Polemiki

Jacek Uglik: Teolog a teodycea [polemika]

Kilka lat temu profesor Wacław Hryniewicz, ksiądz katolicki i teolog, popełnił artykuł „Bóg słabszy od policjanta”. Niniejszy tekst stanowi głos polemiczny z jego wywodem.

Najnowszy numer: Nowy człowiek?

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Wersja online dostępna jest tutaj.

Magazyn można też nabyć od 23 listopada w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Mój pogląd odnośnie do religii jest taki jak Lukrecjusza. Uważam ją za chorobę zrodzoną ze strachu i za źródło niewypowiedzianego nieszczęścia rodzaju ludzkiego.

Bertrand Russell

Kogo winić za istnienie zła?

O ile spór między ateistami a teistami dotyczy w jakiejś mierze kwestii odpowiedzialności Boga za istnienie zła bądź milczenia Boga w obliczu zła, to wedle mnie teolog (a tym bardziej sławny) nie powinien uciekać od stanowczej odpowiedzi, w której pojawia się miejsce dla Boga, a przede wszystkim nie ma prawa obciążać człowieka winą za istnienie zła; człowieka w „religijnej perspektywie” będącego wszakże zaledwie czasowym bytem stworzonym, pyłkiem na wietrze. Teolog powinien bez lęku orzekać na temat Boga i kwestii teodycei (wyrażającej pytanie: dlaczego w świecie stworzonym przez będącego nieskończoną dobrocią i wszechmogącego Boga istnieje zło?), jednak zamiast pisać o roli Boga, zwykle lekką ręką całą winę zrzuca na człowieka. Pozwolę sobie zatem stanąć w obronie człowieka.

Ateizm a teizm

W okazjonalnej wypowiedzi Wacława Hryniewicza (Bóg słabszy od policjanta, „Gazeta Wyborcza” 2012, 7-9 kwietnia) pojawia się niespójność. W jednym miejscu teolog pisze, że w obliczu istnienia Boga wychodzącego „naprzeciw stworzeniu, jako Ten, który zdolny jest do współcierpienia” świat znaczony jest „piętnem cierpienia z winy samych ludzi”; by kilka wierszy dalej orzec: „jeśli zanegujemy istnienie Boga, wówczas sam człowiek musi dźwigać ogromne brzemię zła. Zarzut istnienia zła i oskarżenie zwracają się wtedy przeciwko niemu samemu. To on jest winny i odpowiedzialny za zło, które czyni”. Co z tych przeczących sobie akapitów wynika? Że niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, czy go nie ma, za istnienie zła winę ponosi dokonujący wolnych wyborów człowiek. W sumie nic nowego. Niespójny Hryniewicz staje obok innego wygodnickiego św. Augustyna.  

W przywołanej wypowiedzi wygłaszane są również sądy nie na temat: „A może przekonany ateista nie musi wyjaśniać i rozwiązywać sprzeczności wynikających z faktu istnienia zła? Usunięcie Boga ze sceny świata nie wyjaśnia tajemnicy zła i nie czyni cierpienia lżejszym do zniesienia”. Oczywiście, że ateista (materialista) zmaga się z problemem zła i jako winowajcę wskazuje człowieka, bowiem ponad człowieka w świecie materii nic nie wyrasta. Ale taka odpowiedź, satysfakcjonująca teistę, pojawia się przy założeniu i zgodzie stron sporu, że Boga nie ma. Teista na to założenie nie przystaje, więc ateista ma prawo zapytywać – dlaczego ludzie wierzący winą za istnienie zła obarczają człowieka (stworzenie), a nie Boga (stwórcę)? Ludzie wierzący, na podobieństwo księdza profesora Hryniewicza, przekonują, że zazwyczaj nie pojmujemy logiki Boga, co oznacza sugestię, by nie ferować wyroków albo chociaż powstrzymać się od odpowiedzi będących oskarżeniem Boga. Przeświadczeni są jednak, że zło jest dziełem wolnego człowieka. W takiej sytuacji, wedle logiki nieboskiej, zamiast oskarżać człowieka, powinni milczeć. Milczenie byłoby uczciwe.

(Nie)winny Vito Corleone

Proponuję prowokujące poniekąd porównanie. Chadzał jeszcze niedawno po świecie pisarz nazwiskiem Mario Puzo. Lat temu kilkadziesiąt popełnił on książkę o tytule Ojciec chrzestny. Mówiąc w skrócie, rzecz ta opowiada o mafijnej rodzinie Corleone, rodzinie złej jak diabli i krzywdzącej bliźnich. Zadajmy teraz pytanie: kto jest odpowiedzialny za zło wylewające się z kart powieści, a wyrządzane przez jej bohaterów? Ich stwórca (Puzo), czy oni sami, czyli stworzenie (rodzina Corleone)? Prawdopodobna odpowiedź brzmi: autor książki. Dlaczego? Bo przecież mógł napisać inne dzieło, w którym pojawia się rodzina Corleone, sympatyczna jak Muminki z doliny Muminków. Jeżeli tak się sprawy mają, to dlaczego w pierwszym przypadku (omawianym przez Hryniewicza) za istnienie zła winimy stworzenie (człowieka), a nie stwórcę (Boga), a w drugim przypadku odpowiedzialnym za zło jest stwórca (Puzo), a nie stworzenie (rodzina Corleone)? Istota obu przykładów jest ta sama [1].

Oko w oko z człowiekiem składającym propozycję nie do odrzucenia

Ktoś powie, że człowiek posiada wolną wolę, a rodzina Corleone przypomina pionki na szachownicy. Tyle, że gdybyśmy mogli zatrzeć granicę między naszym światem a światem książkowym, a możemy to uczynić jako byty rozporządzające wyobraźnią, gdybyśmy zatem mogli spotkać się z Vito Corleone (na podobieństwo bohatera i widza rozmawiających z sobą w filmie Wojciecha Marczewskiego Ucieczka z kina wolność), i powiedzieć mu, że stanowi tylko bezwolną kreację Puzo, to na dowód, że się mylimy najpewniej przestrzeliłby nam prawe kolano, przekonując w ten sposób nad wyraz dobitnie, że racja jest po jego stronie. A może my wiemy, że jesteśmy wolni? Otóż nie wiemy. Nie potrafimy naszej ewentualnej wolności dowieść, możemy tylko mniemać, przypuszczać – również teiści. Choć ci ostatni raczej wierzą, że są wolni. Tak jak wierzy Corleone. A że wskazać wyraźnej granicy między jawą a snem nie potrafimy, podpowiadał Kartezjusz.

Zło i wolna wola

Załóżmy jednak, że człowiek jest istotą wolną. Czy posiadanie tego narzędzia (wolnej woli), w obliczu ewentualnego istnienia Boga, skłania do wniosku mówiącego, że za istnienie zła odpowiedzialny jest człowiek? Skądinąd wiadomo, że Bóg to byt wszechmogący i wszechwiedzący. Jeżeli tak, to z definicji „stwórcy” wiemy, że zanim obdarzył człowieka narzędziem zwanym wolną wolą wiedział (inaczej nie byłby wszechwiedzący), że prędzej czy później wybierze on zło, wiedział to, zanim człowiek w ogóle zyskał sposobność skorzystania z „darowanego” narzędzia. Jeżeli tak, to dlaczego za ten wybór oskarżać należy człowieka? Bóg, podobnie jak Mario Puzo, mógł stworzyć krainę szczęśliwości. Obaj z jakichś powodów woleli wykreować coś innego. Jeżeli istnieje Bóg (chrześcijański), z definicji nic nie może dziać się bez jego wiedzy. A skoro człowiek czyni zło, robi tak za wiedzą i przyzwoleniem Boga. Toteż nie dostrzegam tutaj wystarczającego powodu, by za istnienie zła obwiniać człowieka.

Ksiądz Hryniewicz do mojej konkluzji dojść nie chce. Woli pisać, że „Bóg ogranicza swoją wszechmoc, aby pozostawić ludziom przestrzeń darowanej wolności”. Sytuacja wydaje się prostsza niż profesor teologii chciałby ją widzieć: Bóg jest tak silny, że stwarza pozór słabości albo nie ma go wcale. Jeżeli jest silny, jeżeli jest najsilniejszy, to jest odpowiedzialny za zło, za to, że świat stworzył takim właśnie, a nie innym. Jeżeli „wystawił siebie na ryzyko wolnego wyboru ze strony istot rozumnych”, to tego chciał. Może, o ile jest, jest masochistą?

Odpowiedzialność za Holocaust         

Na sugestię księdza Hryniewicza: „kto jest ostatecznie odpowiedzialny za Holocaust? Pytajmy: gdzie był wtedy człowiek?”, również pozwalam sobie zareagować zaczepnie. Takie pytanie moglibyśmy zadać wtedy, gdybyśmy założyli, że Boga nie ma. Jeżeli jednak dyskurs nasz zakłada istnienie Boga, wtedy zapytajmy: gdzie był wtedy Bóg? I na nic tłumaczenia, że „nie z jego woli poszło na rzeź tak wiele niewinnych ofiar”, bo skoro nie zareagował, to owo straszliwe zło zwane Holocaustem dokonało się za boskim przyzwoleniem. Okrucieństwo ludzi, przy założeniu, że Bóg istnieje, jak najbardziej jest argumentem przeciwko ich stwórcy. Gdy więc czytam, że „ten, kto wierzy, także zmaga się z Bogiem z powodu zła. Wyraża przez to swoją nadzieję, że Stwórca nie pozostanie obojętny. Jest w tej postawie mądrość zaufania i nadziei”, to osobiście widzę w tej postawie raczej naiwność, i jest to eufemizm.

Pytanie i puenta

I jeszcze pytanie sformułowane na fundamencie jednego z finalnych akapitów artykułu Wacława Hryniewicza. Jeżeli człowiek „nosi w sobie przynajmniej niewyraźną intuicję, że istnieje świat szczęśliwy, bez łez, przemocy i cierpienia”, to dlaczego świat, w którym teraz żyje, nie może być taką właśnie rajską krainą?

Człowieka o istnienie zła można oskarżać ostatecznie tylko przy założeniu, że Boga nie ma i sam człowiek kreuje rzeczywistość w sobie i wokół siebie. Ale teista na takie założenie się nie zgodzi. Puenta? Nie da się obronić tezy mówiącej o istnieniu dobrego Boga w obliczu istnienia okrutnego zła.


[1] U popularnego norweskiego pisarza Jo Nesbø czytamy, że w książce „autor decyduje o tym, kiedy coś się wydarzy”. J. Nesbø, Krew na śniegu, przeł. I. Zimnicka, Wrocław 2015, s. 117. Synonimem książki jest sensualna rzeczywistość, świat; synonimem autora jest Bóg.


Jacek Uglik – Rocznik 76. Twórca artzine’a „Blasfemia”, założyciel Warsztatu Wydawniczego „Oraison Funèbre”. Pracuje w Zakładzie Historii Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego. Dyrektor Instytutu. Hobby: WRC, speedway, F1. Wybrane teksty własne publikuje pod adresem: www.blasfemia.blox.pl.

Fot.: Some rights reserved by RJPP, CC0

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

8 komentarzy

Kliknij, aby skomentować

  • Niestety łatwo wykazać autorowi, że popełnia błąd za błędem. Artykuł raczej szkolny, z równie błędną puentą jak konstrukcja argumentacji.
    Oba zdania: “w obliczu istnienia Boga wychodzącego naprzeciw stworzeniu, jako Ten, który zdolny jest do współcierpienia świat znaczony jest piętnem cierpienia z winy samych ludzi” i „jeśli zanegujemy istnienie Boga, wówczas sam człowiek musi dźwigać ogromne brzemię zła. Zarzut istnienia zła i oskarżenie zwracają się wtedy przeciwko niemu samemu. To on jest winny i odpowiedzialny za zło, które czyni” – mówią to samo, o tym, że człowiek jest winien obecnego zła na świecie. Nie ma między nimi sprzeczności.

    Analogia z pisarzem jest pozorna, czyli fałszywa. Postać z książki jest zaprojektowana, zdeterminowana i musi robić, to, co pisarz chce, aby robiła. Jest emanacją zamysłu autora, ścisłym odwzorowaniem jego chęci i projektu, on się postacią posługuje jak(o) środkiem. Człowiek, z punktu widzenia wierzącego, a Autor przy takim ciągle się upiera, jest partnerem Boga, małym bogiem (tak nazywa go Biblia w ST), stworzonym do relacji przyjaźni z Bogiem właściwym. Nawet jeśli jest logicznie możliwe, aby Bóg ingerował w jeżdżenie przeze mnie bez biletu i powstrzymywał mnie od tego (bo gdzie jest granica zła? gdzie się zaczyna zło “poważne”? nie ma takiej granicy, stopni zła jest wiele i ingerując w zło, Bóg nie mógłby lekceważyć żadnej jego postaci), to byłaby to kpina z człowieka i z tzw. wolności. Ani Bogu nie przystoi, ani mi nie dodawałoby to godności, wprost by ją odbierałoby, gdyby Bóg robił ze mną, co chce, po tym jak stworzył mnie odrębną jednostką, istotą rzekomo autonomiczną. A teista to właśnie zakłada, dlatego wolno mu twierdzić to, co na ten temat twierdzi.

    To nie braki w Bogu, ale Jego doskonałość wymaga nieingerowania w świat (miałby uśmiercać grupę nastolatków, która zakłóca seans w kinie? sprawić, że ktoś, kto nie pomógł przejść staruszce przez pasy, wpadnie pod samochód?). Proszę najpierw stworzyć model “słusznego” i “właściwego” postępowania ingerencyjnego Boga, a dopiero wtedy próby wykazywania, że obecnie postępuje On źle i niegodnie, będą rozsądne.
    Właściwsza analogia byłaby z matką, która wiedziałaby, jeszcze przed ich spłodzeniem, że część jej dzieci będzie postępować niemoralnie. Nie wiedziałaby jednak które. Czy powinna zrezygnować z powołania do istnienia jakiegokolwiek, nie spłodzić żadnego? Owszem, Bóg wie, kto będzie czynnie praktykował zło, ale 

    1) jak wspomniałem, stopni zła jest ogromnie wiele; czy kogoś, kto w przyszłości miałby zranić np. partnera, którego porzuca, przez co partner ten niewymownie cierpi przez roku lud dwa lata, miałby Bóg nie powoływać do istnienia (zwłaszcza, że po tym czasie ta cierpiąca osoba może spotkać kogoś niezwykłego i do końca życia dziękować za dar istnienia, nie pamiętając wcześniejszych przykrości)? a co z kimś, kto, choć żyje w związku, rani często słowem partnera, przez co ten również cierpi i nie jest w pełni szczęśliwy? jego istnienie również Bóg powinien “zablokować”, uniemożliwić komuś spłodzenie go? czy może po spłodzeniu Bóg miałby bezpośrednio wywołać poronienie?
    2) jak miałby to robić? tak, jak pytam o to wyżej, czy może poprzez usunięcie, uśmiercenie rodziców takiego potencjalnego dziecka? a może poprzez kalectwo na nich zesłane, odbierające im płodność? czy może w końcu w ogóle nie pozwalając, aby się narodzili? a rodzice tych rodziców?

    Jeśli Bóg ma być Bogiem, a świat posiadać autonomię, to być może wymagało to, aby jakaś ilość zła była dopuszczona, skoro człowiek zła nie potrafi uniknąć (wg. teizmu, pierwsi rodzice, którzy byli bezgrzeszni, czyli nie byli niczym zdeterminowani, również wybrali zło, a więc skłonność ku niemu nie jest zależna wyłącznie genów, wcześniejszych mechanizmów i zranień). Są prace i autorzy, którzy zajmują się tym latami i może warto ich poczytać, zamiast postulować, że Bóg powinien to i to, i wynajdywać w Jego postępowaniu błędy. To jest po prostu niepoważne.

    Przyznam, że poziom argumentacji Autora jest trochę zawstydzający, można oczekiwać czegoś intelektualnie uczciwszego i rzetelniejszego po autorze książek i artykułów, niż tego, co zaprezentował wyżej. Autor sprawia wrażenie, jakby żądał świata z baśni i dąsa się na Boga, że jeżeli świata nie wygląda jak umiłowana być może w dzieciństwie kraina Muminków, to musi być On be. A może to tylko strategia bez końca spotykana u współczesnych niewierzących – podszyte resentymentem, a nie tym, co ma się merytorycznego do powiedzenia, wyszukiwanie na siłę każdej możliwej argumentacji przeciw Bogu, z zagadnieniem zła na czele, co ma czynić oskarżającego szlachetnym, a Boga bezsprzecznie winnym wszystkich obecnych świństw na świecie? Autor zbanalizował problem i ominął go, nawet go nie zapoczątkował.

    • Jeżeli dla ciebie oba poniższe zdania są tożsame, to sam wystawiasz sobie świadectwo nieuctwa: “w obliczu istnienia Boga wychodzącego naprzeciw stworzeniu, jako Ten, który zdolny jest do współcierpienia świat znaczony jest piętnem cierpienia z winy samych ludzi” i „jeśli zanegujemy istnienie Boga, wówczas sam człowiek musi dźwigać ogromne brzemię zła. Zarzut istnienia zła i oskarżenie zwracają się wtedy przeciwko niemu samemu. To on jest winny i odpowiedzialny za zło, które czyni”. Swoją drogą, skąd na forum filozofuj aż tylu nieprzejednanych katoli?

    • “(wg. teizmu, pierwsi rodzice, którzy byli bezgrzeszni, czyli nie byli niczym zdeterminowani, również wybrali zło, a więc skłonność ku niemu nie jest zależna wyłącznie genów, wcześniejszych mechanizmów i zranień). Są prace i autorzy, którzy zajmują się tym latami i może warto ich poczytać”

      to może warto zacząć w końcu czytać jakieś prace naukowe, a nie mity (Biblia), czyli podstawę, na jakiej opierają się teiści?

      • Nie szarżowałbym tego typu argumentami. Równie łatwo podać przykłady zbrodni dokonanych przez ateistów, a idących w grube miliony.

  • Dzień dobry.
    Mam kilka wątpliwości. Bóg pozwala człowiekowi wybierać. Zna wszystkie potencjalne możliwości. Mianowicie, jeżeli Antek wybierze “A”, Bóg zna dalsze propozycje wyboru, jeżeli “B” tak samo itd. Takie Drzewko Szczęścia Krzysztofa Wanio chyba. I faktycznie, może być tak, że prędzej czy później Antek pociągnie Małgosie za warkocze. Czy Bóg mu na to pozwolił? Ok, powiedzmy, że tak. Czy go zdeterminował do tego? Nie. W końcu zakładamy, że człowiek ma wolną wolę. I tu, wydaje mi się, jest szkopuł. Czy jeżeli na coś pozwolimy, od razu jesteśmy za to odpowiedzialni? Hieronim idzie ze swoim przyjacielem Sebastianem obok przystanku, nagle Seba widzi dwóch przytulających się do siebie homoseksualistów. Seba, jak to Seba musi ich złoić, tak dla zasady. Hieronim nie reaguje, odsuwa się. Niejako pozwala mu na to. Czy Hieronim jest winny? Jeżeli jesteśmy świadkami, jak jakiś typ kradnie kobiecie torebkę i udajemy, że tego nie widzimy, to jest to nasza wina? A propos Kartezjusza. W jednym z listów do czeskiej księżniczki Elżbiety czytamy ciekawą analogię „Król rozkazuje dwu mężom – dobrze znanym ze swego wrogiego do siebie nastawienia – zjawić się w pewnym miejscu o oznaczonym czasie. Król zdaje sobie doskonale sprawę, iż wyniknie z tego walka; i
    trzeba rzec, iż życzy jej sobie, choćby oznaczało to pogwałcenie jego własnych dekretów. Ale choć przewiduje tę walkę i chce jej, nie określa w żaden sposób woli tych dwu mężów. Ich działanie jest wynikiem ich własnego wyboru”. Tak też Bóg przewiduje o wszystkich ludzkich czynach, lecz nie determinuje ludzkiej woli. Kartezjusz próbuje tutaj pokazać na przykładzie dwóch mężów, iż ci nie są zdeterminowani przez kogoś, lub coś do swych czynów – w tym wypadku walki – natomiast Król jest analogią Boga, który przewiduje ten czyn, wie co się zdarzy, lecz nie jest żadnym czynnikiem determinującym ich do działania. Czy Król tutaj także jest winny? Natomiast fakt istnienia czy nieistnienia Boga nie ma tu nic do rzeczy. Czy tak, czy tak “sam człowiek kreuje rzeczywistość w sobie i wokół siebie” z racji wolnej woli.
    Tak mi się wydaje.
    Fajnie, że autor nie spuentował tego jak wielu ateistów. Mianowicie, skoro jest zło na świecie to dobrego Boga nie ma, bo takie zdanie nie dowodzi nieistnienia Boga, a ewentualnie może jedynie wziąć w wątpliwość jeden z jego atrybutów, czyli doskonałe dobro.
    Pozdrawiam.

    • każdy, kto widzi zło, albo ma przynajmniej uzasadnione przypuszczenia co do możliwości jego zaistnienia a nie stara się powstrzymać złoczyńcy, jest współwinny – zarówno ten, kto nie powstrzymuje kogoś przed pobiciem, kradzieżą, wandalizmem. Nie mówiąc o tym, że zadaje się z takimi osobami, które są skłonne kogoś napaść i pobić czy okraść, nawet, jeśli sam takich czynów się nie dopuszcza.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy