Źródło: G.E.M. Anscombe, Mr Truman’s Degree, pamflet opublikowany w Oksfordzie w 1957 roku. Przedruk w: taż, The Collected Papers, t. 3 „Ethics, Religion, and Politics”, Oxford: Blackwell 1981, s. 62–71.
Pobierz tekst w PDF:
I
W 1939 roku, w chwili wybuchu wojny, Prezydent Stanów Zjednoczonych zaapelował do walczących stron o gwarancję, że ludność cywilna nie stanie się obiektem ataku. W 1945 roku, choć wiedział, że japoński wróg dwukrotnie usiłował podjąć negocjacje pokojowe, Prezydent Stanów Zjednoczonych wydał rozkaz zrzucenia bomby atomowej na japońskie miasto; trzy dni później druga bomba innego typu spadła na kolejne miasto. Przed zrzuceniem drugiej bomby nie przedstawiono Japonii żadnego ultimatum. Zestawienie tych dwóch faktów jest na tyle uderzające, że skłania do przemyśleń. Niewątpliwie nastąpiła tu istotna zmiana i dobrze byłoby zrozumieć, jak do niej doszło. Nietrudno, jak sądzę, przedstawić bieg zdarzeń w zrozumiały sposób.
(1) Rząd brytyjski przekazał prezydentowi Rooseveltowi odpowiednie gwarancje z zastrzeżeniem o następującej treści: „Jeśli Niemcy tak postąpią, zrobimy podobnie”. Nikt nie zobowiązuje się przestrzegać zasad Markiza Queensbury w sytuacji, gdy łamie je przeciwnik.
(2) Jedynym warunkiem zakończenia wojny, jaki podano do wiadomości publicznej, była bezwarunkowa kapitulacja Niemiec. Poza „wyzwoleniem zniewolonych narodów”, cele, jakie sobie stawiano, były niejasne. Żądanie bezwarunkowej kapitulacji szło w parze z mocnym postanowieniem niezawierania pokoju z rządem Hitlera. Biorąc pod uwagę charakter reżimu hitlerowskiego, postawa ta była w pełni zrozumiała. Mimo to można się obecnie spotkać z głosami wyrażającymi pewne wątpliwości w tej kwestii. Wedle nich, sama klęska wystarczyłaby do natychmiastowej utraty zaufania i upadku rządu Hitlera. Nie mam w tej sprawie zdania. Istotne według mnie jest to, czy zamiar niezawierania pokoju z rządem Hitlera z konieczności łączył się z żądaniem bezwarunkowej kapitulacji. Jeśli, co niewykluczone, mogliśmy dokładnie wyznaczyć nasze cele i nakreślić warunki pertraktacji z Niemcami, zaznaczając przy tym, że nie będziemy układać się z rządem Hitlera, wówczas żądanie bezwarunkowej kapitulacji stałoby się mniej istotne. Co innego gdyby taka możliwość nie wchodziła w grę. Domaganie się bezwarunkowej kapitulacji stanowiło źródło wszelkiego zła. Związek między takim żądaniem a potrzebą użycia najbardziej brutalnych metod walki jest oczywisty. Sam pomysł stawiania sobie podczas wojny nieograniczonego celu jest niemądry i barbarzyński.
(3) Niemcy wielokrotnie przeprowadzali na terenie Wielkiej Brytanii masowe bombardowania. Laik nie jest w stanie ocenić, ile z nich wynikało początkowo z braku skrupułów u pilotów, których celem miały być obiekty wojskowe, a ile z celowej polityki ich dowódców. Nie wiem też, jak my postępowaliśmy w owym czasie. Niewątpliwie jednak tylko ktoś wyjątkowo naiwny sądziłby w 1939 roku, że do takich bombardowań nie dojdzie i że nie przekształcą się one w rozmyślne naloty na miasta.
(4) Jeszcze przed wojną, a ze zdwojoną siłą po jej wybuchu, propaganda brytyjska przekonywała, że współczesna wojna znosi wszelkie „rozróżnienia”. Ludność cywilna, wmawiano nam, jest tak samo zaangażowana w walkę jak siły wojskowe. Militarna siła narodu obejmuje jego zasoby ekonomiczne i społeczne. Dlatego nie sposób oddzielić ludzi zaangażowanych w prowadzenie wojny od reszty społeczeństwa. Nie można pozostać bezstronnym, nie można kupić znaczka pocztowego czy innego opodatkowanego towaru, zasadzić ziemniaka czy przyrządzić strawy, nie dokładając się do „wojennego wysiłku”. Zaprawdę wojna jest „upiornym złem”, a gdy wybuchnie, nikt nie może się z niej „wypisać”. Dzieją się wtedy z konieczności rzeczy „moralnie niesłuszne”, ale nie da się stanąć z boku. Zbolałym i podniosłym moralnie tonem głoszono doktrynę „zbiorowej odpowiedzialności”. W efekcie rozróżnienie na dopuszczalne i niedopuszczalne cele ataku straciło sens. Tak wmawiali nam kaznodzieje demokracji. Nie wiem, gdzie w tej historii jest miejsce dla dzieci i ludzi starszych – prawdopodobnie zagrzewali do boju żołnierzy i pracowników przemysłu zbrojeniowego.
(5) Japończycy zaatakowali Pearl Harbour i rozpoczęła się wojna między Ameryką a Japonią. Niektórzy amerykańscy (republikańscy) historycy twierdzą obecnie, że powszechnie uznany fakt, iż amerykański rząd wiedział o planowanym ataku z kilkugodzinnym wyprzedzeniem, ale nie ostrzegł miejscowych dowódców, można wyjaśnić jedynie chęcią podburzenia narodu amerykańskiego. Jak by nie było, emocje zostały rozgrzane i do wojny przystąpiono z tymi samymi niejasnymi i stąd pozbawionymi ograniczeń celami [jak wcześniej do wojny z Niemcami]; raz jeszcze wojna mogła zakończyć się jedynie bezwarunkową kapitulacją.
(6) Wówczas dokonał się radykalny zwrot: alianci przyjęli system „bombardowania obszarów” zamiast „bombardowania celów”. Bombardowanie obszarów różniło się od dużych nalotów na miasta, do których dochodziło już wcześniej, tym że przeprowadzano je na niepomiernie większą skalę, w sposób znacznie bardziej niszczycielski i nieprzypadkowy; obszar miasta systematycznie dzielono na części, które następnie równomiernie bombardowano. „Attyla był mięczakiem”, brzmiał tytuł jednego z artykułów na ten temat w gazecie Chicago Tribune.
(7) W lipcu 1945 roku na konferencji w Poczdamie Stalin poinformował polityków Ameryki i Wielkiej Brytanii, że Japonia dwukrotnie zwracała się do niego z prośbą, by wziął na siebie rolę mediatora w rozmowach o zakończeniu wojny. Odmówił. Alianci zgodnie przyjęli „ogólną zasadę” – wspaniałe określenie! – użycia nowego typu broni, w posiadanie której weszła Ameryka. Japonia dostała swoją szansę – w Deklaracji Poczdamskiej wezwano ją do bezwarunkowej kapitulacji wobec przeważających sił, które niebawem zostaną użyte przeciwko niej. Historyk związany z Survey of International Affairs [Przeglądem Spraw Międzynarodowych] uważa, że termin „bezwarunkowa kapitulacja” stracił znaczenie po wprowadzeniu szeregu warunków; przy czym warunki określające żądania aliantów były w większości tak rozmyte i ogólnikowe, że faktycznie stanowiły raczej opis tego, czym miałaby być bezwarunkowa kapitulacja. Panuje dość zgodna opinia, że Japończycy byli na tyle zdesperowani, iż przyjęliby Deklarację, gdyby nie ich lojalność wobec Cesarza: „warunki” dawały aliantom, możliwość swobodnego pozbycia się go, gdyby tak zdecydowali. Japonia odrzuciła Deklarację. W konsekwencji na Hiroszimę i Nagasaki spadły bomby. Decyzję, by ich użyć, podjął pan Truman.
Rozmyślne zabicie niewinnych ludzi dla osiągnięcia własnych celów jest zawsze morderstwem, czyli jednym z najgorszych ludzkich czynów. Dlatego zakaz rozmyślnego zabijania jeńców wojennych czy ludności cywilnej nie przypomina zasad Markiza Queensberry: pozostaje on w mocy niezależnie od tego, czy jest ogłoszony jako część prawa stanowionego, spisany, przyjęty i przestrzegany przez zainteresowane strony.
Większość ludzi zgodzi się ze mną, że zabicie niewinnych dla osiągnięcia własnych celów jest morderstwem. Pytanie tylko, kim są „niewinni”. Podam niżej moją definicję. Na razie nie jest konieczna, ponieważ w wypadku Hiroszimy i Nagasaki nie ma co do tego cienia wątpliwości. Bombardując te miasta, bezsprzecznie podjęto decyzję, by zabić niewinnych ludzi jako środek do celu. Ogromną ich liczbę, wszystkich na raz, bez ostrzeżenia i bez szansy na ucieczkę czy znalezienie schronienia, na które można było liczyć nawet podczas bombardowań obszarowych miast niemieckich.
Od dawna dziwiła mnie powszechna opinia o odwadze Prezydenta Trumana, który stał za tą decyzją. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że można zachować się tchórzliwie w sytuacji, gdy nie ma powodu obawiać się niebezpieczeństwa. Ale jak być [w takiej sytuacji] odważnym? Olśniło mnie dopiero niedawno: słowa te są wyrazem prawdy. Pan Truman był odważny dlatego, i tylko dlatego, że to, co zrobił, było złe. Sądzę jednak, że werdykt ten jest nietrafny. W odpowiednich okolicznościach (na przykład wówczas, gdy żadna z liczących się osób nie zaprotestuje), nawet ktoś całkiem przeciętny może dopuścić się spektakularnie niegodziwych czynów, nie budząc w nikim uznania.
Postanowiłam sprzeciwić się propozycji nadania tu, w Oxfordzie, tytułu doktora honoris causa panu Trumanowi. Tytuł honorowy nie służy nagrodzeniu zasługi: jest, by tak rzec, nagrodą za bycie niezwykle wybitną osobą, i niemądrze było pytać, czy kandydat zasługuje, by być tak wybitnym, jak jest. Dlatego na ogół pytanie, czy dana osoba powinna otrzymać honorowy doktorat, nie zasługuje na uwagę. Bardzo wybitna osoba raczej nie będzie znanym przestępcą; gdyby natomiast zdarzyło się, że jest przestępcą, którego występki nie są publicznie znane, niestosownie byłoby, moim zdaniem, podnosić tę kwestię. Tylko w rzadkim przypadku, gdy ktoś dopuścił się czynu, który jest powszechnie znany i który sprawia, że nadanie mu honorowego tytułu jest czczym pochlebstwem, kwestia ta nabiera wagi.
Zarzuca mi się posiadanie „wygórowanych standardów”. Twierdzę, bo nie mogę inaczej, że „nie wolno czynić zła w celu osiągnięcia dobra”, a to nieznośnie wygórowany standard. Działanie, o którym mowa, było konieczne, a w każdym razie zostało za takie uznane przez kompetentnych ekspertów wojskowych; prawdopodobnie ocaliło więcej ludzkich istnień niż ich pochłonęło; przyniosło pozytywny skutek: zakończyło wojnę. Zastanów się jednak: gdybyś miała wybrać między ugotowaniem jednego dziecka a dopuszczeniem, by jakieś straszliwe nieszczęście dotknęło tysiąc ludzi – milion, jeśli tysiąc to mało – co byś zrobiła? Czy zrobiwszy dramatyczną minę, powiesz: „Nie wolno czynić zła w celu osiągnięcia dobra”? (Ludzie, którzy rzadko stykają się z takimi argumentami, z trudem uwierzą w ich istnienie i czym prędzej o nich zapomną).
„Niemal na pewno czyn ten ocalił całą rzeszę istnień ludzkich”. Biorąc pod uwagę okoliczności, zgadzam się z tym twierdzeniem. Innymi słowy, gdyby nie zrzucono owych bomb, alianci byliby zmuszeni wkroczyć do Japonii, aby osiągnąć swój cel, i tak też by uczynili. Obie strony poniosłyby ogromne straty w ludziach; Japończycy – tak mówiono i tak mogłoby się stać – zmasakrowaliby jeńców wojennych, a rzesze cywilów zginęłyby wskutek „zwyczajnych” nalotów.
Nie zaprzeczam. Biorąc pod uwagę okoliczności, prawdopodobnie ów czyn wszystkiemu temu zapobiegł. Jakie to były okoliczności? Cel bez granic, obstawanie przy bezwarunkowej kapitulacji. Zlekceważenie faktu, że Japończycy chcieli przystąpić do rokowań pokojowych. Kształt Poczdamskiej Deklaracji, czyli „szansy”, jaką dostali. Nie będę sugerować, jak to się nieraz czyni, że alianci wprost nie mogli się doczekać użycia nowej broni. Można jednak podejrzewać, że świadomość dysponowania takimi środkami wpłynęła na sposób, w jaki Japonii przedstawiono jej „szansę”.
Możemy teraz przeformułować zasadę czynienia zła w celu osiągnięcia dobra: każdy głupiec może być łotrem, gdy jest mu to na rękę.
Polecam tę historię studentom myśli klasyków, bo rzuca nowe światło na arystotelesowską tezę, że nie można być dobrym ani uczynić nic dobrego, będąc głupcem.
Poinformowałam Starszego Proktora o moim zamiarze sprzeciwienia się doktoratowi pana Trumana. Proktor porozumiał się z Sekretarzem uczelni i polecił mu, by zapoznał mnie z procedurą. Poinformowano Wicekanclerza; delikatnie wybadano mnie, czy działam sama, czy w grupie. Działałam sama; niemniej naprędce zwołano czcigodny Senat, by przegłosować ów honorowy tytuł. Profesorom z St John College powiedziano po prostu: „Kobiety coś knują, musimy je przegłosować na Radzie”. Doszły mnie jednak słuchy, że w Worcester College, All Souls i New College sumienia były mocno poruszone. Znaleziono jednak wymówkę, która je uspokoiła: Byłoby czymś niesłusznym próbować UKARAĆ pana Trumana! Muszę przyznać, że wolę już St John College.
Przed rektorem St Catherine College stanęło wyjątkowo niewdzięczne zadanie wygłoszenia mowy, która miała dowieść, że parę masakr na koncie człowieka to jeszcze nie powód, by nie uhonorować go tytułem doktora honoris causa. Jedna okoliczność istotnie rektorowi sprzyjała: nie musiał przekonywać swojego audytorium, ponieważ od początku było ono święcie przekonane o słuszności tej propozycji. Musiał tylko odegrać przedstawienie.
W Norymberdze nie przyjęto by, jak sądzę, dobrze takiej obrony.
Nie pochwalamy tego działania; sądzimy, że było błędem. (Tak komuniści mówią teraz o co bardziej morderczych poczynaniach Stalina). Dalej: Truman nie skonstruował bomb na własną rękę, nie zdecydował się też zrzucić ich bez uprzednich konsultacji; nie, był jedynie odpowiedzialny za ostateczną decyzję. Dajcież spokój, nie można obciążyć człowieka odpowiedzialnością tylko dlatego, że „jego podpis widnieje pod rozkazem”. A może nawet wcale nie był odpowiedzialny za tę decyzję? Nie ma jasności, czy to właśnie miał na myśli pan Bullock; nie słyszałam jednak, by ktoś inny próbował zadać kłam przechwałkom pana Trumana. I wreszcie, czyn tego typu to przecież tylko odosobniony epizod; incydent, by tak rzec, w karierze. Pan Truman ma też pewne zasługi.
Wiem, że z jednej strony taka mowa nie zasługuje na uważną lekturę; w końcu to tylko okolicznościowe wystąpienie. Musiał coś powiedzieć. Trudno przypuszczać, że na podstawie tego, co ktoś mówi w takich okolicznościach, można odgadnąć jego myśli. Profesor Stebbing obnażająca błędy logiczne w mowach polityków jest po prostu komiczna.
II
Oczywiście, zabijanie niewinnych jako cel sam w sobie także jest morderstwem; być może zmierzamy w tym kierunku, jednak dotychczas w naszej części globu praktykę tę stosowali tylko naziści. Chciałabym, aby moje sformułowanie zostało właściwie odczytane; żadne słowo użyte ma w nim nie jest bez znaczenia. Zabicie niewinnych, nawet jeśli wiesz z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, iż twoje postępowanie do niego doprowadzi, nie musi być morderstwem. Atakując z maksymalną precyzją wiele celów militarnych, takich jak fabryki broni czy stocznie marynarki wojennej, nieuchronnie zabijesz pewną liczbę niewinnych ludzi; nie będzie to jednak morderstwo. Stałoby się nim wszakże, gdyby działania te zaplanowano bez skrupułów i uwzględnienia innych opcji. Jako ilustrację przytaczam treść listu, który niedawno otrzymałam z Holandii:
Czytaliśmy w gazecie o Pani sprzeciwie wobec Trumana. Też go nie lubię, ale czy wie Pani, że podczas wojny Anglicy zbombardowali wały ochronne w naszej prowincji Zeeland, na wyspie, z której nikt nie mógł uciec? Utonęła cała ludność, dzieci, kobiety, farmerzy pracujący w polu, całe bydło, wszystko, setki, setki istnień, a byliśmy przecież waszymi sojusznikami! Nikt o tym nie mówi. Może dobrze byłoby o tym zdarzeniu wiedzieć, zachować je w pamięci.
Celem było zwabić w pułapkę uciekające wojska niemieckie. Myślę, że mój korespondent poruszył ważny temat.
W pewnych sytuacjach zaatakowanie wyłącznie obiektu (czy ludzi), który chcesz zniszczyć, może się okazać niemożliwe; jedynym wyjściem jest skierowanie ataku na miejsce, w którym znajduje się wielu niewinnych ludzi. W takim wypadku nie można powiedzieć, że byli oni przypadkowymi ofiarami. Twoje działanie jest morderstwem.
„Gdzie jednak postawisz granicę? Nie sposób precyzyjnie jej wyznaczyć”. To częsty i absurdalny argument przeciwko stawianiu jakiejkolwiek granicy; zadanie to może być nader trudne i zapewne istnieją przypadki trudne do zaklasyfikowania. My jednak przestaliśmy już w ogóle wyznaczać granice, a usprawiedliwienia, które przytaczamy na swoją obronę, niewypaczony umysł uzna za kiepski żart. Niezależnie od tego, gdzie leży granica, pewne rzeczy bez wątpienia wykraczają poza nią.
Kim są „niewinni” w czasie wojny? To ci, którzy nie walczą i nie są zaangażowani w dostarczanie środków niezbędnych do walki. Farmer uprawiający pszenicę, którą mogą pożywić się oddziały, nie „dostarcza środków niezbędnych do walki”. Również w tym punkcie wyznaczenie granicy może sprawić trudność. Nie znaczy to jednak, że nie należy jej wyznaczać, ani że, mimo wątpliwości w niektórych przypadkach, nie można mieć całkowitej pewności, że to czy tamto daleko wykracza poza granicę.
„Ale walczący to prawdopodobnie poborowi! W takim razie są tak samo niewinni, jak cała reszta”. „Niewinny” nie wiąże się tu bynajmniej z osobistą odpowiedzialnością. Oznacza raczej kogoś, kto „nie wyrządza krzywdy”. Ponieważ walczący „wyrządzają krzywdę”, można ich atakować; jeśli natomiast złożą broń, stają się − w sensie, o który tu chodzi − niewinni, i wówczas nie wolno źle ich traktować ani zabijać. Nie ma też podstaw, by stawiać im zarzuty kryminalne i to nie dlatego, że człowiek nie ponosi osobistej odpowiedzialności za udział w walce, ale dlatego, że nie są obywatelami państwa, które wzięło ich w niewolę.
Z doświadczenia wiem, że w tym miejscu należy uprzedzić pewien argument, choć jest on, jak sądzę, wyraźnie podchwytliwy. Z mojej teorii miałoby wynikać, że żołnierza wolno zabić wyłącznie w momencie, gdy atakuje. Wobec tego nie można byłoby zaatakować, na przykład, żołnierzy śpiących w obozie. W odpowiedzi należy zauważyć, że zwrot „co ktoś robi” może odnosić się albo do tego, co robi w danej chwili, albo do jego roli w danej sytuacji. Śpiący żołnierz pod bronią „wyrządza krzywdę” w tym drugim sensie. Zarazem prawdą jest, że nieprzyjaciela nie należy atakować bardziej zaciekle, niż to konieczne, aby go usunąć hors de combat.
Powyższe zasady są jasne i zrozumiałe; kiedyś powiedziałoby się, że należą do prawa narodów. Każdy widzi, że są dobre; składamy im hołd, odczuwając moralne oburzenie, gdy łamią je nasi wrogowie. W rzeczywistości odchodzą one jednak w zapomnienie i dziś niewiele z nich pozostało. Generał Eisenhower miał się ponoć wyrazić z pogardą o rycerskim traktowaniu jeńców – jak gdyby opierało się ono na szacunku dla ich cnót albo dla ich narodu, a nie na fakcie, że są aktualnie bezbronni.
Znamienne dla naszych czasów jest to, że mówimy o potworności zabijania, a nie mordowania. W konsekwencji, jako że przystałeś na zabijanie w czasie wojny – na przykład twierdząc, że „akceptujesz zło” itp. – przestajesz się przejmować, kogo zabijasz. Wygląda to na diabelską sztuczkę, ale podejrzewam, że jest to również po części skutek pacyfizmu – doktryny, którą wielu ludzi szanuje, choć nie byliby skłonni jej przyjąć. Uniknęlibyśmy tego skutku, gdyby zrozumieli, dlaczego pacyfizm jest doktryną fałszywą.
Wobec tego uważam za sprawę dużej wagi wykazanie, że rozmyślne zabicie jednej osoby przez drugą nie jest koniecznie czymś niesłusznym. Może się wydawać, że tylko marnuję czas, skoro większość ludzi i tak odrzuca pacyfizm. Warto jednak przedstawić tę argumentację, bo dzięki temu stanie się jasne, że dopuszczalne zabójstwo podlega dość ścisłym ograniczeniom. Oczywiście ludzie tak właśnie to widzą, gdy mowa o tym, co dzieje się wewnątrz państwa, sądzą jednak, że na wojnie wszelkie ograniczenia zamiast jasno określać różnicę między byciem i nie byciem winnym morderstwa, przypominają zasady Markiza Queensberry.
Nie będę tu omawiać kwestii obrony koniecznej podjętej przez osobę prywatną. Jeśli ktoś w samoobronie lub w obronie innej osoby zabija napastnika, takie zabójstwo winno być przypadkowe. Dążenie do niego, nawet w samoobronie, byłoby działaniem morderczym. (Obawiam się, że nawet ta myśl odchodzi w niepamięć. Uniewinniono ostatnio człowieka, który pod swoją nieobecność skutecznie zastawił śmiertelną pułapkę na złodzieja).
Państwo ma władzę zlecić rozmyślne zabójstwo w celu ochrony swoich obywateli albo naprawienia straszliwych niesprawiedliwości. (Na przykład los Żydów pod rządami Hitlera byłby zrozumiałą racją wszczęcia wojny). Powód jest dość prosty i stanie się oczywisty, gdy weźmiemy najpierw pod uwagę prawo nakazania zabójstwa, jakie przysługuje państwu na jego obszarze. Nie mam tu na myśli kary śmierci, ale zamieszki lub sytuację, gdy trzeba ująć niebezpiecznych złoczyńców. Bywa, że tylko użycie siły może powstrzymać uczestników zamieszek albo doprowadzić do schwytania złoczyńców. Prawo, za którym nie stoi siła, jest nieskuteczne, a dola ludzi w sytuacji bezprawia − godna współczucia (choć my, mając zbyt wiele zbyt szybko zmieniających się przepisów, możemy nie zdawać sobie z tego w pełni sprawy). Wszystko to jest dość oczywiste, choć im bardziej pokojowo nastawione jest dane społeczeństwo, tym mniej oczywiste staje się to, że stosowanie siły przez stróży prawa musi obejmować także zabójstwo. Stałoby się to jasne jak słońce, gdyby doszło do zamieszek lub gangsterki, a stróże prawa byliby zmuszeni chwycić za broń.
Zupełnie inaczej jest w wypadku kary śmierci. Państwo nie toczy walki ze skazanym na śmierć przestępcą. Dlatego kara śmierci nie jest konieczna. Toczą się dyskusje, czy jej celem jest odstraszanie, czy zemsta; nie jest nim ani jedno, ani drugie. Nie jest nim odstraszanie, ponieważ brak dowodów na skuteczność kary w tym względzie, a ludzie kierują się w swych opiniach uprzedzeniami. I nie jest nim zemsta, ponieważ nie leży ona w ludzkiej gestii. Łatwo tu o nieporozumienie, ponieważ twierdzi się, zresztą słusznie, że państwo karze przestępcę, a „kara” przywodzi na myśl „zemstę”.
Nic dziwnego, że większość ludzi o humanitarnym nastawieniu nie lubi tej idei i woli takie pojęcia jak „poprawa” i „rehabilitacja”. Jednak działanie państwa prowadzące do pozbawienia człowieka jego praw, a w ostateczności nawet życia, trzeba rozpatrzyć z obu stron. Po pierwsze, z punktu widzenia tego człowieka. Jeśli mógłby on sprawiedliwie powiedzieć: „Dlaczego tak mnie potraktowaliście? Nie zasłużyłem na to”, wówczas państwo działałoby niesprawiedliwie. Winy przestępcy trzeba dowieść, a państwo ma prawo wyrządzić mu krzywdę tylko za karę. Pojęcie kary to nasze jedyne zabezpieczenie przed „załatwieniem nas na dobre”, w tym pozbawieniem praw, przez bezwzględnych ludzi posiadających władzę.
Po drugie, jeśli chodzi o państwo, boska sprawiedliwość retrybutywna nie wchodzi w zakres jego kompetencji, które sprowadzają się do ochrony obywateli i powstrzymywania złoczyńców. Państwo ma prawo odbierać wolność, a nawet życie, jedynie wówczas, gdy złoczyńca jest uciążliwy, jak zakażona kończyna. Dlatego można go całkowicie odciąć, jeśli jego zbrodnia jest na tyle wielka, że nie mógłby słusznie zaprotestować, mówiąc: „Nie zasłużyłem na to”. Gdy jednak twierdzę, że państwo ma prawo go zabić jedynie na tej podstawie, że stanowi on uciążliwość, chodzi mi o to, że jest uciążliwy jako złoczyńca. Życie niewinnych jest najważniejszym przedmiotem troski społeczeństwa, dlatego to, że w jakiś inny sposób mogą być dla państwu uciążliwi (na przykład wymagać czasochłonnej opieki) nie usprawiedliwia decyzji, aby się ich pozbyć. Do tej osobnej kwestii wypadnie może jeszcze wrócić. Ale krew niewinnych woła o pomstę do nieba.
A zatem winny złoczyńca to jedyna bezbronna osoba, którą państwo może skazać na śmierć. Nie musi tego robić; może przyjąć bardziej miłosierne prawa. (Nie jestem zdeklarowaną zwolenniczką kary śmierci). Każda inna bezbronna osoba jest jako taka niewinna w tym sensie, że „nie wyrządza krzywdy”. Stąd państwo może wydać nakaz zabicia obywateli innych niż skazani przestępcy tylko wtedy, gdy wszczęli bunt lub robią coś, co trzeba powstrzymać, a jedynym sposobem jest skierowanie do walki z nimi stróżów prawa. Na tej również podstawie państwo ma prawo nakazać ludziom walkę z zewnętrznym wrogiem, który niesprawiedliwie atakuje ich samych bądź ich własność. Prawo nakazania walki w obronie innych ludzi, po to by naprawić wyrządzone im krzywdy, jeśli nie znajdują się pod opieką państwa, jest oczywiście bardziej dyskusyjne. Jego podstawę stanowi zwykła ludzka życzliwość, która każe nam współczuć bliźniemu, gdy padł ofiarą ataku. W osłabionym sensie można więc powiedzieć, że obiektem ataku jest coś, co należy do nas lub nas dotyczy, ilekroć ktoś pada ofiarą niesprawiedliwego ataku bądź jest źle traktowany.
Pacyfizm jest zatem doktryną fałszywą. Niewątpliwe już z tego powodu jest czymś złym, ponieważ zawsze czymś złym jest mieć błądzące sumienie. Na tej samej zasadzie niedobra jest doktryna, że czymś złym jest zakładanie się: nie ma przeszkód, by zakładać się o coś, co można bez żalu stracić albo wrzucić do morza. Ja jednak chcę twierdzić, że pacyfizm jest doktryną szkodliwą w znacznie mocniejszym sensie. Upowszechnienie się idei, że zakłady są czymś złym nie miałoby szczególnie niekorzystnych następstw; fałszywa doktryna, która jedynie zabrania czegoś, co faktycznie nie jest złe, nie musi zachęcić ludzi do niczego złego. Z pacyfizmem sprawa ma się inaczej. Przyczynia się on do zaniku tej koncepcji morderstwa, która stanowi główny temat mojego pamfletu.
Wielokrotnie słyszałam, jak ludzie mówili mniej więcej tak: „Łatwo powiedzieć «Nie czyń zła, aby osiągnąć dobro». Ale wojna jest złem. Wszyscy o tym wiemy. Oczywiście można być absolutnym pacyfistą. Szanuję taką postawę, ale nie mogę jej zająć, podobnie jak większość ludzi. Pozostaje nam więc zaakceptować zło. Nie znaczy to, że przymykamy na nie oko. A jeśli już raz zgodzisz się na zło, nie ma odwrotu”.
To tak, jak gdybym kogoś oszukiwała, a gdy ktoś trzeci próbował mnie powstrzymać, odparłabym: „Absolutna uczciwość! Szanuję ją. Ale oczywiście absolutna uczciwość oznacza tak naprawdę nieposiadanie żadnej własności…” Złożywszy absolutnej uczciwości daninę kilku westchnień i łez, postępuję dalej tak samo jak przedtem. Właściwa odpowiedź na twierdzenie „wojna jest złem” brzmi tak, że źle jest być na wojnie, na przykład, w tym sensie, że jest to nieszczęście. I bez wątpienia jeśli dwa państwa toczą ze sobą wojnę, to przynajmniej jedno działa niesprawiedliwie. Nie dowodzi to jednak, że czymś niesłusznym jest walczyć, ani że, jeśli już podejmie się walkę, można dopuścić się morderstwa. Naturalnie moja teza, że pacyfizm jest wyjątkowo szkodliwą doktryną zakłada, iż jest on fałszywy. W przeciwnym razie pochwała, jaką wyraża dla tej niedorzecznej „hipokryzji idealnego standardu”, nie przemawiałaby na jego niekorzyść. Ale zakładając, że pacyfizm jest fałszywy, skłaniam się do poglądu, że jest również bardzo zły, w sposób nietypowy dla idei, która wydaje się grzeszyć nadmiarem szlachetności.
Gdy zastanawiam się nad przebiegiem wydarzeń w latach 1939−1945, nie dziwi mnie, że pan Truman zostaje uhonorowany. Gdy jednak biorę pod uwagę wyłącznie jego działania, zdziwienie powraca. Niektórzy ludzie faktycznie pochwalają bombardowania i gromadzenie broni atomowej, ponieważ budzą one tak wielkie przerażenie, iż żaden naród nigdy nie odważy się ponownie rozpętać wojny. „Zawarliśmy pakt ze śmiercią, z piekłem podpisaliśmy ugodę”. Nie wydaje się, aby była to dobra podstawa trwałej nadziei.
Pacyfiści od dawna propagują tezę, że mordercze instynkty będą w ludziach nieuchronnie wzrastać w miarę doskonalenia technik zagłady, a obrońcy morderstwa chętnie się pod nią podpisują. Wyobrażam sobie zatem, że obecnie myśli tak niemal cały świat. Oczywiście nie jest to prawda. Na przykład w czasach Napoleona środki zniszczenia były znacznie doskonalsze niż w czasach Henryka V; ale to Henryk V, a nie Napoleon, dokonał większych rzezi ludności cywilnej, a dopuszczając się szczególnie okrutnych czynów mawiał, że Francuzi to grzeszny naród, który Bóg nakazał mu ukarać. Nie ulega wątpliwości, że masakry na największą jak dotąd skalę dokonano w czasach, gdy posługiwano się najbardziej pospolitymi metodami zabijania. Obecnie wytwarza się broń, której jedynym celem jest masakrowanie miast.
Jednak odpowiedzialni za to ludzie nie dlatego są morderczy, że mają tę broń; odwrotnie, mają ją, ponieważ są morderczy. Pozbawieni bomb atomowych, dokonywaliby masakr za pomocą innych bomb. Protesty ludzi, którzy nie sprawują władzy, to strata czasu. Nie korzystam tu z okazji, by wykonać „gest protestu” przeciwko bombom atomowym; stanowczo sprzeciwiam się natomiast nadaniu przez nas honorowego tytułu panu Trumanowi, ponieważ chwaląc złe działanie czy broniąc go stajemy się współwinnymi tego działania. Zdumiona postawą Wicekanclerza i Rady Hebdomadalnej, szukam jakiegokolwiek wyjaśnienia, dlaczego aż tylu akademików z Oksfordu jest gotowych schlebiać takiemu człowiekowi.
Staje się to dla mnie odrobinę jaśniejsze, gdy myślę o wytworach oksfordzkiej filozofii moralności od czasu pierwszej wojny światowej, które miałam ostatnio sposobność czytać. Naturę tej filozofii można łatwo streścić. Do czasu drugiej wojny światowej dominująca w Oksfordzie filozofia moralności nauczała, że działanie może być „moralnie dobre” bez względu na to, jak duży sprzeciw budziłoby to, co się robi. Przykładem mogą być wysiłki Himmlera zmierzające do eksterminacji Żydów: zrobił to kierując się „obowiązkiem”, który ma „najwyższą wartość”. Wedle tej samej filozofii – która pozuje na moralnie poważną, gdy twierdzi, że „słuszność” jest obiektywną cechą czynów, wykrywalną za pomocą zmysłu moralnego – dla dobra ludzi słuszne może być zabicie niewinnego, ponieważ „prima facie obowiązek” osiągnięcia pewnej korzyści może przeważyć nad „prima facie obowiązkiem” niezabijania niewinnego.
Tego rodzaju filozofia cieszy się obecnie mniejszą popularnością. Jej miejsce zajęła inna, której główną zasadą jest to, że termin „dobry” nie jest „opisowy”, lecz wyraża przychylne nastawienie osoby mówiącej. W związku z tym – choć nie wiem, czy zachodzi tu jakiś związek logiczny – głosi się, że nie są możliwe jakiekolwiek ogólne prawa moralne; takie prawa jak „Nie należy kłamać” lub „Nigdy nie popełniaj sodomii” to tylko robocze reguły a doświadczona osoba będzie wiedziała, kiedy należy je złamać. Co więcej, zarówno wybór przez nią tych, a nie innych reguł postępowania, jak i ich dyskretne dostosowanie do konkretnych przypadków, zależą od ich dopasowania do jej „stylu życia”. Oba te rodzaje filozofii odrzucają więc ideę, że jakaś klasa działań, takich jak morderstwo, może być absolutnie zakazana. Nie wiem, jak rozległy mógł czy może być ich wpływ; być może są tylko symptomatyczne. Niezależnie od tego, czy znalazły oddźwięk, czy też mają tylko charakter objawowy, pozwalają lepiej zrozumieć naszą sytuację.
Jeszcze nie jest za późno, by choć w pewnej mierze odciąć się od tego haniebnego wydarzenia – można nie pójść na ceremonię Encaenii; jeśli byłoby to niezręczne dla kogoś, kto normalnie wziąłby w niej udział z innych względów, można zasłonić się złym stanem zdrowia. Gdy chodzi o mnie, to doprawdy bałabym się tam pójść, bo cierpliwość Boga może się nagle skończyć.
Przełożyli Marcin Iwanicki i Joanna Klara Teske
Warto doczytać
- Anscombe, G.E.M., W poszukiwaniu definicji morderstwa: bezprawie i niezgodność z prawem, przeł. T. Hołówka, „Etyka” 19 (1981) s. 77–82.
- Anscombe G.E.M., Nowożytna filozofia moralności, przeł. M. Roszyk, „Ethos” 4 (2010), s. 39–60.
- Anscombe G.E.M., Wojna i morderstwo, przeł. J. Głowala, „Roczniki Filozoficzne” 3 (2014), s. 113–127.
- Anscombe G.E.M., Intencja, przeł. M. Zaremba, PWN 2024.
- Hersey J., Hiroszima, przeł. J. Łoziński, Znak Literanova 2025.
- Rawls J., Prawo ludów, rozdz. 13–14, przeł. M. Kozłowski, Fundacja Aletheia 2001.
- Walzer M., Wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe, przeł. M. Szczubiałka, PWN 2010.
- Dreyfus H. i Salazar Prince C., „Cienka czerwona linia”: śmierć bez utraty życia, utrata życia bez śmierci, „Filozofuj!” 17 maja 2017.
Warto obejrzeć
- Białe światło, czarny deszcz: Zagłada Hiroszimy (2007), reż. Steven Okazaki
- Boso przez Hiroszimę (1983), reż. Mori Masaki
- Hiroszima, moja miłość (1959), reż. Alain Resnais
- Oppenheimer (2023), reż. C. Nolan
- Grobowiec świetlików (1988), reż. Isao Takahata
G.E.M. Anscombe (1919–2001) – studiowała literaturę klasyczną i filozofię w Oksfordzie, wykładała w Oksfordzie i Cambridge. Jedna z najwybitniejszych filozofek w historii, autorka książki Intencja (1957, wyd. pol. 2024), Wprowadzenie do Traktatu Wittgensteina (1959) oraz siedmiu tomów pism zebranych. Była uczennicą, a później przyjaciółką Ludwiga Wittgensteina, którego Dociekania filozoficzne przełożyła na angielski. Wspólnie z mężem, filozofem Peterem T. Geachem napisała wprowadzenie do myśli Arystotelesa, Tomasza z Akwinu i Gottloba Fregego pt. Trzech filozofów (1961, wyd. pol. 1981).
Grafika: od tłumaczy
< Powrót do: Fragment z klasyka
Prowadzenie portalu filozofuj.eu – finansowanie
Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.















Skomentuj