Artykuł Historia filozofii nowożytnej Ontologia

Jacek Wojtysiak: Wywiad z Gottfriedem Wilhelmem Leibnizem

Wywiad przeprowadzono 14 listopada 2016 r. w 300-lecie cielesnej śmierci Leibniza.

Najnowszy numer: Filozofia czasu

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Najnowszy numer można nabyć od 23 marca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2018 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Tekst ukazał się w „Filozofuj” 2016 nr 6 (12), s. 13. W pełnej wersji graficznej jest dostępny w pliku PDF.


Jacek Wojtysiak: Minęło 300 lat od pańskiej śmierci. Co się teraz z panem dzieje?

Gottfried Wilhelm Leibniz: Jestem monadą, czyli substancją prostą. Rzeczy złożone powstają przez złożenie części, a giną przez ich rozkład. Monady zaś mogą powstawać tylko przez stworzenie i znikać tylko przez unicestwienie. Skoro zaś nie zostałem unicestwiony, trwam nadal i rozwijam w sobie coraz wyraźniejsze postrzeżenia, dzięki którym coraz doskonalej przedstawiam całość wszechświata, czyli wielość w jedności.

No tak, ale teraz ja pana nie widzę!

Nie widzi pan mego ciała, gdyż 300 lat temu przestałem się przez nie przejawiać innym monadom. Być może moje ciało rozpadło się i korzystają z niego inne monady, być może moje ciało uległo zwinięciu lub zmniejszeniu, być może moim ciałem jest cały wszechświat. Dziś mnie to nie obchodzi. Ważne jest to, że właśnie teraz rozumiem, że jako monada rozumna jestem duchem, czyli obrazem samego Boga – jedynej monady niestworzonej i całkowicie oddzielonej od ciała.

Jak to się więc dzieje, że rozmawiamy ze sobą?

Monada najwyższa, czyli Bóg, ustalił uprzednio – na początku istnienia świata, czyli długo przed naszą rozmową – doskonałą harmonię między wszystkim, co stworzył, w tym między stworzonymi monadami. Nasze monady czy duchy działają, jak gdyby wywierały nawzajem wpływ na siebie. W gruncie rzeczy jednak monady nie mają okien, przez które cokolwiek mogłoby do nich się dostać czy też z nich się wydostać. Po prostu harmonia wprzód ustanowiona sprawia, że teraz pan zadaje mi pytanie, a ja je rozumiem i na nie odpowiadam. To jest czysty zbieg okoliczności – tyle że zaplanowany. Jesteśmy jak dwa wcześniej nakręcone budziki: jeden na 6.00, a drugi na 6.01, jeden – pytający, a drugi – odpowiadający. Ta nasza rozmowa musiała więc dojść do skutku i to właśnie dziś.

Dlaczego właśnie dziś?

Dlatego, że nasz świat jest najlepszym z możliwych, a na takim świecie nic nie może dziać się bez dostatecznej racji. Taką racją naszej rozmowy jest okrągła i niemal doskonała rocznica zwinięcia mego ciała. Stąd właśnie w tej rozmowie uświadamiamy się sobie wzajemnie dokładnie dziś.

Racja dostateczna, możliwe światy, świat najlepszy z możliwych – zbyt wiele trudnych pojęć naraz. Czy mógłby pan je objaśnić?

Proszę bardzo. Zacznijmy od mego aksjomatu: nic nie dzieje się i nic nie powstaje bez racji dostatecznej. To jest oczywiste.

Oczywiste? Współczesna nauka zna przykłady podważające tę zasadę.

Proszę mi nie opowiadać takich rzeczy. To ja jestem prekursorem współczesnej nauki. Nauka polega właśnie na poszukiwaniu racji. Niestety, mimo postępu poznawczego racje te najczęściej nie mogą być nam znane. Niektórzy jednak z tego, że nie znają racji lub jej nie pojmują, wyciągają wniosek, że jej nie ma. Gdyby rzeczy mogły powstawać bez racji, musielibyśmy porzucić zasady zachowania, bez których nie sposób uprawiać nauki. Wiedziałem już o tym za mojego cielesnego życia, gdy wprowadziłem pojęcie conservatio virum vivarum.

Jak od zasady racji przejść do tezy, że nasz świat jest najlepszym z możliwych?

Idźmy po kolei. Zasada racji dostatecznej każe nam szukać racji istnienia jednej rzeczy w innej rzeczy. Niestety, wszystkie rzeczy, z jakimi mamy do czynienia, to rzeczy przypadkowe lub przygodne. Gdyby istniały tylko one, pytanie, dlaczego istnieje rzecz, od której zaczęliśmy, ciągnęłoby się nieustannie. Dlatego też racja dostateczna, która nie wymaga już innej racji, powinna znajdować się poza ciągiem rzeczy przypadkowych, i to w substancji, która by stanowiła ich przyczynę, czyli była bytem koniecznym, zawierającym w sobie rację własnego istnienia.

A może łańcuch przypadkowych racji ciągnie się w nieskończoność?

Niewykluczone. Wyobraźmy sobie nieskończoną liczbę odwiecznie odpisywanych egzemplarzy danej księgi. Wtedy jednak możemy zapytać, dlaczego zaistniały jakieś egzemplarze tej księgi – a nie żadne, dlaczego egzemplarze takie istniały odwiecznie, dlaczego właśnie były to księgi i dlaczego tak napisane. Toteż jakkolwiek daleko cofnąłbyś się do stanów poprzednich, nigdy w tych stanach nie znajdziesz racji całkowitej, dla której w ogóle istnieje świat – a w szczególności właśnie taki. Tą racją całkowitą może być tylko byt konieczny – substancja bezwzględnie nieskończona oraz absolutnie doskonała.

Rozumiem, że odwołując się do bytu koniecznego, możemy wyjaśnić, dlaczego istnieje raczej coś (przygodnego) niż nic – dlaczego istnieje jakiś świat, a nie żaden. Dlaczego jednak istnieje właśnie taki (a nie inny) świat?

Dobre pytanie. Intelekt Boga jest nieskończony, dlatego zawiera nieskończoną liczbę niesprzecznych planów świata czy pomysłów na świat. Nazywam je możliwymi światami, gdyż stanowią one komplet wszystkich całościowych układów możliwości. Układy te, choć trwają w Boskim intelekcie, zabiegają o istnienie poza nim. Można powiedzieć obrazowo, że Bóg wysłuchał rozmaitych petycji o istnienie, ale tylko jedną z nich wcielił w życie. Stało się tak, gdy stworzył – jako realny – nasz świat.

Czym Bóg kierował się w tym wyborze?

Skoro zasada racji dostatecznej obowiązuje powszechnie, Bóg musiał kierować się jakąś racją w wyborze stwarzanego świata. Skoro zaś Bóg jest bytem doskonałym, tą racją musiała być zasada tego, co najlepsze. Nie może być lepszego motywu wyboru niż zasada najlepszego. Dlatego właśnie Bóg – istota najbardziej racjonalna i najlepsza – kierowała się tym motywem. I tak stworzyła nasz świat – świat najlepszy z możliwych.

Nie rozumiem, jak nasz świat może być najlepszym z możliwych. Przecież łatwo wyobrazić sobie światy lepsze od naszego.

To prawda, że można wyobrazić sobie możliwe światy bez grzechu i bez nieszczęścia, lecz takie światy pod względem dobra bardzo ustępowałyby naszemu światu. Skąd o tym wiemy? Za mojego cielesnego życia ograniczałem się do dedukcyjnego dowodu tej tezy. Wyprowadzałem ją po prostu z zasady najlepszego. Tym zaś, którzy nie mogli uwierzyć w ten zaskakujący wniosek, podawałem przykłady ilustrujące, jak to nieraz dwie złe rzeczy przyczyniały się do większego dobra. Dziś, gdy moje percepcje są wyraźniejsze, mam pełny ogląd całości i jestem niemal empirycznie pewny, że nasz świat jest wyśmienity i lepszego być nie mogło. Gdy zbudujecie wreszcie teorię wszystkiego, zrozumiecie, że nasz świat rządzi się optymalnym mini-maksem: minimum najprostszych praw przy maksimum ilościowego zróżnicowania zjawisk, czyli możliwie największa rozmaitość wespół z możliwie największym ładem. Gdy zaś skończą się ludzkie dzieje i sporządzicie ich rachunek, okaże się, że iloraz sumy dóbr i przyjemności do sumy zła i cierpień jest niezwykle wysoki, wyższy od innych możliwych takich ilorazów. A tak jak nie można dzielić przez zero, tak świat z zerową ilością zła jest niemożliwy.

Czy chce pan przez to powiedzieć, że świat z II wojną światową jest lepszy od świata bez wojen?

Chcę powiedzieć, że świat bez wojen jest niemożliwy, a świat bez II wojny światowej byłby gorszy od świata, w którym żyjemy. Rozumiem pańskie przerażenie, ale nie zna pan wszystkich możliwych scenariuszy historii. Znając upadłą naturę ludzką, wiem, że realizacja tych innych scenariuszy istotnie zmniejszyłaby iloraz dobra do zła.

Jakie więc większe dobro przyniosła II wojna światowa?

W aspekcie pozadoczesnym – odpowiem cytatem z mej Teodycei: chwała i doskonałość zażywających wiecznego szczęścia jest nieporównywalnie większa niż nędza i niedoskonałość potępionych. Co do aspektu doczesnego mogę teraz powiedzieć tylko tyle: dobre skutki II wojny światowej docenicie dopiero w 2045 roku. Jak przecież już wiecie, w świecie najlepszym z możliwych dobro ujawnia się zawsze w okrągłe rocznice.

Dobrze, zaczekamy. Ale czy z tego, co pan mówi, nie wynika, że wszystko dzieje się z konieczności, a więc nie jesteśmy wolni?

Nie bójcie się o wolność. Bóg wybrał najlepszy scenariusz i doskonale reżyseruje grę. Jednak to wy jesteście aktorami i gracie w niej naprawdę.

Rozmawiał Jacek Wojtysiak


Autocytaty z dzieł Filozofa zaznaczono kursywą.

Gottfried Wilhelm Leibniz (ur. 1646, zm. 1716) – jeden z największych w dziejach ludzkości uczonych i filozofów, ostatni człowiek, który „wiedział wszystko”. Jego system streszczają następujące -izmy: pluralizm, spirytualizm, racjonalizm, perfekcjonizm, optymizm, teizm.


Jacek Wojtysiak – Profesor filozofii, kierownik Katedry Teorii Poznania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. W pracy naukowej tropi dwa słowa: być i dlaczego. Poza tym lubi leniuchować na łonie rodziny, czytać Biblię, słuchać muzyki barokowej i kontemplować przyrodę. Uzależniony od słowa drukowanego i od dyskutowania ze wszystkimi o wszystkim. Hobby: kolekcjonowanie czapek z różnych możliwych światów.

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 PolskaW pełnej wersji graficznej można go przeczytać > tutaj.

< Powrót do spisu treści numeru.

Zob. Wywiad z Immanuelem Kantem.


Ilustracja: Hanna Urbankowska

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy