Artykuł Filozofia nauki

Wojciech Sady: O społecznych warunkach powstania i rozwoju nauki

Cztery wieki temu zaczęła się największa może z dotychczasowych przygód ludzkości: pojawił się i rozwinął naukowy sposób myślenia o przyrodzie i badania przyrody. Od początku towarzyszyły temu rewolucyjne przewroty w technice. Wszystko to zmieniło nasze życie nie do poznania. Dość stwierdzić, że żyjemy dziś średnio trzy razy dłużej, a Ziemię zamieszkuje prawie dwudziestokrotnie więcej ludzi, niż to miało miejsce w czasach, gdy Galileusz zaczął w 1609 r. obserwować niebo przez lunetę. Na pytanie, co zdecydowało o powstaniu nauk, nadal brak powszechnie przyjętej odpowiedzi. Spróbuję przedstawić własną.

Najnowszy numer: Nowy człowiek?

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2017 można zamówić > tutaj.

Magazyn można też nabyć od 23 listopada w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „TUTAJ”.

Tekst ukazał się w „Filo­zo­fuj” 2016 nr 4 (10), s. 11–13. W pełnej wer­sji graficznej jest dostęp­ny w pliku PDF.


Nauka grecka i jej upadek

Najw­cześniejsze tek­sty, które znamy, a którym przyz­nal­ibyśmy – odwołu­jąc się do pro­fesjon­al­nego wyczu­cia – miano „naukowych”, to wyni­ki badań medy­cznych spisane ok. V w. p.n.e. w Kor­pusie Hip­pokrate­jskim. Zasad­niczy przełom dokon­ał się ok. 300 r. p.n.e., gdy Euk­lides na kar­tach Ele­men­tów przed­staw­ił aksjo­maty­czny sys­tem geometrii, Hero­fi­los z Chalke­donu i Era­sis­tratos z Keos rozpoczęli bada­nia nad budową i funkcjonowaniem ciała ludzkiego, a Arystarch z Samos zbu­dował helio­cen­tryczny mod­el ruchów plan­et. Geometrię na poziom budzą­cy do dziś podziw wynieśli Archimedes z Syrakuz i Apol­lo­nios z Perge, po tym drugim zostały też rozprawy O ciałach pły­wa­ją­cych oraz O równowadze płaszczyzn. Wiel­ki geograf Eratostenes z Cyre­ny zmierzył obwód Zie­mi, a Hip­parch z Nikai na pod­staw­ie obserwacji doko­nanych z trak­cie zaćmienia Słoń­ca obliczył odległość od Zie­mi do Księży­ca. W tych samych krę­gach Kte­si­bios z Alek­san­drii, Filon z Bizancjum i inni budowali znakomite jak na te cza­sy pompy wodne, zegary, kat­a­pul­ty, dźwi­gi i inne urządzenia mechan­iczne. Ekspan­s­ja Rzy­mu w połowie II w. p.n.e. zniszczyła cen­tra greck­iej myśli naukowej. Odżyła ona na krótko w II w. n.e., gdy dzi­ałali wiel­ki anatom i lekarz Galen z Perg­a­monu oraz Ptole­meusz, najwybit­niejszy ze starożyt­nych astronomów i geografów, prowadzą­cy też bada­nia nad światłem. Potem nastąpił trwa­ją­cy czter­naś­cie wieków okres, gdy w Europie, schrys­tian­i­zowanej, a następ­nie zniszc­zonej przez bar­barzyńców, naukowych stylów myślowych nie spo­tykamy.

Matem­aty­cy i badacze przy­rody pochodzą­cy ze świa­ta isla­mu z okre­su od X do XII w. prze­chowali znaczącą część dorobku greck­iego, jed­nak w istot­ny sposób go nie wzbo­ga­cili. Gdy ok. 1200 r. w Bolonii, Paryżu i Oxfordzie, a wkrótce i w innych mias­tach pow­stały uni­w­er­syte­ty, ich zadaniem było przekazy­wanie dog­matów chrześ­ci­jańst­wa w uję­ciu starożyt­nych ojców Koś­cioła, nauczanie prawa wzorowanego na praw­ie rzym­skim, medy­cyny Gale­na wzbo­ga­conej o doko­na­nia Awicen­ny i innych uczonych islam­s­kich, a wresz­cie filo­zofii Arys­tote­le­sa, zwyk­le w inter­pre­tacji Awer­roe­sa, a później Tomasza z Akwinu. Na śred­niowiecznych i rene­san­sowych uni­w­er­syte­tach nie prowad­zono nato­mi­ast badań nad przy­rodą. Towarzyszył temu zastój, jeśli chodzi o tech­ni­ki wyt­warza­nia – postęp w rol­nictwie, medy­cynie czy rzemiośle był bard­zo powol­ny, a na przestrzeni wieków zdarza­ło się, że nie było go wcale.

Nauka a rzemiosło

Ludzie od cza­su neoli­ty­cznej rewolucji rol­niczej, czyli od dwu­nas­tu tysią­cle­ci (na Bliskim Wschodzie), wyt­warza­ją dobra pozwala­jące im żyć, a jeśli cza­su i środ­ków wystar­czy, to uczynić swo­je życie także przy­jem­niejszym. Pracu­ją w świecie, w którym wszys­tko nieustan­nie się zmienia, ale przemi­any te nie następu­ją chao­ty­cznie: rządzi nimi niewidzial­ny ład, który spraw­ia, że upuszc­zony kamień zawsze i wszędzie spa­da w kierunku naszych stóp, dni i noce, a także pory roku następu­ją po sobie w stałej kole­jnoś­ci, żaby rodzą żaby, a ludzie ludzi. Współcześnie to, co rządzi pow­stawaniem, zachowaniem i ginię­ciem rzeczy, nazy­wamy „prawa­mi przy­rody”.

Aby coś wyt­worzyć, trze­ba jakoś prawa przy­rody wyko­rzys­tać dla swoich celów. Częs­to dzieje się to przy­pad­kowo – drogą prób i błędów ludzie natrafi­a­ją na skuteczny sposób postępowa­nia.

A nawet jeśli ktoś zna­jdzie taki sposób tylko dzię­ki uzyskanej wiedzy o przy­rodzie, to zwyk­le się on rytu­al­izu­je – w następ­nych pokole­ni­ach sta­je się wzorcem naślad­owanym bezre­fleksyjnie, a uza­sad­ni­anym jedynie przez to, że nasi ojcowie i (pra)dziadowie tak właśnie czynili. Rozwi­ja­ją się wtedy religi­jne style myślowe, sankcjonu­jące formy życia społecznego przez odwołanie do mity­cznych początków. Taka właśnie sytu­ac­ja panowała w śred­niowieczu. Jako przykład moż­na podać tek­sty Gale­na – przez dwieś­cie lat powielano zawarte w nich błędy, mimo że jed­nocześnie przeprowadzano sekc­je zwłok, które powin­ny były je sko­ry­gować. Stało się tak jed­nak dopiero w XVI w. w innym kli­ma­cie kul­tur­owym.

Rozwój miast, a wraz z nimi rzemiosła, do jakiego doszło w Italii i Europie Zachod­niej w cza­sach rene­san­su, spowodował pow­stanie grup wytwór­ców zain­tere­sowanych nie dal­szym powielaniem, ale udoskon­alaniem tech­nik pro­dukcji. Aku­rat wtedy Luter, Kalwin i inni przys­tąpili do refor­mowa­nia chrześ­ci­jańst­wa. Nastaw­ieni byli anty­naukowo, ale – wbrew ich intencjom – refor­ma­c­ja doprowadz­iła do rozluźnienia koś­ciel­nej kon­troli nad życiem umysłowym, a zachę­ca­jąc wiernych do samodziel­nej lek­tu­ry Bib­lii (czego Koś­ciół rzym­s­ki zakazy­wał do lat 60. XX wieku), niechcą­cy zachę­ciła ich i do innych lek­tur. Co więcej, refor­ma­torów popar­li właśnie mieszczanie, a przemi­any społeczne, jakie nastąpiły do połowy XVII w. w kra­jach protes­tanc­kich, przyniosły rzemieśl­nikom społeczną eman­cy­pację.

IV w. p.n.e. Arys­tote­les sfor­mułował ideał wiedzy przy­rod­niczej opartej na obserwacji. Miała to być obserwac­ja bier­na, prowad­zona przez arys­tokratę wol­nego od obow­iązku pra­cy fizy­cznej. Rzemieśl­ników i rol­ników filo­zof uważał nie za ludzi, ale za oży­wione narzędzia. Jakaż przepaść dzieli pode­jś­cia Arys­tote­le­sa i Galileusza. Ten dru­gi z dumą pisze o swych umiejęt­noś­ci­ach rzemieśl­niczych, a dwie z czterech ksiąg Rozmów i dowodzeń matem­aty­cznych poświę­ca zagad­nieniom inżynier­skim. Prawa przy­rody zaś, jakie for­mułu­je w księ­gach IIIIV, wyprowadza nie z obserwacji, ale z wyników ekspery­men­tów. Ekspery­men­towanie pole­ga na wyt­warza­niu układów, które w poza­ludzkiej przy­rodzie praw­ie nigdy nie wys­tępu­ją. Wyma­ga bowiem nie tylko wyostr­zonych zmysłów i przenikli­wego rozu­mu, pozwala­jącego ekspery­ment zaplanować i zin­ter­pre­tować jego wyni­ki, ale też zręcznych dłoni. Jest to jeden z zasad­niczych powodów, dla których nau­ki przy­rod­nicze są inte­gral­nie pow­iązane z tech­niką. Dru­gi jest taki, że

nau­ka rozwi­ja się tylko w tych społecznoś­ci­ach, w których grupy wytwór­ców – rzemieśl­ników, rol­ników, lekarzy – oczeku­ją na wyni­ki badań, aby ich użyć w prak­tyce.

Nie jest to byna­jm­niej sytu­ac­ja nat­u­ral­na. Przez wie­ki ludzie tra­cili dobytek, a cza­sem życie, wskutek uderzeń piorunów. Próbowali bronić się, m.in. bijąc pod­czas burz w koś­cielne dzwony – choć to nie tylko nie poma­gało, ale w samej Francji, jak wykaza­ły bada­nia, w XVIII w. śred­nio trzech dzwon­ników rocznie traciło przy takich okaz­jach życie. Ale gdy w 1750 r. Ben­jamin Franklin odkrył, że pioruny są wyład­owa­ni­a­mi elek­tryczny­mi, i przy tej okazji skon­struował piorunochron, wynalazek ten, jako bronią­cy grzeszników przed słusznym gniewem bożym, zwal­czany był zarówno przez duchownych, jak i prosty lud (z natu­ry oporny wobec nowinek). Jeszcze w 1950 r. papież Pius XII encyk­liką Humani gener­is zabronił katolickim uczonym głoszenia poglą­du, że kiedykol­wiek żyli na Zie­mi ludzie niebędą­cy potomka­mi Adama jako jed­nego człowieka (po którym dziedz­iczymy grzech pier­worod­ny) – choć wyni­ki ewolucyjnych badań nad przeszłoś­cią ludzkoś­ci, w których dla Adama i Ewy nie ma miejs­ca, stały się pod­stawą wiel­kich postępów w medy­cynie. W tym samym cza­sie, co warto pod­kreślić, gene­tykę zwal­czano w Związku Sowieckim (wystar­czy wspom­nieć cho­ci­aż­by teorie Trofi­ma Łysen­ki albo Olgi Lep­ieszyn­skiej, autor­ki pseudonaukowego poglą­du o możli­woś­ci stworzenia komór­ki z pozbaw­ionej struk­tu­ry sub­stancji żywej), a nieco wcześniej faszys­tows­cy antropolodzy z Niemiec wyt­worzyli górę pseudonaukowych śmieci.

Nauka a liberalna demokracja

Nau­ka służy tech­nice nie wprost, ale przez poszuki­wanie wiedzy o świecie, zdoby­wanej – w ramach społecznego podzi­ału pra­cy – dla samej wiedzy. Gdy Michael Fara­day w 1831 r. odkrył zjawisko indukcji elek­tro­mag­ne­ty­cznej, nawet do głowy mu nie przyszło, że zna­jdzie ono prak­ty­czne zas­tosowa­nia – tym­cza­sem to właśnie dzię­ki niemu pow­sta­je prąd w elek­trow­n­i­ach. Gdy James Clerk Maxwell w 1862 r. dodał do wyprowad­zonych wcześniej rów­nań wyraże­nie na prąd prze­sunię­cia, nie mógł pode­jrze­wać, że na tej pod­staw­ie po ćwierć wieku Hein­rich Hertz wyt­worzy fale radiowe, a w 1896 r. Gugliel­mo Mar­coni zbudu­je radio. I tak dalej.

Służąc wytwór­com – i uzysku­jąc od nich środ­ki do dal­szych badań – naukow­cy szanu­ją „zwykłych ludzi”, udostęp­ni­a­jąc im na przykład poprzez pub­likac­je pop­u­larnonaukowe owoce swej pra­cy. Tym bardziej że, aby nau­ka trwała, muszą znaleźć swych następców, a tal­en­ty rozsiane są wśród różnych klas społecznych (ojciec Isaa­ca New­tona był niepiśmi­en­nym chłopem – i trze­ba było społecznych reform związanych z anglikańską refor­ma­cją, aby dać chłopcu szan­sę na napisanie w przyszłoś­ci Matem­aty­cznych zasad filo­zofii przy­rody. Brak podob­nych reform w Rzecz­pospo­litej przesądz­ił o intelek­tu­al­nym, a w rezulta­cie poli­ty­cznym, upad­ku kra­ju).

Dlat­ego nau­ka jest nat­u­ral­nym sprzymierzeńcem demokracji, zaś demokraty­czne sys­te­my społeczne sprzy­ja­ją roz­wo­jowi nauk.

Sko­ro tak, to naukowe style myśle­nia nie mogą pojaw­ić się i rozwi­jać w państ­wie takim, jakie obmyślił Pla­ton czy jakie chwal­ił św. Tomasz z Akwinu.
Sama demokrac­ja – jako władza ludu – nie wystar­czy. Musi to być demokrac­ja lib­er­al­na, pozbaw­iona państ­wowej religii czy ide­ologii. Nie jest przy­pad­kiem, że roz­wo­jowi nauk w ciągu ostat­nich czterech stule­ci towarzyszył postępu­ją­cy rozdzi­ał koś­ciołów od państw, a lib­er­alne kra­je zwyciężyły w star­ci­ach z total­i­tarny­mi reżi­ma­mi. Przyszłe odkrycia naukowe oraz ich prak­ty­czne zas­tosowa­nia są nieprzewidy­walne, a nier­az wchodzą w bolesny kon­flikt z zas­tany­mi wierzeni­a­mi czy utr­walony­mi zwycza­ja­mi. Ich dokony­wa­niu sprzy­ja zatem atmos­fera duchowej wol­noś­ci. Naukowiec po pra­cy może być członkiem np. jakiegoś koś­cioła czy sek­ty, ale gdy prowadzi bada­nia, ma być „prak­ty­cznym ateistą”, bardziej ucze­nie zwanym nat­u­ral­istą metodolog­icznym: trak­tować przy­rodę jako zamkniętą całość, podległą niezmi­en­nym pra­wom, w ramach których jedne zjawiska wyt­warza­ją inne – bez ingerencji w ich prze­bieg ze strony bogów.

Naukowcy: równi wśród równych obywatele świata

W odróżnie­niu od filo­zofii, gdzie każdy tworzy włas­ny sys­tem, mniej lub bardziej niez­god­ny z sys­tema­mi innych „miłośników mądroś­ci”, bada­nia naukowe mają z isto­ty charak­ter zespołowy. W sto­sunku do siebie naukow­cy są równy­mi wśród równych: miejsce zaj­mowane w aka­demick­iej hier­ar­chii – w prze­ci­wieńst­wie do sytu­acji typowej dla wspól­not religi­jnych czy poli­ty­cznych – nie odgry­wa roli w toc­zonych spo­rach teo­re­ty­cznych, liczą się tylko wyni­ki ekspery­men­tów i logi­ka. Co więcej, naukow­cy jako naukow­cy pozbaw­ieni są zarówno małych, jak i dużych ojczyzn – są oby­wa­te­la­mi świa­ta. Gdy jest inaczej, gdy pow­sta­ją lokalne grupy interesów, a o rozdziale środ­ków i przy­wile­jów decy­du­ją układy środowiskowe czy związ­ki z orga­ni­za­c­ja­mi poli­ty­czny­mi bądź religi­jny­mi, ideał bezstron­nych badań ule­ga wypacze­niu, a nau­ka przeo­braża się w pseudonaukę.


wojciech-sady-fotWoj­ciech Sady – Mag­is­ter fizy­ki (Uni­w­er­sytet Warsza­ws­ki, 1977), dr i dr hab. filo­zofii – filo­zofii nau­ki (Uni­w­er­sytet im. Adama Mick­iewicza, 1980 i 1992), pro­fe­sor nauk human­isty­cznych (2001). Filo­zof nau­ki i his­to­ryk idei, pracu­ją­cy obec­nie w Insty­tu­cie Filo­zofii i Socjologii Uni­w­er­syte­tu Ped­a­gog­icznego w Krakowie. Strona inter­ne­towa: sady.up.krakow.pl.

Tekst jest dostęp­ny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunk­ach 3.0 Pol­s­kaW pełnej wer­sji graficznej moż­na go przeczy­tać > tutaj.

< Powrót do spisu treś­ci numeru.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy