Artykuł Etyka Historia filozofii nowożytnej

Jacek Wojtysiak: Wywiad z Immanuelem Kantem

Kant: Gdy pytasz, co zrobić w danej sprawie, pomyśl, co powinna zrobić na twoim miejscu każda rozumna istota.

Najnowszy numer: Esencja piękna

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Najnowszy numer można nabyć od 24 stycznia w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2018 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

W zeszłym roku na okładce listopadowego numeru „Charakterów” pojawiła się podobizna Immanuela Kanta. Filozof z Królewca spogląda ze smutkiem. Na czytelników. Z lektury numeru dowiedzą się oni sporo o dominującym trendzie współczesnego pojmowania moralności, ale niewiele o Kantowskiej etyce. Etyce od tego trendu dalekiej. Ponieważ obecnie dusza Kanta, zgodnie z jego moralną wiarą, znajduje się w procesie nieskończonego postępu moralnego, udało mi się z nią skontaktować. Stąd zapis naszej rozmowy. Dzięki niej głos Kanta będzie dziś publicznie dostępny.

Jacek Wojtysiak: Podręczniki filozofii przedstawiają pana jako wielkiego myśliciela Oświecenia, który – odrzucając zabobony – oparł moralność na rozumie i wolności…

Immanuel Kant: To prawda. Moralność jest dziełem rozumnej wolności lub wolnego rozumu. To on, a nie jakiekolwiek inne czynniki, dyktuje mi, co mam czynić.

Stąd wielość opinii moralnych. Każdy z nas przecież ma swój pogląd na temat, jak żyć.

Nie. Rozum nie znosi dowolności i partykularności. Jego domeną jest uniwersalność. Dlatego podstawowa zasada moralności brzmi: postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz zarazem chcieć, żeby stała się powszechnym prawem. Innymi słowy: gdy pytasz, co zrobić w danej sprawie, pomyśl, co powinna zrobić na twoim miejscu każda rozumna istota. Gdybyśmy wszyscy stosowali się do tej zasady, nie byłoby wśród nas istotnych rozbieżności w ocenach moralnych.

A jednak rozbieżności są – i w teorii, i w praktyce.

Są, bo ludzie bardzo często zamiast podporządkować się moralnej powinności – którą przecież sami swym rozumem stanowią! – ulegają popędom, prywatnym interesom, słabościom. Jeśli już działają dobrze, to raczej zgodnie z obowiązkiem, a nie z obowiązku. Choć zdarza im się wypełniać moralne prawo, to niejako przez przypadek, z motywów od niego dalekich, na przykład ze strachu lub z przyzwyczajenia.

No właśnie. Badania empiryczne pokazują…

Przestrzegam przed badaniami empirycznymi w etyce. Pokazują one, co się czyni lub jak ludzie myślą, co czynić pod wpływem swych skłonności i zewnętrznych podniet. Nie mówią one natomiast tego, co powinienem czynić. Sprowadzanie tej drugiej sprawy do pierwszej jest godną potępienia zmorą waszych czasów. Drugą zmorą jest przekonanie, że wszystko jest względne i warunkowe. Jednak bez tego, co bezwarunkowe, nic nie jest nawet względnie wartościowe.

A skoro jesteśmy przy naszych czasach, to co pan myśli na temat eutanazji?

Eutanazja jest albo odmianą zabójstwa, albo samobójstwa. Co do pierwszego, nie można rozumnie chcieć, by zabijanie było powszechnym prawem.

Ale tu chodzi o sytuację wyjątkową.

W etyce nie ma wyjątków. Rzekome wyjątki powstają wtedy, kiedy ludzie są świadomi obowiązku, ale trudno im go wykonać. Wtedy powiadają, że określona sytuacja jest szczególna i temu obowiązkowi nie podlega. W ten sposób racjonalizują słabość swej woli. Ale wróćmy do zabójstwa. Jego zło można wyraźniej ukazać, odwołując się do zasadniczej treści moralności: postępuj tak, byś człowieczeństwa tak w twej osobie, jako też w osobie każdego innego, używał zawsze zarazem jako celu, nigdy tylko jako środka. Pamiętajmy, że nasza rozumność i wolność wyróżnia nas, nadaje nam szczególną wartość, czyli godność. Nie jesteśmy środkami do celu – rzeczami, lecz osobami – celami samymi w sobie. Zabójstwo jest skrajną formą posługiwania się drugim człowiekiem jako rzeczą.

A co wtedy, gdy on sam tego chce lub zabija samego siebie, by uniknąć strasznego bólu?

Wtedy samego siebie traktuje jako środek – posługuje się samym sobą tylko jako środkiem do zachowania znośnego stanu aż do końca życia. Dzisiaj chce się moralność sprowadzić do zasady: nie czyń innym, czego oni nie chcą – poza tym możesz robić ze sobą, co chcesz. Jeśli jednak moralność ma być powszechna i jeśli każdy z nas ma szczególną wartość, to można być moralnie nie w porządku wobec samego siebie. Można żyć poniżej tego, kim się jest. Widać to wyraźnie we współczesnej obyczajowości seksualnej. Zresztą wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani – jesteśmy członkami i zwierzchnikami niewidzialnego państwa celów – a więc zły czyn jednej osoby (nawet czysto prywatny) w jakiś sposób wpływa negatywnie na pozostałe.

A może moralność jest jakimś mechanizmem biologicznym, który umożliwił rozwój naszemu gatunkowi? Może nasza wolność jest złudzeniem?

Tak, znam te hipotezy. Nie są one nowe. Borykano się z nimi i w moich czasach. I są one zasadne, ale pod warunkiem, że patrzymy na człowieka z pewnej perspektywy. Otóż gdy rozpatrujemy człowieka jako człon przyrody, będzie on nam się zawsze jawił jako jedno z ogniw łańcuchów przyczyn i skutków, jako jeszcze jeden przedmiot podlegający prawom fizyki i biologii. Kto widzi człowieka w tym aspekcie, nie może uznawać jego wolności. Dziwię się więc czytelnikom, którzy kolejne doniesienia o eksperymentach podważających naszą wolność przyjmują jako rewelację. Jest jednak jeszcze druga perspektywa. W tej drugiej rozpoznaję siebie jako wolny podmiot – warunek poznawania przyrody i moralnego działania. Jak jest możliwe współistnienie obu perspektyw, nie wiem. Wiem tylko, że w praktyce ta druga jest dla mnie ważniejsza i realniejsza. Jeśli nie wiązałaby mnie żadna rozumna powinność, moje działania łatwo byłoby wyjaśnić jako rezultat splotu bezwolnych czynników. Skoro jednak naprawdę coś powinienem, to muszę wierzyć, że – nawet wbrew tym czynnikom – mogę to spełnić. Paradoksalnie się składa, że istnienie bezwarunkowej moralności, którą wielu traktuje jako zniewolenie, jest jedyną rzetelną oznaką naszej wolności. Kto zaś rezygnuje z moralności, oddając się zmysłowej swobodzie, tego trudno odróżnić od bezwolnego zwierzęcia.

W pańskiej filozofii jest miejsce na wolność, ale chyba nie ma miejsca na Boga?

Nie ma. Ale tylko w tym sensie, że wątpię, byśmy potrafili teoretycznie udowodnić Jego istnienie. Przestrzegam też przed sprowadzaniem motywów postępowania do lęku przed Bogiem lub chęci uzyskania Jego nagrody. Człowiek moralny powinien jednak wierzyć w Boga, i to co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze, idea Boga zawiera pojęcie świętej woli, czyli woli, w której nie ma rozdźwięku między powinnością a chceniem. Jej kontemplacja ukazuje nam ideał, do którego mamy dążyć. Po drugie, religia – czyli poznanie naszych obowiązków jako nakazów Boskich – uczy takich cnót, jak wdzięczność, posłuszeństwo, pokora i wrażliwość na wzniosłość. Po trzecie wreszcie, bez istnienia Boga przekonanie o naszej wsobnej celowości i celowości samej moralności jest mrzonką. Bowiem jedynie rozumny Bóg-Stwórca mógł sprawić, że istniejemy nieprzypadkowo, a więc że jesteśmy naprawdę celami samymi w sobie. I tylko sprawiedliwy Bóg-Sędzia może sprawić, że najboleśniejszy rozdźwięk na świecie –
rozdźwięk między moralną dobrocią a szczęściem – zostanie kiedyś przezwyciężony. Jak widać, anulowanie Boga może tylko moralności zaszkodzić.
Rozmawiał Jacek Wojtysiak

Artykuł ukazał się w „Charakterach” 3/2015. www.charaktery.eu


Jacek Wojtysiak – Profesor filozofii, kierownik Katedry Teorii Poznania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. W pracy naukowej tropi dwa słowa: być i dlaczego. Poza tym lubi leniuchować na łonie rodziny, czytać Biblię, słuchać muzyki barokowej i kontemplować przyrodę. Uzależniony od słowa drukowanego i od dyskutowania ze wszystkimi o wszystkim.

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 PolskaW pełnej wersji graficznej można go przeczytać > tutaj.

< Powrót do spisu treści numeru.


Źródło fot.: https://commons.wikimedia.org/, CC0


 

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

2 komentarze

Kliknij, aby skomentować

  • Kant w ujęciu Jacka Wojtysiaka rozumuje o eutanazji tak, jakby był profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, co nie ma większego sensu, bo jak wiadomo nie był katolikiem ani w ogóle nie wierzył w Boga. 🙂