Fragment z klasyka

Blaise Pascal: Miejsce człowieka w naturze. Dwie nieskończoności

Źró­dło: ten­że, Myśli, przeł. Tade­usz Żeleń­ski (Boy), cz. I, rozdz. 1, Insty­tut Wydaw­ni­czy Pax, War­sza­wa 1999, s. 51–62.


84. [347] Dys­pro­por­cja czło­wie­ka[1] – Oto dokąd nas wio­dą przy­ro­dzo­ne wia­do­mo­ści. Jeśli nie są praw­dzi­we, nie masz praw­dy, czło­wie­ku; jeśli są, znaj­du­je w nich źró­dło upo­ko­rzeń, zmu­szo­ny poni­żyć się w ten czy ów spo­sób. I sko­ro nie może ist­nieć nie wie­rząc w nie, życzę, aby przed zapusz­cze­niem się w dal­sze tajem­ni­ce przy­ro­dy zwa­żył ją raz poważ­nie i do syta, aby się przyj­rzał też same­mu sobie i wie­dząc jaka pro­por­cja zachodzi…

Nie­chaj tedy czło­wiek przyj­rzy się natu­rze w jej wznio­słym i peł­nym maje­sta­cie, niech odda­li wzrok od niskich przed­mio­tów, któ­re go ota­cza­ją. Niech spoj­rzy na to olśnie­wa­ją­ce świa­tło, niby lam­pa wie­ku­ista oświe­tla­ją­ce wszech­świat; nie­chaj Zie­mia zda mu się jako punk­cik w sto­sun­ku do roz­le­głe­go krę­gu, jaki ta gwiaz­da opi­su­je: i niech się zdu­mie­je, że ów roz­le­gły krąg jest jeno drob­nym punk­ci­kiem w porów­na­niu z tym, jaki obej­mu­ją gwiaz­dy toczą­ce się na fir­ma­men­cie. Ale choć nasz wzrok zatrzy­mu­je się tutaj, nie­chaj wyobraź­nia idzie dalej; wcze­śniej znu­ży się poj­mo­wa­niem niż natu­ra dostar­cza­niem przed­mio­tów. Cały ten widzial­ny świat jest jeno nie­do­strze­gal­ną dro­bi­ną na roz­le­głym łonie natu­ry. Żad­na idea nie zdo­ła się do tego zbli­żyć. Dar­mo byśmy pię­trzy­li nasze poję­cia poza wszel­kie dają­ce się pomy­śleć prze­strze­nie; rodzi­my jeno ato­my w sto­sun­ku do rze­czy­wi­sto­ści rze­czy. Jest to nie­skoń­czo­na kula, któ­rej śro­dek jest wszę­dzie, powierzch­nia nigdzie. Sło­wem, jest to naj­bar­dziej doty­kal­ny znak wszech­po­tę­gi Boga, że nasza wyobraź­nia gubi się w tej myśli. (72)

[348] Nie­chaj czło­wiek wró­ciw­szy do sie­bie zwa­ży, czym jest w porów­na­niu do tego, co ist­nie­je, nie­chaj spoj­rzy na się jak na coś zabłą­ka­ne­go w tym zakąt­ku przy­ro­dy i nie­chaj z tej małej celi, w któ­rej go pomiesz­czo­no (mam na myśli wszech­świat), nauczy się oce­niać zie­mię, kró­le­stwa, mia­sta i same­go sie­bie wedle słusz­nej oce­ny. Czym jest czło­wiek w nieskończoności?

Ale, jeśli chce oglą­dać inny cud, rów­nie zdu­mie­wa­ją­cy, niech zba­da to, co zna naj­drob­niej­sze­go. Nie­chaj roz­tocz uka­że mu w swo­im maleń­kim cie­le czę­ści nie­skoń­cze­nie mniej­sze, nogi ze sta­wa­mi, żyły w tych nogach, krew w tych żyłach, soki w tej krwi, kro­ple w tych sokach, wapo­ry w tych kro­plach; niech dzie­ląc jesz­cze te ostat­nie rze­czy wyczer­pie swo­je siły w tych wyobra­że­niach i niech ostat­ni przed­miot, do któ­re­go zdo­ła dojść, sta­nie się przed­mio­tem naszej roz­pra­wy; pomy­śli może, że to jest osta­tecz­na małość w przy­ro­dzie. Otóż uka­żą mu tam nową otchłań. Chcę mu odma­lo­wać nie tyl­ko wszech­świat widzial­ny, ale nie­zmier­ność tego, co może sobie wyro­ić w natu­rze w obrę­bie tej cząst­ki ato­mu. Nie­chaj ujrzy tam nie­skoń­czo­ność świa­tów, z któ­rych każ­dy ma mój fir­ma­ment, swo­je pla­ne­ty, swo­ją zie­mię – w tej samej pro­por­cji co świat widzial­ny; na tej zie­mi zwie­rzę­ta i wresz­cie żyjąt­ka[2], w któ­rych odnaj­dzie to samo, co zna­lazł w owych pierw­szych; i znaj­du­jąc zno­wuż w tych te same rze­czy bez koń­ca i spo­czyn­ku, [351] niech się zgu­bi w tych cudach rów­nie zdu­mie­wa­ją­cych w swej mało­ści, jak inne w swym bez­mia­rze. Jak bowiem nie podzi­wiać, iż nasze cia­ło, któ­re dopie­ro co było nie­do­strze­gal­nym punk­tem w świe­cie, nie­do­strze­gal­nym zno­wu na łonie wszyst­kie­go, sta­ło się obec­nie kolo­sem, świa­tem lub raczej wszyst­kim w sto­sun­ku do nico­ści, do któ­rej nie­po­dob­na dotrzeć?

Kto się zwa­ży w ten spo­sób, prze­stra­szy się samym sobą i zawie­szo­ny mię­dzy tymi dwie­ma otchła­nia­mi, Nie­skoń­czo­no­ścią i Nico­ścią, zadrży na widok owych cudów; sądzę, iż mie­niąc cie­ka­wość swo­ją w podziw, skłon­niej­szy będzie przy­glą­dać się im w mil­cze­niu, niż zaro­zu­mia­le docie­kać ich tajemnicy.

Osta­tecz­nie bowiem czym­że jest czło­wiek w przy­ro­dzie? Nico­ścią wobec nie­skoń­czo­no­ści, pośrod­kiem mię­dzy niczym a wszyst­kim. Jest nie­skoń­cze­nie odda­lo­ny od rozu­mie­nia osta­tecz­no­ści; cel rze­czy i ich począt­ki są dlań na zawsze ukry­te w nie­prze­nik­nio­nej tajem­ni­cy; rów­nie nie­zdol­ny jest doj­rzeć nico­ści, z któ­rej go wyrwa­no, jak nie­skoń­czo­no­ści, w któ­rej go pogrążono.

Cóż ma tedy czy­nić, jeśli nie zado­wo­lić się jakimś pozo­rem pośrod­ku rze­czy w wie­ku­istej nie­moż­no­ści pozna­nia bądź celu ich, bądź począt­ku? Wszyst­kie rze­czy wyszły z nico­ści i bie­gną w nie­skoń­czo­ność. Któż nadą­ży tym zdu­mie­wa­ją­cym wędrów­kom? Autor tych cudów rozu­mie – nikt inny[3].

[352] Nie wpa­trzyw­szy się w te nie­skoń­czo­no­ści, ludzie zwró­ci­li się zuchwa­le ku zgłę­bia­niu natu­ry, jak gdy­by ist­niał jaki sto­su­nek mię­dzy nimi a nią. Oso­bli­wy pomysł: chcie­li zro­zu­mieć zasa­dy rze­czy i z nich dojść do pozna­nia wszyst­kie­go w zaro­zu­mie­niu rów­nie nie­skoń­czo­nym jak ich przed­miot; to pew­na bowiem, iż nie moż­na powziąć tego zamia­ru bez zaro­zu­mia­ło­ści lub pojęt­no­ści rów­nie nie­skoń­czo­nej jak natura.

Czło­wiek oświe­co­ny rozu­mie, że sko­ro natu­ra wyry­ła obraz swój i swe­go twór­cy we wszyst­kich rze­czach, mają one pra­wie wszyst­kie coś z tej podwój­nej nie­skoń­czo­no­ści. Tak widzi­my, że wszyst­kie nauki nie­skoń­czo­ne są w roz­cią­gło­ści swo­ich badań; któż bowiem wąt­pi, że mate­ma­ty­ka na przy­kład posia­da nie­skoń­czo­ną nie­skoń­czo­ność moż­li­wych twier­dzeń? Są one zarów­no nie­skoń­czo­ne w mno­go­ści, jak w sub­tel­no­ści swych zasad; któż bowiem nie widzi, że te, któ­re przed­sta­wio­no nam jako osta­tecz­ne, nie wspie­ra­ją się na samych sobie, ale opar­te są na innych, któ­re zno­wuż wspie­ra­jąc się na innych, nie dopusz­cza­ją nigdy kre­su? Ale my czy­ni­my z ostat­ni­mi rze­cza­mi dostrze­gal­ny­mi dla rozu­mu tak, jak się czy­ni w rze­czach mate­rial­nych, gdzie nazy­wa­my nie­po­dziel­nym ten punkt, poza któ­rym już zmy­sły nasze nic nie spo­strze­ga­ją, mimo że jest podziel­ny w nie­skoń­czo­ność ze swej natury.

Z tych dwóch nie­skoń­czo­no­ści wie­dzy nie­skoń­czo­ność wiel­ko­ści jest o wie­le doty­kal­niej­sza, dla­te­go nie­wie­lu zda­rzy­ło się utrzy­my­wać, że zna­ją wszyst­kie rze­czy. „Będę mówił o wszyst­kim”, powia­dał Demo­kryt[4].

[355] Nato­miast nie­skoń­czo­ność w mało­ści jest o wie­le mniej widocz­na. Filo­zo­fo­wie o wie­le łatwiej mnie­ma­li, że tam dotrą, i wszy­scy się o to roz­bi­li. To dało począ­tek owym tak zwy­czaj­nym tytu­łom: O zasa­dach rze­czy, O zasa­dach filo­zo­fii i tym podob­nym, rów­nie napu­szo­nym w isto­cie, mimo iż mniej z pozo­ru, co ów inny, któ­ry bije w oczy: De omni re sci­bi­li.

Mnie­ma­my, iż z natu­ry jeste­śmy o wie­le zdat­niej­si, aby dojść do jądra rze­czy, niż aby ogar­nąć ich roz­mia­ry. Widocz­ny ogrom świa­ta widocz­nie prze­wyż­sza nas; nato­miast ponie­waż to my prze­wyż­sza­my drob­ne rze­czy, sądzi­my, że łatwiej zdo­ła­my je posiąść. Wsze­la­ko nie mniej zdat­no­ści potrze­ba, aby dojść do nico­ści, co do wszyst­kie­go; do obu rze­czy potrzeb­na jest zdat­ność nie­skoń­czo­na: zda­je mi się, że kto by pojął osta­tecz­ne pier­wiast­ki rze­czy, mógł­by też dojść do pozna­nia nie­skoń­czo­no­ści. Jed­no zale­ży od dru­gie­go i jed­no pro­wa­dzi do dru­gie­go. Te skraj­no­ści sty­ka­ją się i jed­no­czą wła­śnie dla­te­go, że są tak odle­głe i odnaj­du­ją się w Bogu i tyl­ko w Bogu.

Znaj­my więc naszą war­tość; jeste­śmy czymś, lecz nie jeste­śmy wszyst­kim; to, czym może­my być, zasła­nia nam świa­do­mość pierw­szych zasad, któ­re rodzą się z nico­ści, a nikłość nasze­go ist­nie­nia bro­ni nam wido­ku nieskończoności.

Nasz rozum zaj­mu­je w porząd­ku rze­czy pozna­wal­nych to samo miej­sce, co cia­ło nasze w roz­mia­rach przyrody.

Jeste­śmy ogra­ni­cze­ni w każ­dym kie­run­ku; ten stan zaj­mu­ją­cy śro­dek mię­dzy dwo­ma krań­ca­mi prze­ja­wia się we wszyst­kich naszych zdol­no­ściach. Zmy­sły nasze nie chwy­ta­ją nic krań­co­we­go; zbyt wiel­ki hałas nas ogłu­sza; zbyt­nie świa­tło ośle­pia; zbyt­nia odle­głość i zbyt­nia bli­skość prze­szka­dza wzro­ko­wi, zbyt­nia roz­wle­kłość i zwy­kła zwię­złość mowy zaciem­nia­ją ją, zbyt­nia praw­da osłu­pia nas (znam takich, któ­rzy nie mogą zro­zu­mieć, że jeże­li od zera odej­mie się czte­ry, zosta­nie zero), pierw­sze zasa­dy są dla nas zbyt oczy­wi­ste, zbyt wie­le roz­ko­szy nuży, zbyt wie­le współ­dź­wię­ków nie­mi­le razi w muzy­ce. Zbyt wie­le dobro­dziejstw draż­ni, chce­my mieć z cze­go zapła­cić dług z nawiąz­ką. Bene­fi­cia eo usque laeta sunt, dum viden­tur exso­lvi posse, ubi mul­tum ante­ve­ne­re, pro gra­tia odium red­di­tur. Nie czu­je­my ani nad­mier­ne­go gorą­ca, ani nad­mier­ne­go zim­na. Wła­sno­ści krań­co­we szko­dzą nam, ale nie są dotkli­we; nie czu­je­my ich już, cier­pi­my od nich. Zbyt wcze­sna mło­dość i zbyt póź­na sta­rość upo­śle­dza­ją umysł, toż samo za wie­le i za mało nauki [5] [6] [7], sło­wem, rze­czy krań­co­we są dla nas tak, jak­by nie ist­nia­ły, i my nie ist­nie­je­my w sto­sun­ku do nich: umy­ka­ją nam albo my im.

Oto nasz praw­dzi­wy stan, oto co nas czy­ni nie­zdol­ny­mi i do wie­dzy pew­nej, i do zupeł­nej nie­wie­dzy. Żeglu­je­my po sze­ro­kim prze­stwo­rzu, wciąż nie­pew­ni i chwiej­ni, popy­cha­ni od jed­ne­go do dru­gie­go koń­ca. [356] Cze­go­kol­wiek chcie­li­by­ście się ucze­pić, wraz chwie­je się to i odda­la; a jeśli podą­ża­my za tym, wymy­ka się, wyśli­zgu­je się i wie­ku­iście ula­ta. Jest to stan natu­ral­ny, naj­bar­dziej wsze­la­ko prze­ciw­ny naszym skłon­no­ściom; pała­my żądzą zna­le­zie­nia opar­cia i osta­tecz­nej pod­sta­wy, aby zbu­do­wać na niej wie­żę wzno­szą­cą się w nie­skoń­czo­ność; ale cały fun­da­ment trza­ska i zie­mia roz­wie­ra się otchłanią.

Nie szu­kaj­my tedy pew­no­ści i sta­ło­ści. Rozum zawsze pada ofia­rą pozo­rów, nic nie zdo­ła usta­lić skoń­czo­no­ści mię­dzy dwie­ma nie­skoń­czo­no­ścia­mi, któ­re obej­mu­ją ją i umy­ka­ją jej.

Sko­ro to dobrze zro­zu­mie­my, sądzę, iż będzie­my trwa­li spo­koj­nie, każ­dy w tym sta­nie, w jakim natu­ra go pomie­ści­ła. Sko­ro ten pośro­dek, któ­ry nam przy­padł w udzia­le, zawsze odle­gły jest od krań­ców, cóż zna­czy, że czło­wiek będzie miał nie­co wię­cej zro­zu­mie­nia rze­czy? Jeśli je ma, widzi świat z nie­co bar­dziej wyso­ka; ale czyż nie jest zawsze nie­skoń­cze­nie odle­gły od krań­ca i czyż trwa­nie nasze­go życia nie jest jed­na­ko odda­lo­ne od wiecz­no­ści, niech­by i trwa­ło dzie­sięć lat dłużej?

W per­spek­ty­wie tych nie­skoń­czo­no­ści wszyst­kie skoń­czo­no­ści są rów­ne, nie widzę tedy, cze­mu raczej cze­piać się tej niż innej. Samo porów­na­nie mię­dzy nami a skoń­czo­no­ścią spra­wia nam przykrość.

Gdy­by czło­wiek zaczął od zgłę­bia­nia sie­bie, spo­strzegł­by, jak bar­dzo jest nie­zdol­ny przejść tę gra­ni­cę. W jaki spo­sób część mogła­by poznać całość? – Będzie może dążył do pozna­nia bodaj tych czę­ści, do któ­rych jest w jakimś sto­sun­ku? – Ależ cząst­ki świa­ta tak się łączą i zazę­bia­ją wza­jem, iż wyda­je mi się nie­moż­li­we poznać jed­ną bez dru­giej i bez wszystkiego…

Czło­wiek na przy­kład jest w jakimś sto­sun­ku do wszyst­kie­go, co zna. Potrze­bu­je miej­sca, aby go pomie­ści­ło, cza­su do trwa­nia, ruchu do życia, żywio­łów, aby go utwo­rzy­ły, cie­pła i pokar­mów dla odży­wia­nia, powie­trza do oddy­cha­nia; widzi świa­tło, czu­je cia­ła; sło­wem, wszyst­ko wcho­dzi z nim w zwią­zek. Aby zatem znać czło­wie­ka, trze­ba wie­dzieć, skąd pocho­dzi, iż potrze­bu­je powie­trza, aby ist­nieć; aby zaś znać powie­trze, trze­ba wie­dzieć, na czym pole­ga jego zwią­zek z życiem czło­wie­ka itd. [359] Pło­mień nie może ist­nieć bez powie­trza, zatem aby znać jed­no, trze­ba znać drugie.

Ponie­waż tedy wszyst­kie rze­czy są następ­stwem i przy­czy­ną, dozna­ją i udzie­la­ją pomo­cy, pośred­ni­czą i korzy­sta­ją z pośred­nic­twa i wszyst­kie łączą się natu­ral­nym i tajem­nym węzłem, któ­ry łączy naj­bar­dziej odle­głe i róż­ne czę­ści, uwa­żam za nie­moż­li­we znać czę­ści nie zna­jąc cało­ści, jak rów­nież znać całość nie zna­jąc poszcze­gól­nych części.

<Wiecz­ność rze­czy sama w sobie lub w Bogu rów­nież musi osza­ła­miać krót­kie nasze trwa­nie. Sta­łość i nie­zmien­ność przy­ro­dy, w porów­na­niu do ustaw­nej zmia­ny, jaka w nas zacho­dzi, musi spra­wiać toż samo wrażenie.>

A nie­mo­cy naszej w pozna­niu rze­czy dopeł­nia to, iż są one pro­ste same w sobie, my zaś jeste­śmy zło­że­ni z dwóch prze­ciw­nych i róż­no­ra­kich natur, z duszy i cia­ła. Nie­po­dob­na bowiem, aby ta część, któ­ra w nas rozu­mu­je, była innej natu­ry niż ducho­wej; a gdy­by ktoś twier­dził, że jeste­śmy tyl­ko cie­le­śni, to by nas odsu­nę­ło o wie­le bar­dziej od pozna­nia rze­czy, ile że nie ma nic bar­dziej nie­po­ję­te­go, niż rzec, że mate­ria zna sie­bie samą; nie­po­dob­na nam pojąć, w jaki spo­sób ona mogła­by się pojąć[8].

Tak więc jeśli jeste­śmy po pro­stu mate­rią, nie może­my zgo­ła nic poznać; jeśli zaś skła­da­my się z ducha i z mate­rii, nie może­my poznać do grun­tu rze­czy pro­stych, [360] cie­le­snych czy ducho­wych[9].

Stąd pocho­dzi, iż pra­wie wszy­scy filo­zo­fo­wie mie­sza­ją poję­cia rze­czy i mówią o rze­czach cie­le­snych ducho­wo, a o ducho­wych cie­le­śnie. Powia­da­ją lek­ko, że cia­ła dążą ku doło­wi, że cią­żą do swe­go środ­ka, że bro­nią się przed zni­we­cze­niem, że lęka­ją się próż­ni, że mają skłon­no­ści, sym­pa­tie, anty­pa­tie: wszyst­ko rze­czy wła­ści­we jedy­nie duchom. Mówiąc zaś o duchach uwa­ża­ją je jako­by będą­ce w jed­nym miej­scu i przy­pi­su­ją im poru­sza­nie się z jed­ne­go miej­sca na dru­gie: rze­czy wła­ści­we jedy­nie ciałom.

Zamiast odbie­rać czy­ste poję­cia tych rze­czy, bar­wi­my je naszy­mi wła­ści­wo­ścia­mi i nasy­ca­my naszą zło­żo­ną isto­tą wszyst­kie rze­czy pro­ste, któ­re zważamy.

Któż by nie myślał, widząc, jak skła­da­my wszyst­kie rze­czy z ducha i cia­ła, że ta mie­sza­ni­na jest dla nas bar­dzo łatwa do poję­cia? Jest to wsze­la­ko rzecz, któ­rą poj­mu­je­my naj­mniej. Czło­wiek jest dla sie­bie same­go naj­bar­dziej zadzi­wia­ją­cym przed­mio­tem w natu­rze: nie może bowiem pojąć, co to jest cia­ło, a jesz­cze mniej, co to duch, naj­mniej zaś, w jaki spo­sób cia­ło może być spo­jo­ne z duchem. To jest dlań szczyt trud­no­ści, a wsze­la­ko to jego wła­sna isto­ta: Modus, quo cor­po­ri­bus adha­erent spi­ry­tus, com­pre­hen­di ab homi­ni­bus non potest, et hoc tamen homo est.

Wresz­cie, aby dopeł­nić dowo­du naszej sła­bo­ści, zakoń­czę tymi dwie­ma uwa­ga­mi[10]. (72)

85. [83] Kie­dy jeste­śmy zbyt mło­dzi, nie mamy dobre­go sądu; zbyt sta­rzy – tak samo. Kie­dy się nie zasta­na­wia­my dosyć, kie­dy się zasta­na­wia­my nad­to, upie­ra­my się, zacie­trze­wia­my. Jeśli oglą­da­my swo­je dzie­ło tuż po wyko­na­niu, jeste­śmy jesz­cze zbyt uprze­dze­ni; jeśli w dłu­gi czas potem, już go nie czu­je­my. Tak obra­zy widzia­ne z nazbyt dale­ka i z nazbyt bli­ska; jest tyl­ko jeden nie­po­dziel­ny punkt będą­cy wła­ści­wym miej­scem: inne są za bli­sko, za dale­ko, za wyso­ko lub za nisko. W sztu­ce malar­stwa wyzna­cza go per­spek­ty­wa; ale w rze­czach praw­dy i moral­no­ści kto go wyzna­czy? (381)

86. [433] Kie­dy wszyst­ko poru­sza się jed­na­ko, na pozór nic się nie poru­sza: jak na stat­ku. Kie­dy wszy­scy idą ku zepsu­ciu, nie znać tego: ten, któ­ry się zatrzy­ma, daje zauwa­żyć wybry­ki innych, niby punkt sta­ły. (382)

87. [431] Ci, któ­rzy żyją w nie­rzą­dzie, powia­da­ją tym, któ­rzy żyją w stat­ku, że to oni odda­la­ją się od natu­ry, sami zaś myślą, że idą za nią: tak jak będą­cy na okrę­cie mnie­ma­ją, iż ci, któ­rzy są na brze­gu, ucie­ka­ją. Wszy­scy mówią podob­nie: trze­ba mieć sta­ły punkt, aby o tym sądzić. Z por­tu sądzi­my o tych, któ­rzy są na stat­ku; ale gdzie znaj­dzie­my port w zasa­dach moral­nych? (383)

88. [67] Kie­dy zwa­żam krót­kość mego życia, wchło­nię­te­go w wiecz­ność będą­cą przed nim i po nim, kie­dy zwa­żam małą prze­strzeń, któ­rą zaj­mu­ję, a nawet któ­rą widzę, uto­pio­ną w nie­skoń­czo­nym ogro­mie prze­strze­ni, któ­rych nie znam i któ­re mnie nie zna­ją, prze­ra­żam się i dzi­wię, iż znaj­du­ję się raczej tu niż tam, nie ma bowiem racji, cze­mu raczej tu niż gdzie indziej, cze­mu raczej teraz niż wte­dy… Kto mnie tu posta­wił? Na czyj roz­kaz i z czy­jej woli prze­zna­czo­no mi to miej­sce i ten czas? … Memo­ria hospi­tis unius diei pra­ete­ru­ni­tis. (205)

89. [49] Cze­mu moja wie­dza jest ogra­ni­czo­na? Mój wzrost? Moje trwa­nie raczej do stu lat niż do tysią­ca? Jaką rację mia­ła natu­ra, aby mi dać to wła­śnie, aby wybrać tę licz­bę raczej niż inną? Toć w nie­skoń­czo­no­ści liczb nie ma racji wybrać raczej tę niż inną, nic nie prze­ma­wia za tą lub ową! (208)

90. [23] Ileż kró­lestw nie wie o naszym ist­nie­niu! (207)

91. [C. 101] Wie­ku­ista cisza tych nie­skoń­czo­nych prze­strze­ni prze­ra­ża mnie. (206)


Przy­pi­sy:

[1] <bez­sil­ność>

[2] <a w owych żyjąt­kach – nie­skoń­czo­ną ilość wszech­świa­tów podob­nych tym, któ­re wła­śnie poznał, i wciąż jed­nak­że głę­bie, bez koń­ca i bez spo­czyn­ku. Oto nie­do­sko­na­łe wyobra­że­nie praw­dy rze­czy, któ­re powin­no obu­dzić w każ­dym, kto je roz­wa­ży, nale­ży sza­cu­nek dla natu­ry oraz taką pra­wie, jak nale­ża­ło­by mieć, wzgar­dę dla sie­bie samego.>

[3] <Spo­śród tych dwóch nie­skoń­czo­no­ści przy­ro­dy, wiel­ko­ści i mało­ści, łatwiej czło­wie­ko­wi pojąć nie­skoń­czo­no­ści wielkości.>

[4]* <Jed­nak­że, nie tyl­ko nie wystar­czy roz­pra­wiać o tym po pro­stu, nie dowo­dząc i nie bada­jąc, lecz nad­to nie­moż­li­wą jest rze­czą to uczy­nić, albo­wiem nie­skoń­czo­na mno­gość rze­czy tak dale­ce jest nam nie­wia­do­ma, że wszyst­ko, co może­my wyra­zić sło­wa­mi lub myśla­mi, jest jeno nie­do­strze­gal­ną cząstką…Widzimy na pierw­szy rzut oka, że ilość twier­dzeń samej tyl­ko aryt­me­ty­ki jest nie­skoń­cze­nie wiel­ka, a to samo doty­czy każ­dej nauki.>

[5] [23, 439] Dwie nie­skoń­czo­no­ści, śro­dek. – Kie­dy się czy­ta za szyb­ko lub za wol­no, nic się nie rozu­mie. (69)

[6] [23] Zanad­to i za mało wina; nie dacie mu dosyć, nie może zna­leźć praw­dy; dacie mu za wie­le, toż samo. (71)

[7] [110] <Natu­ra nie [może usta­no­wić się w tym, co krań­co­we]. Natu­ra pomie­ści­ła nas tak dobrze pośrod­ku, iż jeże­li zmie­nia­my poło­że­nie jed­nej stro­ny wagi, zmie­nia­my i dru­gą: Ja robi­my, zua tre­chei. To budzi we mnie domysł, że ist­nie­ją w naszej gło­wie sprę­ży­ny tak roz­miesz­czo­ne, iż kto dotknie jed­nej, doty­ka i prze­ciw­nej.> (70)

[8] <Nie­mo­cy naszej dopeł­nia pro­sto­ta rze­czy, będą­ca prze­ci­wień­stwem nasze­go sta­nu: podwój­ne­go i zło­żo­ne­go. Nie­do­rzecz­no­ścią było­by zaprze­czyć. Jest bowiem rze­czą rów­nie nie­zboż­ną, jak nie­do­rzecz­ną prze­czyć, że czło­wiek skła­da się z dwóch czę­ści róż­nej natu­ry: z duszy i cia­ła. To wła­śnie spra­wia, że nie może­my poznać wszyst­kich rze­czy. Może ktoś prze­czyć tej zło­żo­no­ści, może twier­dzić, że jeste­śmy tyl­ko cie­le­śni, ale mate­ria nie jest chy­ba zdol­na poznać mate­rii. Nic bar­dziej nie­praw­do­po­dob­ne­go. Poj­mij­my więc, że to wła­śnie pomie­sza­nie ducha i bło­ta sta­no­wi dys­pro­por­cję człowieka.>

[9] <Jak­że bowiem mogli­by­śmy dosko­na­le poznać mate­rię, jeśli narzę­dzie nasze­go pozna­nia jest po czę­ści ducho­we, jak­że mogli­by­śmy poznać sub­stan­cje ducho­we, mając cia­ło, któ­re nam cią­ży i cią­gnie ku ziemi?>

[10] <Oto nie­któ­re przy­czy­ny, dla któ­rych czło­wiek jest tak nie­zdol­ny do pozna­nia natu­ry: ona jest dwo­ja­ko nie­skoń­czo­na, on jest skoń­czo­ny i ogra­ni­czo­ny. Ona trwa i wiecz­nie zacho­wu­je swo­je ist­nie­nie, on jest prze­mi­ja­ją­cy i śmier­tel­ny. Rze­czy poszcze­gól­ne usta­wicz­nie psu­ją się i zmie­nia­ją, on widzi je tyl­ko prze­lot­nie. Mają przy­czy­nę i cel; on nie poj­mu­je ani jed­ne­go, ani dru­gie­go. Są pro­ste, on zaś jest zło­żo­ny z dwóch róż­nych natur. Aby wresz­cie dopeł­nić dowo­du naszej sła­bo­ści, zakoń­czę tymi roz­wa­ża­nia­mi nad sta­nem naszej natury.>


Pobierz tekst w PDF.

Najnowszy numer można nabyć od 1 marca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2021 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

1 komentarz

Kliknij, aby skomentować

  • Miej­sce czło­wie­ka w naturze.Dwie nie­skoń­czo­no­ści”. — Już w samym uję­ciu kwe­stii moż­na zauwa­żyć cha­rak­te­ry­stycz­ne podejście.Autor postrze­ga miej­sce czło­wie­ka pośród wiel­ko­ści nie­skoń­cze­nie małych wzglę­dem nie­skoń­cze­nie dużych zgod­nie z wła­snym suge­styw­nym odczu­ciem i wyobra­że­niem (na mia­rę możliwości).Obecnie nasza wie­dza pozwa­la tro­chę sko­ry­go­wać to podejście.Istotne są pro­ce­sy, w tym pro­ce­sy prze­mian ener­gii któ­rych spe­cy­ficz­nym wyra­zem mogą być pro­ce­sy wymia­ny informacji.Gdy nie star­cza moż­li­wo­ści obser­wa­cyj­nych nale­ży sko­rzy­stać z logi­ki dla okre­śle­nia tego co nas otacza.Jako przy­kład może posłu­żyć stwier­dze­nie że tym, z cze­go mogło­by powstać wszyst­ko co ist­nie­je poniewż nie nale­ży do nie­go jest “nic”.Co ozna­cza że Wszech­świat nie mógł powstać z cze­goś cze­go nie ma lecz musi ist­nieć bez swo­je­go począt­ku i zakończenia.A więc pro­ce­sy prze­mian któ­rych sami (w ogra­ni­czo­nym zakre­sie) doświad­cza­my muszą ist­nieć (z koniecz­no­ści) łącz­nie z cecha­mi któ­re rów­nież (z koniecz­no­ści) muszą być takie a nie inne.“Powstanie cze­goś” z tego co już ist­nie­je jest tym prze­kształ­ca­niem się.“Miejsce czło­wie­ka w natu­rze” naj­bar­dziej pozna­je­my po tym że będąc nie­ja­ko zło­że­niem róż­nych form infor­ma­cji (i przez nie doko­nu­je­my subiek­tyw­nych wybo­rów) są one ści­śle powią­za­ne z mate­rią a więc cecha­mi Wszech­świa­ta na któ­re już nie mamy wpływu.Trzeba z sza­cun­kiem odnieść się do spo­strze­gaw­czo­ści i roz­wa­gi zawar­tej w prze­my­śle­niach auto­ra jed­nak nic nie powstrzy­ma następ­ców od posze­rza­nia świa­do­mo­ści poprzedników.

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy