Antropologia Etyka Fragment z klasyka

Adam Smith: Traf moralny

Zapisz się do naszego newslettera

Źródło: Teo­ria uczuć moral­nych, przeł. S. Jedy­nak, Warsza­wa: PWN 1989, s. 136–161.


Bez wzglę­du na to czy dzi­ałanie jest chwaleb­ne, czy naganne, musi sprowadzać się, po pier­wsze, do dys­pozy­cji, czyli doz­na­nia uczu­ciowego, z którego bierze początek; albo, po drugie, do zewnętrznego dzi­ała­nia, czy poruszeń ciała, które to doz­na­nia uczu­ciowe wywołu­je, czy wresz­cie do dobrych albo złych następstw, które rzeczy­wiś­cie i fak­ty­cznie z niego pochodzą. Te trzy różne rzeczy tworzą całą naturę i okolicznoś­ci dzi­ała­nia i muszą być pod­stawą wszel­kich właś­ci­woś­ci przy­należnych dzi­ała­niu.

Jest ze wszech miar oczy­wiste, że dwie ostat­nie z tych okolicznoś­ci nie mogą być pod­stawą pochwały czy nagany; nikt też nigdy nie opowiadał się za prze­ci­wną opinią. Dzi­ałanie zewnętrzne, czyli ruch ciała jest częs­to taki sam w najbardziej niewin­nych i najbardziej szkodli­wych dzi­ała­ni­ach. I ten, co strzela do pta­ka, i ten, co strzela do człowieka, obaj wykonu­ją ten sam zewnętrzny ruch: każdy z nich nacią­ga spust strzel­by. Następst­wa, które rzeczy­wiś­cie i fak­ty­cznie pow­sta­ją z wszelkiego dzi­ała­nia, są, w miarę możli­woś­ci, jeszcze bardziej niepo­datne czy to na pochwałę czy naganę niż nawet zewnętrzny ruch ciała. Zależą one bowiem nie od spraw­cy, lecz od przy­pad­ku, nie mogą być właś­ci­wą pod­stawą uczu­cia, którego przed­mio­ta­mi są jego charak­ter i postępowanie.

Jedyny­mi następst­wa­mi, za które odpowia­da spraw­ca, albo za które może go spotkać jakaś apro­ba­ta lub deza­pro­ba­ta, są te następst­wa, które on w ten czy inny sposób zamierzył, albo przy­na­jm­niej te, które ukazu­ją przy­jem­ny czy nieprzy­jem­ny charak­ter intencji jego ser­ca, będącej impulsem do jego dzi­ała­nia. Wszel­ka pochwała i nagana, wszel­ka apro­ba­ta i deza­pro­ba­ta, jakie mogą przy­paść jakiemuś dzi­ała­niu, muszą więc ostate­cznie należeć do intencji lub doz­nań uczu­ciowych ser­ca, do tego, czy zami­ar był właś­ci­wy czy niewłaś­ci­wy, czy był podyk­towany przez życ­zli­wość, czy też rodz­ił się z chę­ci szkodzenia.

Kiedy w ten sposób pro­ponu­je się tę zasadę w abstrak­cyjnych i ogól­nych ter­mi­nach, nie ma niko­go, kto by się z nią nie zgadzał. Jest oczy­wiste samo przez się, że spraw­iedli­wość jest uznawana przez cały świat i nikt z ludzi nie zgłasza sprze­ci­wu. Wszyscy się godzą, że bez wzglę­du na to, jak różne są przy­pad­kowe, nieza­mier­zone, nieprzewidziane następst­wa różnych dzi­ałań, to jed­nak, jeśli intenc­je lub uczu­cia, z których pow­stały, są z jed­nej strony jed­nakowo niewłaś­ci­we i jed­nakowo przynoszą zło, zasłu­ga czy wina dzi­ałań jest jeszcze cią­gle ta sama i spraw­ca jest odpowied­nim przed­miotem czy to wdz­ięcznoś­ci czy resen­ty­men­tu.

Bez wzglę­du na to, jak bylibyśmy przeko­nani o prawdzi­woś­ci tej godzi­wej zasady, rozważa­jąc ją w sposób abstrak­cyjny, gdy weźmiemy pod uwagę konkretne przy­pad­ki, okaże się, że fak­ty­czne następst­wa, które mogą wynikać z jakiegoś dzi­ała­nia, mają znaczny wpływ na nasze poczu­cie zasłu­gi czy winy i praw­ie zawsze albo wzma­ga­ją, albo pom­niejsza­ją nasze poczu­cie obu. W każdym z tych przy­pad­ków po bliższej obserwacji okaże się, że nasze uczu­cia rzad­ko kiedy są całkowicie kierowane przez tę zasadę, którą wszyscy uzna­je­my uważa­jąc, iż powin­na całkowicie je reg­u­lować.

Zajmę się ter­az wyjaśnie­niem tego, że uczu­cia nie dają się reg­u­lować, co wszyscy odczuwa­ją, rzad­ko kiedy wystar­cza­ją­co zda­jąc sobie z tego sprawę, nikt zaś nie chce tego uznać. Najpierw rozważę przy­czynę, która to spraw­ia, czyli mech­a­nizm, który uru­chomiła natu­ra, by ten stan rzeczy pow­stał; po drugie, jakie wielkie jest jego odd­zi­ały­wanie; i wresz­cie, cel, który speł­nia, czyli co zamierzał przez to Stwór­ca natu­ry.

O przyczynach oddziaływania przypadku

Przy­czyny przykroś­ci i przy­jem­noś­ci, jakiekol­wiek by były i jakkol­wiek by dzi­ałały, zda­ją się być obiek­ta­mi, które u wszys­t­kich stworzeń naty­ch­mi­ast wywołu­ją uczu­cia wdz­ięcznoś­ci i resen­ty­men­tu. Wywołu­ją je zarówno przed­mio­ty nieoży­wione, jak oży­wione. Nawet kamień, który nas rani, przez chwilę wzbudza nasz gniew. Dziecko bije go, pies na niego szczeka, a popędli­wy człowiek jest skłon­ny obrzu­cić go kląt­wa­mi. Już krótkie zas­tanowie­nie zobo­jęt­nia to uczu­cie, i wkrótce zda­je­my sobie sprawę, że rzecz, która nie prze­jaw­ia uczuć, jest bard­zo niewłaś­ci­wym obiek­tem zem­sty. Jed­nakże, gdy zło jest wielkie, przed­miot, który je wywołał, sta­je się dla nas nieprzy­jem­ny po wieczne cza­sy i przy­jem­nie jest spal­ić go czy zniszczyć. W ten sposób trak­tu­je­my narzędzie, które przy­pad­kiem stało się przy­czyną śmier­ci naszego przy­ja­ciela, i częs­to uważal­ibyśmy, że brakowało­by nam uczuć ludz­kich, gdy­byśmy nie zas­tosowali tego absurdal­nego rodza­ju zem­sty na martwym przed­mio­cie.

W podob­ny sposób odczuwamy rodzaj wdz­ięcznoś­ci wobec nieoży­wionych przed­miotów, które stały się przy­czyną wielkiej czy częs­to pow­tarza­jącej się przy­jem­noś­ci. Czyn mary­narza, który zaraz po zejś­ciu na ląd, podsy­cił­by ogień kawałkiem des­ki, która posłużyła mu do uciecz­ki z tonącego statku, uznal­ibyśmy za nien­at­u­ral­ny, zły postępek. Spodziewal­ibyśmy się, że zachowa raczej troskli­wie tę deskę darząc ją przy­wiązaniem jak pamiątkę, w jak­iś sposób drogą jego ser­cu. Człowiek przy­wiązu­je się z cza­sem do tabakier­ki, scy­zo­ry­ka, rzeczy, których uży­wał dawno temu, i w jego ser­cu rodzi się coś w rodza­ju prawdzi­wej do nich miłoś­ci i przy­wiąza­nia. Gdy je zep­su­je albo straci, jest poiry­towany niepro­por­cjon­al­nie do wartoś­ci straty. Na dom, w którym mieszkamy od daw­na, na drze­wo, którego zieloność i cień dłu­go spraw­iał nam radość, patrzymy z pewnego rodza­ju uznaniem win­nym dobroczyń­com. Niszcze­nie jed­nego, obu­mar­cie drugiego wprowadza nas w pewien rodzaj melan­cholii, choć nie ponieślibyśmy przez to strat. Dri­ady i lary, w które wierzyli starożyt­ni, rodzaj duchów drzew i domów, praw­dopodob­nie zawdz­ięcza­ją swo­je ist­nie­nie przy­wiąza­niu, które twór­cy tych wierzeń odczuwali do takich rzeczy, wierzeń, które nie prze­maw­iały­by do umysłu, gdy­by nie było tych oży­wia­ją­cych duchów.

Zan­im jed­nak jakaś rzecz może być właś­ci­wym przed­miotem wdz­ięcznoś­ci czy resen­ty­men­tu, nie tylko musi ona być przy­czyną przy­jem­noś­ci czy przykroś­ci, lecz podob­nie musi być zdol­na do ich odczuwa­nia. Bez tej właś­ci­woś­ci, te uczu­cia nie mogą dawać ujś­cia jakiemukol­wiek ich zaspoko­je­niu. Ponieważ pow­sta­ją za sprawą przy­jem­noś­ci i przykroś­ci, to ich zaspoko­je­nie wyma­ga odwza­jem­nienia tych uczuć wobec tego, co było ich impulsem; a pró­ba tego jest niemożli­wa w sto­sunku do rzeczy nie mogą­cych czuć. Zwierzę­ta są więc bardziej odpowied­ni­mi przed­mio­ta­mi wdz­ięcznoś­ci i resen­ty­men­tu niż rzeczy nieoży­wione. Karze się psa, który gryzie, i wołu, który bodzie. Jeśli stały­by się przy­czyną czy­je­jś śmier­ci, ani ogół, ani krewni zabitego nie mogli­by znaleźć zadośćuczynienia, jeśli spraw­ców nie spotkała­by śmierć. Nie wypły­wa to jedynie ze wzglę­du na bez­pieczeńst­wo żyją­cych, lecz w jakiejś mierze ze wzglę­du na pom­szcze­nie krzy­wdy zabitego. Prze­ci­wnie, zwierzę­ta, które są niezwyk­le pożyteczne dla swoich właś­ci­cieli, sta­ją się przed­mio­ta­mi niezmiernie żywej wdz­ięcznoś­ci. Szoku­je nas bru­tal­ność ofi­cera wspom­ni­anego w Szpiegu tureckim, który zasztyle­tował konia, o prze­niesie­niu go przez cieśn­inę morską, aby to zwierzę nie mogło w przyszłoś­ci ułatwić komuś podob­ne­go przed­sięwz­ię­cia.

Lecz choć zwierzę­ta nie są jedynie przy­czy­na­mi przy­jem­noś­ci i przykroś­ci, lecz także są zdolne odczuwać te sen­sac­je, to jed­nak wiele braku­je, by mogły być w pełni doskon­ały­mi obiek­ta­mi czy to wdz­ięcznoś­ci, czy resen­ty­men­tu; w ich uczu­ci­ach cią­gle obser­wu­je­my pewien brak ich całkowitego spełnienia. Wdz­ięczność wyma­ga przede wszys­tkim, by nie tylko spraw­ić, by dobroczyń­ca odczuł ze swo­jej strony przy­jem­ność, lecz by uświadomić mu, że spo­ty­ka go ta nagro­da ze wzglę­du na jego postępowanie w przeszłoś­ci, by spraw­ić mu przy­jem­ność z racji tego zachowa­nia i usatys­fakcjonować go, że oso­ba, której uczynił przysługę nie była jej niegod­na. To, co najbardziej ze wszys­tkiego zach­wyca nas w naszym dobroczyń­cy, to zgo­da między jego a naszy­mi uczu­ci­a­mi, jeśli chodzi o to, co najbardziej nas intere­su­je, wartość naszego charak­teru i należny nam sza­cunek. Jesteśmy zach­wyceni, że jest oso­ba, która ceni nas tak, jak my cen­imy siebie i wyróż­nia spośród resz­ty ludzi, nie skąpiąc względów niewiele różnią­cych się od tego, jak my sami prag­nęlibyśmy zwró­cić na siebie uwagę. Podtrzy­manie tych jego przy­jem­nych i schlebi­a­ją­cych nam uczuć jest jed­nym z głównych celów zamier­zonego odwza­jem­nienia, do którego jesteśmy skłon­ni. Wspani­ałomyśl­ny umysł częs­to pog­a­rdza intere­sownym pomysłem wymuszenia nowych przysług ze strony dobroczyń­cy przy uży­ciu środ­ków, które moż­na by było nazwać naprzykrzaniem się naszą wdz­ięcznoś­cią. Lecz zachowanie i spotę­gowanie jego sza­cunku jest celem, które najtęższy umysł nie uzna za niegod­ny zabiegów. I to jest pod­stawa tego, co wcześniej stwierdz­iłem, że kiedy nie może­my współod­czuwać moty­wów naszego dobroczyń­cy, kiedy jego postępowanie i charak­ter zda­ją się niegodne naszej apro­baty; nawet gdy jego pomoc zawsze była ogrom­na, wdz­ięczność z naszej strony male­je. Mniej pochlebia nam jego wyróż­ni­an­ie nas, zachowanie zaś sza­cunku tak słabego i niegod­nego pro­tek­to­ra nie zda­je się być sprawą w isto­cie wartą zachodu.

Prze­ci­wnie, cel, do którego kieru­je się głównie resen­ty­ment, to nie tyle spraw­ie­nie z kolei nasze­mu wro­gowi przykroś­ci, lecz uświadomie­nie mu, że ta przykrość wyni­ka z jego postępowa­nia w przeszłoś­ci, że chodzi o odpoku­towanie tego postępowa­nia i uprzy­tom­nie­nie mu, że oso­ba, którą skrzy­wdz­ił, nie zasługi­wała na takie potrak­towanie. Główną przy­czyną gniewu prze­ciw człowiekowi, który nas skrzy­wdz­ił czy obraz­ił, jest to, że okazu­je nam zbyt mało względów, że nad­miernie przed­kła­da siebie nad naszą osobę, jego absurdalne samol­ub­st­wo, które zda­je się skła­ni­ać go do myśle­nia, że innych ludzi zawsze moż­na poświę­cić dla włas­nej wygody czy samopoczu­cia. Krzy­czą­ca niewłaś­ci­wość takiego postępowa­nia, ogrom­na buta i niespraw­iedli­wość, które zda­ją się łączyć z tym, gorszą nas i wyprowadza­ją z równowa­gi bardziej niż całe zło, którego doz­nal­iśmy. Spowodowanie, by człowiek ten odczuwał znowu, co należy się innym, by uświadomił sobie powin­noś­ci wobec nas, by zrozu­mi­ał, ile złego nam uczynił, jest zazwyczaj głównym celem naszego odwe­tu, który nigdy nie okaże się doskon­ały, jeśli nie spełni powyższych zamierzeń. Jeśli okaże się, że nasz wróg nie skrzy­wdz­ił nas, jeśli zda­je­my sobie sprawę, że dzi­ałał właś­ci­wie, że w jego sytu­acji powin­nibyśmy uczynić to samo i że zasłużyliśmy na zło, które nas spotkało, w tym przy­pad­ku, jeśli tli się w nas choć­by iskier­ka bezstron­noś­ci i spraw­iedli­woś­ci, nie powin­niśmy odczuć żad­nego resen­ty­men­tu.

Aby więc coś stało się właś­ci­wym i pełnym przed­miotem wdz­ięcznoś­ci albo resen­ty­men­tu, win­no posi­adać trzy cechy. Po pier­wsze, musi być przy­czyną przy­jem­noś­ci w jed­nym przy­pad­ku i przykroś­ci w drugim. Po drugie, musi być zdolne do doz­nawa­nia tych uczuć. Po trze­cie, nie tylko powin­no wzbudzać te uczu­cia, ale robić to zgod­nie z zamierze­niem, a ten zami­ar winien być aprobowany w jed­nym przy­pad­ku i deza­probowany w innym. Za sprawą pier­wszej właś­ci­woś­ci przed­miot jest zdol­ny do wywoły­wa­nia tych uczuć, za sprawą drugiej do zaspoko­je­nia ich, trze­cia jest koniecz­na do pełnego ich spełnienia, lecz sko­ro dostar­cza ona przy­jem­noś­ci albo przykroś­ci, które są zarazem i doskon­ałe, i szczególne, jest również dodatkową przy­czyną tych uczuć.

Sko­ro to, co, w ten czy inny sposób, dostar­cza przy­jem­noś­ci czy przykroś­ci, jest jedyną przy­czyną pobudza­jącą wdz­ięczność czy resen­ty­ment; choć intenc­je człowieka win­ny być jak najwłaś­ci­wsze i najlep­sze z jed­nej strony i jak najm­niej właś­ci­we i złe z drugiej; to jed­nakże nawet gdy­by nie udało mu się spowodować zamier­zonego dobra albo zła, gdyż w obu przy­pad­kach brak jed­nej z pobudza­ją­cych przy­czyn, powinien spotkać się z mniejszą wdz­ięcznoś­cią w jed­nym przy­pad­ku i mniejszym resen­ty­mentem w drugim. Prze­ci­wnie zaś, choć w intenc­jach jakiejś oso­by nie ma czy to chwaleb­ne­go stop­nia życ­zli­woś­ci z jed­nej strony, czy nagan­nego stop­nia złośli­woś­ci z drugiej, to jed­nak, jeśli jego dzi­ała­nia spowodu­ją czy to wielkie dobro, czy wielkie zło, ponieważ jed­na z wywołu­ją­cych przy­czyn wys­tępu­je w obu przy­pad­kach, moż­na się spodziewać pow­sta­nia wobec niego sporo wdz­ięcznoś­ci w jed­nym przy­pad­ku i sporo resen­ty­men­tu w drugim. W pier­wszym przy­pad­ku towarzyszy mu cień zasłu­gi, w drugim cień winy. A ponieważ następst­wa czynów pozosta­ją całkowicie we władzy przy­pad­ku, stąd rodzi się jego wpływ na uczu­cia ludzi, co się tyczy zasłu­gi o winy.

O zasięgu oddziaływania przypadku

Skutkiem odd­zi­ały­wa­nia przy­pad­ku jest po pier­wsze, pom­niejsze­nie poczu­cia zasłu­gi czy winy tych czynów, który­mi kierowały najbardziej chwaleb­ne czy najbardziej naganne intenc­je wtedy, gdy nie doprowadz­iły do zamier­zonych rezul­tatów; i po drugie, spotę­gowanie poczu­cia zasłu­gi czy winy czynów nie należą­cych do dzi­ała­nia pow­sta­jącego zgod­nie z moty­wa­mi i uczu­ci­a­mi, które dają mu początek, gdy przy­pad­kowo powodu­ją czy to nadzwycza­jną przy­jem­ność czy nadzwycza­jną przykrość.

1. Po pier­wsze, stwierdzam, że choć­by intenc­je jakiegoś człowieka były najwłaś­ci­wsze i najbardziej życ­zli­we z jed­nej strony czy najbardziej niewłaś­ci­we i złośli­we z drugiej, to jed­nakże jeśli nie uda mu się osiągnąć rezul­tatów, jego zasłu­ga w pier­wszym przy­pad­ku wyda­je się niedoskon­ała, a jego wina w drugim niepeł­na. Tej nieod­powied­nioś­ci uczuć nie odczuwa­ją tylko ci, których bezpośred­nio doty­czą skut­ki tego dzi­ała­nia. Odczuwa ją w jakiejś mierze nawet bezstron­ny obser­wa­tor. Człowieka, który ubie­ga się bezskutecznie o stanowisko dla drugiego, uważamy za jego przy­ja­ciela i wyda­je się nam, że zaskar­bił sobie jego miłość i przy­wiązanie. Ale człowieka, który nie tylko ubie­ga się, ale uzysku­je to stanowisko, osobli­wie uważa się za pro­tek­to­ra i dobroczyńcę i należy mu się sza­cunek i wdz­ięczność. Oso­ba mają­ca zobow­iązanie, mamy pra­wo zakładać, może z dużą dozą słusznoś­ci wyobrażać sobie, że dorównu­je temu pier­wsze­mu. Lecz my nie włączymy się w jego emoc­je, jeśli nie będzie odczuwał, że dru­gi ma nad nim przewagę. Istot­nie, zazwyczaj utarło się powiedze­nie, że jesteśmy jed­nakowo zobow­iązani wobec człowieka, który próbował nam odd­ać przysługę, jak wobec tego, kto ją fak­ty­cznie odd­ał. Są to słowa, które nieustan­nie pada­ją przy okazji nieu­danych prób tego rodza­ju, lecz słowa, które jak wszys­tkie piękne słowa muszą być przyjęte ze szczyp­tą tol­er­ancji. Uczu­cie, które odczuwa wspani­ałomyśl­ny człowiek wzglę­dem przy­ja­ciela, które­mu nie powiodło się przed­sięwz­ię­cie, może częs­to istot­nie być zbliżone do uczuć, które ujaw­nia wobec tego, komu się udało. Im bardziej jest wspani­ałomyśl­ny, tym bardziej zbliżą się te uczu­cia do jed­nakowego poziomu. Dla prawdzi­wie wspani­ałomyśl­nych ludzi miłość i sza­cunek ze strony tych, których oni sami uważa­ją za god­nych sza­cunku, daje więcej przy­jem­noś­ci i tym samym wzbudza więk­szą wdz­ięczność niż wszys­tkie korzyś­ci, których moż­na oczeki­wać z tych uczuć. Kiedy więc tracą te korzyś­ci, wyda­je im się to drob­nos­tką, led­wie wartą uwa­gi. A jed­nak coś tracą. Ich przy­jem­ność więc, a w następst­wie wdz­ięczność, nie jest abso­lut­nie peł­na. Zgod­nie z tym, jeśli między przy­ja­cielem, które­mu się udało i przy­ja­cielem, które­mu się nie powiodło, wszys­tkie inne warun­ki są równe, nawet w najs­zla­chet­niejszym i naj­doskon­al­szym umyśle zrodzi się mała różni­ca w miłoś­ci na korzyść tego, które­mu się udało. Mało tego, ludzie są w tym względzie tak niespraw­iedli­wi, że jeśli spełni się zamier­zone dobrodziejst­wo, lecz nie za sprawą tego szczegól­nego dobroczyń­cy, są skłon­ni myśleć, że mniej wdz­ięcznoś­ci należy się człowiekowi, który mając najlep­sze w świecie intenc­je mógł jedynie sprawę trochę popch­nąć. Ponieważ wdz­ięczność jest w tym przy­pad­ku rozdzielona między różne oso­by, które przy­czyniły się do ich przy­jem­noś­ci, mniejsza część zda­je się przy­padać każdej z nich. Tacy ludzie, jak zazwyczaj mówi się, niewąt­pli­wie zamierza­li odd­ać nam przysługę; i naprawdę wierzymy, że w tym celu wycz­er­pali wszys­tkie swo­je możli­woś­ci. Nie jesteśmy jed­nakże zobow­iązani wobec nich do wdz­ięcznoś­ci za to dobrodziejst­wo, gdy­by bowiem nie było współdzi­ała­nia innych, to, co on sam mógł zro­bić, nigdy by nie spowodowało powodzenia. Otóż ten wzgląd powinien nawet w oczach bezstron­nego obser­wa­to­ra zmniejszyć dług, który są mu win­ni. Sam człowiek, który bez powodzenia próbował przys­porzyć dobrodziejst­wa, w żad­nym wypad­ku nie liczy w takiej samej mierze na wdz­ięczność oso­by, którą miał zami­ar zobow­iązać, nie ma też takiego wobec niej poczu­cia zasłu­gi, jakie by miał w przy­pad­ku osiąg­nię­cia sukce­su.

Nad­to przymiot posi­ada­nia zdol­noś­ci i umiejęt­noś­ci, które za sprawą przy­pad­ku zaw­iodły w osiąg­nię­ciu celów, zda­je się w jakiejś mierze niezad­owala­ją­cy; również dla całkowicie przeko­nanych o włas­nych możli­woś­ci­ach ich osiąg­nię­cia. Gen­er­ał, które­mu zaw­iść min­istrów przeszkodz­iła w uzyska­niu wielkiej przewa­gi nad nieprzy­jaciół­mi ojczyzny, do koń­ca życia żału­je zaprzepaszczenia okazji. Ba, żału­je tego nie jedynie ze wzglę­du na naród. Roz­pacza, że uniemożli­wiono mu dokon­ać czynów, które by dodały blasku jego oso­bie zarówno we włas­nych oczach, jak i w oczach innych ludzi. Ani jego, ani innych ludzi nie zad­owala myśle­nie, że plan czy zamysł był całkowicie jego dziełem, że do wyko­na­nia go nie potrze­ba było więk­szych zdol­noś­ci niż do ułoże­nia planu; że pod każdym wzglę­dem miał zapewnione wszys­tkie atry­bu­ty, które, gdy­by poz­wolono mu kon­tyn­uować dzieło, przyniosły­by niewąt­pli­wy sukces. A jed­nak go nie odniósł i choć może zasługi­wać na wszelką apro­batę za wspani­ały, wiel­ki plan, braku­je fak­ty­cznej zasłu­gi doko­na­nia wielkiego czynu. Pozbaw­ie­nie człowieka kierown­ict­wa spraw pub­licznych, człowieka, który nieo­mal doprowadz­ił je do koń­ca, uważa się za najbardziej rażącą niespraw­iedli­wość. Sko­ro tak wiele dokon­ał, uważamy, że powin­no się uznać jego pełną zasługę za doprowadze­nie sprawy do koń­ca. Zarzu­cano Pom­pe­jus­zowi, że obe­j­mu­jąc dowództ­wo po zwycięst­wach Lukul­lusa, zebrał lau­ry, które za zrządze­niem losu i dzię­ki wartoś­ciom oso­bistym Lukul­lusa temu ostat­niemu się należały. Sława Lukul­lusa stała się ponoć mniej peł­na nawet w opini­ach jego włas­nych przy­jaciół, kiedy nie poz­wolono mu ukończyć kam­panii, którą dzię­ki jego dzi­ałan­iom i odwadze mógł ukończyć niemal każdy człowiek. Jest upoko­rze­niem dla architek­ta, jeśli nie real­izu­je się jego planów, albo gdy są tak dalece zmienione, że psu­ją ostate­czny wygląd budynku. Plan jed­nakże jest całkowicie zależny od architek­ta. Dla dobrych arbi­trów wszys­tkie jego zdol­noś­ci są całkowicie widoczne zarówno w planie, jak w jego real­iza­cji. Jed­nakże plan nawet najlepiej zori­en­towanym ludziom nie przys­parza tej samej przy­jem­noś­ci, co imponu­ją­ca, wspani­ała budowla. Mogą znaleźć tak samo wiele smaku i zdol­noś­ci zarówno w planie, jak w budowli. Lecz efek­ty tych zalet różnią się zasad­nic­zo i przy­jem­ność czer­pana z planu nigdy nie będzie zbliżona do olśnienia i podzi­wu, które cza­sa­mi może wzbudz­ić budowla. Może­my być przeko­nani, że tal­en­ty wielu ludzi przewyższa­ły tal­en­ty Cezara i Alek­san­dra i że gdy­by inni znaleźli się w tych samych okolicznoś­ci­ach, dokon­al­i­by jeszcze więk­szych czynów. Zan­im to nastąpi, jed­nak nie okazu­je­my zadzi­wia­jącego podzi­wu, z którym patrzyły na tych dwóch bohaterów wszys­tkie nar­o­dy poprzez wie­ki. Spoko­jne sądy rozsąd­ku mogą bardziej pochwalać wielu innych ludzi, lecz brak splen­doru wiel­kich dokon­ań uniemożli­wia olśnie­nie i zach­wyt. Wyżs­zość cnót i tal­en­tów, nawet dla ludzi, którzy uzna­ją tę przewagę, nie odd­zi­ału­je tak sil­nie, jak wyżs­zość osiąg­nięć.

Podob­nie jak w przy­pad­ku nieu­danych wysiłków doko­na­nia dobra, na skutek niepowodzenia, w oczach niewdz­ięcznych ludzi zasłu­ga sta­je się mniejsza, tak również przed­staw­ia się sprawa z winą w przy­pad­ku nieu­danych wysiłków spowodowa­nia zła. Zamysł doko­na­nia zbrod­ni, bez wzglę­du na to, jak łat­wo to udowod­nić, praw­ie nigdy nie jest ukarany z taką surowoś­cią jak fak­ty­czne jej popełnie­nie. Przy­padek ze zdradą jest praw­dopodob­nie jedynym wyjątkiem. Ponieważ zbrod­nia ta odd­zi­ału­je bezpośred­nio na ist­nie­nie władzy, władza jest na nią nat­u­ral­nie bardziej uczu­lona niż na inne przestępst­wa. Sto­su­jąc karę za zdradę wład­ca daje wyraz oburze­niu na zbrod­nię popełnioną bezpośred­nio prze­ciw niemu, karząc zaś za inne zbrod­nie oburza się na zbrod­nie prze­ciw innym ludziom. W pier­wszym przy­pad­ku ule­ga włas­ne­mu resen­ty­men­towi, w drugim przez sym­pa­tię włącza się w resen­ty­ment swoich pod­danych. W pier­wszym przy­pad­ku więc, kiedy sądzi swo­ją włas­ną sprawę, wymierza­jąc karę jest bardziej bru­tal­ny i okrut­ny niż pochwalał­by to bezstron­ny obser­wa­tor. Poza tym jego resen­ty­ment pow­sta­je tutaj w bardziej błahych okolicznoś­ci­ach i nie zawsze, jak w innych przy­pad­kach, czeka na popełnie­nie zbrod­ni, a nawet na próbę jej popełnienia. Zdradzieck­ie porozu­mie­nie, choć nic się nie stało, a nawet próbę zdrady w wyniku porozu­mienia, powiem więcej, roz­mowę o zdradzie w wielu kra­jach karze się w ten sam sposób jak fak­ty­cznie popełnioną zdradę. Jeśli chodzi o wszys­tkie inne zbrod­nie, sam zamysł, po którym nie następu­je usiłowanie, rzad­ko kiedy jest karany, a nigdy nie karze się go surowo. Istot­nie, moż­na powiedzieć, że zbrod­niczy zamysł i dzi­ałanie zbrod­nicze niekoniecznie zakłada­ją ten sam stopień deprawacji i że wobec tego nie powin­ny być pod­dane tej samej karze. Jesteśmy zdol­ni do przed­sięwz­ię­cia a nawet pod­ję­cia pewnych kroków zmierza­ją­cych do zre­al­i­zowa­nia czynów, ale gdy dochodzi do zasad­niczego momen­tu, czu­je­my, że nie jesteśmy zupełnie w stanie ich dokon­ać. Ta przy­czy­na nie może wys­tąpić wsza­kże, gdy zamysł doprowad­zono do ostat­niego eta­pu real­iza­cji. Jed­nakże człowieka, który strzela z pis­to­le­tu do nieprzy­ja­ciela, lecz nie trafia celu, nie skazu­je się na karę śmier­ci na pod­staw­ie praw obow­iązu­ją­cych we wszys­t­kich nieo­mal państ­wach. Zgod­nie z prawa­mi Szkocji, nawet gdy­by zabój­ca zranił kogoś, to jed­nak jeśli śmierć nie nastąpiła w pewnym określonym cza­sie, nie podle­ga karze pozbaw­ienia życia. Resen­ty­ment ludzi do tej zbrod­ni jest jed­nakże tak sil­ny, pan­iczny stra­ch przed człowiekiem, który okazał się zdol­ny do popełnienia takiej zbrod­ni tak wiel­ki, że za usiłowanie popełnienia jej win­na obow­iązy­wać we wszys­t­kich kra­jach kara śmier­ci. Usiłowanie popełnienia mniejszych przestępstw jest praw­ie zawsze karane bard­zo łagod­nie, a cza­sa­mi w ogóle nie spo­ty­ka się z karą. Złodzie­ja, którego zła­pano z ręką w kieszeni sąsi­a­da, zan­im z niej cokol­wiek zabrał, skazu­je się tylko na sro­motę. Gdy­by miał czas zabrać chus­teczkę, był­by skazany na śmierć. Włamywacz, którego zła­pano na dra­binie przys­taw­ionej do okna sąsi­a­da, lecz zan­im dostał się do domu, nie podle­ga karze śmier­ci. Pró­ba zgwałce­nia nie jest karana jak gwałt. Za próbę uwiedzenia zamężnej kobi­ety w ogóle nie sto­su­je się kary, choć uwiedze­nie jest karane surowo. Nasz resen­ty­ment do oso­by, która tylko usiłowała dokon­ać przestępst­wa, rzad­ko kiedy jest tak sil­ny, by ponieść nas do zas­tosowa­nia tej samej kary, która wydawała­by się nam odpowied­nia, gdy­by fak­ty­cznie popełniono przestępst­wo. W pier­wszym przy­pad­ku radość, że wys­zliśmy cało, łagodzi nasze poczu­cie okru­cieńst­wa postępowa­nia przestęp­cy, w drugim żal z powodu niedoli, która nam przy­padła, zwięk­sza go. Jego wina jest jed­nakże niewąt­pli­wie jed­nakowa w obu przy­pad­kach, gdyż intenc­je jego były jed­nakowo krzy­wdzące. Pod tym wzglę­dem więc, uczu­cia ludzi są nierówne, a w kon­sek­wencji ist­nieje rozluźnie­nie w obow­iązy­wa­niu praw, obaw­iam się, że we wszys­t­kich nar­o­dach, w najbardziej cywili­zowanych tak samo, jak w najbardziej bar­barzyńs­kich. Uczu­cia ludzkie ludów cywili­zowanych skła­ni­a­ją ich do zaniecha­nia kar, albo do ich złagodzenia, gdy nat­u­ral­nego oburzenia nie pod­nieca­ją jeszcze efek­ty przestępst­wa. Z drugiej strony, bar­barzyń­cy, jeśli nie nastąpiły fak­ty­czne skut­ki dzi­ała­nia, nie są bard­zo wrażli­wi i ciekawi ich moty­wów.

Człowiek, który czy to w afek­cie, czy pod wpły­wem złego towarzyst­wa zde­cy­dował, a być może i pod­jął pewne kro­ki, by dokon­ać przestępst­wa, lecz które­mu szczęśli­wie przy­padek to uniemożli­wił, jeśli pozostała mu choć odrobi­na sum­ienia, będzie do koń­ca życia uważał ten obrót sprawy za znakomite i niezwykłe wybaw­ie­nie. Człowiek ten nigdy nie będzie w stanie myśleć o tym bez dziękowa­nia niebu za tak łaskawą wolę ura­towa­nia go od winy, w którą był gotowy wplą­tać się, i uważać, że zapo­biegło to, by resz­ta jego życia stała się dra­matem pan­icznej odrazy do siebie, żalu i skruchy. Lecz choć ręce są czyste, jest świadom, że serce jest tak samo winne, jak gdy­by był fak­ty­cznie popełnił to, co w pełni postanow­ił. Jed­nakże wzgląd na to, że przestępst­wo nie zostało popełnione, daje wielką ulgę sum­ie­niu, choć wie, że niepowodze­nie nie pow­stało za sprawą jakiegoś jego dobrego przymio­tu. Jeszcze cią­gle uważa, że mniej zasłużył na karę i resen­ty­ment; i to dobre zrządze­nie losu albo zmniejsza, albo odd­ala zupełnie poczu­cie winy. Pamięć o tym, jak bard­zo był zde­cy­dowany, ma tylko ten skutek, że patrzy na swo­ją ucieczkę od przestępst­wa, jak na tym więk­sze i cud­own­iejsze wybaw­ie­nie. Cią­gle bowiem zda­je mu się, że udało mu się uciec i spoglą­da ze stra­chem na niebez­pieczeńst­wo, na które był narażony jego spokój ducha, ze stra­chem, z jakim ktoś, komu nic nie zagraża, przy­pom­i­na sobie cza­sa­mi niebez­pieczeńst­wo, kiedy groz­ił mu upadek do przepaś­ci, i trzęsie się z pan­icznego stra­chu na samą myśl o tym.

II. Drugim skutkiem odd­zi­ały­wa­nia przy­pad­ku jest wzrost naszego poczu­cia zasłu­gi czy winy czynów poza granice przysługu­jące moty­wom czy emocjom, z których biorą początek, w razie gdy spowodu­ją nadzwycza­jną przy­jem­ność czy przykrość. Przy­jemne czy nieprzy­jemne skut­ki dzi­ała­nia częs­to naz­nacza­ją dzi­ałanie spraw­cy czyn­nikiem zasłu­gi czy winy, choć w jego intencji nie było nic, co by zasługi­wało czy t na pochwałę, czy na naganę, a przy­na­jm­niej nic, co by zasługi­wało w takiej mierze, w jakiej jesteśmy skłon­ni tę zasługę czy winę przyp­isać. Tak więc nawet zwias­tun złych wiado­moś­ci sta­je się dla nas nieprzy­jem­ny, a prze­ci­wnie, czu­je­my coś w rodza­ju wdz­ięcznoś­ci do człowieka, który przynosi nam dobre wieś­ci. Przez chwilę patrzymy na nich, jak na spraw­ców, jeden dobrego, dru­gi złego losu i uważamy w jakiejś mierze, jak­by rzeczy­wiś­cie spowodowali wypad­ki, z których jedynie zda­ją relac­je. Pier­wszy spraw­ca naszej radoś­ci jest nat­u­ral­nie przed­miotem przelot­nej wdz­ięcznoś­ci: wita­my go ciepło i serdecznie i bylibyśmy szczęśli­wi na wieść o taj nagłej pomyśl­noś­ci nagrodz­ić go jak za niezwykłą przysługę. Zgod­nie z oby­cza­ja­mi panu­ją­cy­mi na wszys­t­kich dworach, ofi­cera, który przynosi wiado­mość o zwycięst­wie, spo­tyka­ją znaczne wyróżnienia i gen­er­ał zawsze wybiera jed­nego ze swoich najwięk­szych fawory­tów do takiego przy­jem­nego posłan­nict­wa. Pier­wszy spraw­ca naszego smutku jest, prze­ci­wnie, tak samo nat­u­ral­nie, przed­miotem przelot­nego resen­ty­men­tu. Trud­no jest tego uniknąć, że patrzymy na niego ze smutkiem i zakłopotaniem. Ludzie aro­ganc­cy i bru­tal­ni mogą nawet dać wobec niego upust złoś­ci, spowodowanej przez jego przesłanie. Tigranes, król Armenii, ściął głowę człowieka, który pier­wszy przekazał mu now­inę o zbliża­niu się potężnego nieprzy­ja­ciela. Ukaranie w ten sposób spraw­cy złych nowin zda­je się bar­barzyńskie i nie­ludzkie, wsza­kże nagrodze­nie posłań­ca dobrych wiado­moś­ci nie jest dla nas nieprzy­jemne; myślimy, że god­ny jest daru królewskiego. Dlaczego jed­nak robimy to rozróżnie­nie, sko­ro jeśli nie ma grzechu w jed­nym, nie ma także żad­nej zasłu­gi w drugim? Dzieje się tak dlat­ego, że każ­da rac­ja zda­je się wystar­cza­ją­ca, by poz­wolić na stosowanie uczuć społecznych i życ­zli­woś­ci. Nato­mi­ast włącze­nie się w uczu­cia niespołeczne, uczu­cia nieży­c­zli­we wyma­ga znacznych i istot­nych racji.

Lecz choć na ogół niechęt­nie współod­czuwamy uczu­cia niespołeczne i nieży­c­zli­we, choć przyj­mu­je­my zasadę, że nigdy nie powin­niśmy pochwalać ich efek­tów, chy­ba że niesłusz­na i nieży­c­zli­wa intenc­ja oso­by, prze­ciw której są skierowane, wskazu­je, że cel ich jest słuszny, to jed­nak wielokrot­nie fol­gu­je­my tej surowoś­ci. Gdy nied­balst­wo ze strony jed­nego człowieka spowodu­je nieza­mier­zoną szkodę drugiemu, nasze odczu­cie resen­ty­men­tu ofi­ary na ogół dochodzi tak daleko, że aprobu­je­my znacznie więk­szą karę nałożoną na złoczyńcę, niż upoważ­ni­ał­by do tego zły postępek, gdy­by nie wynikał z niego tak niefor­tun­ny skutek.

Mam wraże­nie, że ist­nieje pewne nied­balst­wo, które może zasługi­wać na karę, choć nie powodu­je niko­mu szkody. Tak więc, gdy ktoś rzu­ci przez mur duży kamień na uczęszczaną ulicę, nie ostrze­ga­jąc ewen­tu­al­nych prze­chod­niów i nie zwraca­jąc uwa­gi, gdzie kamień może spaść, niewąt­pli­wie zasługu­je na karę. Bard­zo skrupu­lat­na polic­ja ukarze tak bezsen­sowny czyn, nawet jeśli nie przyniósł niko­mu szkody. Oso­ba, która się tego dop­uś­ciła, wykazu­je aro­gancką pog­a­rdę dla pomyśl­noś­ci i bez­pieczeńst­wa innych. Jego zachowanie jest rzeczy­wiś­cie niesłuszne. Naraża on swego bliźniego na skut­ki, na które żaden rozsąd­ny człowiek nie chci­ał­by go naraz­ić i niewąt­pli­wie braku­je mu poczu­cia tego, co przy­należy jego bliźn­im, a co jest zasadą spraw­iedli­woś­ci i życia w społeczeńst­wie. Wielkie nied­balst­wo jest więc w sys­temie praw niemal równe nieży­c­zli­we­mu zamysłowi. Jeśli z takiego nied­balst­wa wynikną nieszczęśli­we kon­sek­wenc­je, osobę, która się go dop­uś­ciła, częs­to karze się jak gdy­by rzeczy­wiś­cie zamierza­ła doprowadz­ić do takich następstw. Jego zachowanie zaś, które było tylko bezmyślne, zuch­wałe i zasługi­wało na niewielką karę, uważa się za ohydne i podle­ga­jące naj­surowszej karze. Tak więc, gdy­by w wyniku wyżej wspom­ni­anego lekkomyśl­nego dzi­ała­nia przy­pad­kiem zabił człowieka, zgod­nie z prawa­mi wielu państw, szczegól­nie ze starym kodek­sem szkockim, podle­ga karze śmier­ci. A cho­ci­aż ten wyrok jest niewąt­pli­wie ogrom­nie surowy, nie jest całkowicie niez­god­ny z naszy­mi nat­u­ral­ny­mi uczu­ci­a­mi. Oburze­nie wobec sza­leńst­wa i nie­ludzkoś­ci jego zachowa­nia wzmac­nia jeszcze sym­pa­tia z nieszczęs­ną ofi­arą. Nie mogło­by być jed­nak nic bardziej szoku­jącego nasze nat­u­ralne poczu­cie spraw­iedli­woś­ci, gdy­by na szafot był skazany człowiek, który jedynie rzu­cił nied­bale kamień na ulicę, nie raniąc niko­go. Bezmyśl­ność i nie­ludzkość jego postępowa­nia były­by jed­nakże w tym przy­pad­ku takie same; a jed­nak nasze uczu­cia były­by bard­zo różne od poprzed­nich. Rozważe­nie tej różni­cy może wyjaśnić, w jakim stop­niu rzeczy­wiste następst­wa czynu oży­wia­ją oburze­nie obser­wa­to­ra. Wobec tego rodza­ju przy­pad­ków, jeśli się nie mylę, prze­jaw­ia się wiele surowoś­ci w prawach nieo­mal wszys­t­kich nar­o­dów. Jak już wcześniej rozważyłem, w prze­ci­wnych przy­pad­kach wys­tępu­je powszechne złagodze­nie przepisów.

Ist­nieje też inny rodzaj nied­balst­wa, który nie pocią­ga żad­nej niespraw­iedli­woś­ci. Oso­ba dopuszcza­ją­ca się tego trak­tu­je swo­jego bliźniego jak siebie samego, nie chce niczy­jej szkody i dale­ka jest od hoł­dowa­nia zuch­wałej pog­a­rdzie dla bez­pieczeńst­wa i szczęś­cia innych. Jego postępowanie nie jest jed­nakże tak ostrożne i rozważne, jak być powin­no i z tego wzglę­du zasługu­je na naganę i potępi­e­nie, ale nie na karę. Jed­nakże, gdy­by przez nied­balst­wo tego rodza­ju spowodował szkodę innej oso­bie, zgod­nie z prawa­mi, jak sądzę, wszys­t­kich państw, był­by zmus­zony do jej napraw­ienia. I choć nie jest to, niewąt­pli­wie, prawdzi­wa kara, i nikt ze śmiertel­ników nie myślał­by jej nałożyć, gdy­by na skutek jego postępowa­nia nie nastąpił nieszczęśli­wy skutek, to jed­nak ten wyrok aprobu­ją nat­u­ralne uczu­cia ludzi. Trud­no o coś spraw­iedli­wszego niż poczu­cie, że człowiek nie powinien cier­pieć na skutek nied­balst­wa drugiego człowieka i że szko­da pow­stała na skutek nagan­nego nied­balst­wa win­na być napraw­iona przez win­nego.

Ist­nieje też inny rodzaj nied­balst­wa, który pole­ga jedynie na tym, że człowiek nie odczuwa niepoko­jącej obawy i brak mu prze­zornoś­ci, jeśli chodzi o wszelkie możli­we następst­wa dzi­ała­nia. Tego braku uciążli­wej prze­zornoś­ci, gdy nie nastąpiły złe kon­sek­wenc­je, tak dalece nie odczuwa się jako coś nagan­nego, że prze­ci­wną właś­ci­wość raczej uważa się za nagan­ną. Bojaźli­wej prze­zornoś­ci lęka­jącej się wszys­tkiego nigdy nie uważa się za cnotę, lecz za cechę, która bardziej niż cokol­wiek innego uniemożli­wia dzi­ałanie i speł­ni­an­ie zadań. Jeśli jed­nak zdarzy się komuś, że na skutek braku tej prze­sad­nej tros­ki spowodu­je szkodę, zazwyczaj pra­wo zobow­iązu­je go do jej wyna­grodzenia. Tak więc zgod­nie z prawem Akwilei, człowiek które­mu nie udało się powś­ciągnąć przes­traszonego przy­pad­kiem konia i stra­tował czy­je­goś niewol­ni­ka był zobow­iązany przez pra­wo do wyrów­na­nia straty właś­ci­cielowi. Gdy zdarzy się taki wypadek, jesteśmy skłon­ni myśleć, że człowiek ten nie powinien dosi­adać takiego konia i uważać jego wyczyn za niewybaczal­ną lekkomyśl­ność, choć gdy­by nie doszło do wypad­ku, nie tylko tak byśmy nie myśleli, ale pow­strzy­manie się od jazdy uważal­ibyśmy za wynik bojaźli­wej słaboś­ci i za stra­ch przed możli­wy­mi jedynie skutka­mi, których w żad­nym wypad­ku nie należało się obaw­iać. Sam zaś człowiek, który w wyniku takiego zdarzenia nie z włas­nej woli ranił­by drugiego, ma w sto­sunku do niego poczu­cie swego złego postęp­ku. Oczy­wiś­cie, spieszy do poszkodowanego, by wyraz­ić zaniepoko­je­nie tym, co się stało i ze wszys­t­kich swoich sił odpła­ca szkodę. Jeśli jest choć trochę wrażli­wy, musi odczuwać prag­nie­nie wyna­grodzenia szkody i zro­bić wszys­tko, by uciszyć ten żywiołowy resen­ty­ment, który, jak sobie wyobraża, zrodzi się w ser­cu ofi­ary. Jeśli się nie wyraża żalu, nie wys­tępu­je z pokutą, jest to uważane za najwyższy stopień bru­tal­noś­ci. Dlaczego jed­nak ma być bardziej skrus­zony niż inni? Dlaczego miał­by znaleźć się w tak szczegól­nej pozy­cji wśród pozostałych ludzi, by odpłacić za nieszczęśli­wy wypadek innego człowieka, gdy jest równie niewin­ny, jak inni wid­zowie? To zobow­iązanie nie przy­padło­by mu z pewnoś­cią, gdy­by nawet bezstron­ny obser­wa­tor nie odczuwał pobłaża­nia dla tego, co może być uznane za niesłuszny resen­ty­ment ofi­ary.

O przyczynie celowej tego, że uczucia nie są równie silne

Taki jest wpływ dobrych czy złych następstw czynów na uczu­cia zarówno oso­by, która ich dokon­ała, jak i na innych. I tak przy­padek, który zarządza światem, wywiera wpływ tam, gdzie najm­niej byśmy sobie życzyli i w jakiejś mierze kieru­je uczu­ci­a­mi ludzi, jeśli chodzi o charak­ter i postępowanie zarówno ich samych, jak innych. To, że świat oce­nia skut­ki, a nie zami­ary, jest bolączką od niepamięt­nych cza­sów i wielkim zniechęce­niem dla cno­ty. Wszyscy zgadza­ją się z ogól­ną zasadą, że ponieważ skutek nie zależy od spraw­cy, nie powinien odd­zi­ały­wać na nasze uczu­cia w zakre­sie uznawa­nia zasłu­gi czy słusznoś­ci postępowa­nia. Kiedy jed­nak dochodz­imy do szczegółów, okazu­je się, że uczu­cia nieo­mal w żad­nym przy­pad­ku nie zgadza­ją się z tą spraw­iedli­wą zasadą. Pomyśl­ny czy niepomyśl­ny skutek dzi­ała­nia nie tylko doprowadzi nas do dobrej czy złej opinii o rozwadze towarzyszącej temu postępowa­niu, lecz także praw­ie zawsze oży­wia naszą wdz­ięczność czy resen­ty­ment, nasze poczu­cie zasłu­gi czy winy zami­aru.

Jed­nakże, jak się zda­je, Natu­ra, zasiewa­jąc w ser­cach ludz­kich tę niespraw­iedli­wość, tak jak i w innych okaz­jach dążyła do szczęś­cia i doskon­ałoś­ci rodu ludzkiego. Jeśli szkodli­wość zamysłu, jeśli wro­gość uczuć są jedyny­mi przy­czy­na­mi, które wzbudza­ją resen­ty­ment, powin­niśmy czuć całe nasile­nie tej emocji prze­ci­wko każde­mu, w którego ser­cu pode­jrze­wamy czy spodziewamy się znaleźć zaszczepi­one takie zamysły czy uczu­cia, choć nigdy nie wydobyły się na jaw w dzi­ała­niu. Uczu­cia, myśli, intenc­je stały­by się przed­miotem kary; i jeśli oburze­nie ludzi na nie osiągnęło­by taką siłę, jak to się dzieje w przy­pad­ku czynów, jeśli nikczem­ność myśli, która pow­strzy­mała od dzi­ała­nia, zdawała­by się w oczach świa­ta tak głośno wołać o pom­stę jak nikczem­ność dzi­ała­nia, każdy try­bunał sądowy stał­by się prawdzi­wym try­bunałem inkwiz­y­cji. Najbardziej niewinne i roztrop­ne postępowanie było­by w niebez­pieczeńst­wie. Doszuki­wano by się w tych zamysłach złych życzeń, złych intencji; i gdy­by te ostat­nie wywoły­wały takie samo oburze­nie, co złe postępowanie, a złe intenc­je tak samo oburza­ły jak złe czyny, to jed­nakowo wys­taw­iły­by ludzi na karę i resen­ty­ment. Czyny więc, które czy to spraw­ia­ją rzeczy­wiste zło, czy tylko usiłu­ją je spraw­ić, i tym samym powodu­ją bezpośred­nią obawę przed nimi, są za sprawą Stwór­cy natu­ry jedyny­mi właś­ci­wy­mi i uznawany­mi przed­mio­ta­mi kary i resen­ty­men­tu ludzi. Uczu­cia, zami­ary, afek­ty, choć z nich, zgod­nie z chłod­ną reflek­sją, pochodzi cała zasłu­ga czy wina, zostały umieszc­zone przez wielkiego Sędziego serc ludz­kich poza grani­ca­mi ludzkiej jurys­dykcji i są pozostaw­ione kom­pe­tencji jego włas­nego nieomyl­nego try­bunału. Nieod­zow­na reguła spraw­iedli­woś­ci głoszą­ca, że ludzie w tym świecie podle­ga­ją karze jedynie za ich czyny, nie za zami­ary czy intenc­je, zasadza się na tej zbaw­i­en­nej i pożytecznej nierównoś­ci uczuć ludz­kich doty­czą­cych zasłu­gi i winy, co na pier­wszy rzut oka wyda­je się absurdalne i niewytłu­maczalne. Lecz przy uważnym roz­pa­try­wa­niu natu­ry widz­imy, że każ­da jej cząstecz­ka ukazu­je opa­trznoś­ciową troskę jej Stwór­cy i pozwala podzi­wiać mądrość i dobroć Boga nawet w słaboś­ci i błę­dach człowieka.

Nie jest też ten brak równoś­ci uczuć pozbaw­iony całkowicie pożytku, za jego sprawą zasłu­ga nieu­danych usiłowań czynienia dobra wyda­je się niedoskon­ała, a tym bardziej zasłu­ga dobrych skłon­noś­ci i dobrych życzeń. Człowiek został stwor­zony do dzi­ała­nia, a przez wyko­rzys­tanie swoich możli­woś­ci do spowodowa­nia takich zmi­an w swoich i innych ludzi warunk­ach zewnętrznych, jakie wyda­ją się najko­rzyst­niejsze dla szczęś­cia wszys­t­kich. Nie może zad­owalać go opiesza­ła życ­zli­wość, ani nie uważać siebie za przy­ja­ciela ludzkoś­ci, dlat­ego że z głębi ducha prag­nie pomyśl­noś­ci świa­ta. Choć­by wywołał całą moc ducha i wysil­ił każdy nerw, aby osiągnąć te cele, co jest sensem jego ist­nienia, Natu­ra nauczyła go, że ani on sam, ani inni ludzie nie mogą być całkowicie zad­owoleni z jego postępowa­nia, ani nie będą go w pełni pochwalać, jeśli fak­ty­cznie ich nie osiągnął. Dano mu do zrozu­mienia, że pochwała dobrych intencji, bez zasłu­gi dobrych uczynków, nie będzie wielce skutecz­na do wywoła­nia najwięk­szych akla­macji świa­ta czy nawet najwyższego stop­nia samozad­owole­nia. Człowiek, który nie dokon­ał ani jed­nego ważkiego czynu, lecz którego słowa i reakc­je wyraża­ją najsłuszniejsze, najs­zla­chet­niejsze i najbardziej wspani­ałomyślne uczu­cia, nie może oczeki­wać bard­zo wysok­iej nagrody, gdy­by nawet to, że nie jest pożyteczny, wynikało jedynie z braku okazji do czynienia dobrze. Może­my nawet odmówić nagrody bez naraże­nia się na naganę. Może­my wsze­lako zapy­tać go: Co zro­biłeś? Jaką przysługę jesteś w stanie zro­bić, by uczyniła cię god­nym tak wielkiej nagrody? Szanu­je­my cię i kochamy, ale nic nie jesteśmy ci win­ni. Za sprawą najs­zla­chet­niejszej wspani­ałomyśl­noś­ci Boskiej nie moż­na z całym poczu­ciem słusznoś­ci nale­gać, by tę nie ujawnioną cnotę, która jedynie z powodu braku warunk­ów do jej zas­tosowa­nia na rzecz innych stała się fak­ty­cznie bezużytecz­na, nagrodz­ić zaszczy­ta­mi i wyróżnieni­a­mi, na które, moż­na uznać, w jakiejś mierze nawet zasługu­je. Prze­ci­wnie, ukaranie tego, co jest tylko doz­naniem ser­ca, gdy zbrod­nia nie została popełniona, jest najbardziej zuch­wałą, bar­barzyńską tyranią. Najwięcej pochwały zysku­ją uczu­cia życ­zli­we, gdy nie czeka­ją, aż pow­strzy­manie się od nich stanie się nieo­mal przestępst­wem. Odwrot­nie, jeśli chodzi o uczu­cia nieży­c­zli­we, niepodob­na, by były zbyt opiesza­łe, powolne i zanad­to opóźnione.

Istotne znaczenia ma nawet to, że zło doko­nane bez zami­aru win­no się uważać za nieszczęś­cie spraw­cy, tak samo jak ofi­ary. Człowiek nauczył się więc uszanowa­nia szczęś­cia swoich braci, drże­nia na samą myśl, że choć bezwied­nie mógł­by uczynić im szkodę, i obaw­iać się, że jego spon­tan­iczny resen­ty­ment mógł­by łat­wo wybuch­nąć prze­ciw niemu, gdy­by bezwied­nie stał się nieszczęs­nym narzędziem niedoli innych. Jak w starożyt­nych reli­giach pogańs­kich, gdy święte miejsce było przez­nac­zone czci jakiegoś boga, nie moż­na było po nim chodz­ić, chy­ba że w uroczystych, koniecznych sytu­ac­jach, i człowiek, który nawet nieświadomie naruszył ten zakaz, musi­ał to odpoku­tować, i dopó­ki nie odpraw­ił właś­ci­wej poku­ty, ścią­gał zem­stę potężnego niewidzial­nego bytu, które­mu to miejsce było przez­nac­zone, tak za sprawą mądroś­ci Natu­ry szczęś­cie każdego niewin­nego człowieka, w ten sam sposób, sta­je się bło­gosław­ione, uświę­cone, najeżone przeszko­da­mi bronią­cy­mi dostępu innemu człowiekowi; nie powin­no być też bez powodu zdep­tane; nawet, gdy­by to zbezczeszcze­nie było pod każdym wzglę­dem bezwiedne i nieumyślne, wyma­gało­by zmaza­nia winy, pod­ję­cia poku­ty odpowied­niej do wielkoś­ci nieza­mier­zonego zbezczeszczenia. Człowiek ludz­ki, który przy­pad­kiem, bez najm­niejszego nawet nagan­nego nied­balst­wa, był przy­czyną śmier­ci drugiego człowieka, uważa, że powinien odpoku­tować, choć nie czu­je się win­ny. Przez całe życie uważa ten wypadek za jed­no z najwięk­szych nieszczęść, które mogły na niego spaść. Jeśli krewni zabitego są ubodzy, a on w niezłych warunk­ach, naty­ch­mi­ast bierze ich pod swo­ją opiekę i bez jakichkol­wiek innych względów uważa, że należą się im wszelkie przysłu­gi i uprze­j­moś­ci. Jeśli są w lep­szej sytu­acji, stara się odpoku­tować za to, co się stało, przez naj­dalej idącą poko­rę, okazanie najwięk­szego możli­wie żalu, przez odd­anie im każdej możli­wej przysłu­gi, o której by pomyślał, a którą oni by przyjęli; stara się odpoku­tować, ale i prze­bła­gać, jak tylko to jest możli­we, nat­u­ral­ny z pewnoś­cią, choć jak najbardziej niespraw­iedli­wy, resen­ty­ment wobec olbrzymiego, choć nieumyśl­nego przewinienia z jego strony.

Smutek odczuwany przez niewin­nego człowieka, którego przy­padek doprowadz­ił do popełnienia czynu, który, gdy­by był doko­nany świadomie i z zamysłem, słusznie wys­taw­ił­by go na naganę, stał się kan­wą najws­panial­szych i najbardziej intere­su­ją­cych scen zarówno w dra­ma­cie starożyt­nym jak współczes­nym. To właśnie fałszy­we poczu­cie winy, jeśli wol­no mi użyć takiego wyraże­nia, stanowi o całym smutku Edy­pa i Jokasty w teatrze greckim, Mon­imii i Izabel­li w ang­iel­skim. Wszyscy oni w najwyższym stop­niu odpoku­towu­ją, choć nikt z nich nie jest w najm­niejszym stop­niu win­ny.

Pomi­ja­jąc jed­nak tę sprawę, że uczu­cia zda­ją się być niepraw­idłowe, gdy­by człowiek nieszczęśli­wie dał okazję do pow­sta­nia nieza­mier­zonego zła, czy gdy­by nie udało mu się stworzyć dobra, które zamierzał, Natu­ra nie pozostaw­ia jego niewin­noś­ci bez pocieszenia, ani jego cno­ty całkowicie bez nagrody. Wzy­wa wtedy do pomo­cy tę słuszną i spraw­iedli­wą zasadę, że zdarzenia, które nie zależą od naszego postępowa­nia, nie powin­ny pom­niejszać sza­cunku, jaki nam przysługu­je. Przy­wołu­je wtedy całą swo­ją wielko­duszność i stanow­c­zość i wal­czy, by oce­ni­ać go nie w świ­etle, w jakim się obec­nie ukazu­je, lecz w jakim powinien się ukazy­wać, w jakim by się ukazał, gdy­by jego wspani­ałomyślne zamysły zostały uko­ronowane powodze­niem, i w którym pomi­mo wszys­tko mógł­by się ukazać bez wzglę­du na niepowodze­nie, gdy­by uczu­cia ludzkie były zarazem i otwarte, i spraw­iedli­we, a przy­na­jm­niej zgodne z sobą. Oso­by bardziej otwarte i ludzkie podzielą z nim całkowicie poczu­cie potrze­by wysiłku, który pode­j­mu­je, by podtrzy­mać włas­ną opinię o sobie. Wytęża­ją całą wspani­ałomyśl­ność i zale­ty swego umysłu, aby prze­ci­wdzi­ałać tej nierównoś­ci natu­ry ludzkiej i patrzeć na jego nieszczęs­ną wielko­duszność w tym samym świ­etle, w którym przy powodze­niu jego dzi­ała­nia, bez tak wielkiego wysiłku, byli­by nat­u­ral­nie skłon­ni uznać.


Pobierz tekst w PDF.


Najnowszy numer można nabyć od 3 stycznia w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

3 komentarze

Kliknij, aby skomentować

  • Takie małe wyjaśnie­nie do tego, co napisałem poniżej. Otóż piosen­ka “Na kolana” a raczej teledysk do niej wskazu­je że chodzi o miłość czy też związek między­ludz­ki i tak też moż­na go inter­pre­tować, tak może być. A mi chodz­iło głównie o znacze­nie słów, szczegól­nie tych koń­cowych w piosence. To jak­by drugie dno, zależy jak się na coś patrzy. Noi błędy życiowe moż­na zawsze napraw­ić, jeśli się tylko tego prag­nie. Pozdrowienia.

  • Cytat z powyższego tekstu:“Zajmę się ter­az wyjaśnie­niem tego, że uczu­cia nie dają się reg­u­lować, co wszyscy odczuwa­ją, rzad­ko kiedy wystar­cza­ją­co zda­jąc sobie z tego sprawę, nikt zaś nie chce tego uznać” Odpowiem cytatem z Alchemi­ka P.Coelho:“Dlaczego mam zatem słuchać ser­ca?
    – Bo nie uciszysz go nigdy. I nawet gdy­byś udawał, że nie słyszysz, o czym mówi, nadal będzie biło w two­jej pier­si i nie przes­tanie pow­tarzać tego, co myśli o życiu i o świecie.” Natu­ra ludz­ka jest niezmi­en­na i pra­ca nad samym sobą nie wiele wniesie: piosen­ka I.Herbuta: “… błagam napraaaw mnieee …” jed­nak to nie wchodzi w grę:piosenka K.Cerekwickiej “na kolana” nie pozostaw­ia złudzeń że coś się da napraw­ić. To piosen­ka o relacji nie dziew­czyny z chłopakiem tylko człowieka z Bogiem. Jest sporo innych piosenek o tej relacji i wszys­tkie w bard­zo podob­nym tonie.

Sklep

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy