Artykuł Etyka

Piotr Bartula: Zagadka moralnej przemiany

Fot.: Some rights reserved by simonwijers, CC0
Ciekawym zjawiskiem świadczącym, że jesteśmy czymś więcej niż biologiczną maszyną, są przypadki moralnego nawrócenia. To, że niektórzy do cna zdegenerowani przestępcy potrafią przezwyciężyć tkwiące w nich skłonności do zła, trwale odmienić swoje moralne oblicze, jest z jednej strony niezwykle tajemnicze, z drugiej świadczy o wielkich możliwościach ludzkiej wolności.

Najnowszy numer: Oblicza sprawiedliwości

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Najnowszy numer można nabyć od 1 czerwca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2018 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Tekst ukazał się w „Filozofuj” 2016 nr 2 (8), s. 36–38. W pełnej wersji graficznej jest dostępny w pliku PDF.


Optymistyczne założenie

Na użytek obranego tematu przyjmuję względnie optymistyczne założenie, że człowiek ulega niekiedy demoralizacji, ale równie często moralnej naprawie. Odrzucam tym samym koncepcję mechanicznej pomarańczy jako jedynego sposobu wymuszania społecznie pożądanej przemiany, zakładającą, że włóczędzy, złodzieje, alkoholicy, prostytutki są umysłowo, społecznie i moralnie bezwartościowi, biologicznie zdegenerowani, bandyci zaś to urodzeni i notoryczni przestępcy o złej chemii mózgu.

Przeciwnie: ich przykłady dowodzą, że natura ludzka bywa nieprzewidywalna i okrutna, a nienawiść wiodąca do zła i zbrodni jest objawem ludzkiej wolności. Jednak nawet najwięksi nienawistnicy, złośliwcy, zawistnicy są nie tylko wściekłymi biesami o złej chemii mózgu, lecz zarazem ludźmi ze stłumionymi uczuciami, niekiedy niezwykłymi osobowościami, godnymi bohaterów Szekspira. Są też estetycznie, moralnie i poznawczo fascynujący, ich poczynania pozwalają bowiem wejrzeć w głąb ludzkiej tożsamości i dowiedzieć się, co motywuje człowieka do makabrycznych czynów.

Nie jest łatwo uwierzyć w filozoficzną opinię o zawsze możliwej konwersji człowieka na dobro. W jej myśl nie byliby całkiem źli znani kandydaci do „Nobla nienawiści”: ani terrorysta Carlos, ani ciepiący na niespełnienie marzenia o społecznym awansie Charles Manson, ani absolwent Sorbony – Pol Pot, ani Klaus Barbie, znany jako rzeźnik z Lyonu, ani tym bardziej urzędnik niemiecki z okresu drugiej wojny światowej, Adolf Eichmann. Zdolny do nawrócenia byłby też bohater walki (z dziećmi) o lepszy świat, Anders Breivik.

Tylko takie idealistyczne założenie tłumaczy sens terminu „zagadka”, zaproponowanego w tytule artykułu. Nie ma bowiem w gruncie rzeczy żadnych rozumnych argumentów na rzecz moralnej przemiany ludzi formowanych przez uczucie trwałej nienawiści. Biorąc pod uwagę mijające dni i noce uzależnienia od niszczącego wszystko uczucia, nie ma żadnych rozumnych przesłanek, że przyszłe dni będą inne, lepsze. Każdy kolejny dzień, doba, tydzień, miesiąc to prawdopodobieństwo zmniejsza… zbliża do zera. Możliwość moralnej przemiany człowieka opiera się zatem na paradoksalnym zaleceniu: nie masz żadnych szans, aby stać się lepszym, ale i te należy wykorzystać.

Pouczający przykład Karli Tucker

Wolna i zarazem dobra wola jest więc cudem w granicach nieuchronności i determinizmu. Trzymając się tych „cudownych” kategorii moralnych, podam jeden, dosyć problematyczny, ale pouczający przykład, ilustrujący problemy wokół dylematu moralnej przemiany człowieka. Głośny był swego czasu przypadek Karli Tucker, która – będąc w stanie silnego wzburzenia – zabiła czekanem dwie osoby w celu zdobycia motocykla. Czternaście lat od popełnienia zbrodni (w roku 1998) wykonano na niej wyrok śmierci orzeczony w Teksasie.

O ile mi wiadomo, młoda Karla Tucker była osobą pozostającą w licznych konfliktach z otoczeniem. W szkole lubiła się bić i była bita, źle reagowała na alkohol i narkotyki, chociaż nie była nieodwracalną narkomanką. Przed zabójstwem zażywała jakieś środki psychoaktywne, nie tracąc jednak w opinii biegłych psychologów poczytalności. Nie wykluczono, że do przestępczego czynu popchnęła ją utrata sensu życia po wykryciu zdrady kochanka. Byłaby to może nienawiść przeniesiona na wszystkie „szowinistyczne męskie świnie” – reprezentantów niewiernego kochanka. Skoro jego nie ma, to ci, których zaatakowała, ponieśli odpowiedzialność.

W trakcie czternastu lat procesu, badań psychologicznych i apelacji, które wynikały z jej trwałej i niezmiennej woli życia, Karla Tucker przechodziła liczne korzystne metamorfozy. Odbyło się to bez większej pomocy psychoterapeutycznej; wystarczyło, że w hierarchii więziennej wspólnoty zdobyła pozycję, szacunek i przyjaciół. Nie można wykluczyć, że jej socjalna przemiana nastąpiła wskutek odnalezienia odpowiedniej grupy społecznej, w której czuła się na swoim miejscu.

Sęk w tym, że była to wspólnota więźniów. Nie można wykluczyć, że dla niektórych osób właściwą grupą są właśnie więźniowie, tak jak dla innych są to kibice, a dla zgromadzonych na konferencji o nienawiści – kulturalni naukowcy. Wielu jednak ludzi być może całe życie spędzi na poszukiwaniu właściwej dla siebie wspólnoty, nigdy jej nie znajdując. Jedni sobie z tym radzą lepiej, inni gorzej.

Wzorowy więzień

Karla Tucker sobie z tym w końcu poradziła, stając się wzorowym więźniem i w tym znaczeniu – zresocjalizowanym człowiekiem. Nawiasem mówiąc, kategoria „wzorowego więźnia” jest nader dwuznaczna, ponieważ im bardziej ktoś jest wzorowym więźniem, tym mniej nadaje się do życia na wolności. „Wzorowy więzień” to w istocie ktoś, kogo filozofia moralna nie powinna sobie życzyć. Ten typ przemiany byłby więc z punktu widzenia etyki sensu życia pozbawiony sensu. Są jednak przesłanki pozwalające przypuszczać, że przemiana dotknęła nie tylko socjalności Karli Tucker, ale także jej moralności, a nawet religijności.

W więzieniu nawróciła się bowiem na katolicyzm i zaczęła nawracać innych więźniów, wyszła także za mąż za kapelana więziennego – protestanta. Do końca życia pozostał on jednak jej mężem platonicznym, ponieważ wrodzony lub nabyty pesymizm antropologiczny teksańskich wysłanników sprawiedliwości kryminalnej kazał im podejrzewać, że Karla Tucker umyślnie dąży do stanu błogosławionego w celu przedłużenia życia i wymuszenia prawa łaski na gubernatorze, wówczas Bushu seniorze. Niedowierzający w przemianę nienawiści w miłość sprawili zatem, iż małżeństwo nie zostało skonsumowane. Jako więzień Karla Tucker zdobyła sobie sympatię innych więźniów, służby więziennej, a także współczucie i wsparcie mediów oraz wstawiennictwo Jana Pawła II, apelującego o prawo łaski, której Bush jednakowoż nie okazał.

Niepokojące pytania

Jeżeli jednak przemiana moralna i religijna rzeczywiście w tym przypadku nastąpiła, to i tak pojawić się muszą niepokojące pytania: czy do moralnej przemiany konieczne były aż dwie niewinne ofiary, tudzież postawienie Karli Tucker w sytuacji granicznej, czyli oczekiwania na zadatowaną śmierć? Czy osoba popełniająca mord nie jest tożsama z osobą po latach procesu, licznych apelacjach i oczekiwaniu na łaskę lub karę (w tym sensie, że czerdziestoletni X nie może cierpieć za dwudziestoletniego X, gdyż są to dwaj duchowo i fizycznie inni ludzie)?

Rozumowanie to jest absurdalne i niebezpieczne. Albo przyjmujemy założenie o moralnej integralności człowieka, dzięki czemu może istnieć prawo karne, albo uznajemy, że już w chwilę po mordzie przestępca jest kimś innym niż w trakcie mordu, a co dopiero po latach procesu. W tym drugim przypadku nie można byłoby nikogo ukarać, ponieważ na świecie nie byłoby nikogo, kto zasłużyłby na karę. Istniałyby tylko pozbawione jednolitej woli punkty ludzkie, w żaden sposób ze sobą moralnie i egzystencjalnie niepowiązane widma ludzkie, platońskie cienie.

Z drugiej jednak strony czujemy niestosowność unieruchamiającego działania fikcji prawno-moralnych w odniesieniu do zmiennej dynamiki życia ludzkiego (vide przypadek Romana Polańskiego). A może jest tak, jak pisała Simone Weil:

W życiu jednostki niewinny musi zawsze cierpieć za winnego; albowiem karą jest pokuta jedynie wówczas, gdy poprzedziła ją skrucha. Pokutujący, stając się niewinny, cierpi za winę grzesznika, któremu skrucha została odmówiona. Ludzkość postrzegana jako istota zgrzeszyła w Adamie, a odpokutowała w Chrystusie. Tylko niewinność pokutuje. Zbrodnia cierpi w zupełnie inny sposób.

Czy bez wcześniejszego zła nie byłoby możliwe późniejsze dobro moralne? W sposób najbardziej konkretny ujawnia się po raz kolejny problem nieuchronnych związków między wolnością, karą a ekspiacją. Nie sposób jednak wykluczyć, że w przypadku Karli Tucker takiego związku nie było, a sama skazana toczyła tylko instynktowną walkę o przetrwanie za wszelką cenę – poza wolnością, dobrem i złem. Chciałoby się jednak wierzyć, że zło i nienawiść z niej wyparowały wskutek działania dobrej wolnej woli. Dobrze, by tak było.


Piotr Bartula – Doktor habilitowany, pracownik naukowy Zakładu Filozofii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, eseista. Zajmuje się polską i zachodnią filozofią polityki, twórca tzw. testamentowej teorii sprawiedliwości. Autor książek: Kara śmierci – powracający dylemat, August Cieszkowski redivivus, Liberalizm u kresu historii.

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 PolskaW pełnej wersji graficznej można go przeczytać > tutaj.

< Powrót do spisu treści numeru.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy