Artykuł

John Cottingham: Wirujący świat

Nasze położenie stawia nas przed kluczowym pytaniem. Żyjąc w kosmosie pięknym i dobrym, a zarazem wymagającym i strasznym, musimy, by tak rzec, jakoś się do niego odnieść. Czy mamy przyjąć postawę afirmacji i nadziei, czy wstrętu i rozpaczy?

Najnowszy numer: Edukacja moralna

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Nume­ry dru­ko­wa­ne moż­na zamó­wić onli­ne > tutaj. Pre­nu­me­ra­tę na rok 2017 moż­na zamó­wić > tutaj.

Magazyn można też nabyć od 2 października w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. > tutaj.

Aby dobro­wol­nie WESPRZEĆ naszą ini­cja­ty­wę dowol­ną kwo­tą, klik­nij „TUTAJ”.

W powie­ści Pią­ta kobie­ta autor­stwa zmar­łe­go nie­daw­no Hen­nin­ga Man­kel­la tra­pio­ny kło­po­ta­mi i depre­sją głów­ny boha­ter, inspek­tor Kurt Wal­lan­der, roz­my­śla nad począt­kiem zimy. „Pod noga­mi prze­mknę­ła mu mysz i scho­wa­ła się za kufrem na ubra­nia. Jesień, pomy­ślał. Polne myszy szu­ka­ją czte­rech ścian. Zbli­ża się zima” (przeł. H. Thyl­we, War­sza­wa: WAB, s. 175).

Ponu­ra świa­do­mość, że nad­cho­dzi dłu­ga nor­dyc­ka zima, to w lite­ra­tu­rze skan­dy­naw­skiej zna­ny motyw, ale nie­po­kój Wal­lan­de­ra nie wią­że się jedy­nie z kli­ma­tem czy geo­gra­fią. Zbli­ża­ją­cą się nie­uchron­nie posęp­ną zimę moż­na odczy­tać jako sym­bol gro­żą­ce­go spo­łe­czeń­stwu bez­pra­wia, któ­re nadej­dzie, gdy fasa­do­wa szwedz­ka uprzej­mość i ład odsło­nią prze­moc i mrok.

Spę­ta­ny zmie­nia­ją­cym się świa­tem, w któ­rym daw­ne pew­ni­ki sta­ją pod zna­kiem zapy­ta­nia, Wal­lan­der ma sil­ne poczu­cie bez­bron­no­ści i prze­mi­jal­no­ści: „Żało­śnie musiał wyglą­dać. Poli­cjant w cien­kim swe­ter­ku zma­ga się z jesien­nym wia­trem w opu­sto­sza­łym szwedz­kim mie­ście” (przekł. pol. s. 201). Jest w tym pew­na uni­wer­sal­ność. Wszy­scy „zma­ga­my się z wia­trem”, a chłód upły­wa­ją­ce­go cza­su przy­po­mi­na nam o „przy­pad­ko­wo­ści i zmien­no­ści tego śmier­tel­ne­go życia” oraz o zbli­ża­ją­cej się nie­uchron­nie zimie śmier­ci.

Filo­zo­fo­wie czę­sto i na róż­ne spo­so­by piszą o „egzy­sten­cjal­nym lęku”, ale w rze­czy­wi­sto­ści szu­ka­ją tyl­ko nazw dla tego, co tkwi w każ­dym czło­wie­ku – nawet naj­bar­dziej bez­piecz­nym i przy­sto­so­wa­nym: stra­chu przed bólem, utra­tą i osta­tecz­nym uni­ce­stwie­niem, połą­czo­nym z wie­dzą, że nie­za­leż­nie od tego, jak wspa­nia­łych mamy bli­skich i przy­ja­ciół, będzie­my musie­li zmie­rzyć się z tym wszyst­kim samot­nie.

Ist­nie­je jed­nak cał­ko­wi­cie odmien­ny spo­sób prze­ży­wa­nia jesie­ni. Zamiast widzieć w prze­mi­ja­ją­cym roku zwia­stun samot­no­ści i zimy, moż­na go uznać za czas zbio­rów, speł­nie­nia i dostat­ku. W słyn­nej odzie Joh­na Keat­sa jesień to „pora mgieł i mięk­kie­go owo­ców rumień­ca”, spi­sku­ją­ca ze słoń­cem, by „uświę­cić” wino­rośl owo­cem i „cię­ża­rem jabłek giąć omsza­ły konar” (przeł. S. Barań­czak).

Jak to moż­li­we, że jed­na i ta sama pora roku wywo­łu­je tak odmien­ne reak­cje? Nasza ludz­ka sytu­acja jest, jak wie­my, wyso­ce nie­jed­no­znacz­na: z jed­nej stro­ny nazna­czo­na kru­cho­ścią, nie­bez­pie­czeń­stwem i naglą­cy­mi potrze­ba­mi, któ­re dyk­tu­je prze­trwa­nie, a z dru­giej – obej­mu­ją­ca momen­ty peł­ni życia i nie­wy­mow­nej rado­ści.

Zamiesz­ka­ła przez nas pla­ne­ta to rze­czy­wi­ście miej­sce spek­ta­ku­lar­nie pięk­ne, nie­sa­mo­wi­ty błę­kit­ny glob wypeł­nio­ny świa­tłem i życiem. Wie­my też, że nie jest to spo­koj­ny, przy­tul­ny zaką­tek, lecz nad­zwy­czaj dyna­micz­ny makro­sys­tem. Zda­rza­ją się w nim wybu­chy i wstrzą­sy, poża­ry i powo­dzie, któ­rych skut­ki bywa­ją kata­stro­fal­ne zarów­no dla nas, jak i dla innych form życia.

Nasze poło­że­nie sta­wia nas przed klu­czo­wym pyta­niem. Żyjąc w kosmo­sie pięk­nym i dobrym, a zara­zem wyma­ga­ją­cym i strasz­nym, musi­my, by tak rzec, jakoś się do nie­go odnieść. Czy mamy przy­jąć posta­wę afir­ma­cji i nadziei, czy wstrę­tu i roz­pa­czy?

Może się wyda­wać, że nasza reak­cja to kwe­stia samo­rzut­nych uczuć, nad któ­ry­mi nie mamy więk­szej kon­tro­li – ale to tyl­ko część praw­dy. Bud­dyj­scy mędr­cy zale­ca­ją meto­dy pozwa­la­ją­ce na wyrwa­nie się spod bez­po­śred­nie­go wpły­wu zmy­słów i pra­gnień – suge­ru­ją na przy­kład, że zmy­sło­we­mu pożą­da­niu zapo­biec może namysł nad tym, co w cie­le odpy­cha­ją­ce, jak ukry­te pod skó­rą wnętrz­no­ści. Celem takie­go ćwi­cze­nia nie jest wywo­ła­nie wstrę­tu, a tyl­ko wyci­sze­nie szko­dli­wych pra­gnień i wywo­ła­nie posta­wy ode­rwa­nia i łagod­nej uważ­no­ści. Nawet jeśli nie jeste­śmy w sta­nie zmie­nić tego, jak rze­czy się mają, może­my przy­naj­mniej zmie­nić sie­bie i swo­ją posta­wę wobec nich.

Róż­ne wcie­le­nia tej idei spo­ty­ka­my też u filo­zo­fów hel­le­ni­stycz­nych – takich jak sto­icy. Sto­icyzm wpły­nął z kolei na Kar­te­zju­sza, jed­ne­go z pio­nie­rów nowo­żyt­ne­go, opar­te­go na mate­ma­ty­ce myśle­nia nauko­we­go. Kar­te­zjusz prze­wi­dy­wał, że ów nowy rodzaj wie­dzy mógł­by uwol­nić ludz­kość od „nie­zli­czo­nej mno­go­ści cho­rób tak cia­ła, jak ducha, a nawet może od zwą­tle­nia sta­ro­ści” (Roz­pra­wa o meto­dzie, cz. VI, przeł. L. Chmaj). Z bie­giem cza­su nabrał on jed­nak wąt­pli­wo­ści co do nagi­na­nia świa­ta do woli, przyj­mu­jąc sto­ic­ki spo­sób na zmia­nę same­go sie­bie przez opa­no­wa­nie namięt­no­ści: „Zamiast szu­ka­nia spo­so­bów zacho­wa­nia życia, zna­la­złem inny, znacz­nie łatwiej­szy i prost­szy spo­sób, mia­no­wi­cie pozby­cie się stra­chu przed śmier­cią” (list do Cha­nu­ta z 15 czerw­ca 1646).

Kry­ty­kom reli­gii teistycz­nej poka­zu­je to, że ist­nie­ją sze­ro­ko roz­po­wszech­nio­ne posta­wy wobec świa­ta, któ­re oby­wa­ją się bez zało­żeń doty­czą­cych isto­ty naj­wyż­szej czy osta­tecz­ne­go kosmicz­ne­go dobra. Wyma­ga­ją one jedy­nie, byśmy spoj­rze­li na sie­bie jako na cząst­kę świa­ta natu­ral­ne­go i w mia­rę moż­li­wo­ści pogo­dzi­li się z tym fak­tem – czy to dzię­ki nowo­żyt­nej nauce czy tech­ni­kom medy­ta­cji i ode­rwa­nia. Świat ist­nie­je i nie jest ani dobry, ani zły – po pro­stu jest. W mia­rę naszych sił może­my albo sta­rać się go zro­zu­mieć i pod­dać kon­tro­li, albo unik­nąć cier­pie­nia, jakie nie­sie, przez przy­ję­cie posta­wy spo­ko­ju i ode­rwa­nia.

Takie podej­ście jest dziś coraz bar­dziej popu­lar­ne. Teista, któ­ry twier­dził­by, że kie­ro­wa­nie się w życiu taką wizją nie zasłu­gu­je na sza­cu­nek, popeł­nił­by gru­by nie­takt. Moż­na się nato­miast zasta­na­wiać, czy podej­ście to jest bar­dziej reali­stycz­ne lub roz­sąd­ne niż wizja teistycz­na.

Na pozór wie­le prze­ma­wia za prze­ko­na­niem, że dzię­ki postę­po­wi nauko­we­mu może­my zmie­nić świat na lep­sze. (Pomyśl­my choć­by o uldze w cier­pie­niu, jaką przy­niósł roz­wój sto­ma­to­lo­gii). Mimo to inspek­tor Wal­lan­der, choć żyje w jed­nej z naj­bar­dziej zaawan­so­wa­nych tech­no­lo­gicz­nie kul­tur w dzie­jach, nie jest wca­le wol­ny od egzy­sten­cjal­nych roz­te­rek: wciąż drze­mie w nim strach, któ­ry jest cha­rak­te­ry­stycz­ną cechą ludz­ko­ści. Z kolei prze­ko­na­nie, że ścież­ka bud­dyj­skiej medy­ta­cji pro­wa­dzi do sta­nu osta­tecz­ne­go szczę­ścia czy oświe­ce­nia, nazy­wa­ne­go nir­wa­ną, musi do pew­ne­go stop­nia pozo­stać kwe­stią wia­ry. Stra­te­gia wyzwo­le­nia się od przy­wią­zań, cho­ciaż może uśmie­rzyć ból roz­cza­ro­wa­nia i stra­ty, nie jest w oczy­wi­sty spo­sób spój­na z sil­nie zako­rze­nio­nym ludz­kim pra­gnie­niem poświę­ce­nia się dla innych – a to ono wyda­je się klu­czem, jak­kol­wiek nie­do­sko­na­łym, do nasze­go naj­więk­sze­go szczę­ścia.

Ludzie nie są bynaj­mniej wyłącz­nie bez­czyn­ny­mi obser­wa­to­ra­mi świa­ta. Gro­mad­ka dzie­ci pozna­ją­cych ogród nie poprze­sta­nie na stwo­rze­niu jego mapy i nauce odnaj­do­wa­nia w nim dro­gi, lecz od razu prze­kształ­ci go twór­czo w teatr gry wyobraź­ni – kry­jó­wek i ciem­nych zaka­mar­ków, któ­rych nale­ży się wystrze­gać, „potwo­rów” w kształ­cie krze­wów, któ­rym trze­ba sta­wić czo­ła i zaro­śli, czy­li bez­piecz­nych schro­nień. Nikt z nas nie poprze­sta­je na obser­wa­cji świa­ta; wszy­scy go prze­kształ­ca­my, stwa­rza­jąc z suro­wych danych per­cep­cyj­nych świat pełen zna­czeń i war­to­ści. W naszej rela­cji do świa­ta obec­ny jest rodzaj poezji, w ści­słym ety­mo­lo­gicz­nym sen­sie poie­sis jako two­rze­nia. Reflek­sje Seamu­sa Heaneya nad jego wła­sną aktyw­no­ścią poetyc­ką pasu­ją do naszej ogól­nej trans­for­ma­cyj­nej rela­cji do świa­ta: „Aby ludzie stwo­rzy­li dla sie­bie naj­ja­śniej­sze warun­ki życia, wizja świa­ta ofe­ro­wa­na przez poezję musi być trans­for­ma­cyj­na i nie może spro­wa­dzać się do odbi­cia oko­licz­no­ści, w jakich powsta­je. Poeta, któ­ry chce do koń­ca być poetą, musi pod­jąć pró­bę takie­go twór­cze­go aktu, któ­ry nie tyl­ko przy­glą­da się oko­licz­no­ściom, ale tak­że wzno­si się ponad nie”.

Klu­czo­wym poję­ciem, któ­re wcho­dzi tu w grę, nie jest „fik­cja” w sen­sie wymy­śla­nia rze­czy, ale trans­for­ma­cja. Przy­pi­su­jąc poezji funk­cję „trans­for­ma­cyj­ną”, Heaney nie ma na myśli znie­kształ­ca­nia czy zmie­nia­nia rze­czy­wi­sto­ści. Poeta ma „wizję rze­czy­wi­sto­ści”, któ­ra pozwa­la ostrzej zary­so­wać wszyst­ko to, co widzial­ne, ujaw­nia­jąc jego zna­cze­nie. Poezja nie jest fik­cją, lecz praw­dą. Gdy ludzie inter­pre­tu­ją świat, docho­dzi do pew­ne­go rodza­ju współ­pra­cy mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią, z któ­rą się sty­ka­ją, a ich wła­sną pró­bą jej prze­nik­nię­cia. Pro­ces ten nigdy osta­tecz­nie się nie koń­czy – z natu­ry kar­mi się on podej­mo­wa­nym przez czło­wie­ka wciąż na nowo poszu­ki­wa­nie zna­cze­nia.

Wia­ra teistycz­na – wia­ra w oso­bę sta­no­wią­cą osta­tecz­ną pod­sta­wę tajem­ni­cy wszel­kie­go ist­nie­nia we wszech­świe­cie, źró­dło jego zna­cze­nia i war­to­ści – jest wła­śnie taką wizją trans­for­ma­cyj­ną. Uwy­raź­nia ona te cechy świa­ta, któ­re pozo­sta­ją nie­wi­docz­ne w czy­sto nauko­wym obra­zie świa­ta czy w kon­cep­cji typu bud­dyj­skie­go, gdzie rze­czy­wi­stość to bez­oso­bo­we następ­stwo warun­ków, któ­re poja­wia­ją się i zni­ka­ją, obna­ża­jąc ilu­zo­rycz­ność naszej naj­głęb­szej indy­wi­du­al­no­ści i jaź­ni.

Dla Man­kel­la jesień to ponu­ry zwia­stun zimy i śmier­ci, a dla Keat­sa – łagod­ne zwień­cze­nie lata. Być może osta­tecz­nie te prze­ciw­staw­ne wizje uświa­da­mia­ją nam nie­jed­no­znacz­ność zamiesz­ki­wa­ne­go przez nas świa­ta i odwiecz­nie wła­ści­wy ludziom stan zawie­sze­nia mię­dzy rado­ścią a smut­kiem, nadzie­ją a roz­pa­czą.

Teista ma tu do doda­nia coś jesz­cze. Trze­ba bowiem zazna­czyć, że wizja trans­for­ma­cyj­na, któ­ra sta­no­wi sed­no teistycz­ne­go poglą­du na świat, nie jest tyl­ko wizją sło­dy­czy i świa­tła, lecz tak­że otwie­ra moż­li­wość, że my sami może­my ulec trans­for­ma­cji – nie przez wyco­fa­nie się ze świa­ta czy rezy­gna­cję z jego wyma­gań i przy­wią­zań, ale mie­rząc się z wła­sny­mi sła­bo­ścia­mi i szu­ka­jąc łaski, pozwa­la­ją­cej je poko­nać.

To wła­śnie dla­te­go praw­dzi­wym wyra­zem wizji teistycz­nej nie jest ani Man­kel­low­ski ponu­ry strach przed jesien­nym roz­kła­dem, ani roman­tycz­na wizja spo­koj­nej doj­rza­ło­ści, jaką widzi­my u Keat­sa, lecz cał­kiem inny rodzaj zbio­rów – bole­sne, peł­ne tru­du żni­wa „wszyst­kich cza­sów i pór roku”, z mocą opi­sa­ne przez Joh­na Donne’a w wigi­lij­nym kaza­niu, wygło­szo­nym nie­mal czte­ry­sta lat temu: „On ci może lato wywieść z zimy, choć­byś nie miał w sobie ani tro­chę wio­sny; i choć w losie, rozu­mie, sumie­niu byłeś aż do dziś zamro­czo­ny, zmar­z­nię­ty i zamar­z­ły, zaćmio­ny, zachmu­rzo­ny, zdu­szo­ny i zdła­wio­ny, ogłu­szo­ny i oszo­ło­mio­ny, oto Bóg przy­cho­dzi do cie­bie – nie jak świt czy wio­sen­ny pąk, lecz tak, jak słoń­ce w połu­dnie, by wszyst­kie cie­nie wydo­być na świa­tło jak sno­py w dzień żni­wa, by wypeł­nić wszel­kie ubó­stwo; wszyst­ko jest oka­zją dla Jego miło­sier­dzia, a każ­dy czas – Jego porą” (przeł. S. Wil­czew­ska).

Świa­to­po­gląd oso­by reli­gij­nej nie negu­je „duszą­cej” zimy, któ­ra jak­że czę­sto prze­ni­ka ludz­kie­go ducha – lecz dostrze­ga prze­ja­wy bosko­ści już „teraz”, w samym ser­cu tej zimo­wej ciem­no­ści. Jest to wizja Boga, któ­ry uobec­nia się w świe­cie tu i teraz, a zara­zem w jakiś spo­sób go prze­kra­cza, wydo­by­wa­jąc „lato z zimy” w spo­sób, któ­ry wykra­cza poza natu­ral­ne pro­ce­sy przy­ro­dy. Klu­czo­we dla tej teistycz­nej kon­cep­cji jest zadzi­wia­ją­ce, dyna­micz­ne napię­cie mię­dzy obec­no­ścią czy „imma­nen­cją” Boga w świe­cie a boską „trans­cen­den­cją”, prze­kra­cza­ją­cą wszel­kie poj­mo­wal­ne dla nas gra­ni­ce.

Prze­ło­żył Mar­cin Iwa­nic­ki

The Tur­ning World, „The Tablet” 31 paź­dzier­ni­ka 2015.
Prze­kład za zgo­dą Auto­ra.


Tekst jest dostęp­ny na licen­cji: Uzna­nie autor­stwa-Na tych samych warun­kach 3.0 Pol­ska.

Ilu­stra­cja: Josef Isra­ëls, Dzie­ci morza, 1872, Rijk­mu­sem

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wes­przeć tę ini­cja­ty­wę dowol­ną kwo­tą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakład­ki WSPARCIE na naszej stro­nie, kli­ka­jąc poniż­szy link. Klik: Chcę wes­przeć „Filo­zo­fuj!”

Polecamy