Artykuł Filozofia umysłu

Alex Byrne: Co wiemy o własnym umyśle?

Alkibiadesie I Sokrates z aprobatą cytuje słowa „Poznaj samego siebie”, znajdujące się na starożytnej greckiej świątyni w Delfach. Co to znaczy poznać samego siebie, czyli mieć samowiedzę?

Zapisz się do naszego newslettera

Otóż trze­ba co najm­niej znać fak­ty doty­czące samego siebie. Na ogół uzyskanie wiedzy o takich fak­tach nie jest niczym trud­nym. Wiem, na przykład, że mieszkam w Cam­bridge, że siedzę ter­az przy biurku, że odczuwam ból w prawej nodze, że wolę czer­wień do bieli. Nie o takiej jed­nak wiedzy mówi delfic­ki napis. Według Sokrate­sa, aby uzyskać odpowied­ni rodzaj wiedzy o sobie trze­ba „wpa­try­wać się w duszę, a osobli­wie w to jej miejsce, w którym kry­je się (…) mądrość” (przeł. L. Reg­n­er), a to wyda­je się nieco trud­niejsze niż ustal­e­nie włas­nego adresu. Ten rodzaj samowiedzy doty­czy tego, kim „tak naprawdę jestem” jako oso­ba, mojej „isto­towej natu­ry” czy czegoś równie wzniosłego. Być może taka samowiedza jest nieosią­gal­na – jeśli rację ma Jean-Paul Sartre, to nie ma żad­nej isto­ty, którą moglibyśmy poz­nać.

Zwrot „samowiedza” przy­wodzi na myśl delfic­ki rodzaj wiedzy o sobie samym i częs­to spo­tykamy go w dziale księ­gar­ni poświę­conym metafizyce i porad­nictwu duchowe­mu. Współcześni filo­zo­fowie rozu­mieją go jed­nak nieco inaczej: „samowiedza” to po pros­tu wiedza o włas­nych stanach psy­chicznych. Ten rodzaj wiedzy – będą­cy naszym tem­atem – jest czymś powszed­nim: wiedzą na tem­at tego, o czym się myśli, czego się prag­nie i co się zamierza, a także o włas­nych doz­na­ni­ach. Śmi­ałe deklarac­je Sartre’a, jak to, że „ist­nie­nie poprzedza istotę” zostaw­imy na inną okazję: jak zobaczymy, zwycza­j­na samowiedza jest wystar­cza­ją­co zagad­kowa.

Szczególny i uprzywilejowany dostęp do własnego umysłu

Skąd wiem, że odczuwasz ból w nodze? Być może powiedzi­ałeś mi o tym, albo widzę, że skaczesz lub krzy­wisz się i trzy­masz za nogę. Krótko mówiąc, o tym, że boli cię noga wiem dzię­ki obserwacji two­jego zachowa­nia (również wer­bal­nego). Oczy­wiś­cie niekiedy ta meto­da zawodzi, na przykład wtedy, gdy tylko uda­jesz, ale na ogół moż­na na niej pole­gać. A skąd wiem, że ja odczuwam ból w nodze? Zazwyczaj nie na pod­staw­ie tego, że spy­tałem swo­jego lekarza czy widzi­ałem w lus­trze, że pod­skaku­ję. Nie od razu wiado­mo, jak najlepiej opisać metodę, której nor­mal­nie uży­wam, aby ustal­ić, czy odczuwam ból, ale bez wąt­pi­enia różni się ona od sposobu, w jaki wiem, że ty odczuwasz ból. Podob­nie jest w wypad­ku innych stanów psy­chicznych. Wiem, że ty uważasz, iż kaw­iar­nia jest otwarta, ponieważ widzę, że rozmyśl­nie zmierza­sz w jej kierunku; nato­mi­ast o tym, że ja uważam, iż kaw­iar­nia jest otwarta, nie dowiadu­ję się widząc w oknie skle­powym, że do niej idę. Na ogół nie muszę obser­wować samego siebie, aby ustal­ić, jakie mam przeko­na­nia. Oso­ba posi­a­da więc spec­jal­ny sposób poz­nawa­nia włas­nych stanów psy­chicznych, różny od tego, w jaki dowiadu­je się o stanach psy­chicznych innych. Zaz­naczmy ten fakt mówiąc, że mamy szczegól­ny dostęp do włas­nych stanów psy­chicznych. Porów­na­jmy go ze sposobem, w jaki usta­lamy włas­ną wagę czy kolor bielizny: w takich wypad­kach wszys­tkie metody – takie jak wejś­cie na wagę czy roze­branie się – moż­na również zas­tosować, aby ustal­ić podob­ne fak­ty doty­czące innych ludzi.

Zada­jmy inne pytanie: czy możesz błęd­nie sądz­ić, że odczuwasz ból? ­Inaczej mówiąc, czy mógłbyś mylić się, że odczuwasz ból, tak jak mógłbyś błęd­nie sądz­ić, że masz na sobie różową bieliznę? Niek­tórzy filo­zo­fowie wyk­lucza­ją taką możli­wość: według nich, jeśli uważasz, że odczuwasz ból, to musisz go odczuwać. Ale nawet ­jeśli moż­na pomylić się w tej kwestii, to wyda­je się, że w odniesie­niu do siebie zdarza się to rzadziej: łat­wo mogę błęd­nie uznać, że ty odczuwasz ból, ale na ogół jeśli uważam, iż to ja odczuwam ból, to rzeczy­wiś­cie go odczuwam. Podob­nie jest w wypad­ku innych stanów psy­chicznych. Z łat­woś­cią mogę się mylić co do tego, że według ciebie kaw­iar­nia jest otwarta, a nawet tego, czy kaw­iar­nia fak­ty­cznie jest otwarta. Zazwyczaj jed­nak gdy uzna­ję, że uważam, iż kaw­iar­nia jest otwarta, to naprawdę tak uważam. Inny­mi słowy, nasze przeko­na­nia o włas­nych stanach psy­chicznych są mniej podatne na błąd niż nasze przeko­na­nia o stanach psy­chicznych innych osób i o zewnętrznym otocze­niu. Łatwiej jest uzyskać wiedzę o włas­nym umyśle niż o więk­szoś­ci innych spraw. Zaz­naczmy ten fakt mówiąc, że posi­adamy uprzy­wile­jowany dostęp do włas­nych stanów psy­chicznych.

Cho­ci­aż teza, że w tej czy innej postaci mamy uprzy­wile­jowany dostęp do naszych stanów psy­chicznych jest praw­ie bezs­porna, nie należy trak­tować jej bezkry­ty­cznie. Być może za wyjątkiem takich doz­nań jak ból, błędy doty­czące włas­nych stanów psy­chicznych są na porząd­ku dzi­en­nym. Czy odczuwam resen­ty­ment, czy tylko jestem poiry­towany? Czy naprawdę uważam, że Kod Da Vin­ci to szmi­ra, czy tylko tak uda­ję, aby nie wyjść na osobę pozbaw­ioną gus­tu? Cza­sa­mi inni są w stanie lep­iej określić twój stan psy­chiczny, a ich diag­noza może kosz­tować cię set­ki dolarów za godz­inę. W początkowych rozdzi­ałach powieś­ci George Sand Mar­i­anne, czytel­nik nie ma wąt­pli­woś­ci, że Pierre kocha tytułową bohaterkę, mimo że on sam uważa inaczej. I – jak zwięźle pokazu­je niedawno wydana książ­ka Timothy’ego Wilsona Strangers to Our­selves – psy­cholo­gia społecz­na odkryła naszą zadzi­wia­jącą skłon­ność do kon­fab­u­lacji na tem­at włas­nego życia psy­chicznego.

Szczegól­ny dostęp – spec­jal­na pier­ws­zoosobowa meto­da poz­na­nia włas­nych umysłów – oraz uprzy­wile­jowany dostęp – łatwiejsza wiedza o naszych włas­nych umysłach – to dwie różne cechy samowiedzy: pier­wsza mogła­by wys­tępować bez drugiej i odwrot­nie. Bry­tyjs­ki filo­zof Gilbert Ryle zgadzał się, że posi­adamy uprzy­wile­jowany dostęp do włas­nych stanów psy­chicznych, ale przeczył, iż mamy do nich szczegól­ny dostęp. Ryle uważał, że o włas­nym życiu psy­chicznym dowiadu­je­my się w taki sam sposób, jak o stanach psy­chicznych innych osób, mianowicie obser­wu­jąc zachowanie. Dlat­ego odrzu­cił szczegól­ny dostęp. Zdaniem Ryle’a mamy nato­mi­ast uprzy­wile­jowany dostęp, ponieważ we włas­nym przy­pad­ku dys­ponu­je­my znacznie więk­szą iloś­cią danych o zachowa­niu niż w przy­pad­ku innych; nieustan­nie obra­camy się wszak we włas­nym towarzys­t­wie. Jak pisze on w książce O poję­ciu umysłu: „Prze­bieg rozmów nie zaskaku­je jego żony tak, jak zaskaki­wał jego narzec­zoną, a z kolei blis­cy koledzy nie muszą tłu­maczyć sobie wszys­tkiego tak, jak muszą to czynić wobec swoich uczniów”. Według Ryle’a uprzy­wile­jowany dostęp nie jest bardziej prob­lematy­czny niż fakt, że współ­małżonek czy blis­ki przy­ja­ciel z mniejszym praw­dopodobieńst­wem pomyli się co do naszego życia psy­chicznego niż zwykły zna­jomy – wyjaśnie­nie obu jest w zasadzie takie samo. Wszak spędza­sz z sobą znacznie więcej cza­su niż z kimkol­wiek innym – jak więc mógłbyś nie być tu najlep­szym auto­ry­tetem?

I odwrot­nie, moż­na spójnie utrzymy­wać, że posi­adamy szczegól­ny dostęp, a zarazem odrzu­cić uprzy­wile­jowany dostęp. Aby uzmysłow­ić sobie taką możli­wość, zauważmy, że posi­adamy pewnego rodza­ju szczegól­ny dostęp do włas­nych ciał. Częs­to wiem, że moje nogi są skrzyżowane nie na pod­staw­ie tego, że na nie patrzę, ale dzię­ki zdol­noś­ci pro­pri­o­cepcji – spec­jal­ne­mu sposobowi postrze­ga­nia stanu włas­nego ciała. Nie mogę użyć pro­pri­o­cepcji, aby dowiedzieć się, czy two­je nogi są skrzyżowane. Podob­nie jest w twoim przy­pad­ku: każdy posi­a­da pier­szoosobową metodę ustal­e­nia pozy­cji włas­nego ciała. Jed­nakże ta meto­da nie jest odpor­na na błędy. Pro­pri­o­cepc­ja może zaw­ieść i niekiedy rzut oka okazu­je się lep­szą metodą. Podob­nie, być może szczegól­ny dostęp, jaki mamy do włas­nych stanów psy­chicznych, nie jest jakoś spec­jal­nie god­ny zau­fa­nia.

Cho­ci­aż pokazu­je to, że nie ist­nieje koniecz­na relac­ja między uprzy­wile­jowanym a szczegól­nym dostępem, klasy­czny pogląd głosi – wbrew filo­zo­fom pokro­ju Ryle’a – że samowiedza rzeczy­wiś­cie posi­a­da te dwie cechy. Jeśli tak jest, to główny filo­zoficzny prob­lem pole­ga na wyjaśnie­niu, w jaki sposób posi­adamy uprzy­wile­jowany i szczegól­ny dostęp do włas­nych stanów psy­chicznych.

Dlaczego ten prob­lem jest wyjątkowo trud­ny? Jak zobaczymy, obie te cechy samowiedzy, choć zna­jome, pozosta­ją zagad­kowe. Zaczni­jmy od sze­roko dysku­towanej zagad­ki doty­czącej szczegól­nego dostępu – niekiedy nazy­wanej zagad­ką wiedzy gabi­ne­towej. Aby ją przed­staw­ić, musimy najpierw wprowadz­ić i wyjaśnić kil­ka ter­minów filo­zoficznych.

Internalizm i eksternalizm

W swoich Medy­tac­jach Kartezjusz zas­tanaw­ia się, czy ma pod­stawy, aby wąt­pić we własne przeko­na­nia, takie jak to, że siedzi przy kominku. Bierze on pod uwagę możli­wość, że jego doświad­cze­nie jest wyt­worem „złośli­wego demona”, a zatem tak naprawdę żaden kominek nie ist­nieje. Jeśli taki demon ist­nieje, „niebo powi­etrze, ziemia, bar­wy, ksz­tał­ty, dźwię­ki i wszys­tkie inne rzeczy zewnętrzne są tylko zwod­niczą grą snów” (przeł. M. i K. Ajdukiewic­zowie). Kartezjusz zakła­da jed­nak, że hipoteza demona nie doty­czy jego życia psy­chicznego, a zwłaszcza jego myśli i przekon­ań. Zda­je się on uważać, że nawet jeśli ist­nieje złośli­wy demon, a zatem nie ma żad­nego komin­ka ani żad­nej „rzeczy zewnętrznej”, nie kłó­ci się to z tym, iż on sam sądzi, że siedzi przy kominku. Jego myśli i przeko­na­nia pozostały­by takie same nieza­leżnie od tego, czy zwodzi go złośli­wy demon, czy nie.

Kartezjusz zakła­da mil­czą­co, że „wewnętrzne” życie psy­chiczne jest zasad­nic­zo nieza­leżne od tego, jak mają się rzeczy w „świecie zewnętrznym” – w naszym otocze­niu czy środowisku. Współczes­ne­mu czytel­nikowi może się to wydać banalne. Wszak siedliskiem umysłu jest mózg, a mózg tkwi w głowie. Czy zatem umysł nie mógł­by być dosłown­ie „wewnątrz” – to znaczy również całkowicie w głowie?

Tę kartez­jańską kon­cepcję grani­cy między wewnętrznym umysłem a zewnętrznym światem moż­na uściślić. Oto jeden z możli­wych sposobów, niepochodzą­cy od samego Kartezjusza. Wyobraźmy sobie osobę, która jest two­ją dokład­ną rep­liką cielesną – dup­likatem co do cząstecz­ki. Nie różniła­by się ona od ciebie wewnętrznie, a zatem, zgod­nie z dok­tryną kartez­jańską, musi­ała­by być psy­chicznie dokład­nie taka, jak ty – w szczegól­noś­ci, miała­by te same myśli i przeko­na­nia. Nazwi­jmy ów pogląd inter­nal­izmem.

Oczy­wiś­cie twój cielesny sobowtór nie musi być do ciebie podob­ny pod każdym wzglę­dem; wystar­czy, że będzie podob­ny wewnętrznie. Przy­puśćmy na przykład, że zna­j­du­jesz się kilo­metr od najbliższej kaw­iarni, masz w lodów­ce nieco wina, jesteś trzeźwa czy trzeźwy i uważasz (między inny­mi), że wino jest zdrowe. Two­ja rep­li­ka nie musi zna­j­dować się w odległoś­ci kilo­me­tra od najbliższej kaw­iarni, ani posi­adać lodów­ki, w której w dodatku było­by wino. Z drugiej strony, z pewnoś­cią musi ona być trzeźwa, ponieważ jesteś­cie dokład­nie tacy sami pod wzglę­dem rozłoże­nia i układu cząsteczek. Jeśli w two­jej krwi nie ma alko­holu, to nie będzie go również we krwi two­jego sobowtóra. A co z przeko­naniem, że wino jest zdrowe? Czy posi­adanie tego przeko­na­nia jest sprawą całkowicie wewnętrzną, tak jak poziom alko­holu we krwi? Odpowiedź inter­nal­isty jest twierdzą­ca: zakłada­jąc, że masz to przeko­nanie, z pewnoś­cią ma je również twój sobowtór.

Jeszcze do niedaw­na inter­nal­izm był mil­czą­co przyj­mowany przez więk­szość filo­zofów. Jed­nak w lat­ach 70. ubiegłego wieku pod­dano go poważnej kry­tyce. Jej główny­mi autora­mi było dwóch filo­zofów: Hilary Put­nam i Tyler Burge. Najkrócej mówiąc, Put­nam i Burge argu­men­towali, odwołu­jąc się do szczegółowo opra­cow­anych przykładów, że myśli i przeko­na­nia two­jego sobowtóra mogły­by być inne niż two­je. Nie zależą one bowiem jedynie od tego, co dzieje się w głowie, ale również od tego, co dzieje się na zewnątrz niej, w otocze­niu oso­by. (Niek­tórzy filo­zo­fowie zasug­erowali później, że doty­czy to również doz­nań, takich jak ból, ale tę możli­wość pominiemy).

Aby odd­ać ogól­ną ideę argu­men­tów Put­na­ma i Burge’a, rozważmy inne two­je przeko­nanie – na przykład to, że Lar­ry Sum­mers jest kon­trow­er­syjnym rek­torem uczel­ni. Czy każ­da doskon­ała rep­li­ka ciebie również ma to przeko­nanie? Wyobraźmy sobie swo­jego sobowtóra – nazwi­jmy go Twoim Bliź­ni­akiem – który żyje na odległej planecie, bard­zo podob­nej do Zie­mi – tzw. Bliź­ni­aczej Zie­mi. Zna­j­du­je się tam uczel­nia łudzą­co podob­na do Har­var­du, z rek­torem, który jest równie kon­trow­er­syjny, co Lar­ry Sum­mers na naszej planecie, i który mógł­by być wzię­ty za niego w cza­sie pol­i­cyjnej kon­frontacji. Ów rek­tor jest nawet nazy­wany „Lar­ry Sum­mers” przez mieszkańców Bliź­ni­aczej Zie­mi; aby uniknąć zamiesza­nia nazwiemy go Bliź­ni­aczym Lar­rym. (Zauważmy: nie musimy wyobrażać sobie, że Bliź­ni­aczy Lar­ry jest doskon­ałą rep­liką Larry’ego – mogą ist­nieć między nimi najroz­mait­sze różnice, o ile tylko ty i Twój Bliź­ni­ak pozosta­je­cie doskon­ały­mi rep­lika­mi). Lar­ry – rek­tor Har­var­du – zawsze mieszkał na Zie­mi i nigdy nie opuś­cił naszego sys­te­mu słonecznego. Z kolei Bliź­ni­aczy Lar­ry nigdy nie był nawet w pobliżu Zie­mi, spędzi­wszy całe swo­je życie w odległej galak­tyce. Są oni więc różny­mi, choć podob­ny­mi indy­wid­u­a­mi – tak jak moja kopia tej broszury (zna­j­du­ją­ca się w moim salonie) i two­ja jej kopia (zna­j­du­ją­ca się w twoich rękach).

Inter­nal­izm, przy­pom­ni­jmy, musi głosić, że zarówno ty, jak i Twój Bliź­ni­ak uważa­cie, iż Lar­ry Sum­mers jest kon­trow­er­syjnym rek­torem. Ale czy tak rzeczy­wiś­cie jest? Czy Twój Bliź­ni­ak uważa, że Lar­ry Sum­mers to kon­trow­er­syjny rek­tor? Oczy­wiś­cie, że nie. Twój Bliź­ni­ak nigdy nie odwiedz­ił Zie­mi i nigdy nie słyszał o Lar­rym Sum­mer­sie – nigdy go nie spotkał, nie czy­tał o nim, nie minął go na uli­cy. Twój bliź­ni­ak słyszał nato­mi­ast o zupełnie innym indy­widu­um, mianowicie o Bliź­ni­aczym Lar­rym, który aku­rat również nazy­wa się „Lar­ry Sum­mers”. Ponieważ Twój Bliź­ni­ak nigdy nie słyszał o Lar­rym Sum­mer­sie, nie uważa go za kon­trow­er­syjnego rek­to­ra. Mamy zatem dwie oso­by – ciebie i Two­jego Bliź­ni­a­ka – którzy są wewnętrznie dokład­nie tacy sami, a jed­nak posi­ada­ją różne przeko­na­nia! To, czy przeko­na­nia Two­jego Bliź­ni­a­ka jest prawdzi­we nie zależy wcale od losów Larry’ego, lecz od losów Bliź­ni­aczego Larry’ego. Przy odrobinie pomysłowoś­ci może­my opisać sytu­ację, w której two­je przeko­nanie jest prawdzi­we, nato­mi­ast przeko­nanie Two­jego Bliź­ni­a­ka – fałszy­we.

Za pomocą jeszcze bardziej wymyśl­nych i skom­p­likowanych wer­sji takich ekspery­men­tów myślowych, Put­nam i Burge zdołali przekon­ać więk­szość filo­zofów, że inter­nal­izm jest fałszy­wy. Parafrazu­jąc słynne słowa Put­na­ma: czego byśmy nie zro­bili, myśli po pros­tu nie zna­j­du­ją się w głowach! I nie doty­czy to tylko myśli i przekon­ań o indy­wid­u­ach, takich jak przeko­nanie, że Lar­ry to kon­trow­er­syjny rek­tor. Inter­nal­izm jest fałszy­wy dla prak­ty­cznie każdego przeko­na­nia – w tym na przykład dla przeko­na­nia, że wino jest zdrowe. Ogól­nie biorąc, myśli i przeko­na­nia zależą częś­ciowo od tego, co dzieje się poza głową: prawdzi­wy jest ekster­nal­izm.

Sko­ro upo­ral­iśmy się już z trud­nym przy­pad­kiem przeko­na­nia, może­my zauważyć, że inter­nal­izm jest bez wąt­pi­enia fałszy­wy w odniesie­niu do niek­tórych innych stanów psy­chicznych – na przykład w odniesie­niu do miłoś­ci. Pierre kocha Mar­i­anne – ale Mar­i­anne moż­na kochać tylko wtedy, gdy ona ist­nieje, aby być kochaną, tak jak moż­na pocałować czy szturch­nąć Mar­i­anne tylko wtedy, gdy jest ona obec­na. Jeśli wyobraz­imy sobie doskon­ałą rep­likę na odległej planecie, na której nie ma Mar­i­anne, to ta rep­li­ka nie kochał­by jej.

Zarysowal­iśmy jedynie argu­ment Put­na­ma i Burge’a za ekster­nal­izmem, pomi­ja­jąc całą ser­ię zarzutów i ­odpowiedzi. Wyjaśni­jmy przy­na­jm­niej zagad­kę wiedzy gabi­ne­towej, którą jako pier­wszy sfor­mułował pre­cyzyjnie filo­zof Michael McK­in­sey.

Przy­pom­ni­jmy, że ma to być (w pier­wszej kole­jnoś­ci) zagad­ka doty­czą­ca jed­nej z dwóch cech samowiedzy: szczegól­nego dostępu. Nieza­leżnie od tego, na czym pole­ga posi­adanie szczegól­nego dostępu, nie wyda­je się ono wyma­gać – w prze­ci­wieńst­wie do wiedzy o umysłach innych – obserwacji naszego środowiska czy otoczenia. W swo­jej książce Author­i­ty and Estrange­ment Richard Moran ujął to następu­ją­co: „Oso­ba może znać swo­je przeko­nanie czy uczu­cie nie obser­wu­jąc włas­nego zachowa­nia, a nawet nie odwołu­jąc się do żad­nego świadect­wa”. Siedząc po pros­tu w gabinecie i rozważa­jąc jakąś sprawę, moż­na się dowiedzieć, że myśli się o Lar­rym, czy że uzna­je się go za kon­trow­er­syjnego rek­to­ra. Jed­nak ekspery­men­ty myślowe doty­czące Bliź­ni­aczej Zie­mi dowodzą, że przeko­na­nia czy myśli o Lar­rym Sum­mer­sie moż­na mieć tylko wtedy, gdy się go spotkało, widzi­ało lub w inny sposób postrze­gało, bądź gdy słysza­ło się o nim od innych ludzi – a więc tylko wtedy, gdy, jak może­my powiedzieć, miało się z nim sty­czność. Tego zaś, czy miało się z nim sty­czność, nie moż­na rozstrzygnąć wyłącznie meto­da­mi gabi­ne­towy­mi.

Oto więc nasza zagad­ka. Przy­puśćmy, że niespiesznie rozmyślasz o Lar­rym Sum­mer­sie. Ze wzglę­du na szczegól­ny dostęp do włas­nych stanów psy­chicznych, możesz wiedzieć, bez wcześniejszej czy obec­nej obserwacji swo­jego otoczenia czy zachowa­nia, że myślisz o Lar­rym. Nie rusza­jąc się z gabi­ne­tu, możesz również przeprowadz­ić pewne filo­zoficzne ekspery­men­ty myślowe i dowiedzieć się, że o Lar­rym moż­na myśleć tylko wtedy, gdy miało się z nim sty­czność. Łącząc ze sobą te dwie infor­ma­c­je, możesz dojść do wniosku – nadał pozosta­jąc w gabinecie – że miałeś sty­czność z Lar­rym. Ale, jak zauważyliśmy w poprzed­nim akapicie, sama reflek­s­ja gabi­ne­towa z pewnoś­cią nie może dać ci wiedzy, że miałeś sty­czność z Lar­rym: nieod­zowne są tu również bada­nia empiryczne.

Krótko mówiąc, odrzuce­nie kartez­jańskiego inter­nal­iz­mu grozi pod­waże­niem idei, że mamy szczegól­ny dostęp – a mówiąc dokład­niej, dostęp „gabi­ne­towy” – do naszych myśli i przekon­ań.

Teoria zmysłu wewnętrznego

Prze­jdźmy ter­az do drugiej cechy samowiedzy, mianowicie do uprzy­wile­jowanego dostępu. Aby wyjaśnić prob­lem z takim dostępem, musimy najpierw wprowadz­ić pop­u­larną ­kon­cepcję ­mech­a­niz­mu samowiedzy: jak­iś rodzaj „wewnętrznej” per­cepcji.

To, jak mają się rzeczy w naszym otocze­niu, odkry­wamy za pomocą oczu, nosa itd. Widz­imy kota i w ten sposób dowiadu­je­my się, że siedzi na dywanie, czu­je­my kawę i w ten sposób dowiadu­je­my się, że się zaparzyła. Dlaczego nie powiedzieć, że podob­nie dowiadu­je­my się o tym, jak mają się rzeczy w naszym umyśle – za pomocą władzy per­cepcji wyspec­jal­i­zowanej w odkry­wa­niu przekon­ań, zami­arów, doz­nań itd., tak jak widze­nie służy do wykry­wa­nia barw i ksz­tałtów? Wszak słowo „intro­spekc­ja” pochodzi od łacińskiego słowa oznacza­jącego patrze­nie wgłąb, a mówie­nie o „oku umysłu” nie budzi naszego zdzi­wienia. (Przy­pom­ni­jmy, że w Alk­ib­i­ade­sie I Sokrates mówi o „wpa­try­wa­niu się” w duszę). Jak inaczej niż za pomocą zmysłowej obserwacji włas­nego zachowa­nia mielibyśmy się dowiedzieć o swoich stanach psy­chicznych? Jedyną dostęp­ną opcją wyda­je się jak­iś rodzaj władzy podob­nej do per­cepcji – swego rodza­ju „wewnętrzne oko”.

Ta teo­ria zmysłu wewnętrznego posi­a­da współcześnie swoich wybit­nych zwolen­ników. Do jej zalet należy to, że wyjaś­nia szczegól­ny dostęp (zakłada­jąc, iż uda się rozwiązać zagad­kę wiedzy gabi­ne­towej). Zauważyliśmy wcześniej, że pro­pri­o­cepc­ja dostar­cza nam pier­ws­zoosobowej wiedzy o położe­niu włas­nych kończyn – pro­pri­o­cepcji nie moż­na użyć, aby ustal­ić, czy ktoś inny pod­niósł swo­ją rękę. Teo­ria wewnętrznego zmysłu wyjaśniła­by szczegól­ny dostęp do włas­nych stanów psy­chicznych w taki sam sposób.

Nieste­ty, kon­cepc­ja ta czyni z uprzy­wile­jowanego dostępu całkow­itą tajem­nicę. Jak zauważyliśmy wcześniej, pro­pri­o­cepc­ja nie daje nam szczegól­nie uprzy­wile­jowanego dostępu do pozy­cji włas­nych kończyn. Jeśli więc ist­nieje wewnętrzny zmysł, dlaczego jest aż tak bardziej wiary­god­ny niż pozostałe zmysły? Niko­mu nie udało się dotąd podać zad­owala­jącej odpowiedzi na to pytanie.

Tak wyglą­da prob­lem, jaki uprzy­wile­jowany dostęp stanowi dla teorii wewnętrznego zmysłu. Sko­ro zmysł wewnętrzny jest po pros­tu kole­jnym zmysłem, to dlaczego daje nam tak znaczą­co bardziej uprzy­wile­jowany dostęp do umysłu niż ten, jaki wzrok daje nam do przed­miotów zewnętrznych? Zapewne fakt ten moż­na uznać za prze­maw­ia­ją­cy na nieko­rzyść teorii zmysłu wewnętrznego, a nie prze­ci­wko posi­ada­niu przez nas uprzy­wile­jowanego dostępu. Wielu filo­zofów, choć na innych pod­stawach, fak­ty­cznie doszło do wniosku, że teo­ria wewnętrznego zmysłu jest skazana na porażkę. Jeden z ważniejszych zarzutów głosi, że samowiedza nie jest odi­zolowana od resz­ty poz­na­nia, wbrew temu, co sug­erowała­by teo­ria zmysłu wewnętrznego. Utra­ta władzy per­cep­cyjnej to poważny uszczer­bek, ale na ogół nie przekreśla ona racjon­al­noś­ci i inteligencji oso­by. Oso­by niesłyszące i niewidzące nie ustępu­ją resz­cie z nas w rozwiązy­wa­niu prob­lemów – po pros­tu nie mają kanału, który dostar­cza określonych infor­ma­cji o ich otocze­niu. Jeśli więc ist­nieje zmysł wewnętrzny, to możli­wa powin­na być sytu­ac­ja, w której oso­ba, mimo że go traci, zachowu­je nor­mal­ność i racjon­al­ność. Ist­nieje jed­nak rac­ja, aby wyk­luczyć taką możli­wość. Filo­zof Syd­ney Shoe­mak­er argu­men­tował, że racjon­al­ność oso­by pozbaw­ionej samowiedzy była­by poważnie upośled­zona, a wobec tego wewnętrz­na per­cepc­ja nie może być źródłem samowiedzy.

Nieste­ty odrzuce­nie teorii zmysłu wewnętrznego oznacza­ło­by wylanie dziec­ka z kąpielą. Jest ona zapewne jedynym sposobem wyjaśnienia, jak moż­na mieć samowiedzę „gabi­ne­towo” – bez obser­wowa­nia swo­jego wcześniejszego czy obec­nego zachowa­nia. A znacz­na część rzekomej samowiedzy ma charak­ter gabi­ne­towy – na przykład wiedza o włas­nych myślach i doz­na­ni­ach w danej chwili. Fałszy­wość teorii zmysłu wewnętrznego oznacza­ła­by, że zazwyczaj nie wiemy, co myślimy czy odczuwamy. A to prze­cież jaw­na niepraw­da.

Ekspresywizm i neoekspresywizm

Usiądźmy w gabinecie i pod­sumu­jmy doty­chcza­sowe ustal­e­nia. Początkowo przekonu­jące twierdzenia doty­czące samowiedzy – że posi­adamy szczegól­ny i uprzy­wile­jowany dostęp do naszych stanów psy­chicznych – kłócą się z, odpowied­nio, ekster­nal­izmem i teorią zmysłu wewnętrznego. Powin­no nas to skłonić do prze­myśle­nia samego punk­tu wyjś­cia: być może błęd­nie założyliśmy, że nasza relac­ja do włas­nych stanów psy­chicznych jest na ogół kwest­ią wiedzy. Z pewnoś­cią wyda­je się, że zda­nia „Boli mnie stopa”, podob­nie jak „Mam dzi­urę w skarpecie”, uży­wa się, aby zdać sprawę z odkrycia, z czegoś, o czym się dowiedzieliśmy. Możli­we jed­nak, że w tym wypad­ku pozo­ry mylą. Być może kiedy mówisz „Boli mnie stopa” czy „Myślę o Lar­rym Sum­mer­sie”, nie stwierdza­sz wcale żad­nego fak­tu doty­czącego włas­nego życia psy­chicznego, o którym wiedzi­ałbyś za pomocą jakiejś dzi­wnej metody i w sposób całkowicie niepod­ważal­ny.

Jaką mamy alter­naty­wę? Pewną sug­estię zna­j­du­je­my na kar­tach Dociekań filo­zoficznych Lud­wiga Wittgen­steina (cho­ci­aż on sam zapewne by się pod nią nie pod­pisał). Takie słowa jak „ból”, pisze Wittgen­stein, „kojarzą się z pier­wot­nym, nat­u­ral­nym wyrazem doz­na­nia i zastępu­ją go. Dziecko skaleczyło się i krzy­czy; dorośli do niego prze­maw­ia­ją ucząc je wykrzykników, a później i zdań. Uczą oni dziecko nowego zachowa­nia się w bólu” (przeł. B. Wol­niewicz). Zgod­nie z tym poglą­dem, powiedzieć „Boli mnie stopa” to zro­bić coś podob­ne­go do zła­pa­nia się za stopę i jęczenia. Jęk nie jest prawdzi­wy ani fałszy­wy – jęczą­cy nie zda­je z niczego sprawy ani niczego nie opisu­je. Jęcze­nie jest nat­u­ral­nym wyrazem bólu, tak jak zaru­mie­nie­nie się jest nat­u­ral­nym wyrazem zakłopota­nia.

Mamy tu w zalążku teorię – nazy­waną ekspresy­wiz­mem – która daje nadzieję na zniesie­nie prob­le­mu samowiedzy. Zgod­nie z tym poglą­dem, gra­maty­ka zwod­nic­zo sugeru­je nam, że „Boli mnie”, „Myślę o Lar­rym Sum­mer­sie” i tym podob­ne zda­nia służą na ogół do zdawa­nia sprawy z fak­tów, które poz­nal­iśmy na tem­at włas­nego życia psy­chicznego. W rzeczy­wis­toś­ci jed­nak zda­nia „Boli mnie” nie uży­wa się zazwyczaj do zdawa­nia sprawy czy stwierdza­nia czegokol­wiek – pod tym wzglę­dem przy­pom­i­na ono raczej zda­nia „Podaj sól” oraz „Czy jest jeszcze wino?” Zdaniem ekspresy­wisty, klarow­na parafraza zda­nia „Boli mnie”, tak jak na ogół się go uży­wa, brzmi­ała­by “Au!” Kiedy na stopę spa­da ci kowadło i krzy­czysz „Au!”, to nie stwierdza­sz, że zna­j­du­jesz się w pewnym stanie psy­chicznym – nie moż­na sen­sown­ie odpowiedzieć słowa­mi „To praw­da” lub „Nie zgadzam się”. Okazu­je się, że wyjątkowy rodzaj samowiedzy, który prowadzi do nierozwiązy­wal­nych zagadek, po pros­tu nie ist­nieje.

Brz­mi to dość radykalnie – w isto­cie wręcz niewiary­god­nie. Oto jed­na z trud­noś­ci. Kiedy mówię „Boli cię”, opisu­ję twój stan psy­chiczny. Ekspresy­wista nie musi negować tego tru­iz­mu, ponieważ to nie idea fak­tów psy­chicznych jest prob­lematy­cz­na, lecz kon­cepc­ja spec­jal­nej wiedzy pier­ws­zoosobowej o takich fak­tach. Zatem „Boli cię” opisu­je twój stan psy­chiczny – załóżmy, że prawdzi­wie, a zatem zda­ję sprawę z pewnego fak­tu o tobie. Zauważmy ter­az, że możesz powtórzyć za mną te słowa, odpowied­nio zmieni­a­jąc zaimek osobowy: „Rzeczy­wiś­cie, boli mnie”. Inny­mi słowy: mówiąc „Boli mnie” stwierdza­sz to, co ja stwierdz­iłem, kiedy powiedzi­ałem „Boli cię”. To jed­nak oznacza, że ekspresy­wizm jest fałszy­wy, ponieważ zgod­nie z nim „Boli mnie” w ogóle nie ma na celu stwierdzenia fak­tu.

Z tego też wzglę­du nie da się utrzy­mać prostej odmi­any ekspresy­wiz­mu w kwestii samowiedzy. Sfor­mułowano jed­nak jego wer­sje bardziej skom­p­likowane. Stan­dar­d­owych wypowiedzeń „Boli mnie” i „Myślę o Lar­rym Sum­mer­sie” (niekiedy nazy­wanych „wyz­na­ni­a­mi”) dokonu­je się bez badań empirycznych i rzad­ko się je kwes­t­ionu­je czy kry­tyku­je. Zwolen­nik prostej wer­sji ekspresy­wiz­mu uważa, że te wyjątkowe cechy wyz­nań moż­na wyjaśnić bez zakłada­nia, iż mamy uprzy­wile­jowany i szczegól­ny dostęp do naszych stanów psy­chicznych. W wypad­ku „Boli mnie”, wyjaśnie­nie pole­ga na powiedze­niu, że owo zdanie funkcjonu­je tak jak „Au!” – co, jak widzieliśmy, jest zbyt­nim uproszcze­niem. Mogą jed­nak ist­nieć inne, lep­sze wyjaśnienia – i tak właśnie twierdzi kon­sek­went­ny współczes­ny neoek­spresy­wista. Książ­ka Doris Bar-On Speak­ing My Mind jest naj­dokład­niejszym opra­cow­aniem poglą­du neoek­spresy­wisty­cznego, które staw­ia sobie za cel podanie „takiego uję­cia spec­jal­nej odpornoś­ci wyz­nań na błąd, w którym nie jest ona jedynie kwest­ią pewnej wyjątkowo sta­bil­nej epis­temicznej pod­stawy czy metody”. Bar-On nie zaprzecza jed­nak, że wypowiedze­nie „Boli mnie” czy „Myślę o Lar­rym Sum­mer­sie” for­mułu­je aut­en­ty­czne twierdze­nie fak­tu­alne o włas­nym stanie psy­chicznym.

Co ciekawe, do ana­log­icznej przemi­any doszło w „ekspresy­wisty­cznym” poglądzie na etykę, zgod­nie z którym zdanie „Kradzież jest niesłusz­na” nie służy do opisu pewnego fak­tu ety­cznego, wyraża nato­mi­ast deza­pro­batę oso­by mówiącej wobec kradzieży. Współczesne neoek­spresy­wisty­czne teorie ety­ki (opra­cow­ane między inny­mi przez bry­tyjskiego filo­zo­fa Simona Black­bur­na) niewiele łączy z prostą wer­sją ekspresy­wiz­mu zapro­ponowaną na początku ubiegłego wieku przez A. J. Ayera i innych, cho­ci­aż są nią inspirowane.

Postęp w filozofii

Niekiedy twierdzi się, że tem­atem filo­zofii są trwałe prob­le­my, które zaj­mowały myśli­cieli jeszcze przed Sokrate­sem: w filo­zofii plus ça change, plus c’est la même chose [im więcej się zmienia, tym więcej pozosta­je bez zmi­an]. Nato­mi­ast nau­ka nieustan­nie idzie naprzód, paląc za sobą mosty i pozostaw­ia­jąc swoich pio­nierów na śmiet­niku his­torii. Jest w tym odrobi­na prawdy – astro­nom­iczne speku­lac­je Arys­tote­le­sa, w odróżnie­niu od jego Ety­ki Niko­machejskiej, straciły aktu­al­ność. Jed­nak najważniejsze prob­le­my filo­zofii również się zmieni­a­ją. W trady­cji zapoc­zątkowanej przez Kartezjusza wielkie pyta­nia epis­te­mo­log­iczne doty­czą naszej wiedzy o świecie zewnętrznym – jak i czy wiemy, że siedz­imy naprze­ciw Larry’ego Sum­m­er­sa itd. W jej ramach wiedzę o włas­nym umyśle – o tym, że myślę o Lar­rym – uważa się za sto­sunkowo bezprob­le­mową. Jed­nym z najważniejszych osiąg­nięć współczes­nej filo­zofii jest zapewne wykazanie, że trady­c­ja kartez­jańs­ka trak­tu­je sprawy dokład­nie na opak.

Przełożył Marcin Iwan­ic­ki

Know­ing Our Minds, „Boston Review” 1 ­listopa­da 2005. Przekład za zgodą Auto­ra.


Tekst jest dostęp­ny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunk­ach 3.0 Pol­s­ka.

Ilus­trac­ja: Hans Bal­dung Grien, Trzy etapy życia i śmierć (frag­ment)

Najnowszy numer można nabyć od 3 września w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2019 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy