru­gi ist­nieje real­nie, a ten pier­wszy właśnie mag­icznie lub (jak powiada­ją filo­zo­fowie) fik­cyjnie czy intencjon­al­nie (jako pomyślany).

Andrzej Malesz­ka – autor Mag­icznego drze­wa – napisał, że jego dąb ma „w sobie ogrom­ną, cud­owną moc”. Z kolei Roman Ingar­den – autor Sporu o ist­nie­nie świa­ta – zbu­dował teorię ist­nienia intencjon­al­nego, czyli ist­nienia rzeczy, których praw­ie nie ma, a które mają niezwykłą moc inicjowa­nia „niesamow­itych zdarzeń” w naszych umysłach, a pośred­nio także w fizy­cznych dzie­jach świa­ta. Rzeczy­wiste drze­wo przed mym oknem nie wywołało tyle ruchu w real­nym świecie, ile fik­cyjny dąb z Mag­icznego drze­wa.

Zapy­ta­jmy jeszcze, czy ist­nieją drze­wa, o których nikt nie myśli i które także nie są realne? Być może są nimi drze­wa możli­we. Na przykład małe klony przed mym oknem, których real­nie nie ma i o których nikt nie myśli. Oj, właśnie je pomyślałem, ale pomyśl­cie, że nie pomyślałem – że po pros­tu mogą tu być jeszcze klony. Ile? Jeden, dwa, trzy, ale nie więcej – więcej się nie zmieś­ci. Ist­nieją one ani real­nie, ani fik­cyjnie, tylko potenc­jal­nie (jako możli­woś­ci). Czwarty zaś klon w ogóle nie ist­nieje. Nie ma dla niego miejs­ca ani na pod­wórzu, ani w wyobraźni mieszkańców.

Sytu­ację czwartego klonu może­my określić jako poza-bycie. Tak Alex­ius Meinong, twór­ca teorii przed­miotów nieist­nieją­cych, nazy­wał niek­tóre z ist­noś­ci, o których prawdą jest, że ich nie ma. Klony bez miejs­ca, nie-drew­ni­ane drze­wa, złote dęby – oto wybrane okazy tzw. dżungli Meinon­ga (zob. tekst na s. 9–11). Szko­da tylko, że choć tak samo fan­tasty­czne jak Drzew­ce lub Drzewacze Tolkiena, nie mają w sobie ich czaru. Pomi­mo tej fan­tasty­ki Meinong w jed­nym miał rację: za każdym przed­miotem, choć­by nie ist­ni­ał, ciąg­nie się ist­nieniowa bro­da (tzw. bro­da Pla­tona): gdy tylko zaczy­namy o nim mówić, jego ist­nie­nie lub coś ist­nienio-podob­ne­go wraca. Król Francji nie ist­nieje, ale jakoś jest lub bytu­je, sko­ro może­my twierdz­ić o nim, że nie ist­nieje. Podob­no kwadra­towe koło ma się jeszcze gorzej – ono nawet nie bytu­je, ale sko­ro wyda­je­my o nim takie sądy, musi przy­na­jm­niej poza-bytować. Oczy­wiś­cie, może­my powiedzieć „nic nie jest kwadra­towym kołem”, ale – jak widzieliśmy – taka strate­gia też prowadzi do kłopotów.

Istota istnienia

Z nieist­nienia wróćmy do ist­nienia. Czym ono jest? George Berke­ley, najsłyn­niejszy filo­zof spośród biskupów, dał taką odpowiedź: „ist­nie­nie pole­ga na byciu postrze­ganym czy poz­nawanym”. Zwróćmy uwagę, że zaw­iera ona zbyt wąskie kry­teri­um ist­nienia (i jego rozpoz­na­nia): praw­dopodob­nie ist­nieją prze­cież rzeczy, których nikt aktu­al­nie nie spostrze­ga czy nie poz­na­je (a być może nawet nigdy nie spostrzeże ani nie poz­na). Zaletą definicji Berke­leya jest jed­nak to, że – wbrew potocznym poglą­dom – nie utożsamia ist­nienia z żad­ną wewnętrzną włas­noś­cią rzeczy. Ist­nie­nie nie może być taką włas­noś­cią – lub jak powiadał Immanuel Kant: nie może być predykatem – gdyż, aby mieć jakąkol­wiek włas­ność, trze­ba po pros­tu ist­nieć (zob. kap­suł­ka na s. 25).

Z powyższego powodu w filo­zofii domin­u­je dziś pogląd, że jeśli ist­nie­nie ma być włas­noś­cią rzeczy, to co najwyżej włas­noś­cią szczegól­ną. Wielu filo­zofów, idąc za twór­cą współczes­nej logi­ki, Got­t­lobem Fregem, sugeru­je więc na przykład, że ist­nie­nie to pew­na włas­ność, ale nie rzeczy, lecz jakiegoś gatunku czy zbioru lub odpowiada­jącej mu nazwy czy poję­cia. Włas­ność ta pole­ga na tym, że są one nie­puste. W tym uję­ciu zdanie „dęby ist­nieją” sprowadza się do zda­nia „gatunek lub poję­cie dębu jest nie­puste”. Sęk w tym, że trud­no tak postąpić ze zda­ni­a­mi „dąb Bartek ist­nieje” lub „gatunek dąb ist­nieje”. Kon­sek­went­nie powin­niśmy wtedy powiedzieć, że „podgatunek dąb Bartek jest nie­pusty” oraz „nadgatunek (rodzaj) drze­wo jest nie­pusty”. W pier­wszym przy­pad­ku dochodz­imy do dzi­wact­wa, w drugim otwier­amy drogę do nieskońc­zonego mnoże­nia coraz to wyższych zbiorów czy ist­nień.

Aby prz­er­wać powyższy impas, niek­tórzy mówią po pros­tu: ist­nieć to tyle, co zna­j­dować się w cza­so­przestrzeni. No tak, ale co z samą cza­so­przestrzenią? Prze­cież ona ist­nieje, a sko­ro tak, to gdzie się zna­j­du­je? W innej cza­so­przestrzeni? W sobie samej? Jak widać, znowu kłopo­ty. Zresztą ta definic­ja z góry wyk­lucza ist­nie­nie przed­miotów innych niż cza­so­przestrzenne.

Ku tajemnicy

Uważam, że powyższe kon­cepc­je ist­nienia mają jeszcze jed­ną wadę: trak­tu­ją je staty­cznie, jak miejsce, które coś zaj­mu­je. Ist­nie­nie jed­nak bardziej przy­pom­i­na siłę lub energię, która pozwala rzeczy trwać i dzi­ałać. Tę energię uczniowie Arys­tote­le­sa nazy­wa­ją aktem. Św. Tomasz z Akwinu, chy­ba najwybit­niejszy intelek­tu­al­ny spad­ko­bier­ca Arys­tote­le­sa, pisał o ist­nie­niu (esse), że jest „aktem wszys­t­kich aktów i doskon­ałoś­cią wszel­kich doskon­ałoś­ci” (zob. kap­suł­ka na s. 25). Tak, rzeczy­wiste ist­nie­nie jest czyn­ną mocą, która spraw­ia, że byt speł­nia siebie.

Kon­cepc­ja św. Tomasza ma jeszcze jed­ną zaletę. Pozwala odpowiedzieć na najbardziej intrygu­jące pytanie filo­zofii: „Dlaczego ist­nieje raczej coś niż nic?”. Nie ma tu miejs­ca, by anal­i­zować to pytanie. Wystar­czy zaz­naczyć, że w XVIII wieku zadał je Got­tfried Wil­helm Leib­niz, a odpowiedzi­ał na nie już w XIII wieku właśnie św. Tomasz: cokol­wiek ist­nieje (i może ist­nieć) tylko dlat­ego, że coś ist­nieje samo z siebie. Owo coś to w filo­zoficznym języku Tomasza Ipsum Esse – Samo-ist­nie­nie, pra-akt, czys­ta doskon­ałość, źródło wszelkiego ist­nienia. Po pros­tu: Bóg.

Jak przed­staw­ić sobie tajem­nicze Samo-ist­nie­nie? Tu zdani jesteśmy tylko na ogranic­zone analo­gie. Najbardziej prze­maw­ia do mnie ta, która porównu­je Samo-ist­nie­nie do niewidzial­nej i otacza­jącej nas zewsząd pary wod­nej. Akty ist­nienia poszczegól­nych rzeczy na świecie to jak­by por­c­je ciekłej wody, które, pow­stałe ze skro­ple­nia pary, zasi­la­ją orga­nizmy i umożli­wia­ją im życie. Ich nar­o­dziny wiążą się z otrzy­maniem wody (ostate­cznie) z nadziem­skiego źródła, ich śmierć – z jej odd­aniem lub powrotem. Pomyśl­cie tylko, że to źródło jest całkowicie nieza­leżne, nieskońc­zone i, dobrowol­nie dając, nic nie traci. Pomyśl­cie też, że jak kro­ple wody są chemicznie pokrewne parze, tak nasze ist­nienia są podob­ne do Samo-ist­nienia Boga. „Bo w rzeczy­wis­toś­ci jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyje­my, porusza­my się i jesteśmy” (Dz 17, 27–28).


Jacek Woj­tysi­ak – Pro­fe­sor filo­zofii, kierown­ik Kat­edry Teorii Poz­na­nia Katolick­iego Uni­w­er­syte­tu Lubel­skiego Jana Pawła II. Autor książ­ki Dlaczego ist­nieje raczej coś niż nic? Anal­iza prob­le­mu w kon­tekś­cie dyskusji we współczes­nej filo­zofii anal­i­ty­cznej (Lublin 2008). Gdy otrzymy­wał za nią nagrodę, Waż­na Oso­ba powiedzi­ała: „Takie pytanie wyma­ga poczu­cia humoru, a ono też się w nauce liczy. Grat­u­lu­ję”. Hob­by: zbieranie cza­pek z różnych możli­wych światów.

Tekst jest dostęp­ny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunk­ach 3.0 Pol­s­kaW pełnej wer­sji graficznej jest dostęp­ny w pliku PDF.

< Powrót do spisu treś­ci numeru.

Fot.: Some rights reserved by dan­fador, CC0

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy