Artykuł Ontologia

Eric T. Olson: Życie po śmierci

Wielu ludzi wierzy w życie pozagrobowe. Uważają, że po śmierci będziemy nadal istnieć jako świadome istoty. Śmierć nie jest zatem końcem, lecz jedynie przejściem z tego świata do innego, a dokładnie – do nieba.

Tekst ukazał się w „Filozofuj!” 2017 nr 3 (15), s. 21–23. W pełnej wersji graficznej jest dostępny w pliku PDF.


Z drugiej strony życie po śmierci wydaje się niemożliwe. Wszyscy wiemy, co dzieje się, kiedy umrzemy: zjadają nas robaki albo trawi ogień. Budulec, z którego się składamy, ulega rozproszeniu. I choć ów rozkład może być szybszy lub wolniejszy, jest on jednakowo bezlitosny – ostatecznie z naszej natury fizycznej i psychicznej nie zostaje nic, nawet kości czy skamieniałe szczątki. Po odpowiednio długim czasie pozostaną tylko atomy, losowo rozproszone w próżni. Nic w ich naturze czy strukturze nie będzie wskazywało na to, iż niegdyś składały się na żywą istotę. Skoro zaś jakaś rzecz jest w ten sposób całkowicie niszczona, jak może wciąż istnieć?

Powtórne uporządkowanie atomów

Na potrzeby naszego argumentu załóżmy, iż istnieje wszechmocna istota, którą w skrócie będziemy nazywać Bogiem. Bóg może czynić to, co możliwe, ale nic więcej: może On spowodować, by żyrafy miały fioletowe umaszczenie, nie może jednak sprawić, by sam nie istniał. Wyobraźmy sobie, że Bóg chce obdarować mnie życiem po śmierci. Jak mógłby tego dokonać?

Mogłoby się wydawać, że wystarczy, iż zbierze On rozsypane po całym świecie atomy, z których niegdyś się składałem, i nada im taki porządek, jaki miały za mojego życia. Tyle powinno wystarczyć, bym zaistniał na nowo. Choć zatem śmierć może spowodować, że moje atomy ulegną rozproszeniu, Bóg jest w stanie przywrócić mnie do życia, rekonstruując ich strukturę, podobnie jak zegarmistrz reperuje oddany do naprawy zegarek. Takie ujęcie nie może być jednak poprawne.

Przede wszystkim każdy z nas składa się z materii, która należała niegdyś do ciał innych ludzi. Najbardziej jaskrawym przykładem jest kanibalizm – ale w rzeczy samej zjawisko to jest powszechne. Kiedy umrzemy, nasze atomy zostaną zaabsorbowane przez rośliny i wejdą w obieg łańcucha pokarmowego.

W rezultacie każdy z nas składa się w znacznej części z atomów, które należały do ludzi zmarłych przed wieloma laty. Jeżeli wymagane byłoby uporządkowanie wszystkich oryginalnych atomów, niewielu z nas dostąpiłoby życia po śmierci. Nic też nie da założenie, że potrzebujemy jedynie jakiejś części z nich, na przykład połowy. Im dłużej istnieje gatunek ludzki, tym więcej jest tych atomów, które tworzyły niegdyś ciała jego przedstawicieli. Jeśli przetrwamy wystarczająco długo, każdy atom, składający się na ciała naszych potomków, będzie tym, który już do kogoś należał. W takim wypadku nawet Bóg nie mógłby nadać ponownej struktury wszystkim ludziom. Niestety, teza ta sprzeciwia się większości doktryn religijnych na temat życia po śmierci.

Jeszcze większy problem polega na tym, że w rzeczy samej nie ma czegoś takiego jak „moje oryginalne atomy”. Ponieważ ciągle przyjmujemy nowe atomy i pozbywamy się starych, co najwyżej można mówić o atomach, z których składamy się w danym momencie. Materia pojawia się i znika poprzez jedzenie, oddychanie czy wydalanie. Człowiek przypomina pod tym względem wolno płynącą fontannę. Tylko nieliczne z naszych obecnych atomów należały do nas rok temu.

Załóżmy, że Bóg zebrałby i nadał odpowiednią strukturę atomom, z których składałem się w dniu piątych urodzin. Zaistniałe w ten sposób w równoległym świecie dziecko miałoby wspomnienia z pierwszych lat mojego życia. Przyjmijmy teraz, że Bóg uczynił jednocześnie to samo z atomami, z których zbudowany jestem teraz, czyli w wieku 53 lat. Zdaje się, że obaj stworzeni przez Boga ludzie – dziecko oraz dorosły – byliby mną. Jest to jednak logicznie niemożliwe – dorosły i dziecko byliby bowiem dwiema różnymi osobami. Oczywiste jest, że w rezultacie działań Boga populacja możliwego świata zwiększyłaby się  o dwie osoby, nie zaś o jedną. A zatem dwie różne osoby – dziecko i dorosły – byłyby mną. Jeśli jednak dziecko i ja oraz dorosły i ja to ta sama osoba, dziecko i dorosły nie mogą być dwiema osobami. Ten właśnie problem sprawia, że wizja życia po śmierci uzasadniana uporządkowaniem atomów jest niespójna.

Stanowisko to niesie również absurdalną konsekwencję, że wszystkie przedmioty, które przestały istnieć dawno temu, mogą zaistnieć ponownie bez względu na to, co działo się w międzyczasie. Wyobraźmy sobie, że jako dziecko budujesz na plaży zamek z piasku, który wkrótce niszczy przypływ. Czy możliwe jest przywrócenie go do istnienia? Oczywiście, że nie.

Być może pewien wprawny ekspert byłby w stanie zbudować budowlę identyczną w wyglądzie. Mógłby on nawet ułożyć te same ziarnka piasku dokładnie w taki sam sposób. Efektem końcowym byłaby jednak co najwyżej kopia lub reprodukcja.

Nie byłby to zamek wzniesiony dawno temu przez dziecko, ale budowla, którą dziś stworzył ekspert. Wszystko wskazuje na to, że śmierć robi z nami dokładnie to, co fale robią z zamkiem z piasku.

Przetrwanie duszy

Chyba jedynej nadziei na życie po śmierci musimy upatrywać w stwierdzeniu, iż pozory nas mylą: nie podlegamy niszczeniu analogicznemu do destrukcji zamku z piasku przez morskie fale. W jakiś sposób trwamy dalej, nawet jeśli nasze atomy ulegają rozproszeniu. Jak to się jednak dzieje? Być może każdy z nas ma specjalną niematerialną część, która jest odporna na rozpad i zanik. A zatem mimo że nasze fizyczne szczątki ulegają całkowitemu zniszczeniu, ta specjalna część może przetrwać nietknięta. Ów specjalny czynnik Platon nazywał duszą.

Zauważmy jednak, że sam fakt, iż jakaś część mnie przetrwała, nie znaczy wcale, że przetrwałem również ja. Załóżmy, że wpadłem w tryby wielkiej machiny, złożonej z wielu poruszających się części. W rezultacie nietknięty pozostał tylko jeden z moich palców. Podtrzymywanie palca przy życiu, a nawet przyszycie go do dłoni żywej osoby z pewnością nie zapewni mi życia po śmierci.
Istotne dla mojego przetrwania wydaje się zatem, by moja dusza posiadała specjalną naturę, która czyni ją radykalnie inną od innych moich części. Jej trwałość musi jakoś wystarczać, bym mógł zachować istnienie oraz świadomość.

Dusza wydaje się być więc tym, co aktualnie jest moją świadomością. Jest zatem autorem tych słów i używa mego ciała jako narzędzia do ich spisania. W chwili śmierci dusza oddziela się od ciała: tym samym przestaje istnieć materialny przedmiot poruszający się wedle jej woli i dostarczający jej informacji zmysłowych.

Pozostaje ona jednak świadoma i pamięta wydarzenia z życia. Zatem dopóki ta część istnieje, istniejemy również my. Jesteśmy tam, gdzie ona.

Ten pogląd nie prowadzi do logicznych sprzeczności znanych z hipotezy uporządkowania atomów ani nie niesie absurdalnych konsekwencji wskazywanych przez przykład zamku z piasku. Możliwe jest, by Bóg dał nam życie po śmierci, tworząc w nas świadomą i niematerialną duszę. Niemniej jednak nie jest to oczywiste. Wprost przeciwnie – wszystkie dowody przemawiają przeciwko takiemu ujęciu.

Posiadanie duszy umożliwiałoby bycie świadomym nawet pomimo całkowitej zagłady ciała. W takim wypadku powinienem posiadać świadomość również po stosunkowo niewielkich i krótkotrwałych uszkodzeniach mózgu. Nagłe uderzenie w głowę powinno mieć wpływ na oddziaływanie między duszą a ciałem, powodując tymczasową niemożność działania i postrzegania, podobnie jak zniszczenie kontrolera zdalnie sterowanego samolotu uniemożliwia jego właścicielowi operowanie nim. Wszystko spowiłaby czerń i cisza, ja zaś nie mógłbym się ruszyć.

Mimo to dusza, jako nieuszkodzona, powinna zachować pełną świadomość i zastanawiać się na przykład, jak długo będzie trwał ten nieszczęsny stan. Nic takiego się jednak nie dzieje: cios w głowę powoduje, że tracę przytomność.

Jeżeli zaś mniejsze obrażenia powodują utratę przytomności, to jak mogę zachować pełną świadomość po całkowitym zniszczeniu mózgu?

Wiemy również, że niewielkie zmiany w mózgu odpowiadają ogromnym zmianom w czujności, nastroju, pamięci, poczuciu humoru i jasności myślenia. Zgodnie z dzisiejszą wiedzą wszystkie zjawiska umysłowe zmieniają się w zależności od stanów układu nerwowego. Choć wciąż mało wiemy na temat połączenia zjawisk umysłowych i mózgu, to powiązanie między nimi z pewnością istnieje. Tego rodzaju fakty sugerują, że aktywność umysłowa zachodzi w mózgu, a nie w duszy. Jeżeli zaś nie jesteśmy duszami (lub jeżeli nasze dusze nie są świadome), ich trwanie niezależnie od ciała nie zapewnia nam życia po śmierci.

Zakończenie

Wydaje się jasne, że życie po śmierci nie polega ani na uporządkowaniu atomów, ani na przetrwaniu duszy. Niektórzy filozofowie zaproponowali bardziej skomplikowane wyjaśnienia możliwości życia pozagrobowego, ale żadne nie wydaje się w pełni satysfakcjonujące. W rezultacie im dłużej się nad nim zastanawiamy, tym mniej wydaje się ono prawdopodobne.

Przełożył: Jacek Jarocki


Eric T. Olson – amerykański filozof, profesor Uniwersytetu w Sheffield. Zajmuje się przede wszystkim metafizyką, w ramach której porusza zagadnienia umysłu i tożsamości osobowej. Autor książek The Human Animal: Personal Identity Without Psychology (1997) oraz What Are We? A Study in Personal Ontology (2007).

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 PolskaW pełnej wersji graficznej jest dostępny w pliku PDF.

< Powrót do spisu treści numeru.

Fot.: © kevron2001

Najnowszy numer można nabyć od 4 maja w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2022 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Skomentuj

Kliknij, aby skomentować