Artykuł

Filip Kobiela: Bocheński o autorytecie i zabobonach z nim związanych

W jednym z przykazań Podręcznika mądrości tego świata Józef Maria Bocheński zaleca: „Nie wierz nikomu, dopóki nie przekonasz się, że on zna się na tym, o czym mówi, i że jest prawdomówny” (przykazanie 10.1.1). To lapidarne sformułowanie zawiera zarówno zarys teorii autorytetu sformułowanej przez Bocheńskiego, jak i sygnalizuje pewne praktyczne problemy z nim związane.

Tekst uka­zał się w „Filo­zo­fuj!” 2020 nr 6 (36), s. 16–18. W peł­nej wer­sji gra­ficz­nej jest dostęp­ny w pli­ku PDF.


W poszukiwaniu istoty autorytetu

Poję­cie auto­ry­te­tu czę­sto koja­rzy się z dys­ku­sja­mi doty­czą­cy­mi osób, któ­re mia­ły­by być auto­ry­te­ta­mi, w szcze­gól­no­ści moral­ny­mi. Jed­nak z filo­zo­ficz­ne­go punk­tu widze­nia od pyta­nia „kto jest auto­ry­te­tem?” bar­dziej pod­sta­wo­we jest pyta­nie „co to jest auto­ry­tet?”. To ostat­nie przy­na­le­ży przede wszyst­kim do logi­ki sto­so­wa­nej, epi­ste­mo­lo­gii i prak­se­olo­gii. Otóż wszę­dzie tam, gdzie brak bez­po­śred­nie­go dostę­pu poznaw­cze­go, zdo­by­cie wie­dzy jest z koniecz­no­ści zapo­śred­ni­czo­ne – zależ­ne od rela­cji innych, pocho­dzi „z dru­giej ręki”. Ale inni mogą mnie prze­cież wpro­wa­dzać w błąd, zarów­no w spo­sób zamie­rzo­ny, jak i mimo­wol­ny, co uświa­da­mia­my sobie szcze­gól­nie wyraź­nie od cza­su wystą­pień tzw. mistrzów podej­rzeń. Stąd, dra­ma­tycz­ne nie­raz, pyta­nia: czy infor­ma­cje, któ­re otrzy­mu­ję, są praw­dzi­we? Czy dane mi wska­zów­ki doty­czą­ce spo­so­bu dzia­ła­nia pro­wa­dzą do reali­za­cji zamie­rzo­ne­go celu? Komu mogę ufać?

Posta­wy zwią­za­ne z odpo­wie­dzia­mi na to ostat­nie pyta­nie two­rzą pew­ne spek­trum. Z jed­nej jego stro­ny jest posta­wa cał­ko­wi­tej ufno­ści, dają­cej wia­rę każ­dej rela­cji o świe­cie; z dru­giej – cał­ko­wi­tej nie­uf­no­ści, każą­cej wie­rzyć jedy­nie wła­snym zmy­słom i wła­sne­mu roz­sąd­ko­wi. Z powo­du roz­bież­no­ści pomię­dzy róż­ny­mi opi­sa­mi rze­czy­wi­sto­ści pierw­sza posta­wa nie­mal natych­miast pro­wa­dzi do sprzecz­no­ści; dru­ga – do swo­istej samo­izo­la­cji w nad wyraz ogra­ni­czo­nej prze­strze­ni epi­ste­micz­nej. Pomię­dzy tymi skraj­no­ścia­mi sytu­uje się nato­miast posta­wa kry­tycz­ne­go poszu­ki­wa­cza wie­dzy wykra­cza­ją­cej poza autop­sję, a więc goto­we­go zaufać tyl­ko oso­bom speł­nia­ją­cym pew­ne warun­ki. Jed­nak do traf­ne­go okre­śle­nia tych warun­ków koniecz­na jest już reflek­sja nad auto­ry­te­tem. Wni­kli­wą i cenio­ną ana­li­zę tego rodza­ju zapro­po­no­wał pol­ski filo­zof Józef Maria Bocheń­ski, dzię­ki temu sta­jąc się – rzec moż­na – auto­ry­te­tem w dzie­dzi­nie bada­nia poję­cia autorytetu.

Definicja autorytetu

W teo­rii Bocheń­skie­go auto­ry­tet jest rela­cją trój­czło­no­wą pomię­dzy kimś, kto ma auto­ry­tet (pod­mio­tem auto­ry­te­tu), kimś innym, dla kogo ten pierw­szy jest auto­ry­te­tem (przed­mio­tem auto­ry­te­tu), oraz dzie­dzi­ną, w któ­rej ten auto­ry­tet docho­dzi do gło­su. Sły­sząc pyta­nie „kto jest two­im auto­ry­te­tem?”, nale­ży zatem popro­sić o dopre­cy­zo­wa­nie, o jaką dzie­dzi­nę cho­dzi, chy­ba że wyni­ka to jed­no­znacz­nie z kon­tek­stu. Oprócz typo­wej sytu­acji, w któ­rej zarów­no pod­mio­tem, jak i przed­mio­tem auto­ry­te­tu są jed­nost­ki (na przy­kład mistrz i uczeń), moż­li­we są też sytu­acje, w któ­rych pod­mio­tem lub przed­mio­tem auto­ry­te­tu są zbio­ro­wo­ści. Ogól­na cha­rak­te­ry­sty­ka auto­ry­te­tu, sfor­mu­ło­wa­na w pierw­szej oso­bie, wyglą­da­ła­by na grun­cie teo­rii Bocheń­skie­go nastę­pu­ją­co: Ktoś jest dla mnie auto­ry­te­tem w pew­nej dzie­dzi­nie dokład­nie wte­dy, gdy uzna­ję w zasa­dzie wszyst­ko, co mi poda­je do wia­do­mo­ści, a co nale­ży do tej dzie­dzi­ny. Dzie­je się tak wte­dy, gdy po pierw­sze, uwa­żam, że zna się on na rze­czy, a po dru­gie, że nie kła­mie. Zauważ­my, że defi­ni­cja ta ma cha­rak­ter czy­sto opi­so­wy, ujaw­nia­jąc „mecha­nizm” dzia­ła­nia auto­ry­te­tu. Jeże­li więc trak­tu­ję poważ­nie, daj­my na to, horo­skop miło­sny, wów­czas jego twór­ca („astro­log”) będzie moim auto­ry­te­tem w tej dzie­dzi­nie. Kolej­nym kro­kiem w ana­li­zie będzie wska­za­nie kry­te­riów auto­ry­te­tu god­ne­go swe­go mia­na – „praw­dzi­we­go”. Będzie nim ktoś, kto jest słusz­nie uzna­wa­ny za auto­ry­tet w pew­nej dzie­dzi­nie, to zna­czy rze­czy­wi­ście odzna­cza­ją­cy się kom­pe­ten­cją i praw­do­mów­no­ścią. Jeśli­by co naj­mniej jeden z tych warun­ków nie był speł­nio­ny, mie­li­by­śmy do czy­nie­nia z auto­ry­te­tem fał­szy­wym. W ten spo­sób powra­ca­my do przy­wo­ła­ne­go na wstę­pie przy­ka­za­nia 10.1.1, w któ­rym widocz­na jest, z jed­nej stro­ny, ostroż­ność naka­zu­ją­ca kry­ty­cyzm w ­uzna­wa­niu auto­ry­te­tów, ale też nadzie­ja, że praw­dzi­we auto­ry­te­ty ­ist­nie­ją i dają się odna­leźć. Jed­nak dla oso­by nie­bę­dą­cej eks­per­tem w danej dzie­dzi­nie to ostat­nie może się oka­zać czymś nie­zwy­kle trudnym.

Zabobony związane z autorytetem

W swo­im słow­ni­ku Sto zabo­bo­nów Bocheń­ski pole­mi­zu­je z trze­ma poglą­da­mi doty­czą­cy­mi róż­nych aspek­tów funk­cjo­no­wa­nia autorytetów.

Pierw­szy z tych poglą­dów wią­że się z rze­ko­mą opo­zy­cją auto­ry­tet – racjo­nal­ność. By go scha­rak­te­ry­zo­wać, powróć­my do zasy­gna­li­zo­wa­nej wyżej posta­wy kon­se­kwent­ne­go prze­ciw­ni­ka auto­ry­te­tów. Współ­cze­śnie auto­ry­te­ty budzą pewien scep­ty­cyzm, a nie­kie­dy tak­że chęć uwol­nie­nia się od nich. Sprze­ciw wobec auto­ry­te­tów to w dużej mie­rze oba­wa (nie­kie­dy nie­ste­ty uza­sad­nio­na), że ktoś może narzu­cić nam fał­szy­wy obraz rze­czy­wi­sto­ści lub pod­po­wie­dzieć nie­wła­ści­wy spo­sób dzia­ła­nia. Tym, co budzi jed­nak wąt­pli­wość, jest racjo­nal­ność nega­cji wszel­kich auto­ry­te­tów. Zapew­ne jest ona nie­upraw­nio­nym wnio­skiem z prze­słan­ki, że nie­któ­re auto­ry­te­ty nie zasłu­gu­ją na posłuch. Sta­no­wi­sko Bocheń­skie­go w tej spra­wie jest następujące:

Pierw­szym zabo­bo­nem odno­szą­cym się do auto­ry­te­tu jest mnie­ma­nie, że auto­ry­tet sprze­ci­wia się rozu­mo­wi. W rze­czy­wi­sto­ści posłuch auto­ry­te­to­wi jest czę­sto posta­wą nader roz­sąd­ną, zgod­ną z rozu­mem. […] Co wię­cej, auto­ry­te­tu uży­wa­my nawet w nauce. Aby się o tym prze­ko­nać, wystar­czy zwró­cić uwa­gę na obszer­ne biblio­te­ki sto­ją­ce w każ­dym insty­tu­cie naukowym.

Aby móc zostać racjo­nal­nie uzna­nym za auto­ry­tet, trze­ba speł­nić pew­ne kry­te­ria, co widać aż nazbyt wyraź­nie w epo­ce fake new­sów i post­praw­dy. Takim pod­sta­wo­wym kry­te­rium jest przy­na­leż­ność do insty­tu­cji gwa­ran­tu­ją­cej wyso­kie stan­dar­dy mery­to­rycz­ne i etycz­ne osób wypo­wia­da­ją­cych się w ich imie­niu. Wypo­wia­da­ją­cy się ex cathe­dra pro­fe­sor reno­mo­wa­nej uczel­ni ma więk­szy tytuł do posłu­chu niż uczo­ny ama­tor. Zaufa­nie do insty­tu­cji uni­wer­sy­te­tu nie­ja­ko prze­cho­dzi tutaj na jej wybit­ne­go przed­sta­wi­cie­la. Podob­nie jest z przed­sta­wi­cie­la­mi kościo­łów czy par­tii poli­tycz­nych. Trze­ba jed­nak pamię­tać, że to, co ofe­ru­ją auto­ry­te­ty, to raczej nie pew­ność, ale zwięk­sze­nie praw­do­po­do­bień­stwa tego, że dane prze­ko­na­nie jest praw­dzi­we bądź dana dyrek­ty­wa skuteczna.

Pozo­sta­łe dwa zabo­bo­ny zwią­za­ne są z wykro­cze­niem poza gra­ni­cę dzie­dzi­ny auto­ry­te­tu, czy­li trze­cie­go czło­nu – obok pod­mio­tu i przed­mio­tu – Bocheń­skie­go defi­ni­cji auto­ry­te­tu. Warun­kiem koniecz­nym uzna­nia wypo­wie­dzi dane­go auto­ry­te­tu jest to, że nale­ży ona do dzie­dzi­ny jego kom­pe­ten­cji. Co jed­nak, jeśli auto­ry­tet w dzie­dzi­nie X wypo­wia­da się na temat z dzie­dzi­ny Y? Dru­gi zabo­bon to prze­ko­na­nie, że

ist­nie­ją auto­ry­te­ty, że tak powiem, powszech­ne, to jest ludzie, któ­rzy są auto­ry­te­ta­mi we wszyst­kich dziedzinach.

Ist­nie­nie takie­go wszech­au­to­ry­te­tu jest oczy­wi­ście nie­moż­li­we – wie­dza, przy­naj­mniej od cza­sów nowo­żyt­nych, jest tak wyspe­cja­li­zo­wa­na, że żaden ludz­ki pod­miot, nawet zbio­ro­wy, nie jest w sta­nie wie­dzieć wszyst­kie­go. Jak słusz­nie zauwa­ża Bocheń­ski, gdy

gro­no pro­fe­so­rów uni­wer­sy­tec­kich pod­pi­su­je zbio­ro­wo mani­fest poli­tycz­ny, zakła­da się, że czy­tel­ni­cy będą ich uwa­ża­li za auto­ry­te­ty w dzie­dzi­nie poli­ty­ki, któ­ry­mi oni oczy­wi­ście nie są, a więc coś w rodza­ju uzna­nia auto­ry­te­tu powszech­ne­go uczo­nych. Bo ci pro­fe­so­ro­wie są zapew­ne auto­ry­te­ta­mi w dzie­dzi­nie rewo­lu­cji fran­cu­skiej, cera­mi­ki chiń­skiej albo rachun­ku praw­do­po­do­bień­stwa, ale nie w dzie­dzi­nie poli­ty­ki, i nad­uży­wa­ją przez takie oświad­cze­nie swo­je­go autorytetu.

Dodaj­my, że tego rodza­ju zja­wi­ska wią­żą się czę­sto z nie­for­mal­ną hie­rar­chią dys­cy­plin aka­de­mic­kich – o ile współ­cze­śnie huma­ni­ści raczej nie wkra­cza­ją na tery­to­rium przy­rod­ni­ków, to moż­na się zasta­na­wiać nad wystę­po­wa­niem odwrot­nych tendencji.

Ostat­ni zabo­bon wią­że się z pew­nym istot­nym roz­róż­nie­niem doty­czą­cym dzie­dzi­ny auto­ry­te­tu. Otóż dzie­dzi­ną tą może być albo zbiór zdań, albo zbiór dyrek­tyw (prze­pi­sów czy przy­ka­zań). W tym pierw­szym wypad­ku mamy do czy­nie­nia z auto­ry­te­tem epi­ste­micz­nym (rze­czo­znaw­cy), w dru­gim – auto­ry­te­tem deon­tycz­nym. Tym ostat­nim jest „dla mnie ktoś dokład­nie wte­dy, kie­dy jestem prze­ko­na­ny, że nie mogę osią­gnąć celu, do któ­re­go dążę, ina­czej, niż wyko­nu­jąc jego roz­ka­zy” – pisze Bocheń­ski, dodaj­my na mar­gi­ne­sie – nie tyl­ko czło­wiek uni­wer­sy­te­tu, ale też żoł­nierz, zakon­nik i pilot samo­lo­tu. Trze­ci zabo­bon to

pomie­sza­nie auto­ry­te­tu deon­tycz­ne­go (sze­fa) z auto­ry­te­tem epi­ste­micz­nym (znaw­cy). Wie­lu ludzi mnie­ma, że kto ma wła­dzę, a więc jest auto­ry­te­tem deon­tycz­nym, jest tym samym auto­ry­te­tem epi­ste­micz­nym i może pouczać podwładnych.

Jest to jed­nak nad­uży­cie, ponie­waż dzie­dzi­ną auto­ry­te­tu deon­tycz­ne­go są dyrek­ty­wy, a nie zda­nia. Tak więc i w tej spra­wie zro­zu­mie­nie mecha­ni­zmu funk­cjo­no­wa­nia auto­ry­te­tu może mieć istot­ny wymiar prak­tycz­ny, wska­zu­jąc racjo­nal­ny sto­su­nek do auto­ry­te­tu przełożonego.


Cyta­ty pocho­dzą z ksią­żek Bocheń­skie­go Pod­ręcz­nik mądro­ści tego świa­ta (przy­ka­za­nie 10.1.1) oraz Sto zabo­bo­nów (wszyst­kie pozostałe).


Filip Kobie­la – dok­tor filo­zo­fii, adiunkt w Zakła­dzie Filo­zo­fii AWF w Kra­ko­wie, napi­sał mono­gra­fię o filo­zo­fii cza­su Roma­na Ingar­de­na, jest auto­rem pol­skie­go prze­kła­du książ­ki Ber­nar­da Suit­sa Konik Polny. Gry, życie i uto­pia.

Tekst jest dostęp­ny na licen­cji: Uzna­nie autor­stwa-Na tych samych warun­kach 3.0 Pol­ska.
W peł­nej wer­sji gra­ficz­nej jest dostęp­ny w pli­ku PDF.

< Powrót do spi­su tre­ści numeru.

Ilu­stra­cja: Mał­go­rza­ta Oleszkiewicz

Najnowszy numer można nabyć od 1 marca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2021 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy