Etyka Felieton

Adam Grobler: Zawsze wybieramy dobro

grobler czarne
Tak powiedział Jean-Paul Sartre (Egzystencjalizm jest humanizmem, 1946). Karykaturzysta przedstawia go wypowiadającego te słowa w oparach dymu z papierosów przy filiżance mocnej kawy i kubku meskaliny, jego ulubionego psychodeliku.

Tekst ukazał się w „Filozofuj!” 2020 nr 5 (35), s. 36–37. W pełnej wersji graficznej jest dostępny w pliku PDF.


Karykatura wszakże tylko podkreśla paradoks, który i bez niej natychmiast jest widoczny. Czyż ludzie nie wybierają czasem zła? Wybierają, ale nie my. Pod nieobecność jednoznacznych wskazówek moralnych sami musimy decydować, co dobre, a co złe. Każdy nasz wybór jest deklaracją naszego moralnego credo, ogłoszeniem, że to, co wybieramy, jest dobre. Rzeczywiście, najwięksi złoczyńcy głoszą, że czynią dobrze. Bezwzględni mafiosi zabiegają przecież o dobro rodziny. Wymuszony haracz jest uczciwym wynagrodzeniem za ochronę przed tymi złymi, którzy do mafii nie należą. Dyktatorzy dbają tylko o dobro narodu. Kto tego nie rozumie, jest zdrajcą i jeśli w ogóle można go do narodu zaliczyć, to najwyżej do jakiegoś drugiego jego sortu. Źli są zawsze wrogowie.

Suwerenna dyktatura, jak zauważył Carl Schmitt (Teologia polityczna, 1922), zawsze potrzebuje wrogów. Zależnie od epoki i sytuacji są to – podaję w kolejności alfabetycznej – badylarze, czarownice, edukatorzy seksualni, elity, feministki, heretycy, imperialiści, kapitaliści, komuniści, kosmopolici, kułacy, LGBTQ, masoni, obszarnicy, pogrobowcy poprzedniego reżymu, prywaciarze, rewizjoniści, rowerzyści (dawniej cykliści), syjoniści, spekulanci, wegetarianie i weganie, zgniła arystokracja i burżuazja, no i ostatecznie Żydzi. Oni to nieustannie knują i tylko dlatego dyktatorzy nie mogą uszczęśliwić narodu, przynajmniej dopóki całkiem szkodników nie wytępią. A że lista jest długa i zawsze można do niej dopisać kelnerów lub sędziów, dobro narodu jest obietnicą do zrealizowania jedynie w perspektywie wieczności.

Czy dając nam wybór orzekania o tym, co dobre, a co złe, Sartre nie popada w relatywizm moralny? „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy, to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy” (Henryk Sienkiewicz, W pustyni i w puszczy, 1911). Niezupełnie. Dalszy ciąg zdania zacytowanego w tytule brzmi: „a to, co jest dobre dla nas, musi być także dobre dla wszystkich”. Jeżeli zabieranie krów komukolwiek przez kogokolwiek miałoby być dobre, musiałoby być dobre niezależnie od tego, kto i komu krowy zabiera. Mój wybór jest bowiem wyborem istoty człowieka. To zaś dlatego, że nie ma Boga – jak głosi Sartre – który by istotę człowieka mógł zaprojektować. Jedynym projektantem jestem ja sam, a mój projekt jest ważny dla całej ludzkości.

Niestety ludzkość nie chce mnie słuchać. Toteż w mojej koncepcji dobra inni muszą być źli. I na odwrót, według cudzej koncepcji dobra to ja jestem zły. Czyż to nadal nie jest relatywizm, choć w wersji łagodniejszej od tej, z którą zapoznawał się Staś Tarkowski? Czy koncepcja Sartre’a nie stawia mnie w jednym rzędzie z mafiosami i dyktatorami? Kłopot polega na tym, że – jak napisałem wyżej – nie ma jednoznacznych wskazówek moralnych. Pismo Święte? Ono mi nie podpowie, czy wobec słabego studenta czynem bardziej miłosiernym będzie postawić mu dwójkę czy trójkę. Muszę sam zdecydować. Presja społeczna? Społeczeństwo milczy, gdy pytam, czy zlitować się nad nieszczęśnikiem, czy ocenić go sprawiedliwie (cokolwiek to znaczy)? Natura? Skąd wiem, czy jestem z natury litościwy czy konsekwentnie sprawiedliwy, dopóki nie postawię oceny?

Do takich nierozwiązywalnych dylematów prowadzi rozbuchany indywidualizm Sartre’a, według którego „piekło to inni” (Przy zamkniętych drzwiach, 1944). Może więc warto schłodzić ten ogień piekielny przez uwzględnienie cudzych koncepcji dobra? Taką propozycję składa starsza wersja indywidualizmu, utylitaryzm Johna Stuarta Milla (1863). Zakładając, że dobro każdego jest równie ważne, należy postępować w myśl zasady „jak najwięcej dobra dla jak największej liczby osób”. Przy czym przez dobro należy rozumieć nie to, co ja uważam za dobro, lecz co za dobro uważa osoba, o której dobro wypada się starać. Pod warunkiem wszakże, że jej koncepcja dobra przyznaje mi prawo do ubiegania się o moje dobro tak, jak ja je pojmuję.

To już daje jakieś wskazówki. Niefortunny student może uważać, że dla niego dobre jest uzyskanie trójki, nawet jeśli nic nie umie. Jego koncepcję dobra mogę jednak zignorować, bo kłóci się ona z innymi koncepcjami dobra. Moja litość może bowiem otworzyć mu drogę do stanowisk, które będzie sprawował niekompetentnie, przez co wyrządzi zło większej liczbie osób. Utylitaryzm podpowiada mi, żeby odróżniać misiewiczów od ajdukiewiczów. Nie zawsze jednak jest łatwo odmierzyć ilość dobra i zła, którą spowoduje mój wybór. Co gorsza, jeśli dobro każdego jest jednakowo cenne, to o którego „każdego” chodzi? Każdego z mojego otoczenia? Każdego Polaka? Każdego człowieka? Każdą żywą istotę? Jak daleko sięga moja wspólnota moralna? Oto pytanie, które zmusza mafiosów do definiowania rodziny, a dyktatorów do określenia narodu, w imieniu którego sprawują suwerenną władzę. Kto ma inną koncepcję dobra od ojca chrzestnego lub słońca narodu, temu betonowe buty lub polityczne represje.

Wyjście z tej intelektualnej pułapki oferuje teoria genezy współpracy Roberta Axelroda (The Evolution of Co­operation, 1984). Głosi ona, że w społeczeństwie prowadzimy niezliczenie wiele gier, w których na wyrządzone jej dobro lub zło druga strona odpowiada dobrem lub złem. W toku tych gier uczymy się, że obu stronom bardziej opłaca się czynić dobro w oczekiwaniu na rewanż. Podobnie państwa uczą się, że współpraca opłaca się bardziej od wojny. Dlatego od kilku­dziesięciu lat coraz więcej swych suwerennych uprawnień, ku powszechnemu pożytkowi, oddają instytucjom ponadnarodowym. Zaś kury na lepsze traktowanie odpowiadają smaczniejszymi jajkami. Na odwrót, bezwzględna eksploatacja przyrody skutkuje kryzysem klimatycznym. W takim ujęciu zasięg wspólnoty moralnej może być praktycznie nieograniczony, co źle wróży gangsterom i dyktatorom.

Moralnej? Czy interesowne czynienie dobra ma coś wspólnego z moralnością? Immanuel Kant (Krytyka praktycznego rozumu, 1781) powiedziałby, że nie, bo celem postępowania staje się coś poza czystym obowiązkiem moralnym. Czy jednak kalkulacja środkami teorii gier jest mniej moralna od rachuby na zbawienie lub potępienie? Kant rozwinął etykę autonomiczną, tj. niezależną od rozstrzygnięć meta­fizycznych, w tym kwestii istnienia Boga. Ostatecznie jednak odwołuje się do Niego jako gwaranta moralności. W teorii Axelroda tym gwarantem jest optymalizacja strategii, która i bez Boga zakłada perspektywę wieczności. W skończonej grze opłaca się czynić dobro po to, by w ostatnim posunięciu, na które już nikt nie odpowie, egoistycznie się ześwinić. Rzecz w tym, że nigdy nie wiadomo, które posunięcie jest ostatnie. Kalkulacja odwleka zatem wyrządzenie zła w nieskończoność i to chyba nadaje jej wymiar moralny.


Adam Grobler – profesor, pracownik Instytutu Filozofii Uniwersytetu Opolskiego i członek Prezydium Komitetu Nauk Filozoficznych PAN. Zajmuje się metodologią nauk, teorią poznania, filozofią analityczną i dydaktyką filozofii. W wolnym czasie gra w brydża sportowego. Wdowiec (2006), w powtórnym związku (od 2010), ojciec czworga dzieci (1980, 1983, 1984, 1989) i dziadek, jak na razie, ośmiorga wnucząt. Mieszka w Krakowie. grobler.artus.net.pl, e‑mail: adam_grobler@interia.pl

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

< Powrót do spisu treści numeru.

Ilustracja: Małgorzata Uglik

Najnowszy numer można nabyć od 4 maja w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2022 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

4 komentarze

Kliknij, aby skomentować

  • Ps. Na miejscu B. Misiewicza za takie prostackie, chamskie i płytkie sugestie oraz przytyki, w tym rozważania, dawałbym po twarzy (ewentualnie spoliczkowałbym odbierając honor — persona non grata jak niejaki towarzysz M. Boni, euroosioł), wzywałbym na pojedynek (do krwi ostatniej) i oczywiście do sądu za zniesławienie w tvnowskim — gwyborczym stylu.
    Dno i żenada — wstydu już nie ma.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy