Wspomnienia

John Grondelski: Pamięci Jerzego Gałkowskiego – ucznia Jana Pawła II, sługi Chrystusa i serdecznie dobrego człowieka

Profesor Gałkowski był badaczem, nauczycielem, opiekunem, mężem i ojcem. Był także moim przyjacielem.

Jerzy Gałkowski, wieloletni profesor etyki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II (KUL) i jeden z ostatnich żyjących doktorantów Karola Wojtyły (Św. Jana Pawła II) zmarł 21 kwietnia w Lublinie po długiej chorobie, cztery dni przed swoimi 85. urodzinami.

Działalność akademicką na KUL Gałkowski rozpoczął w 1956 r. i kontynuował ją przez całe życie. Tam uzyskał stopnie magistra, doktora i doktora habilitowanego; Wojtyła był promotorem jego pracy doktorskiej. W 1967 r. Gałkowski obronił doktorat na temat norm moralnych w ujęciu średniowiecznego filozofa Jana Dunsa Szkota. Tytuł profesora zwyczajnego – najwyższy spośród stopni i tytułów naukowych – uzyskał w 1998 r., kierując Katedrą Etyki Społecznej i Politycznej. Jest autorem prac dotyczących problematyki norm moralnych i filozofii pracy.

Był znakomitym uczonym. Był również moim przyjacielem. Poznaliśmy się w 1989 r., po części w wyniku związków z postacią Jana Pawła II. Uczestniczyłem w programie wakacyjnym Polskiego Instytutu Kultury Chrześcijańskiej Fundacji Jana Pawła II w Rzymie. Jednym z powodów, dla których Rzym przyciągał w tamtych czasach kadrę naukową KUL, była możliwość wypowiadania na głos tego, co uciszała komunistyczna poprawność polityczna w ówczesnej Polsce. Jerzy i jego żona Maria Braun-Gałkowska (także profesor KUL – wykładowczyni psychologii) prowadzili wykłady w ramach tamtej edycji programu. Ich obecność w Rzymie miała podwójne znaczenie: brali udział w programie Fundacji, ale również obchodzili swoją 25. rocznicę ślubu (6. lipca) i chcieli świętować wraz z duchownym, który udzielał im ślubu: z Karolem Wojtyłą.

29. czerwca uczestniczyliśmy w odprawianej przez Papieża Mszy św. w uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła. To wielkie święto Piotrowe było także (do niedawna) dniem, w którym nowo mianowani arcybiskupi z całego świata przybywali do Rzymu, aby otrzymać paliusz [część stroju liturgicznego symbolizującego władzę arcybiskupią – przyp. red.] od papieża. Jako członkowie programu Fundacji po uroczystości udaliśmy się razem na obiad, ponieważ późnym popołudniem czekała nas prywatna audiencja u Papieża. Spotkanie z Papieżem, zwłaszcza po raz pierwszy, to wielki zaszczyt, ale bardzo się denerwowałem, bo zamierzałem wręczyć mu kopię mojej rozprawy doktorskiej. Dotyczyła właśnie Jana Pawła II, a konkretnie jego prac dotyczących etyki seksualnej z okresu przedpapieskiego.

Zebraliśmy się na wewnętrznym dziedzińcu, a Papież miał przechodzić od jednej grupy do drugiej. Naszą grupę prowadził ksiądz Stefan Wylężek, który podszedł do mnie i zapytał po polsku: „Czy znasz profesora Jerzego Gałkowskiego?”. Wtedy mój polski był gorszy niż teraz, więc pomyślałem, że pyta mnie, czy znam Gałkowskiego: nie zrozumiałem, że planuje mnie przedstawić. Więc odpowiedziałem mu, po polsku: „Tak, czytałem jego książkę i myślę, że to solidny gość”. Wtedy postawny mężczyzna stojący obok wyciągnął do mnie rękę i powiedział: „Cieszę się, że tak uważasz!”. Tak zaczęły się 33 lata przyjaźni.

Rok akademicki 1992/93 spędziłem jako stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej na KUL i wówczas poznaliśmy się znacznie lepiej. Jerzy i Maria często gościli mnie w swoim domu, miałem zaszczyt obserwować dorastanie ich dzieci. Janek, którego poznałem jako młodego chłopca, jest teraz polskim dyplomatą.

Profesor Gałkowski wiedział, że jestem zainteresowany pozostaniem na KUL i starał się, aby stało się to możliwe (choć ostatecznie Seton Hall zaprosił mnie z powrotem do New Jersey). Szybko wymyślił plan, aby pomóc wydziałowi KUL lepiej mnie poznać – nie było to łatwe zadanie, jako że miałem doktorat z teologii na jezuickim uniwersytecie w Stanach Zjednoczonych i wielu z potencjalnych kolegów zastanawiało się, przynajmniej po cichu: „Czy cokolwiek dobrego wyszło z amerykańskiej teologii?”. Miałem zamiar wygłosić kilka wykładów tematycznych po polsku… coś, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Profesor Gałkowski poprosił swojego anglojęzycznego studenta – obecnie mojego przyjaciela, profesora Jana Kłosa – o ich przetłumaczenie.

Mój pierwszy wykład prezentował stosunkowo nową wówczas ideę „nagiego placu publicznego” autorstwa księdza Richarda Johna Neuhausa. Głosiła ona, że fałszywe pojęcie demokracji wymaga od wierzących porzucenia zobowiązań religijnych w celu uczestniczenia w życiu publicznym. Kwestia ta kształtowała się w Ameryce w latach 80. i szybko wybiła się na pierwszy plan w wolnej Polsce, gdy próby włączenia wartości chrześcijańskich do życia publicznego atakowane były przez niektóre ugrupowania polityczne jako „tworzenie państwa wyznaniowego”.

Jedną z moich ulubionych metod odpierania zarzutów jest reductio ad absurdum, ujawniająca absurdalne i radykalne skutki, do jakich musi prowadzić wyciąganie logicznych wniosków z danego stanowiska. Niektórzy uważają tę metodę za odpychającą, ponieważ ma polemiczny charakter: pamiętam jednego z moich profesorów z Fordham, węgierskiego jezuitę ojca Andrew Vargę, który przypominał mi, że „więcej pszczół przyciąga się miodem niż octem”. Może się mylę, a może po prostu mam choleryczny temperament, ale nigdy nie widziałem sensu w zjeżdżaniu ze śliskiego zbocza, żeby potem próbować odzyskać grunt pod nogami w połowie drogi. Tak więc krytykując jeden rzekomy argument za „nagim placem publicznym” – dążący do pokazania, że religia w życiu publicznym tworzy podziały i prowadzi do totalitarnych konsekwencji na wzór hiszpańskiej inkwizycji – dopasowałem swoją krytykę do odbiorców z byłego kraju zza żelaznym kurtyny. Napisałem:

Sekularyzacja jest podobno gwarantem pokoju społecznego, a religia – zabójczym niebezpieczeństwem. Cóż, w zabójczym porównaniu z takimi sekularystami jak Lenin, Stalin, Breżniew, Bierut, Gomułka, Gierek, Jaruzelski, Husák, Kadar, Żiwkow, Ceaucescu, Hodża, Mao, Castro, Kim Il-Sung i Ulbricht, Torquemada był zwykłym amatorem. 

Kłos uprzejmie zauważył, że polscy uczeni mogą być zaskoczeni czymś tak dosadnym, ale pomyślałem – jeśli mają mnie przyjąć, niech zobaczą, co ich czeka. Rzeczywiście, pierwszą reakcją były szeroko otwarte oczy. Niedługo potem kiwali głowami.

Profesor Gałkowski i ja dzieliliśmy się wieloma pomysłami. Nie zawsze zgadzaliśmy się w sprawach politycznych. Jak zauważył ks. Andrzej Szostek, były rektor KUL, Gałkowski nie tylko pisał, ale żył wolnością. Mógł prowadzić żywe dyskusje z ludźmi, z którymi dogłębnie się nie zgadzał, ale nigdy nie tracił dla nich szacunku. Nigdy nie używał dyskusji jako środka do wykluczania kogokolwiek. W ten sposób tworzył wzór tego, czym jest prawdziwy dialog dla naszych niespokojnych czasów.

Świetnie się razem bawiliśmy. Ponieważ jego doktoranci pochodzili z całej Polski, seminaria doktoranckie organizował w soboty, aby mogły w nich uczestniczyć osoby pracujące. W marcu 1993 roku zdecydował się na seminarium w swojej chacie w lesie pod Lublinem. Wybieraliśmy się tam razem z paroma innymi studentami (oraz z Gałkowskim i Kłosem), ale mieliśmy tylko jeden samochód: polskiego malucha, bardzo małego, ciasnego fiata. Gałkowski, ja i co najmniej dwóch naszych towarzyszy podróży nie byliśmy chodzącymi reklamami Weight Watchers [„Strażnicy Wagi”, model diety – przyp. red.]. Wszyscy wepchnęliśmy się do tego samochodu. To, że udało mu się przebyć te czterdzieści parę kilometrów, było samo w sobie cudem. Cofając się myślami do czasów wpychania się do budki telefonicznej (jeśli masz mniej niż 30 lat, zapytaj kogoś, co to jest), można sobie wyobrazić naszego malucha.

Profesor Gałkowski był porządnym nauczycielem i uczonym. Jego działalność związana z filozofią pracy nie była jednak tylko akademickim zagłębianiem się we własne myśli: odpowiadał za organizację na Lubelszczyźnie struktur Solidarności, wolnego związku zawodowego, który ostatecznie przyczynił się do obalenia komunizmu. I nie działo się to tylko w wymiarze abstrakcyjnym: to, ilu studentów, którzy mogli związać koniec z końcem dzięki człowiekowi, który utrzymywał własną rodzinę za skromną katolicką pensję, zostało ujawnione na jego sądzie szczegółowym.

Badacz, nauczyciel, opiekun, mąż, ojciec. Stosuję do niego określenie, jakim nazywano bł. Edmunda Bojanowskiego: „serdecznie dobry człowiek”, „z serca dobry człowiek”. Lub, jak opisałem go w Rzymie, „solidny gość”.

Wieczny odpoczynek racz dać słudze Twojemu Jerzemu, Panie, a światłość wieczna niechaj mu świeci. Amen.

Tłumaczenie: Mira Zyśko


John Grondelski – teolog (doktorat na Uniwersytecie Fordham), specjalizuje się w teologii moralnej i myśli Jana Pawła II. Jako stypendysta Kosciuszko Foundation realizował grant na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II w roku akademickim 1992–93.  


Artykuł ukazał się pierwotnie w j. angielskim w The National Catholic Register (USA). Publikacja tłumaczenia za zgodą autora i wydawcy. 

Najnowszy numer można nabyć od 4 maja w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2022 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Skomentuj

Kliknij, aby skomentować

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy