Antropologia Etyka Fragment z klasyka

Adam Smith: Traf moralny

Zapisz się do naszego newslettera

Źró­dło: Teo­ria uczuć moral­nych, przeł. S. Jedy­nak, War­sza­wa: PWN 1989, s. 136–161.


Bez wzglę­du na to czy dzia­ła­nie jest chwa­leb­ne, czy nagan­ne, musi spro­wa­dzać się, po pierw­sze, do dys­po­zy­cji, czy­li dozna­nia uczu­cio­we­go, z któ­re­go bie­rze począ­tek; albo, po dru­gie, do zewnętrz­ne­go dzia­ła­nia, czy poru­szeń cia­ła, któ­re to dozna­nia uczu­cio­we wywo­łu­je, czy wresz­cie do dobrych albo złych następstw, któ­re rze­czy­wi­ście i fak­tycz­nie z nie­go pocho­dzą. Te trzy róż­ne rze­czy two­rzą całą natu­rę i oko­licz­no­ści dzia­ła­nia i muszą być pod­sta­wą wszel­kich wła­ści­wo­ści przy­na­leż­nych dzia­ła­niu.

Jest ze wszech miar oczy­wi­ste, że dwie ostat­nie z tych oko­licz­no­ści nie mogą być pod­sta­wą pochwa­ły czy naga­ny; nikt też nigdy nie opo­wia­dał się za prze­ciw­ną opi­nią. Dzia­ła­nie zewnętrz­ne, czy­li ruch cia­ła jest czę­sto taki sam w naj­bar­dziej nie­win­nych i naj­bar­dziej szko­dli­wych dzia­ła­niach. I ten, co strze­la do pta­ka, i ten, co strze­la do czło­wie­ka, obaj wyko­nu­ją ten sam zewnętrz­ny ruch: każ­dy z nich nacią­ga spust strzel­by. Następ­stwa, któ­re rze­czy­wi­ście i fak­tycz­nie powsta­ją z wszel­kie­go dzia­ła­nia, są, w mia­rę moż­li­wo­ści, jesz­cze bar­dziej nie­podat­ne czy to na pochwa­łę czy naga­nę niż nawet zewnętrz­ny ruch cia­ła. Zale­żą one bowiem nie od spraw­cy, lecz od przy­pad­ku, nie mogą być wła­ści­wą pod­sta­wą uczu­cia, któ­re­go przed­mio­ta­mi są jego cha­rak­ter i postę­po­wa­nie.

Jedy­ny­mi następ­stwa­mi, za któ­re odpo­wia­da spraw­ca, albo za któ­re może go spo­tkać jakaś apro­ba­ta lub dez­apro­ba­ta, są te następ­stwa, któ­re on w ten czy inny spo­sób zamie­rzył, albo przy­naj­mniej te, któ­re uka­zu­ją przy­jem­ny czy nie­przy­jem­ny cha­rak­ter inten­cji jego ser­ca, będą­cej impul­sem do jego dzia­ła­nia. Wszel­ka pochwa­ła i naga­na, wszel­ka apro­ba­ta i dez­apro­ba­ta, jakie mogą przy­paść jakie­muś dzia­ła­niu, muszą więc osta­tecz­nie nale­żeć do inten­cji lub doznań uczu­cio­wych ser­ca, do tego, czy zamiar był wła­ści­wy czy nie­wła­ści­wy, czy był podyk­to­wa­ny przez życz­li­wość, czy też rodził się z chę­ci szko­dze­nia.

Kie­dy w ten spo­sób pro­po­nu­je się tę zasa­dę w abs­trak­cyj­nych i ogól­nych ter­mi­nach, nie ma niko­go, kto by się z nią nie zga­dzał. Jest oczy­wi­ste samo przez się, że spra­wie­dli­wość jest uzna­wa­na przez cały świat i nikt z ludzi nie zgła­sza sprze­ci­wu. Wszy­scy się godzą, że bez wzglę­du na to, jak róż­ne są przy­pad­ko­we, nie­za­mie­rzo­ne, nie­prze­wi­dzia­ne następ­stwa róż­nych dzia­łań, to jed­nak, jeśli inten­cje lub uczu­cia, z któ­rych powsta­ły, są z jed­nej stro­ny jed­na­ko­wo nie­wła­ści­we i jed­na­ko­wo przy­no­szą zło, zasłu­ga czy wina dzia­łań jest jesz­cze cią­gle ta sama i spraw­ca jest odpo­wied­nim przed­mio­tem czy to wdzięcz­no­ści czy resen­ty­men­tu.

Bez wzglę­du na to, jak byli­by­śmy prze­ko­na­ni o praw­dzi­wo­ści tej godzi­wej zasa­dy, roz­wa­ża­jąc ją w spo­sób abs­trak­cyj­ny, gdy weź­mie­my pod uwa­gę kon­kret­ne przy­pad­ki, oka­że się, że fak­tycz­ne następ­stwa, któ­re mogą wyni­kać z jakie­goś dzia­ła­nia, mają znacz­ny wpływ na nasze poczu­cie zasłu­gi czy winy i pra­wie zawsze albo wzma­ga­ją, albo pomniej­sza­ją nasze poczu­cie obu. W każ­dym z tych przy­pad­ków po bliż­szej obser­wa­cji oka­że się, że nasze uczu­cia rzad­ko kie­dy są cał­ko­wi­cie kie­ro­wa­ne przez tę zasa­dę, któ­rą wszy­scy uzna­je­my uwa­ża­jąc, iż powin­na cał­ko­wi­cie je regu­lo­wać.

Zaj­mę się teraz wyja­śnie­niem tego, że uczu­cia nie dają się regu­lo­wać, co wszy­scy odczu­wa­ją, rzad­ko kie­dy wystar­cza­ją­co zda­jąc sobie z tego spra­wę, nikt zaś nie chce tego uznać. Naj­pierw roz­wa­żę przy­czy­nę, któ­ra to spra­wia, czy­li mecha­nizm, któ­ry uru­cho­mi­ła natu­ra, by ten stan rze­czy powstał; po dru­gie, jakie wiel­kie jest jego oddzia­ły­wa­nie; i wresz­cie, cel, któ­ry speł­nia, czy­li co zamie­rzał przez to Stwór­ca natu­ry.

O przyczynach oddziaływania przypadku

Przy­czy­ny przy­kro­ści i przy­jem­no­ści, jakie­kol­wiek by były i jak­kol­wiek by dzia­ła­ły, zda­ją się być obiek­ta­mi, któ­re u wszyst­kich stwo­rzeń natych­miast wywo­łu­ją uczu­cia wdzięcz­no­ści i resen­ty­men­tu. Wywo­łu­ją je zarów­no przed­mio­ty nie­oży­wio­ne, jak oży­wio­ne. Nawet kamień, któ­ry nas rani, przez chwi­lę wzbu­dza nasz gniew. Dziec­ko bije go, pies na nie­go szcze­ka, a popę­dli­wy czło­wiek jest skłon­ny obrzu­cić go klą­twa­mi. Już krót­kie zasta­no­wie­nie zobo­jęt­nia to uczu­cie, i wkrót­ce zda­je­my sobie spra­wę, że rzecz, któ­ra nie prze­ja­wia uczuć, jest bar­dzo nie­wła­ści­wym obiek­tem zemsty. Jed­nak­że, gdy zło jest wiel­kie, przed­miot, któ­ry je wywo­łał, sta­je się dla nas nie­przy­jem­ny po wiecz­ne cza­sy i przy­jem­nie jest spa­lić go czy znisz­czyć. W ten spo­sób trak­tu­je­my narzę­dzie, któ­re przy­pad­kiem sta­ło się przy­czy­ną śmier­ci nasze­go przy­ja­cie­la, i czę­sto uwa­ża­li­by­śmy, że bra­ko­wa­ło­by nam uczuć ludz­kich, gdy­by­śmy nie zasto­so­wa­li tego absur­dal­ne­go rodza­ju zemsty na mar­twym przed­mio­cie.

W podob­ny spo­sób odczu­wa­my rodzaj wdzięcz­no­ści wobec nie­oży­wio­nych przed­mio­tów, któ­re sta­ły się przy­czy­ną wiel­kiej czy czę­sto powta­rza­ją­cej się przy­jem­no­ści. Czyn mary­na­rza, któ­ry zaraz po zej­ściu na ląd, pod­sy­cił­by ogień kawał­kiem deski, któ­ra posłu­ży­ła mu do uciecz­ki z toną­ce­go stat­ku, uzna­li­by­śmy za nie­na­tu­ral­ny, zły postę­pek. Spo­dzie­wa­li­by­śmy się, że zacho­wa raczej tro­skli­wie tę deskę darząc ją przy­wią­za­niem jak pamiąt­kę, w jakiś spo­sób dro­gą jego ser­cu. Czło­wiek przy­wią­zu­je się z cza­sem do taba­kier­ki, scy­zo­ry­ka, rze­czy, któ­rych uży­wał daw­no temu, i w jego ser­cu rodzi się coś w rodza­ju praw­dzi­wej do nich miło­ści i przy­wią­za­nia. Gdy je zepsu­je albo stra­ci, jest poiry­to­wa­ny nie­pro­por­cjo­nal­nie do war­to­ści stra­ty. Na dom, w któ­rym miesz­ka­my od daw­na, na drze­wo, któ­re­go zie­lo­ność i cień dłu­go spra­wiał nam radość, patrzy­my z pew­ne­go rodza­ju uzna­niem win­nym dobro­czyń­com. Nisz­cze­nie jed­ne­go, obumar­cie dru­gie­go wpro­wa­dza nas w pewien rodzaj melan­cho­lii, choć nie ponie­śli­by­śmy przez to strat. Dria­dy i lary, w któ­re wie­rzy­li sta­ro­żyt­ni, rodzaj duchów drzew i domów, praw­do­po­dob­nie zawdzię­cza­ją swo­je ist­nie­nie przy­wią­za­niu, któ­re twór­cy tych wie­rzeń odczu­wa­li do takich rze­czy, wie­rzeń, któ­re nie prze­ma­wia­ły­by do umy­słu, gdy­by nie było tych oży­wia­ją­cych duchów.

Zanim jed­nak jakaś rzecz może być wła­ści­wym przed­mio­tem wdzięcz­no­ści czy resen­ty­men­tu, nie tyl­ko musi ona być przy­czy­ną przy­jem­no­ści czy przy­kro­ści, lecz podob­nie musi być zdol­na do ich odczu­wa­nia. Bez tej wła­ści­wo­ści, te uczu­cia nie mogą dawać ujścia jakie­mu­kol­wiek ich zaspo­ko­je­niu. Ponie­waż powsta­ją za spra­wą przy­jem­no­ści i przy­kro­ści, to ich zaspo­ko­je­nie wyma­ga odwza­jem­nie­nia tych uczuć wobec tego, co było ich impul­sem; a pró­ba tego jest nie­moż­li­wa w sto­sun­ku do rze­czy nie mogą­cych czuć. Zwie­rzę­ta są więc bar­dziej odpo­wied­ni­mi przed­mio­ta­mi wdzięcz­no­ści i resen­ty­men­tu niż rze­czy nie­oży­wio­ne. Karze się psa, któ­ry gry­zie, i wołu, któ­ry bodzie. Jeśli sta­ły­by się przy­czy­ną czy­jejś śmier­ci, ani ogół, ani krew­ni zabi­te­go nie mogli­by zna­leźć zadość­uczy­nie­nia, jeśli spraw­ców nie spo­tka­ła­by śmierć. Nie wypły­wa to jedy­nie ze wzglę­du na bez­pie­czeń­stwo żyją­cych, lecz w jakiejś mie­rze ze wzglę­du na pomsz­cze­nie krzyw­dy zabi­te­go. Prze­ciw­nie, zwie­rzę­ta, któ­re są nie­zwy­kle poży­tecz­ne dla swo­ich wła­ści­cie­li, sta­ją się przed­mio­ta­mi nie­zmier­nie żywej wdzięcz­no­ści. Szo­ku­je nas bru­tal­ność ofi­ce­ra wspo­mnia­ne­go w Szpie­gu turec­kim, któ­ry zaszty­le­to­wał konia, o prze­nie­sie­niu go przez cie­śni­nę mor­ską, aby to zwie­rzę nie mogło w przy­szło­ści uła­twić komuś podob­ne­go przed­się­wzię­cia.

Lecz choć zwie­rzę­ta nie są jedy­nie przy­czy­na­mi przy­jem­no­ści i przy­kro­ści, lecz tak­że są zdol­ne odczu­wać te sen­sa­cje, to jed­nak wie­le bra­ku­je, by mogły być w peł­ni dosko­na­ły­mi obiek­ta­mi czy to wdzięcz­no­ści, czy resen­ty­men­tu; w ich uczu­ciach cią­gle obser­wu­je­my pewien brak ich cał­ko­wi­te­go speł­nie­nia. Wdzięcz­ność wyma­ga przede wszyst­kim, by nie tyl­ko spra­wić, by dobro­czyń­ca odczuł ze swo­jej stro­ny przy­jem­ność, lecz by uświa­do­mić mu, że spo­ty­ka go ta nagro­da ze wzglę­du na jego postę­po­wa­nie w prze­szło­ści, by spra­wić mu przy­jem­ność z racji tego zacho­wa­nia i usa­tys­fak­cjo­no­wać go, że oso­ba, któ­rej uczy­nił przy­słu­gę nie była jej nie­god­na. To, co naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go zachwy­ca nas w naszym dobro­czyń­cy, to zgo­da mię­dzy jego a naszy­mi uczu­cia­mi, jeśli cho­dzi o to, co naj­bar­dziej nas inte­re­su­je, war­tość nasze­go cha­rak­te­ru i należ­ny nam sza­cu­nek. Jeste­śmy zachwy­ce­ni, że jest oso­ba, któ­ra ceni nas tak, jak my ceni­my sie­bie i wyróż­nia spo­śród resz­ty ludzi, nie ską­piąc wzglę­dów nie­wie­le róż­nią­cych się od tego, jak my sami pra­gnę­li­by­śmy zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Pod­trzy­ma­nie tych jego przy­jem­nych i schle­bia­ją­cych nam uczuć jest jed­nym z głów­nych celów zamie­rzo­ne­go odwza­jem­nie­nia, do któ­re­go jeste­śmy skłon­ni. Wspa­nia­ło­myśl­ny umysł czę­sto pogar­dza inte­re­sow­nym pomy­słem wymu­sze­nia nowych przy­sług ze stro­ny dobro­czyń­cy przy uży­ciu środ­ków, któ­re moż­na by było nazwać naprzy­krza­niem się naszą wdzięcz­no­ścią. Lecz zacho­wa­nie i spo­tę­go­wa­nie jego sza­cun­ku jest celem, któ­re naj­tęż­szy umysł nie uzna za nie­god­ny zabie­gów. I to jest pod­sta­wa tego, co wcze­śniej stwier­dzi­łem, że kie­dy nie może­my współ­od­czu­wać moty­wów nasze­go dobro­czyń­cy, kie­dy jego postę­po­wa­nie i cha­rak­ter zda­ją się nie­god­ne naszej apro­ba­ty; nawet gdy jego pomoc zawsze była ogrom­na, wdzięcz­ność z naszej stro­ny male­je. Mniej pochle­bia nam jego wyróż­nia­nie nas, zacho­wa­nie zaś sza­cun­ku tak sła­be­go i nie­god­ne­go pro­tek­to­ra nie zda­je się być spra­wą w isto­cie war­tą zacho­du.

Prze­ciw­nie, cel, do któ­re­go kie­ru­je się głów­nie resen­ty­ment, to nie tyle spra­wie­nie z kolei nasze­mu wro­go­wi przy­kro­ści, lecz uświa­do­mie­nie mu, że ta przy­krość wyni­ka z jego postę­po­wa­nia w prze­szło­ści, że cho­dzi o odpo­ku­to­wa­nie tego postę­po­wa­nia i uprzy­tom­nie­nie mu, że oso­ba, któ­rą skrzyw­dził, nie zasłu­gi­wa­ła na takie potrak­to­wa­nie. Głów­ną przy­czy­ną gnie­wu prze­ciw czło­wie­ko­wi, któ­ry nas skrzyw­dził czy obra­ził, jest to, że oka­zu­je nam zbyt mało wzglę­dów, że nad­mier­nie przed­kła­da sie­bie nad naszą oso­bę, jego absur­dal­ne samo­lub­stwo, któ­re zda­je się skła­niać go do myśle­nia, że innych ludzi zawsze moż­na poświę­cić dla wła­snej wygo­dy czy samo­po­czu­cia. Krzy­czą­ca nie­wła­ści­wość takie­go postę­po­wa­nia, ogrom­na buta i nie­spra­wie­dli­wość, któ­re zda­ją się łączyć z tym, gor­szą nas i wypro­wa­dza­ją z rów­no­wa­gi bar­dziej niż całe zło, któ­re­go dozna­li­śmy. Spo­wo­do­wa­nie, by czło­wiek ten odczu­wał zno­wu, co nale­ży się innym, by uświa­do­mił sobie powin­no­ści wobec nas, by zro­zu­miał, ile złe­go nam uczy­nił, jest zazwy­czaj głów­nym celem nasze­go odwe­tu, któ­ry nigdy nie oka­że się dosko­na­ły, jeśli nie speł­ni powyż­szych zamie­rzeń. Jeśli oka­że się, że nasz wróg nie skrzyw­dził nas, jeśli zda­je­my sobie spra­wę, że dzia­łał wła­ści­wie, że w jego sytu­acji powin­ni­by­śmy uczy­nić to samo i że zasłu­ży­li­śmy na zło, któ­re nas spo­tka­ło, w tym przy­pad­ku, jeśli tli się w nas choć­by iskier­ka bez­stron­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści, nie powin­ni­śmy odczuć żad­ne­go resen­ty­men­tu.

Aby więc coś sta­ło się wła­ści­wym i peł­nym przed­mio­tem wdzięcz­no­ści albo resen­ty­men­tu, win­no posia­dać trzy cechy. Po pierw­sze, musi być przy­czy­ną przy­jem­no­ści w jed­nym przy­pad­ku i przy­kro­ści w dru­gim. Po dru­gie, musi być zdol­ne do dozna­wa­nia tych uczuć. Po trze­cie, nie tyl­ko powin­no wzbu­dzać te uczu­cia, ale robić to zgod­nie z zamie­rze­niem, a ten zamiar winien być apro­bo­wa­ny w jed­nym przy­pad­ku i dez­apro­bo­wa­ny w innym. Za spra­wą pierw­szej wła­ści­wo­ści przed­miot jest zdol­ny do wywo­ły­wa­nia tych uczuć, za spra­wą dru­giej do zaspo­ko­je­nia ich, trze­cia jest koniecz­na do peł­ne­go ich speł­nie­nia, lecz sko­ro dostar­cza ona przy­jem­no­ści albo przy­kro­ści, któ­re są zara­zem i dosko­na­łe, i szcze­gól­ne, jest rów­nież dodat­ko­wą przy­czy­ną tych uczuć.

Sko­ro to, co, w ten czy inny spo­sób, dostar­cza przy­jem­no­ści czy przy­kro­ści, jest jedy­ną przy­czy­ną pobu­dza­ją­cą wdzięcz­ność czy resen­ty­ment; choć inten­cje czło­wie­ka win­ny być jak naj­wła­ściw­sze i naj­lep­sze z jed­nej stro­ny i jak naj­mniej wła­ści­we i złe z dru­giej; to jed­nak­że nawet gdy­by nie uda­ło mu się spo­wo­do­wać zamie­rzo­ne­go dobra albo zła, gdyż w obu przy­pad­kach brak jed­nej z pobu­dza­ją­cych przy­czyn, powi­nien spo­tkać się z mniej­szą wdzięcz­no­ścią w jed­nym przy­pad­ku i mniej­szym resen­ty­men­tem w dru­gim. Prze­ciw­nie zaś, choć w inten­cjach jakiejś oso­by nie ma czy to chwa­leb­ne­go stop­nia życz­li­wo­ści z jed­nej stro­ny, czy nagan­ne­go stop­nia zło­śli­wo­ści z dru­giej, to jed­nak, jeśli jego dzia­ła­nia spo­wo­du­ją czy to wiel­kie dobro, czy wiel­kie zło, ponie­waż jed­na z wywo­łu­ją­cych przy­czyn wystę­pu­je w obu przy­pad­kach, moż­na się spo­dzie­wać powsta­nia wobec nie­go spo­ro wdzięcz­no­ści w jed­nym przy­pad­ku i spo­ro resen­ty­men­tu w dru­gim. W pierw­szym przy­pad­ku towa­rzy­szy mu cień zasłu­gi, w dru­gim cień winy. A ponie­waż następ­stwa czy­nów pozo­sta­ją cał­ko­wi­cie we wła­dzy przy­pad­ku, stąd rodzi się jego wpływ na uczu­cia ludzi, co się tyczy zasłu­gi o winy.

O zasięgu oddziaływania przypadku

Skut­kiem oddzia­ły­wa­nia przy­pad­ku jest po pierw­sze, pomniej­sze­nie poczu­cia zasłu­gi czy winy tych czy­nów, któ­ry­mi kie­ro­wa­ły naj­bar­dziej chwa­leb­ne czy naj­bar­dziej nagan­ne inten­cje wte­dy, gdy nie dopro­wa­dzi­ły do zamie­rzo­nych rezul­ta­tów; i po dru­gie, spo­tę­go­wa­nie poczu­cia zasłu­gi czy winy czy­nów nie nale­żą­cych do dzia­ła­nia powsta­ją­ce­go zgod­nie z moty­wa­mi i uczu­cia­mi, któ­re dają mu począ­tek, gdy przy­pad­ko­wo powo­du­ją czy to nad­zwy­czaj­ną przy­jem­ność czy nad­zwy­czaj­ną przy­krość.

1. Po pierw­sze, stwier­dzam, że choć­by inten­cje jakie­goś czło­wie­ka były naj­wła­ściw­sze i naj­bar­dziej życz­li­we z jed­nej stro­ny czy naj­bar­dziej nie­wła­ści­we i zło­śli­we z dru­giej, to jed­nak­że jeśli nie uda mu się osią­gnąć rezul­ta­tów, jego zasłu­ga w pierw­szym przy­pad­ku wyda­je się nie­do­sko­na­ła, a jego wina w dru­gim nie­peł­na. Tej nie­od­po­wied­nio­ści uczuć nie odczu­wa­ją tyl­ko ci, któ­rych bez­po­śred­nio doty­czą skut­ki tego dzia­ła­nia. Odczu­wa ją w jakiejś mie­rze nawet bez­stron­ny obser­wa­tor. Czło­wie­ka, któ­ry ubie­ga się bez­sku­tecz­nie o sta­no­wi­sko dla dru­gie­go, uwa­ża­my za jego przy­ja­cie­la i wyda­je się nam, że zaskar­bił sobie jego miłość i przy­wią­za­nie. Ale czło­wie­ka, któ­ry nie tyl­ko ubie­ga się, ale uzy­sku­je to sta­no­wi­sko, oso­bli­wie uwa­ża się za pro­tek­to­ra i dobro­czyń­cę i nale­ży mu się sza­cu­nek i wdzięcz­ność. Oso­ba mają­ca zobo­wią­za­nie, mamy pra­wo zakła­dać, może z dużą dozą słusz­no­ści wyobra­żać sobie, że dorów­nu­je temu pierw­sze­mu. Lecz my nie włą­czy­my się w jego emo­cje, jeśli nie będzie odczu­wał, że dru­gi ma nad nim prze­wa­gę. Istot­nie, zazwy­czaj utar­ło się powie­dze­nie, że jeste­śmy jed­na­ko­wo zobo­wią­za­ni wobec czło­wie­ka, któ­ry pró­bo­wał nam oddać przy­słu­gę, jak wobec tego, kto ją fak­tycz­nie oddał. Są to sło­wa, któ­re nie­ustan­nie pada­ją przy oka­zji nie­uda­nych prób tego rodza­ju, lecz sło­wa, któ­re jak wszyst­kie pięk­ne sło­wa muszą być przy­ję­te ze szczyp­tą tole­ran­cji. Uczu­cie, któ­re odczu­wa wspa­nia­ło­myśl­ny czło­wiek wzglę­dem przy­ja­cie­la, któ­re­mu nie powio­dło się przed­się­wzię­cie, może czę­sto istot­nie być zbli­żo­ne do uczuć, któ­re ujaw­nia wobec tego, komu się uda­ło. Im bar­dziej jest wspa­nia­ło­myśl­ny, tym bar­dziej zbli­żą się te uczu­cia do jed­na­ko­we­go pozio­mu. Dla praw­dzi­wie wspa­nia­ło­myśl­nych ludzi miłość i sza­cu­nek ze stro­ny tych, któ­rych oni sami uwa­ża­ją za god­nych sza­cun­ku, daje wię­cej przy­jem­no­ści i tym samym wzbu­dza więk­szą wdzięcz­ność niż wszyst­kie korzy­ści, któ­rych moż­na ocze­ki­wać z tych uczuć. Kie­dy więc tra­cą te korzy­ści, wyda­je im się to drob­nost­ką, led­wie war­tą uwa­gi. A jed­nak coś tra­cą. Ich przy­jem­ność więc, a w następ­stwie wdzięcz­ność, nie jest abso­lut­nie peł­na. Zgod­nie z tym, jeśli mię­dzy przy­ja­cie­lem, któ­re­mu się uda­ło i przy­ja­cie­lem, któ­re­mu się nie powio­dło, wszyst­kie inne warun­ki są rów­ne, nawet w naj­szla­chet­niej­szym i naj­do­sko­nal­szym umy­śle zro­dzi się mała róż­ni­ca w miło­ści na korzyść tego, któ­re­mu się uda­ło. Mało tego, ludzie są w tym wzglę­dzie tak nie­spra­wie­dli­wi, że jeśli speł­ni się zamie­rzo­ne dobro­dziej­stwo, lecz nie za spra­wą tego szcze­gól­ne­go dobro­czyń­cy, są skłon­ni myśleć, że mniej wdzięcz­no­ści nale­ży się czło­wie­ko­wi, któ­ry mając naj­lep­sze w świe­cie inten­cje mógł jedy­nie spra­wę tro­chę popchnąć. Ponie­waż wdzięcz­ność jest w tym przy­pad­ku roz­dzie­lo­na mię­dzy róż­ne oso­by, któ­re przy­czy­ni­ły się do ich przy­jem­no­ści, mniej­sza część zda­je się przy­pa­dać każ­dej z nich. Tacy ludzie, jak zazwy­czaj mówi się, nie­wąt­pli­wie zamie­rza­li oddać nam przy­słu­gę; i napraw­dę wie­rzy­my, że w tym celu wyczer­pa­li wszyst­kie swo­je moż­li­wo­ści. Nie jeste­śmy jed­nak­że zobo­wią­za­ni wobec nich do wdzięcz­no­ści za to dobro­dziej­stwo, gdy­by bowiem nie było współ­dzia­ła­nia innych, to, co on sam mógł zro­bić, nigdy by nie spo­wo­do­wa­ło powo­dze­nia. Otóż ten wzgląd powi­nien nawet w oczach bez­stron­ne­go obser­wa­to­ra zmniej­szyć dług, któ­ry są mu win­ni. Sam czło­wiek, któ­ry bez powo­dze­nia pró­bo­wał przy­spo­rzyć dobro­dziej­stwa, w żad­nym wypad­ku nie liczy w takiej samej mie­rze na wdzięcz­ność oso­by, któ­rą miał zamiar zobo­wią­zać, nie ma też takie­go wobec niej poczu­cia zasłu­gi, jakie by miał w przy­pad­ku osią­gnię­cia suk­ce­su.

Nad­to przy­miot posia­da­nia zdol­no­ści i umie­jęt­no­ści, któ­re za spra­wą przy­pad­ku zawio­dły w osią­gnię­ciu celów, zda­je się w jakiejś mie­rze nie­za­do­wa­la­ją­cy; rów­nież dla cał­ko­wi­cie prze­ko­na­nych o wła­snych moż­li­wo­ściach ich osią­gnię­cia. Gene­rał, któ­re­mu zawiść mini­strów prze­szko­dzi­ła w uzy­ska­niu wiel­kiej prze­wa­gi nad nie­przy­ja­ciół­mi ojczy­zny, do koń­ca życia żału­je zaprze­pasz­cze­nia oka­zji. Ba, żału­je tego nie jedy­nie ze wzglę­du na naród. Roz­pa­cza, że unie­moż­li­wio­no mu doko­nać czy­nów, któ­re by doda­ły bla­sku jego oso­bie zarów­no we wła­snych oczach, jak i w oczach innych ludzi. Ani jego, ani innych ludzi nie zado­wa­la myśle­nie, że plan czy zamysł był cał­ko­wi­cie jego dzie­łem, że do wyko­na­nia go nie potrze­ba było więk­szych zdol­no­ści niż do uło­że­nia pla­nu; że pod każ­dym wzglę­dem miał zapew­nio­ne wszyst­kie atry­bu­ty, któ­re, gdy­by pozwo­lo­no mu kon­ty­nu­ować dzie­ło, przy­nio­sły­by nie­wąt­pli­wy suk­ces. A jed­nak go nie odniósł i choć może zasłu­gi­wać na wszel­ką apro­ba­tę za wspa­nia­ły, wiel­ki plan, bra­ku­je fak­tycz­nej zasłu­gi doko­na­nia wiel­kie­go czy­nu. Pozba­wie­nie czło­wie­ka kie­row­nic­twa spraw publicz­nych, czło­wie­ka, któ­ry nie­omal dopro­wa­dził je do koń­ca, uwa­ża się za naj­bar­dziej rażą­cą nie­spra­wie­dli­wość. Sko­ro tak wie­le doko­nał, uwa­ża­my, że powin­no się uznać jego peł­ną zasłu­gę za dopro­wa­dze­nie spra­wy do koń­ca. Zarzu­ca­no Pom­pe­ju­szo­wi, że obej­mu­jąc dowódz­two po zwy­cię­stwach Lukul­lu­sa, zebrał lau­ry, któ­re za zrzą­dze­niem losu i dzię­ki war­to­ściom oso­bi­stym Lukul­lu­sa temu ostat­nie­mu się nale­ża­ły. Sła­wa Lukul­lu­sa sta­ła się ponoć mniej peł­na nawet w opi­niach jego wła­snych przy­ja­ciół, kie­dy nie pozwo­lo­no mu ukoń­czyć kam­pa­nii, któ­rą dzię­ki jego dzia­ła­niom i odwa­dze mógł ukoń­czyć nie­mal każ­dy czło­wiek. Jest upo­ko­rze­niem dla archi­tek­ta, jeśli nie reali­zu­je się jego pla­nów, albo gdy są tak dale­ce zmie­nio­ne, że psu­ją osta­tecz­ny wygląd budyn­ku. Plan jed­nak­że jest cał­ko­wi­cie zależ­ny od archi­tek­ta. Dla dobrych arbi­trów wszyst­kie jego zdol­no­ści są cał­ko­wi­cie widocz­ne zarów­no w pla­nie, jak w jego reali­za­cji. Jed­nak­że plan nawet naj­le­piej zorien­to­wa­nym ludziom nie przy­spa­rza tej samej przy­jem­no­ści, co impo­nu­ją­ca, wspa­nia­ła budow­la. Mogą zna­leźć tak samo wie­le sma­ku i zdol­no­ści zarów­no w pla­nie, jak w budow­li. Lecz efek­ty tych zalet róż­nią się zasad­ni­czo i przy­jem­ność czer­pa­na z pla­nu nigdy nie będzie zbli­żo­na do olśnie­nia i podzi­wu, któ­re cza­sa­mi może wzbu­dzić budow­la. Może­my być prze­ko­na­ni, że talen­ty wie­lu ludzi prze­wyż­sza­ły talen­ty Ceza­ra i Alek­san­dra i że gdy­by inni zna­leź­li się w tych samych oko­licz­no­ściach, doko­na­li­by jesz­cze więk­szych czy­nów. Zanim to nastą­pi, jed­nak nie oka­zu­je­my zadzi­wia­ją­ce­go podzi­wu, z któ­rym patrzy­ły na tych dwóch boha­te­rów wszyst­kie naro­dy poprzez wie­ki. Spo­koj­ne sądy roz­sąd­ku mogą bar­dziej pochwa­lać wie­lu innych ludzi, lecz brak splen­do­ru wiel­kich doko­nań unie­moż­li­wia olśnie­nie i zachwyt. Wyż­szość cnót i talen­tów, nawet dla ludzi, któ­rzy uzna­ją tę prze­wa­gę, nie oddzia­łu­je tak sil­nie, jak wyż­szość osią­gnięć.

Podob­nie jak w przy­pad­ku nie­uda­nych wysił­ków doko­na­nia dobra, na sku­tek nie­po­wo­dze­nia, w oczach nie­wdzięcz­nych ludzi zasłu­ga sta­je się mniej­sza, tak rów­nież przed­sta­wia się spra­wa z winą w przy­pad­ku nie­uda­nych wysił­ków spo­wo­do­wa­nia zła. Zamysł doko­na­nia zbrod­ni, bez wzglę­du na to, jak łatwo to udo­wod­nić, pra­wie nigdy nie jest uka­ra­ny z taką suro­wo­ścią jak fak­tycz­ne jej popeł­nie­nie. Przy­pa­dek ze zdra­dą jest praw­do­po­dob­nie jedy­nym wyjąt­kiem. Ponie­waż zbrod­nia ta oddzia­łu­je bez­po­śred­nio na ist­nie­nie wła­dzy, wła­dza jest na nią natu­ral­nie bar­dziej uczu­lo­na niż na inne prze­stęp­stwa. Sto­su­jąc karę za zdra­dę wład­ca daje wyraz obu­rze­niu na zbrod­nię popeł­nio­ną bez­po­śred­nio prze­ciw nie­mu, karząc zaś za inne zbrod­nie obu­rza się na zbrod­nie prze­ciw innym ludziom. W pierw­szym przy­pad­ku ule­ga wła­sne­mu resen­ty­men­to­wi, w dru­gim przez sym­pa­tię włą­cza się w resen­ty­ment swo­ich pod­da­nych. W pierw­szym przy­pad­ku więc, kie­dy sądzi swo­ją wła­sną spra­wę, wymie­rza­jąc karę jest bar­dziej bru­tal­ny i okrut­ny niż pochwa­lał­by to bez­stron­ny obser­wa­tor. Poza tym jego resen­ty­ment powsta­je tutaj w bar­dziej bła­hych oko­licz­no­ściach i nie zawsze, jak w innych przy­pad­kach, cze­ka na popeł­nie­nie zbrod­ni, a nawet na pró­bę jej popeł­nie­nia. Zdra­dziec­kie poro­zu­mie­nie, choć nic się nie sta­ło, a nawet pró­bę zdra­dy w wyni­ku poro­zu­mie­nia, powiem wię­cej, roz­mo­wę o zdra­dzie w wie­lu kra­jach karze się w ten sam spo­sób jak fak­tycz­nie popeł­nio­ną zdra­dę. Jeśli cho­dzi o wszyst­kie inne zbrod­nie, sam zamysł, po któ­rym nie nastę­pu­je usi­ło­wa­nie, rzad­ko kie­dy jest kara­ny, a nigdy nie karze się go suro­wo. Istot­nie, moż­na powie­dzieć, że zbrod­ni­czy zamysł i dzia­ła­nie zbrod­ni­cze nie­ko­niecz­nie zakła­da­ją ten sam sto­pień depra­wa­cji i że wobec tego nie powin­ny być pod­da­ne tej samej karze. Jeste­śmy zdol­ni do przed­się­wzię­cia a nawet pod­ję­cia pew­nych kro­ków zmie­rza­ją­cych do zre­ali­zo­wa­nia czy­nów, ale gdy docho­dzi do zasad­ni­cze­go momen­tu, czu­je­my, że nie jeste­śmy zupeł­nie w sta­nie ich doko­nać. Ta przy­czy­na nie może wystą­pić wszak­że, gdy zamysł dopro­wa­dzo­no do ostat­nie­go eta­pu reali­za­cji. Jed­nak­że czło­wie­ka, któ­ry strze­la z pisto­le­tu do nie­przy­ja­cie­la, lecz nie tra­fia celu, nie ska­zu­je się na karę śmier­ci na pod­sta­wie praw obo­wią­zu­ją­cych we wszyst­kich nie­omal pań­stwach. Zgod­nie z pra­wa­mi Szko­cji, nawet gdy­by zabój­ca zra­nił kogoś, to jed­nak jeśli śmierć nie nastą­pi­ła w pew­nym okre­ślo­nym cza­sie, nie pod­le­ga karze pozba­wie­nia życia. Resen­ty­ment ludzi do tej zbrod­ni jest jed­nak­że tak sil­ny, panicz­ny strach przed czło­wie­kiem, któ­ry oka­zał się zdol­ny do popeł­nie­nia takiej zbrod­ni tak wiel­ki, że za usi­ło­wa­nie popeł­nie­nia jej win­na obo­wią­zy­wać we wszyst­kich kra­jach kara śmier­ci. Usi­ło­wa­nie popeł­nie­nia mniej­szych prze­stępstw jest pra­wie zawsze kara­ne bar­dzo łagod­nie, a cza­sa­mi w ogó­le nie spo­ty­ka się z karą. Zło­dzie­ja, któ­re­go zła­pa­no z ręką w kie­sze­ni sąsia­da, zanim z niej cokol­wiek zabrał, ska­zu­je się tyl­ko na sro­mo­tę. Gdy­by miał czas zabrać chu­s­tecz­kę, był­by ska­za­ny na śmierć. Wła­my­wacz, któ­re­go zła­pa­no na dra­bi­nie przy­sta­wio­nej do okna sąsia­da, lecz zanim dostał się do domu, nie pod­le­ga karze śmier­ci. Pró­ba zgwał­ce­nia nie jest kara­na jak gwałt. Za pró­bę uwie­dze­nia zamęż­nej kobie­ty w ogó­le nie sto­su­je się kary, choć uwie­dze­nie jest kara­ne suro­wo. Nasz resen­ty­ment do oso­by, któ­ra tyl­ko usi­ło­wa­ła doko­nać prze­stęp­stwa, rzad­ko kie­dy jest tak sil­ny, by ponieść nas do zasto­so­wa­nia tej samej kary, któ­ra wyda­wa­ła­by się nam odpo­wied­nia, gdy­by fak­tycz­nie popeł­nio­no prze­stęp­stwo. W pierw­szym przy­pad­ku radość, że wyszli­śmy cało, łago­dzi nasze poczu­cie okru­cień­stwa postę­po­wa­nia prze­stęp­cy, w dru­gim żal z powo­du nie­do­li, któ­ra nam przy­pa­dła, zwięk­sza go. Jego wina jest jed­nak­że nie­wąt­pli­wie jed­na­ko­wa w obu przy­pad­kach, gdyż inten­cje jego były jed­na­ko­wo krzyw­dzą­ce. Pod tym wzglę­dem więc, uczu­cia ludzi są nie­rów­ne, a w kon­se­kwen­cji ist­nie­je roz­luź­nie­nie w obo­wią­zy­wa­niu praw, oba­wiam się, że we wszyst­kich naro­dach, w naj­bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych tak samo, jak w naj­bar­dziej bar­ba­rzyń­skich. Uczu­cia ludz­kie ludów cywi­li­zo­wa­nych skła­nia­ją ich do zanie­cha­nia kar, albo do ich zła­go­dze­nia, gdy natu­ral­ne­go obu­rze­nia nie pod­nie­ca­ją jesz­cze efek­ty prze­stęp­stwa. Z dru­giej stro­ny, bar­ba­rzyń­cy, jeśli nie nastą­pi­ły fak­tycz­ne skut­ki dzia­ła­nia, nie są bar­dzo wraż­li­wi i cie­ka­wi ich moty­wów.

Czło­wiek, któ­ry czy to w afek­cie, czy pod wpły­wem złe­go towa­rzy­stwa zde­cy­do­wał, a być może i pod­jął pew­ne kro­ki, by doko­nać prze­stęp­stwa, lecz któ­re­mu szczę­śli­wie przy­pa­dek to unie­moż­li­wił, jeśli pozo­sta­ła mu choć odro­bi­na sumie­nia, będzie do koń­ca życia uwa­żał ten obrót spra­wy za zna­ko­mi­te i nie­zwy­kłe wyba­wie­nie. Czło­wiek ten nigdy nie będzie w sta­nie myśleć o tym bez dzię­ko­wa­nia nie­bu za tak łaska­wą wolę ura­to­wa­nia go od winy, w któ­rą był goto­wy wplą­tać się, i uwa­żać, że zapo­bie­gło to, by resz­ta jego życia sta­ła się dra­ma­tem panicz­nej odra­zy do sie­bie, żalu i skru­chy. Lecz choć ręce są czy­ste, jest świa­dom, że ser­ce jest tak samo win­ne, jak gdy­by był fak­tycz­nie popeł­nił to, co w peł­ni posta­no­wił. Jed­nak­że wzgląd na to, że prze­stęp­stwo nie zosta­ło popeł­nio­ne, daje wiel­ką ulgę sumie­niu, choć wie, że nie­po­wo­dze­nie nie powsta­ło za spra­wą jakie­goś jego dobre­go przy­mio­tu. Jesz­cze cią­gle uwa­ża, że mniej zasłu­żył na karę i resen­ty­ment; i to dobre zrzą­dze­nie losu albo zmniej­sza, albo odda­la zupeł­nie poczu­cie winy. Pamięć o tym, jak bar­dzo był zde­cy­do­wa­ny, ma tyl­ko ten sku­tek, że patrzy na swo­ją uciecz­kę od prze­stęp­stwa, jak na tym więk­sze i cudow­niej­sze wyba­wie­nie. Cią­gle bowiem zda­je mu się, że uda­ło mu się uciec i spo­glą­da ze stra­chem na nie­bez­pie­czeń­stwo, na któ­re był nara­żo­ny jego spo­kój ducha, ze stra­chem, z jakim ktoś, komu nic nie zagra­ża, przy­po­mi­na sobie cza­sa­mi nie­bez­pie­czeń­stwo, kie­dy gro­ził mu upa­dek do prze­pa­ści, i trzę­sie się z panicz­ne­go stra­chu na samą myśl o tym.

II. Dru­gim skut­kiem oddzia­ły­wa­nia przy­pad­ku jest wzrost nasze­go poczu­cia zasłu­gi czy winy czy­nów poza gra­ni­ce przy­słu­gu­ją­ce moty­wom czy emo­cjom, z któ­rych bio­rą począ­tek, w razie gdy spo­wo­du­ją nad­zwy­czaj­ną przy­jem­ność czy przy­krość. Przy­jem­ne czy nie­przy­jem­ne skut­ki dzia­ła­nia czę­sto nazna­cza­ją dzia­ła­nie spraw­cy czyn­ni­kiem zasłu­gi czy winy, choć w jego inten­cji nie było nic, co by zasłu­gi­wa­ło czy t na pochwa­łę, czy na naga­nę, a przy­naj­mniej nic, co by zasłu­gi­wa­ło w takiej mie­rze, w jakiej jeste­śmy skłon­ni tę zasłu­gę czy winę przy­pi­sać. Tak więc nawet zwia­stun złych wia­do­mo­ści sta­je się dla nas nie­przy­jem­ny, a prze­ciw­nie, czu­je­my coś w rodza­ju wdzięcz­no­ści do czło­wie­ka, któ­ry przy­no­si nam dobre wie­ści. Przez chwi­lę patrzy­my na nich, jak na spraw­ców, jeden dobre­go, dru­gi złe­go losu i uwa­ża­my w jakiejś mie­rze, jak­by rze­czy­wi­ście spo­wo­do­wa­li wypad­ki, z któ­rych jedy­nie zda­ją rela­cje. Pierw­szy spraw­ca naszej rado­ści jest natu­ral­nie przed­mio­tem prze­lot­nej wdzięcz­no­ści: wita­my go cie­pło i ser­decz­nie i byli­by­śmy szczę­śli­wi na wieść o taj nagłej pomyśl­no­ści nagro­dzić go jak za nie­zwy­kłą przy­słu­gę. Zgod­nie z oby­cza­ja­mi panu­ją­cy­mi na wszyst­kich dwo­rach, ofi­ce­ra, któ­ry przy­no­si wia­do­mość o zwy­cię­stwie, spo­ty­ka­ją znacz­ne wyróż­nie­nia i gene­rał zawsze wybie­ra jed­ne­go ze swo­ich naj­więk­szych fawo­ry­tów do takie­go przy­jem­ne­go posłan­nic­twa. Pierw­szy spraw­ca nasze­go smut­ku jest, prze­ciw­nie, tak samo natu­ral­nie, przed­mio­tem prze­lot­ne­go resen­ty­men­tu. Trud­no jest tego unik­nąć, że patrzy­my na nie­go ze smut­kiem i zakło­po­ta­niem. Ludzie aro­ganc­cy i bru­tal­ni mogą nawet dać wobec nie­go upust zło­ści, spo­wo­do­wa­nej przez jego prze­sła­nie. Tigra­nes, król Arme­nii, ściął gło­wę czło­wie­ka, któ­ry pierw­szy prze­ka­zał mu nowi­nę o zbli­ża­niu się potęż­ne­go nie­przy­ja­cie­la. Uka­ra­nie w ten spo­sób spraw­cy złych nowin zda­je się bar­ba­rzyń­skie i nie­ludz­kie, wszak­że nagro­dze­nie posłań­ca dobrych wia­do­mo­ści nie jest dla nas nie­przy­jem­ne; myśli­my, że god­ny jest daru kró­lew­skie­go. Dla­cze­go jed­nak robi­my to roz­róż­nie­nie, sko­ro jeśli nie ma grze­chu w jed­nym, nie ma tak­że żad­nej zasłu­gi w dru­gim? Dzie­je się tak dla­te­go, że każ­da racja zda­je się wystar­cza­ją­ca, by pozwo­lić na sto­so­wa­nie uczuć spo­łecz­nych i życz­li­wo­ści. Nato­miast włą­cze­nie się w uczu­cia nie­spo­łecz­ne, uczu­cia nie­życz­li­we wyma­ga znacz­nych i istot­nych racji.

Lecz choć na ogół nie­chęt­nie współ­od­czu­wa­my uczu­cia nie­spo­łecz­ne i nie­życz­li­we, choć przyj­mu­je­my zasa­dę, że nigdy nie powin­ni­śmy pochwa­lać ich efek­tów, chy­ba że nie­słusz­na i nie­życz­li­wa inten­cja oso­by, prze­ciw któ­rej są skie­ro­wa­ne, wska­zu­je, że cel ich jest słusz­ny, to jed­nak wie­lo­krot­nie fol­gu­je­my tej suro­wo­ści. Gdy nie­dbal­stwo ze stro­ny jed­ne­go czło­wie­ka spo­wo­du­je nie­za­mie­rzo­ną szko­dę dru­gie­mu, nasze odczu­cie resen­ty­men­tu ofia­ry na ogół docho­dzi tak dale­ko, że apro­bu­je­my znacz­nie więk­szą karę nało­żo­ną na zło­czyń­cę, niż upo­waż­niał­by do tego zły postę­pek, gdy­by nie wyni­kał z nie­go tak nie­for­tun­ny sku­tek.

Mam wra­że­nie, że ist­nie­je pew­ne nie­dbal­stwo, któ­re może zasłu­gi­wać na karę, choć nie powo­du­je niko­mu szko­dy. Tak więc, gdy ktoś rzu­ci przez mur duży kamień na uczęsz­cza­ną uli­cę, nie ostrze­ga­jąc ewen­tu­al­nych prze­chod­niów i nie zwra­ca­jąc uwa­gi, gdzie kamień może spaść, nie­wąt­pli­wie zasłu­gu­je na karę. Bar­dzo skru­pu­lat­na poli­cja uka­rze tak bez­sen­sow­ny czyn, nawet jeśli nie przy­niósł niko­mu szko­dy. Oso­ba, któ­ra się tego dopu­ści­ła, wyka­zu­je aro­ganc­ką pogar­dę dla pomyśl­no­ści i bez­pie­czeń­stwa innych. Jego zacho­wa­nie jest rze­czy­wi­ście nie­słusz­ne. Nara­ża on swe­go bliź­nie­go na skut­ki, na któ­re żaden roz­sąd­ny czło­wiek nie chciał­by go nara­zić i nie­wąt­pli­wie bra­ku­je mu poczu­cia tego, co przy­na­le­ży jego bliź­nim, a co jest zasa­dą spra­wie­dli­wo­ści i życia w spo­łe­czeń­stwie. Wiel­kie nie­dbal­stwo jest więc w sys­te­mie praw nie­mal rów­ne nie­życz­li­we­mu zamy­sło­wi. Jeśli z takie­go nie­dbal­stwa wynik­ną nie­szczę­śli­we kon­se­kwen­cje, oso­bę, któ­ra się go dopu­ści­ła, czę­sto karze się jak gdy­by rze­czy­wi­ście zamie­rza­ła dopro­wa­dzić do takich następstw. Jego zacho­wa­nie zaś, któ­re było tyl­ko bez­myśl­ne, zuchwa­łe i zasłu­gi­wa­ło na nie­wiel­ką karę, uwa­ża się za ohyd­ne i pod­le­ga­ją­ce naj­su­row­szej karze. Tak więc, gdy­by w wyni­ku wyżej wspo­mnia­ne­go lek­ko­myśl­ne­go dzia­ła­nia przy­pad­kiem zabił czło­wie­ka, zgod­nie z pra­wa­mi wie­lu państw, szcze­gól­nie ze sta­rym kodek­sem szkoc­kim, pod­le­ga karze śmier­ci. A cho­ciaż ten wyrok jest nie­wąt­pli­wie ogrom­nie suro­wy, nie jest cał­ko­wi­cie nie­zgod­ny z naszy­mi natu­ral­ny­mi uczu­cia­mi. Obu­rze­nie wobec sza­leń­stwa i nie­ludz­ko­ści jego zacho­wa­nia wzmac­nia jesz­cze sym­pa­tia z nie­szczę­sną ofia­rą. Nie mogło­by być jed­nak nic bar­dziej szo­ku­ją­ce­go nasze natu­ral­ne poczu­cie spra­wie­dli­wo­ści, gdy­by na sza­fot był ska­za­ny czło­wiek, któ­ry jedy­nie rzu­cił nie­dba­le kamień na uli­cę, nie raniąc niko­go. Bez­myśl­ność i nie­ludz­kość jego postę­po­wa­nia były­by jed­nak­że w tym przy­pad­ku takie same; a jed­nak nasze uczu­cia były­by bar­dzo róż­ne od poprzed­nich. Roz­wa­że­nie tej róż­ni­cy może wyja­śnić, w jakim stop­niu rze­czy­wi­ste następ­stwa czy­nu oży­wia­ją obu­rze­nie obser­wa­to­ra. Wobec tego rodza­ju przy­pad­ków, jeśli się nie mylę, prze­ja­wia się wie­le suro­wo­ści w pra­wach nie­omal wszyst­kich naro­dów. Jak już wcze­śniej roz­wa­ży­łem, w prze­ciw­nych przy­pad­kach wystę­pu­je powszech­ne zła­go­dze­nie prze­pi­sów.

Ist­nie­je też inny rodzaj nie­dbal­stwa, któ­ry nie pocią­ga żad­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści. Oso­ba dopusz­cza­ją­ca się tego trak­tu­je swo­je­go bliź­nie­go jak sie­bie same­go, nie chce niczy­jej szko­dy i dale­ka jest od hoł­do­wa­nia zuchwa­łej pogar­dzie dla bez­pie­czeń­stwa i szczę­ścia innych. Jego postę­po­wa­nie nie jest jed­nak­że tak ostroż­ne i roz­waż­ne, jak być powin­no i z tego wzglę­du zasłu­gu­je na naga­nę i potę­pie­nie, ale nie na karę. Jed­nak­że, gdy­by przez nie­dbal­stwo tego rodza­ju spo­wo­do­wał szko­dę innej oso­bie, zgod­nie z pra­wa­mi, jak sądzę, wszyst­kich państw, był­by zmu­szo­ny do jej napra­wie­nia. I choć nie jest to, nie­wąt­pli­wie, praw­dzi­wa kara, i nikt ze śmier­tel­ni­ków nie myślał­by jej nało­żyć, gdy­by na sku­tek jego postę­po­wa­nia nie nastą­pił nie­szczę­śli­wy sku­tek, to jed­nak ten wyrok apro­bu­ją natu­ral­ne uczu­cia ludzi. Trud­no o coś spra­wie­dliw­sze­go niż poczu­cie, że czło­wiek nie powi­nien cier­pieć na sku­tek nie­dbal­stwa dru­gie­go czło­wie­ka i że szko­da powsta­ła na sku­tek nagan­ne­go nie­dbal­stwa win­na być napra­wio­na przez win­ne­go.

Ist­nie­je też inny rodzaj nie­dbal­stwa, któ­ry pole­ga jedy­nie na tym, że czło­wiek nie odczu­wa nie­po­ko­ją­cej oba­wy i brak mu prze­zor­no­ści, jeśli cho­dzi o wszel­kie moż­li­we następ­stwa dzia­ła­nia. Tego bra­ku uciąż­li­wej prze­zor­no­ści, gdy nie nastą­pi­ły złe kon­se­kwen­cje, tak dale­ce nie odczu­wa się jako coś nagan­ne­go, że prze­ciw­ną wła­ści­wość raczej uwa­ża się za nagan­ną. Bojaź­li­wej prze­zor­no­ści lęka­ją­cej się wszyst­kie­go nigdy nie uwa­ża się za cno­tę, lecz za cechę, któ­ra bar­dziej niż cokol­wiek inne­go unie­moż­li­wia dzia­ła­nie i speł­nia­nie zadań. Jeśli jed­nak zda­rzy się komuś, że na sku­tek bra­ku tej prze­sad­nej tro­ski spo­wo­du­je szko­dę, zazwy­czaj pra­wo zobo­wią­zu­je go do jej wyna­gro­dze­nia. Tak więc zgod­nie z pra­wem Akwi­lei, czło­wiek któ­re­mu nie uda­ło się powścią­gnąć prze­stra­szo­ne­go przy­pad­kiem konia i stra­to­wał czy­je­goś nie­wol­ni­ka był zobo­wią­za­ny przez pra­wo do wyrów­na­nia stra­ty wła­ści­cie­lo­wi. Gdy zda­rzy się taki wypa­dek, jeste­śmy skłon­ni myśleć, że czło­wiek ten nie powi­nien dosia­dać takie­go konia i uwa­żać jego wyczyn za nie­wy­ba­czal­ną lek­ko­myśl­ność, choć gdy­by nie doszło do wypad­ku, nie tyl­ko tak byśmy nie myśle­li, ale powstrzy­ma­nie się od jaz­dy uwa­ża­li­by­śmy za wynik bojaź­li­wej sła­bo­ści i za strach przed moż­li­wy­mi jedy­nie skut­ka­mi, któ­rych w żad­nym wypad­ku nie nale­ża­ło się oba­wiać. Sam zaś czło­wiek, któ­ry w wyni­ku takie­go zda­rze­nia nie z wła­snej woli ranił­by dru­gie­go, ma w sto­sun­ku do nie­go poczu­cie swe­go złe­go postęp­ku. Oczy­wi­ście, spie­szy do poszko­do­wa­ne­go, by wyra­zić zanie­po­ko­je­nie tym, co się sta­ło i ze wszyst­kich swo­ich sił odpła­ca szko­dę. Jeśli jest choć tro­chę wraż­li­wy, musi odczu­wać pra­gnie­nie wyna­gro­dze­nia szko­dy i zro­bić wszyst­ko, by uci­szyć ten żywio­ło­wy resen­ty­ment, któ­ry, jak sobie wyobra­ża, zro­dzi się w ser­cu ofia­ry. Jeśli się nie wyra­ża żalu, nie wystę­pu­je z poku­tą, jest to uwa­ża­ne za naj­wyż­szy sto­pień bru­tal­no­ści. Dla­cze­go jed­nak ma być bar­dziej skru­szo­ny niż inni? Dla­cze­go miał­by zna­leźć się w tak szcze­gól­nej pozy­cji wśród pozo­sta­łych ludzi, by odpła­cić za nie­szczę­śli­wy wypa­dek inne­go czło­wie­ka, gdy jest rów­nie nie­win­ny, jak inni widzo­wie? To zobo­wią­za­nie nie przy­pa­dło­by mu z pew­no­ścią, gdy­by nawet bez­stron­ny obser­wa­tor nie odczu­wał pobła­ża­nia dla tego, co może być uzna­ne za nie­słusz­ny resen­ty­ment ofia­ry.

O przyczynie celowej tego, że uczucia nie są równie silne

Taki jest wpływ dobrych czy złych następstw czy­nów na uczu­cia zarów­no oso­by, któ­ra ich doko­na­ła, jak i na innych. I tak przy­pa­dek, któ­ry zarzą­dza świa­tem, wywie­ra wpływ tam, gdzie naj­mniej byśmy sobie życzy­li i w jakiejś mie­rze kie­ru­je uczu­cia­mi ludzi, jeśli cho­dzi o cha­rak­ter i postę­po­wa­nie zarów­no ich samych, jak innych. To, że świat oce­nia skut­ki, a nie zamia­ry, jest bolącz­ką od nie­pa­mięt­nych cza­sów i wiel­kim znie­chę­ce­niem dla cno­ty. Wszy­scy zga­dza­ją się z ogól­ną zasa­dą, że ponie­waż sku­tek nie zale­ży od spraw­cy, nie powi­nien oddzia­ły­wać na nasze uczu­cia w zakre­sie uzna­wa­nia zasłu­gi czy słusz­no­ści postę­po­wa­nia. Kie­dy jed­nak docho­dzi­my do szcze­gó­łów, oka­zu­je się, że uczu­cia nie­omal w żad­nym przy­pad­ku nie zga­dza­ją się z tą spra­wie­dli­wą zasa­dą. Pomyśl­ny czy nie­po­myśl­ny sku­tek dzia­ła­nia nie tyl­ko dopro­wa­dzi nas do dobrej czy złej opi­nii o roz­wa­dze towa­rzy­szą­cej temu postę­po­wa­niu, lecz tak­że pra­wie zawsze oży­wia naszą wdzięcz­ność czy resen­ty­ment, nasze poczu­cie zasłu­gi czy winy zamia­ru.

Jed­nak­że, jak się zda­je, Natu­ra, zasie­wa­jąc w ser­cach ludz­kich tę nie­spra­wie­dli­wość, tak jak i w innych oka­zjach dąży­ła do szczę­ścia i dosko­na­ło­ści rodu ludz­kie­go. Jeśli szko­dli­wość zamy­słu, jeśli wro­gość uczuć są jedy­ny­mi przy­czy­na­mi, któ­re wzbu­dza­ją resen­ty­ment, powin­ni­śmy czuć całe nasi­le­nie tej emo­cji prze­ciw­ko każ­de­mu, w któ­re­go ser­cu podej­rze­wa­my czy spo­dzie­wa­my się zna­leźć zaszcze­pio­ne takie zamy­sły czy uczu­cia, choć nigdy nie wydo­by­ły się na jaw w dzia­ła­niu. Uczu­cia, myśli, inten­cje sta­ły­by się przed­mio­tem kary; i jeśli obu­rze­nie ludzi na nie osią­gnę­ło­by taką siłę, jak to się dzie­je w przy­pad­ku czy­nów, jeśli nik­czem­ność myśli, któ­ra powstrzy­ma­ła od dzia­ła­nia, zda­wa­ła­by się w oczach świa­ta tak gło­śno wołać o pomstę jak nik­czem­ność dzia­ła­nia, każ­dy try­bu­nał sądo­wy stał­by się praw­dzi­wym try­bu­na­łem inkwi­zy­cji. Naj­bar­dziej nie­win­ne i roz­trop­ne postę­po­wa­nie było­by w nie­bez­pie­czeń­stwie. Doszu­ki­wa­no by się w tych zamy­słach złych życzeń, złych inten­cji; i gdy­by te ostat­nie wywo­ły­wa­ły takie samo obu­rze­nie, co złe postę­po­wa­nie, a złe inten­cje tak samo obu­rza­ły jak złe czy­ny, to jed­na­ko­wo wysta­wi­ły­by ludzi na karę i resen­ty­ment. Czy­ny więc, któ­re czy to spra­wia­ją rze­czy­wi­ste zło, czy tyl­ko usi­łu­ją je spra­wić, i tym samym powo­du­ją bez­po­śred­nią oba­wę przed nimi, są za spra­wą Stwór­cy natu­ry jedy­ny­mi wła­ści­wy­mi i uzna­wa­ny­mi przed­mio­ta­mi kary i resen­ty­men­tu ludzi. Uczu­cia, zamia­ry, afek­ty, choć z nich, zgod­nie z chłod­ną reflek­sją, pocho­dzi cała zasłu­ga czy wina, zosta­ły umiesz­czo­ne przez wiel­kie­go Sędzie­go serc ludz­kich poza gra­ni­ca­mi ludz­kiej jurys­dyk­cji i są pozo­sta­wio­ne kom­pe­ten­cji jego wła­sne­go nie­omyl­ne­go try­bu­na­łu. Nie­odzow­na regu­ła spra­wie­dli­wo­ści gło­szą­ca, że ludzie w tym świe­cie pod­le­ga­ją karze jedy­nie za ich czy­ny, nie za zamia­ry czy inten­cje, zasa­dza się na tej zba­wien­nej i poży­tecz­nej nie­rów­no­ści uczuć ludz­kich doty­czą­cych zasłu­gi i winy, co na pierw­szy rzut oka wyda­je się absur­dal­ne i nie­wy­tłu­ma­czal­ne. Lecz przy uważ­nym roz­pa­try­wa­niu natu­ry widzi­my, że każ­da jej czą­stecz­ka uka­zu­je opatrz­no­ścio­wą tro­skę jej Stwór­cy i pozwa­la podzi­wiać mądrość i dobroć Boga nawet w sła­bo­ści i błę­dach czło­wie­ka.

Nie jest też ten brak rów­no­ści uczuć pozba­wio­ny cał­ko­wi­cie pożyt­ku, za jego spra­wą zasłu­ga nie­uda­nych usi­ło­wań czy­nie­nia dobra wyda­je się nie­do­sko­na­ła, a tym bar­dziej zasłu­ga dobrych skłon­no­ści i dobrych życzeń. Czło­wiek został stwo­rzo­ny do dzia­ła­nia, a przez wyko­rzy­sta­nie swo­ich moż­li­wo­ści do spo­wo­do­wa­nia takich zmian w swo­ich i innych ludzi warun­kach zewnętrz­nych, jakie wyda­ją się naj­ko­rzyst­niej­sze dla szczę­ścia wszyst­kich. Nie może zado­wa­lać go opie­sza­ła życz­li­wość, ani nie uwa­żać sie­bie za przy­ja­cie­la ludz­ko­ści, dla­te­go że z głę­bi ducha pra­gnie pomyśl­no­ści świa­ta. Choć­by wywo­łał całą moc ducha i wysi­lił każ­dy nerw, aby osią­gnąć te cele, co jest sen­sem jego ist­nie­nia, Natu­ra nauczy­ła go, że ani on sam, ani inni ludzie nie mogą być cał­ko­wi­cie zado­wo­le­ni z jego postę­po­wa­nia, ani nie będą go w peł­ni pochwa­lać, jeśli fak­tycz­nie ich nie osią­gnął. Dano mu do zro­zu­mie­nia, że pochwa­ła dobrych inten­cji, bez zasłu­gi dobrych uczyn­ków, nie będzie wiel­ce sku­tecz­na do wywo­ła­nia naj­więk­szych akla­ma­cji świa­ta czy nawet naj­wyż­sze­go stop­nia samo­za­do­wo­le­nia. Czło­wiek, któ­ry nie doko­nał ani jed­ne­go waż­kie­go czy­nu, lecz któ­re­go sło­wa i reak­cje wyra­ża­ją naj­słusz­niej­sze, naj­szla­chet­niej­sze i naj­bar­dziej wspa­nia­ło­myśl­ne uczu­cia, nie może ocze­ki­wać bar­dzo wyso­kiej nagro­dy, gdy­by nawet to, że nie jest poży­tecz­ny, wyni­ka­ło jedy­nie z bra­ku oka­zji do czy­nie­nia dobrze. Może­my nawet odmó­wić nagro­dy bez nara­że­nia się na naga­nę. Może­my wsze­la­ko zapy­tać go: Co zro­bi­łeś? Jaką przy­słu­gę jesteś w sta­nie zro­bić, by uczy­ni­ła cię god­nym tak wiel­kiej nagro­dy? Sza­nu­je­my cię i kocha­my, ale nic nie jeste­śmy ci win­ni. Za spra­wą naj­szla­chet­niej­szej wspa­nia­ło­myśl­no­ści Boskiej nie moż­na z całym poczu­ciem słusz­no­ści nale­gać, by tę nie ujaw­nio­ną cno­tę, któ­ra jedy­nie z powo­du bra­ku warun­ków do jej zasto­so­wa­nia na rzecz innych sta­ła się fak­tycz­nie bez­u­ży­tecz­na, nagro­dzić zaszczy­ta­mi i wyróż­nie­nia­mi, na któ­re, moż­na uznać, w jakiejś mie­rze nawet zasłu­gu­je. Prze­ciw­nie, uka­ra­nie tego, co jest tyl­ko dozna­niem ser­ca, gdy zbrod­nia nie zosta­ła popeł­nio­na, jest naj­bar­dziej zuchwa­łą, bar­ba­rzyń­ską tyra­nią. Naj­wię­cej pochwa­ły zysku­ją uczu­cia życz­li­we, gdy nie cze­ka­ją, aż powstrzy­ma­nie się od nich sta­nie się nie­omal prze­stęp­stwem. Odwrot­nie, jeśli cho­dzi o uczu­cia nie­życz­li­we, nie­po­dob­na, by były zbyt opie­sza­łe, powol­ne i zanad­to opóź­nio­ne.

Istot­ne zna­cze­nia ma nawet to, że zło doko­na­ne bez zamia­ru win­no się uwa­żać za nie­szczę­ście spraw­cy, tak samo jak ofia­ry. Czło­wiek nauczył się więc usza­no­wa­nia szczę­ścia swo­ich bra­ci, drże­nia na samą myśl, że choć bez­wied­nie mógł­by uczy­nić im szko­dę, i oba­wiać się, że jego spon­ta­nicz­ny resen­ty­ment mógł­by łatwo wybuch­nąć prze­ciw nie­mu, gdy­by bez­wied­nie stał się nie­szczę­snym narzę­dziem nie­do­li innych. Jak w sta­ro­żyt­nych reli­giach pogań­skich, gdy świę­te miej­sce było prze­zna­czo­ne czci jakie­goś boga, nie moż­na było po nim cho­dzić, chy­ba że w uro­czy­stych, koniecz­nych sytu­acjach, i czło­wiek, któ­ry nawet nie­świa­do­mie naru­szył ten zakaz, musiał to odpo­ku­to­wać, i dopó­ki nie odpra­wił wła­ści­wej poku­ty, ścią­gał zemstę potęż­ne­go nie­wi­dzial­ne­go bytu, któ­re­mu to miej­sce było prze­zna­czo­ne, tak za spra­wą mądro­ści Natu­ry szczę­ście każ­de­go nie­win­ne­go czło­wie­ka, w ten sam spo­sób, sta­je się bło­go­sła­wio­ne, uświę­co­ne, naje­żo­ne prze­szko­da­mi bro­nią­cy­mi dostę­pu inne­mu czło­wie­ko­wi; nie powin­no być też bez powo­du zdep­ta­ne; nawet, gdy­by to zbez­czesz­cze­nie było pod każ­dym wzglę­dem bez­wied­ne i nie­umyśl­ne, wyma­ga­ło­by zma­za­nia winy, pod­ję­cia poku­ty odpo­wied­niej do wiel­ko­ści nie­za­mie­rzo­ne­go zbez­czesz­cze­nia. Czło­wiek ludz­ki, któ­ry przy­pad­kiem, bez naj­mniej­sze­go nawet nagan­ne­go nie­dbal­stwa, był przy­czy­ną śmier­ci dru­gie­go czło­wie­ka, uwa­ża, że powi­nien odpo­ku­to­wać, choć nie czu­je się win­ny. Przez całe życie uwa­ża ten wypa­dek za jed­no z naj­więk­szych nie­szczęść, któ­re mogły na nie­go spaść. Jeśli krew­ni zabi­te­go są ubo­dzy, a on w nie­złych warun­kach, natych­miast bie­rze ich pod swo­ją opie­kę i bez jakich­kol­wiek innych wzglę­dów uwa­ża, że nale­żą się im wszel­kie przy­słu­gi i uprzej­mo­ści. Jeśli są w lep­szej sytu­acji, sta­ra się odpo­ku­to­wać za to, co się sta­ło, przez naj­da­lej idą­cą poko­rę, oka­za­nie naj­więk­sze­go moż­li­wie żalu, przez odda­nie im każ­dej moż­li­wej przy­słu­gi, o któ­rej by pomy­ślał, a któ­rą oni by przy­ję­li; sta­ra się odpo­ku­to­wać, ale i prze­bła­gać, jak tyl­ko to jest moż­li­we, natu­ral­ny z pew­no­ścią, choć jak naj­bar­dziej nie­spra­wie­dli­wy, resen­ty­ment wobec olbrzy­mie­go, choć nie­umyśl­ne­go prze­wi­nie­nia z jego stro­ny.

Smu­tek odczu­wa­ny przez nie­win­ne­go czło­wie­ka, któ­re­go przy­pa­dek dopro­wa­dził do popeł­nie­nia czy­nu, któ­ry, gdy­by był doko­na­ny świa­do­mie i z zamy­słem, słusz­nie wysta­wił­by go na naga­nę, stał się kan­wą naj­wspa­nial­szych i naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cych scen zarów­no w dra­ma­cie sta­ro­żyt­nym jak współ­cze­snym. To wła­śnie fał­szy­we poczu­cie winy, jeśli wol­no mi użyć takie­go wyra­że­nia, sta­no­wi o całym smut­ku Edy­pa i Joka­sty w teatrze grec­kim, Moni­mii i Iza­bel­li w angiel­skim. Wszy­scy oni w naj­wyż­szym stop­niu odpo­ku­to­wu­ją, choć nikt z nich nie jest w naj­mniej­szym stop­niu win­ny.

Pomi­ja­jąc jed­nak tę spra­wę, że uczu­cia zda­ją się być nie­pra­wi­dło­we, gdy­by czło­wiek nie­szczę­śli­wie dał oka­zję do powsta­nia nie­za­mie­rzo­ne­go zła, czy gdy­by nie uda­ło mu się stwo­rzyć dobra, któ­re zamie­rzał, Natu­ra nie pozo­sta­wia jego nie­win­no­ści bez pocie­sze­nia, ani jego cno­ty cał­ko­wi­cie bez nagro­dy. Wzy­wa wte­dy do pomo­cy tę słusz­ną i spra­wie­dli­wą zasa­dę, że zda­rze­nia, któ­re nie zale­żą od nasze­go postę­po­wa­nia, nie powin­ny pomniej­szać sza­cun­ku, jaki nam przy­słu­gu­je. Przy­wo­łu­je wte­dy całą swo­ją wiel­ko­dusz­ność i sta­now­czość i wal­czy, by oce­niać go nie w świe­tle, w jakim się obec­nie uka­zu­je, lecz w jakim powi­nien się uka­zy­wać, w jakim by się uka­zał, gdy­by jego wspa­nia­ło­myśl­ne zamy­sły zosta­ły uko­ro­no­wa­ne powo­dze­niem, i w któ­rym pomi­mo wszyst­ko mógł­by się uka­zać bez wzglę­du na nie­po­wo­dze­nie, gdy­by uczu­cia ludz­kie były zara­zem i otwar­te, i spra­wie­dli­we, a przy­naj­mniej zgod­ne z sobą. Oso­by bar­dziej otwar­te i ludz­kie podzie­lą z nim cał­ko­wi­cie poczu­cie potrze­by wysił­ku, któ­ry podej­mu­je, by pod­trzy­mać wła­sną opi­nię o sobie. Wytę­ża­ją całą wspa­nia­ło­myśl­ność i zale­ty swe­go umy­słu, aby prze­ciw­dzia­łać tej nie­rów­no­ści natu­ry ludz­kiej i patrzeć na jego nie­szczę­sną wiel­ko­dusz­ność w tym samym świe­tle, w któ­rym przy powo­dze­niu jego dzia­ła­nia, bez tak wiel­kie­go wysił­ku, byli­by natu­ral­nie skłon­ni uznać.


Pobierz tekst w PDF.


Najnowszy numer można nabyć od 30 października w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

3 komentarze

Kliknij, aby skomentować

  • Takie małe wyja­śnie­nie do tego, co napi­sa­łem poni­żej. Otóż pio­sen­ka “Na kola­na” a raczej tele­dysk do niej wska­zu­je że cho­dzi o miłość czy też zwią­zek mię­dzy­ludz­ki i tak też moż­na go inter­pre­to­wać, tak może być. A mi cho­dzi­ło głów­nie o zna­cze­nie słów, szcze­gól­nie tych koń­co­wych w pio­sen­ce. To jak­by dru­gie dno, zale­ży jak się na coś patrzy. Noi błę­dy życio­we moż­na zawsze napra­wić, jeśli się tyl­ko tego pra­gnie. Pozdro­wie­nia.

  • Cytat z powyż­sze­go tekstu:“Zajmę się teraz wyja­śnie­niem tego, że uczu­cia nie dają się regu­lo­wać, co wszy­scy odczu­wa­ją, rzad­ko kie­dy wystar­cza­ją­co zda­jąc sobie z tego spra­wę, nikt zaś nie chce tego uznać” Odpo­wiem cyta­tem z Alche­mi­ka P.Coelho:“Dlaczego mam zatem słu­chać ser­ca?
    – Bo nie uci­szysz go nigdy. I nawet gdy­byś uda­wał, że nie sły­szysz, o czym mówi, nadal będzie biło w two­jej pier­si i nie prze­sta­nie powta­rzać tego, co myśli o życiu i o świe­cie.” Natu­ra ludz­ka jest nie­zmien­na i pra­ca nad samym sobą nie wie­le wnie­sie: pio­sen­ka I.Herbuta: “… bła­gam napra­aaw mnie­ee …” jed­nak to nie wcho­dzi w grę:piosenka K.Cerekwickiej “na kola­na” nie pozo­sta­wia złu­dzeń że coś się da napra­wić. To pio­sen­ka o rela­cji nie dziew­czy­ny z chło­pa­kiem tyl­ko czło­wie­ka z Bogiem. Jest spo­ro innych pio­se­nek o tej rela­cji i wszyst­kie w bar­dzo podob­nym tonie.

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy