Etyka Refleksje

Jan Kłos: Etyk jako demiurg oraz wyizolowany mózg [refleksja]

Czy etycy staną się współczesnymi demiurgami? Czy współczesna nauka traktuje mózg jako wyizolowany od reszty ciała i otoczenia organ? Refleksja po obradach 60. Tygodnia Filozoficznego.

Zapisz się do naszego newslettera

Chciał­bym się naj­pierw wytłu­ma­czyć z powyż­sze­go tytu­łu. Moim zamia­rem – jeśli ktoś nie wie­rzy, to trud­no – nie było stwo­rze­nie chwy­tli­we­go ryn­ko­wo zesta­wu słów, żeby czy­tel­ni­ka od razu prze­szedł dresz­czyk. Chcia­łem raczej w for­mie skró­to­wej ująć to, o czym będzie rzecz. Inspi­ra­cja do jej napi­sa­nia nato­miast ma swo­je źró­dło w nie­zmien­nie twór­czym Tygo­dniu Filo­zo­ficz­nym (kwie­cień, 2018). Tym razem obję­li­śmy reflek­sją język w jego trzech odsło­nach: filo­zo­ficz­nym, potocz­nym, nauko­wym. Przejdź­my zatem do meri­tum. Kim­że jest ów etyk jako demiurg?

Otóż z wykła­du prof. Krzysz­to­fa Meis­sne­ra, zna­ne­go fizy­ka teo­re­ty­ka, dowie­dzia­łem się, że przy­szłość nale­ży do pojaz­dów auto­no­micz­nych. Ponie­waż pojaz­dy auto­no­micz­ne będą tak­że uczest­ni­czy­ły w tzw. zda­rze­niach dro­go­wych, kie­dy to trze­ba decy­do­wać, czy rato­wać aku­rat prze­cho­dzą­cą kobie­tę (może nawet mat­kę z dziec­kiem), czy też waż­ne­go dyplo­ma­tę, któ­ry sie­dzi na tyl­nym sie­dze­niu samo­cho­du, będzie zapo­trze­bo­wa­nie na pra­cę dla ety­ków. Może to być kobie­ta, któ­ra nagle wtar­gnę­ła na jezd­nię albo w jakiś inny spo­sób nara­zi­ła sie­bie i będą­ce pod jej opie­ką dziec­ko. No więc dobrze, kobie­ta jest win­na zaist­nia­łe­go zda­rze­nia. Ale co z tego wyni­ka? Co z tego wyni­ka dla czło­wie­ka para­ją­ce­go się kwe­stia­mi etycz­ny­mi? Pre­le­gent zauwa­żył bowiem, że wła­śnie w związ­ku z pojaz­da­mi auto­no­micz­ny­mi i podob­ny­mi dyle­ma­ta­mi będzie duże zapo­trze­bo­wa­nie na ety­ków. Ja jed­nak dalej nie rozu­miem.

W fil­mie Ja, robot jest pew­na zna­mien­na sce­na. Dobrze obra­zu­je ona to, co mam tutaj na myśli. Otóż zda­rzył się wypa­dek. Samo­cho­dy detek­ty­wa Spo­one­ra i 11-let­niej dziew­czyn­ki zosta­ją zepchnię­te do rze­ki. Na miej­scu wypad­ku wkrót­ce poja­wia się robot, doko­nu­je obli­czeń szan­sy prze­ży­cia i ratu­je Spo­one­ra, choć ten opie­ra się, bo chce rato­wać naj­pierw dziew­czy­nę. Może­my sobie wyobra­zić podob­ny wątek ina­czej. Samo­chód wypa­da z dro­gi i wpa­da do wody. W samo­cho­dzie znaj­du­ją się dwie oso­by: ojciec z cór­ką. Na miej­sce zda­rze­nia przy­by­wa robot. Robot, jak to robot, dzia­ła wedle prze­pi­sa­ne­go algo­ryt­mu. Obli­cza zatem bły­ska­wicz­nie (osta­tecz­nie moc obli­cze­nio­wą ma ogrom­ną), kto ma więk­szą szan­sę na prze­ży­cie. I z rachun­ku wycho­dzi mu, że ojciec. Ratu­je zatem ojca. Ten z kolei, ponie­waż nie jest robo­tem, tyl­ko czło­wie­kiem, a nad­to ojcem, zapie­ra się tą reszt­ką sił, któ­ra mu jesz­cze zosta­ła, bo chce, by w pierw­szej kolej­no­ści zosta­ło ura­to­wa­ne jego dziec­ko. I jak etyk mógł­by pomóc w skon­stru­owa­niu uni­wer­sal­ne­go roz­wią­za­nia? Jak moż­na zre­du­ko­wać całe bogac­two i nie­prze­wi­dy­wal­ność rela­cji mię­dzy­ludz­kich do banal­ne­go prze­cież osta­tecz­nie dzia­ła­nia kom­pu­te­ra: impuls – 1, brak impul­su – 0?

Jeśli bowiem zgo­dzi­my się, że robot jest robo­tem i dzia­ła zgod­nie z instruk­cją pro­gra­mu, to do jego obsłu­gi potrzeb­ny jest dobry infor­ma­tyk, a nie etyk. Chy­ba że etyk będzie dzia­łał podob­nie jak infor­ma­tyk. Jak­że ina­czej mógł­by prze­wi­dy­wać wszyst­kie moż­li­we sytu­acje, w któ­rych decy­du­je się spra­wę życia i śmier­ci, i to dodat­ko­wo wbrew sta­ty­sty­ce? Jedy­ne roz­wią­za­nie, jakie mi się tu narzu­ca, w tym nowym śro­do­wi­sku maszy­no­wo-ludz­kim, jest takie, by to osta­tecz­nie czło­wiek mógł decy­do­wać, kto powi­nien prze­żyć. Do tego jed­nak musiał­by być w peł­ni sił w momen­cie sytu­acji gra­nicz­nej, jaką jest nagły wypa­dek, albo przy­naj­mniej na tyle spraw­ny, by pod­jąć decy­zję i prze­rwać rado­sną pro­sto­tę sche­ma­tycz­ne­go wnio­sko­wa­nia (chcia­łem nawet napi­sać „myśle­nia”, ale się zawa­ha­łem) robo­tów. Bo robot nie zro­zu­mie czło­wie­ka. Zresz­tą cze­mu tu się dzi­wić? Jeden czło­wiek rzad­ko rozu­mie dru­gie­go czło­wie­ka – i to nawet w przy­pad­ku łączą­cej ich bli­skiej wię­zi – dla­cze­go więc robot miał­by mieć uła­twio­ne zada­nie? Mat­ka posta­na­wia rodzić dziec­ko wbrew zale­ce­niom leka­rzy, bo jest dru­zgo­cą­ca dia­gno­za: rak, bo cią­ża jest zagro­żo­na. I mat­ka nie roz­wa­ża ani też nie bawi się w sta­ty­sty­kę. Mogła­by się przy­naj­mniej pokrze­pić choć­by okru­szy­ną nadziei, że na przy­kład leka­rze czę­sto się mylą, że ktoś tam w podob­nej sytu­acji (ach, te pre­ce­den­sy!) też był ostrze­ga­ny, a wyszło wbrew czar­nym prze­wi­dy­wa­niom. Nie sądzę, by taka kal­ku­la­cja mat­ce była potrzeb­na. Jej wystar­czy nie­po­ję­ta siła rela­cji matka–dziecko, któ­rej żad­na apa­ra­tu­ra nie zmie­rzy. Dalej zatem nie rozu­miem, na co przy­dał­by się etyk pojaz­dom auto­no­micz­nym.

Dru­ga część moich reflek­sji wła­ści­wie nie doty­czy tyl­ko mózgu, ale wszel­kich badań psy­cho­lo­gów, któ­rzy w rado­snym unie­sie­niu odkry­wa­ją – jak wie­rzą – coraz głęb­sze pokła­dy ludz­kiej natu­ry. Takie przy­naj­mniej mają prze­ko­na­nie. Przy­ją­łem mózg jako mój punkt odnie­sie­nia. Czy nie jest jed­nak tak, że pod­czas bada­nia zakła­da­my wie­le rze­czy? Pod­sta­wo­wym zaś zało­że­niem jest to, że bie­rze­my mózg w izo­la­cji od całe­go śro­do­wi­ska orga­ni­zmu, wszak­że wszyst­kich czyn­ni­ków (jaw­nych i ukry­tych) łączą­cych go z orga­ni­zmem nie jeste­śmy w sta­nie zmie­rzyć. Pod­łą­cza­jąc mózg zatem do odpo­wied­niej apa­ra­tu­ry badaw­czej trak­tu­je­my go jak wyizo­lo­wa­ny układ. Jest to – by tak rzecz – mózg jako taki, a nie mózg tej kon­kret­nej oso­by, w tym śro­do­wi­sku emo­cjo­nal­nym, z tą a nie inną histo­rią etc. Czy mózg tak wyizo­lo­wa­ny jest tym samym mózgiem Kowal­skie­go? Osta­tecz­nie prze­cież moż­na badać urzą­dze­niem inten­syw­ność rela­cji łączą­cej dwie oso­by. Niech to będzie przy­jaźń albo miłość. Pod­łą­cza­my je do urzą­dzeń mie­rzą­cych rytm ser­ca, puls, ciśnie­nie, tem­pe­ra­tu­rę. I pew­nie wskaź­ni­ki nam się wychy­lą, tak że będzie­my mogli dum­nie pod­su­mo­wać: mie­rzy­my. Ale co mie­rzy­my? Co przy­spie­szo­ny puls lub pod­nie­sio­ne ciśnie­nie mówią o łączą­cej rela­cji? Nic. Nawet nie moż­na się uzy­ska­ny­mi dany­mi zachwy­cić, jak wraż­li­wy czy­tel­nik zachwy­ca się opi­sa­mi podob­nych rela­cji w dia­lo­gu Faj­dros Pla­to­na.

Czy nie mamy tu podob­nej sytu­acji, jak w przy­pad­ku zasa­dy nie­ozna­czo­no­ści Heisen­ber­ga? Powia­da ona, że nie spo­sób zmie­rzyć jed­no­cze­śnie dwóch wiel­ko­ści z dowol­ną dokład­no­ścią, np. poło­że­nia i pędu. Jak się sku­piam na mózgu, zapo­mi­nam o czło­wie­ku. Jak patrzę na czło­wie­ka, nie myślę o jego mózgu. Prze­sta­ję go trak­to­wać inte­gral­nie. A to prze­cież Kowal­ski myśli, a nie tyl­ko mózg Kowal­skie­go. I pew­nie gdy­by się dało wsz­cze­pić mózg Kowal­skie­go jakiejś innej oso­bie, mie­li­by­śmy zupeł­nie inny rodzaj myśle­nia. Przy­po­mi­na mi to sytu­ację, z jaką mamy do czy­nie­nia obec­nie w medy­cy­nie. Jeśli przy­cho­dzi do leka­rza czło­wiek, któ­ry skar­ży się na ból żołąd­ka, to prze­cież lekarz (zazna­czam: mądry lekarz) nie znaj­dzie roz­wią­za­nia, jeśli nie spoj­rzy na żołą­dek tego pacjen­ta w powią­za­niu z inny­mi orga­na­mi. Wszak jest to żołą­dek tego pacjen­ta, a nie inne­go. Nie jest to też żołą­dek jako taki, ale przy­na­le­żą­cy do tej kon­kret­nej oso­by. Obec­ne zja­wi­sko frag­men­ta­cji albo – jak kto woli – ana­li­tycz­ne­go, a nie syn­te­tycz­ne­go patrze­nia na pacjen­ta jest bodaj pierw­szą przy­czy­ną poraż­ki w lecze­niu. Każ­dy zamy­ka się w swo­jej spe­cja­li­za­cji. Nie ma cza­su i pie­nię­dzy na kon­sy­lia.

Sko­ro zatem takie rady­kal­ne podej­ście ana­li­tycz­ne pro­wa­dzi doni­kąd, jak to wybor­nie i z wiel­kim kunsz­tem lite­rac­kim opi­su­je Gom­bro­wicz w słyn­nym star­ciu pro­fe­so­rów syn­te­zy i ana­li­zy z Fer­dy­dur­ke, to zdro­wy dystans w labo­ra­to­riach psy­cho­lo­gicz­nych do osią­gnię­tych wyni­ków badań bar­dzo się przy­da.

Czło­wiek nie zasło­ni się robo­tem, kie­dy sam musi decy­do­wać. Kowal­ski z patrze­nia na swój mózg na ekra­nie rezo­nan­su magne­tycz­ne­go nie zro­zu­mie, dla­cze­go widzi dobro, apro­bu­je je, a podą­ża za złem.


Jan Kłos – pra­cow­nik Katolic­kiego Uni­wer­sy­te­tu Lubel­skie­go Jana Paw­ła II, inte­re­su­je się dok­try­na­mi spo­łecz­no-poli­tycz­ny­mi, środ­ka­mi maso­we­go prze­ka­zu, sys­te­mem poli­tycz­nym Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Lau­re­at Nagro­dy im. Micha­ela Nova­ka za rok 2006.

Fot.: © by foto­mek

Najnowszy numer można nabyć od 30 października w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

1 komentarz

Kliknij, aby skomentować

  • Sło­wo jest zawsze narzę­dziem komu­ni­ka­cji spo­łecz­nej nie­za­leż­nie w jakiej for­mie jest przed­sta­wia­ne. Pro­ble­mem albo to nie jest pro­blem tyl­ko rze­czy­wi­stość jest fakt, ze każ­dy sło­wo rozu­mie po swo­je­mu, nada­jąc mu swo­je zna­cze­nie. Ist­nie­je prze­cież dys­cy­pli­na nauko­wa któ­ra nazy­wa się Seman­ty­ka lin­gwi­stycz­na kto­ra potwier­dza te nauko­we fak­ty.
    U nas każ­dy czło­wiek nauki rozu­mie wszyst­ko po swo­je­mu tak samo jak każ­dy zwy­kły czło­wiek. Pyta­nie moje : co robić aby­śmy się wła­ści­wie zro­zu­mie­li? Wg mojej oce­ny nie­zbęd­ny jest dys­kurs, któ­ry jest spo­so­bem na poko­ny­wa­nie nie tyl­ko róż­nic seman­tycz­nych, żale tak­że poli­tycz­nych oraz róż­nic w budo­wa­niu stra­te­gii roz­wo­jo­wej ale tak­że róż­nic w rozu­mie­niu poję­cia wia­ry.

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy