Potęga niesmaku

Justyna Melonowska: Discretio

Rzecz to niebagatelna, stawką jest bowiem nie owo pojedyncze, nieznające zahamowań „ja”, ale wspólnota, w ramach której ono się objawia.

Download (PDF, 1.07MB)


Podróżowałam kiedyś po Afryce Wschodniej. Pewnego dnia – pamiętam dobrze, było to w chacie w Parku Narodowym Nakuru – upewniwszy się, że są kraty, otworzyłam okna, by przewietrzyć. Gdy po kilkunastu minutach wróciłam, dom był pełen małp. Jak trudno je przegonić i jakie czynią straty, trudno opisać. Usunąć je z domu to zadanie niewdzięczne, lecz nie niemożliwe. Dziś chcę pisać o naszym wspólnym domu, w którym hasają małpy. I o kracie w oknie, którą był wcześniej – jeszcze kilka dziesiątek lat wstecz – obyczaj. A właściwie tylko obyczaj dobry.

Obyczaj można bowiem traktować opisowo lub normatywnie. Informuje „oto tak jest między nami przyjęte”, ale też „oto jak sądzimy, że jest między ludźmi dobrze (lub źle)”, „oto jak sądzimy, że między ludźmi być powinno”. Jeśli jednak powinność popada w zapomnienie czy nienawiść, to wraz z nią dobry obyczaj. I jeśli dyskurs powinności wyparty zostaje przez dyskurs praw, to pojawia się i w obyczaju zasada „mam prawo”, której zamiennikiem jest pytanie „kto mi zabroni?”. Otóż zabraniał właśnie obyczaj (co innego zaś dopuszczał), a zatem brak obyczaju to brak zakazującego i zakazu, wszelkiej regulacji, która jest poza mną i moją ochotą na jakieś zachowanie się czy zabranie głosu. Rzecz to niebagatelna, stawką jest bowiem nie owo pojedyncze, nieznające zahamowań „ja”, ale wspólnota, w ramach której ono się objawia. „Obyczaj” to bowiem grecki ethos, co niejako samorzutnie odsyła do społeczności, gdyż mój własny etos jest pochodną i wyrazem etosu rodzinnego, narodowego, religijnego, zawodowego etc. Za każdym razem zatem to jakaś wspólnota wyznaje etos i siebie samą w swym etosie odsłania. (Nie dość dyskutuje się kwestię złego obyczaju i jego formacyjnej, a właściwie deformacyjnej, mocy). Dobry obyczaj jest bowiem tym, co wiąże w sumieniu członków danej społeczności. Jego siła jest ujednolicająca, a osoby kierujące się tym samym obyczajem są do siebie w zachowaniu podobne.

Jakże ta perspektywa ujednoli­cenia i og­ra­niczenia musi się wyda­wać strasz­ną współczesnemu człowiekowi, którego życie upływa pod sztandarem wyzwalania się od tego, co zastane i przyjęte, i który po oceanie życia pływa pod banderą „etosu autentyczności”! Gdy jednak pomyślimy nad tym dwa razy, to zorientujemy się, że brak obyczaju jest prawdziwą niewolą. Wszyscy bowiem miotamy się w owej „autentyczności” drugiego, która dlatego właśnie, że jest autentycznością, może przybierać dowolne niemal kształty i formy, a każdą trzeba znieść. Podobnie zresztą jak ów „drugi” musi znosić nas i naszą autentyczność… Jest to jednak rozumienie autentyczności niewłaściwe, rację zaś miały pokolenia przeszłe rozumiejące, że obyczaj przyjęty i przeżyty jest właśnie siłą najgłębiej formującą, najintymniej własną, że  czyni nas autentycznymi i że pozostaje w związku z pytaniem o prawdę. Prawdę o człowieku. Jako norma obyczaj zachowuje pewne właściwości prawa moralnego. W starożytności zresztą strzegła go sankcja sakralna. Stanowi on o społeczności bardziej niż prawo stanowione, a zatem zniszczenie dobrego obyczaju jest bardziej niebezpieczne niż wprowadzenie złego prawa – to bowiem można łatwo zmienić. Stąd też św. Augustyn pisał, że „obyczaju ludu Bożego i postanowień przodków należy trzymać się jak prawa”. Oczywiście wszystko to nie znaczy, że obyczaj nie może ewoluować, nie oznacza też jednak, że każda ewolucja – nawet ta oddolna i nieuwyraźniona – jest pożądana i winniśmy za nią podążać. Dziś chyba zresztą nie o ewolucji obyczaju winniśmy mówić, ale po prostu o zerwaniu z nim.

*

Dietrich von Hildebrand pisał w książeczce Liturgia a osobowość o zasadzie i duchu discretio (od łac. discernere – odróżniać, decydować, szczegółowo badać, osądzić), którego zamieranie uważał za jeden z najbardziej zastanawiających symptomów dekadencji XIXXX stulecia. Wiązał je z pozbawioną czci postawą aktywizmu, niepojmowaniem zasady wewnętrznego rozwoju bytu, odmową „»spiskowania« z logosem rzeczy” i uznania wewnętrznego dramatyzmu istnienia w czasie, odrzuceniem wszystkiego, co jest „zbędnym dodatkiem” i dążeniem do owocu, finału, spełnienia. Wszystko to prowadzi, jego zdaniem, do ustawicznych „przekłamań” (Kurzschlüssel).

Gdy odniesiemy jego diagnozę do kwestii obyczajów międzyludzkich, to zauważymy, że główną ofiarą jest druga osoba – ta, która stoi naprzeciw mnie i nie jest chroniona dłużej zasadą discretio, do której zachowania zmuszał mnie obyczaj. Ten sam, który też wychował mnie do przyjęcia tej zasady tak, że nie zachodzi sprzeczność między „zachowaniem” a „wychowaniem”. Czy zasada ta czyniła ludzi bytami niemymi? Czy jeden drugiemu nic już nie mógł powiedzieć? Czy przymus zachowania obyczaju tożsamy był z przymusem lubienia kogoś? Oczywiście, że nie! Jednak pod jego królowaniem wszystko to – od okazjonalnej ironii po szczerą antypatię – staje się lub stać może kunsztem i wręcz czynnikiem kulturotwórczym.

Na początku trzeba uznać, że prawo do zabrania głosu jest pochodną dźwiganej odpowiedzialności. Jeśli nie mam odpowiedzialności za innego, nie mam też prawa przemawiać do niego, korygować czy pouczać. Mogę jednak zyskać taki przywilej. Przywilej ma zaś to do siebie, że musi mi zostać wręczony. Przez kogo? Otóż nie przez ziomków i znajomków („dogadaj mu, dogadaj!”, „pokaż mu, pokaż!”), ale przez samą tę osobę. Musi mnie ona zatem po prostu o wyrażenie zdania poprosić. Przy czym moja ocena – znów – winna zachowywać ducha discretio, a zatem być wyrazem błogosławionej i zapomnianej dziś powściągliwości, szacunku dla drugiego i jego życiowych zmagań, więcej jeszcze – czci dla samej jego osoby. Ów „naddatek”, o którym pisze Hildebrand, a więc na przykład zachowanie form grzecznościowych w mowie i piśmie, jest właśnie tym, co dziś postponowane i wyszydzane. Wszystko to jednak nie tyle blokowało niegdyś rozmowę, ile umożliwiało jej rozkwit aż po wyrazy najsubtelniejszej złośliwości, ciętości czy ironii, podobnie jak opieki, troski i dobroczynności, pozbawionych jednak owej małpiej nachalności.

Hildebrand idzie jednak dalej i sugeruje, że załamanie discretio prowadzi do licznych przekłamań. Na czym mogą one polegać? Obserwując i rozważając obyczaje od długiego czasu, twierdzę, że wpierw na splątaniu i nieróżnicowaniu, które są prostym i koniecznym skutkiem załamania się zasady organizującej. Pod jej nieobecność wszystko, czym ona kierowała, rozpierzcha się lub grupuje bez ładu. Tak że dziś nie widzi się różnicy między na przykład nieobyczajnością jedzenia palcami a nachalnością w odniesieniu do drugiego, choć różnica ta zachodzi. Obyczaje przy stole mogą ewoluować, lecz discretio spowija osobę zawsze.

Najpoważniejszym i najbardziej destrukcyjnym przekłamaniem jest jednak to, że ten, kto próbuje upominać się o discretio, kto jasno daje do zrozumienia, że sobie jakiegoś zachowania nie życzy, postrzegany jest natychmiast jako napastnik (nawet gdy o siebie samego się upomina, a zatem gdy się broni!). Sprawia bowiem swemu gwałcicielowi zawód i przykrość, ograniczając jego swobodne, samorzutne, naturalne bycie, jego instynkt zabrania głosu, do kierowania się którym ma on wszak takie samo prawo, jak małpy do wchodzenia przez okna. Żąda się zatem od ofiary, by dostosowała się do obyczaju odrzucenia obyczaju, a jego zachowanie i powoływanie się na niego jest przemocą wobec wyzwolonych i wyzwolicieli.

Wszystko to nasuwa mi jeszcze jedno, niestety drastyczne, wspomnienie związane z Afryką. Otóż pewien misjonarz powiedział mi wówczas, że gdy dochodzi tam do gwałtu na kobiecie, to jedyne pytanie, jakie ludzie sobie zadają, brzmi „przez ilu?”. Doświadczenie uczy bowiem, że gwałt trwa krótko, a zatem napadnięta może się tę chwilę „przemęczyć”… Zda mi się, że dziś nasze życie w dużych i małych wspólnotach jest takim właśnie oczekiwaniem, iż uzna się wszelką niestosowność, napastliwość, publiczną ocenę spraw prywatnych, wszelkie w ogóle skracanie dystansu za gwałt, który należy ścierpieć. Możliwe jednak, że jest o wiele gorzej i nikt tu już ani gwałtu nie rozpoznaje, ani napastnika, ani ofiary… Innymi słowy, gwałt stał się obyczajną regułą międzyludzkiego współżycia, nie wolno się przed nim bronić, gdyż obrona jest nieobyczajnością.

*

Na tym etapie Czytelnik oczekuje zapewne jakiegoś przykładu dla tej kasandrycznej diagnozy. Poprosiłabym go raczej, by mi podał przykład wspólnoty, która dobry obyczaj zachowuje (taki na przykład jak ten, który obowiązywał jeszcze w latach mego nie tak dawnego dzieciństwa czy urszulańskiego wychowania, lub jemu podobny. Nie o wiktoriański czy czechowowski rozmach się tu upominam). Dobrze jednak… Przykład – ot, przykładzik – pierwszy z brzegu, sprzed dni kilku. Jakaś obca kobieta przysłała mi następującą wiadomość: „Witaj Justyno przepraszam. Przyjęłam zasadę Facebookowa ze wszystkimi rozmawiam po imieniu niezależnie od ich statusu społecznego. Zatem jeszcze raz witam. życze wszystkiego dobrego MILEJ niedzieli”. Widzimy tu ową wspomnianą wyżej niechęć do szczegółu i detalu, które wyrazić by się musiały w pomponie interpunkcji i fulardzie ortografii, w językowej kulturze elementarnej – wszak powtarzam – nie o czechowowskiej skali marzę. Jak widzimy, owej pani jednocześnie świta, że jakąś normę przekracza (stąd pisze „przepraszam”), zaraz jednak powołuje się na rzekomą normę medialną (takowa nie istnieje, a gdyby istniała, byłaby niesłuszną, gdyż  właśnie gwałcącą owo discretio drugiej osoby, której imię jest wyrazem wyróżnionym). Co więcej, autorka przywołuje nawet kryterium statusu społecznego, szuka zatem jakiejś zasady. (Wyjaśniła mi też na odchodnym, że wyższe miewała w życiu „statusy”, niż jakaś tam „pani adiunkt”, co z kolei świadczy o chybotliwości i niepojmowaniu, że status rodzi określone powinności, te zaś, raz „wychowane”, obowiązują zawsze). Widzimy, że jest zagubiona i płynie po morzach relacji międzyludzkich jak statek bez mapy i przyrządów zarówno pomiarowych, jak i nawigacyjnych. Cóż innego mogłam jej odpisać, niźli „Wielce Szanow­na Pani, przyjmuję zasadę zwracania się do ludzi z szacunkiem, pozostając na gruncie przyjętych w polskim społeczeństwie zasad dobrego wychowania, niezależnie od statusu społecznego rozmówców. Miłej niedzieli, wzajemnie. Z poważaniem, etc.”? Oczywiście nie muszę wyjaśniać, iż nie był to „początek wspaniałej przyjaźni”, lecz kres znajomości w  ej zarodku. Wina ma na tym polega, iż jeszcze nie przywykłam, że  skoro gwałt trwa krótko (np. przyjąć do grona „znajomych” i czym prędzej dostosować ustawienia widoczności), to można się przemęczyć.

Hobbes pisał, że uprzejmość jest jednym z praw natury. Twierdził, że każdy człowiek powinien się starać, aby się przystosować do reszty. Przestrzeganie tego prawa pozwala być zaliczonym w poczet ludzi uspołecznionych (Rzymianie nazywali ich commodi), których przeciwieństwem jest człowiek uparty, niespołeczny, nieposłuszny i  niesforny. Jak widać, dałam swoją odpowiedzią wyraz zupełnego nieprzystosowania do jakiejś „reszty” – tej, która nie ma miary przystosowania – a będąc nieprzystosowaną, okazałam się nieuprzejmą, nieposłuszną, niespołeczną i upartą. W tym właśnie widzę owe wspomniane „przekłamania”.

Jeszcze nie tak dawno było też nie do pomyślenia, by młody pouczał starszego o jego roli, zupełnym kuriozum byłaby zaś sytuacja czynienia uwag dobrej i doświadczonej matce na temat macierzyństwa przez młodego, bezdzietnego mężczyznę. Mógłby on, rzecz jasna, zabrać głos, a nawet uczynić to napominająco, pod tym wszakże warunkiem, że byłby ginekologiem lub pediatrą, ratownikiem wodnego pogotowia ratunkowego lub kierowcą autobusu, policjantem lub nauczycielem, a zatem kimś pozostającym w relacji roli wobec kobiety (która też jest wówczas „w roli”, roli matki, a zatem cała komunikacja toczyłaby się właśnie na tym poziomie. Podobne pouczenie było też na określonych zasadach możliwe w  rodzinie). Z zaciekawieniem śledziłam zaś ostatnio, jak podobne zachowanie za niestosowne uznały jedynie osoby luźno związane obyczajowością grupy. A więc krytyka możliwa jest tylko z dystansu, „z zewnątrz”, względnie powoduje wypchnięcie kontestatora „na zewnątrz” i ustanowienie dystansu. Oto  właśnie ujednolicająca siła grupowego obyczaju. Nie wolno jej lekceważyć. Nie zmienia ona jednak faktu, że w  tym coraz powszechniejszym wręczaniu sobie samemu przywileju zabrania głosu w dowolnej przestrzeni wspólnej i niezależnie od tego, czy sprawa nas dotyczy, widoczna jest owa narzucająca się postawa, zupełnie sprzeczna z duchem discretio. Na tym jednak polegała wielkość obyczaju i z tego płynęła jego cywilizacyjna i cywilizująca moc, że wymagał on widzenia raczej drugiego niż siebie. W tym widzenia go nieraz wbrew samemu sobie i swym naturalnym „popchnięciom”. Na przykład wszystkie te kwestie, kto komu pierwszy podaje dłoń, wymagały dostrzeżenia, z kim właściwie ma się do czynienia nie tylko co do wieku i płci, czy statusu matrymonialnego i społecznego, ale także tego, czy ów ktoś ma na sobie (lub nie) rękawiczki oraz czy jest się z nim na zewnątrz czy wewnątrz budynku… Zasada – oto cudowna wolność od własnego czy cudzego nastroju, od  porywu chwili, a nawet od osławionej „niezgodności charakterów”! O ile zatem obyczaj jest wielką szkołą elementarną altruizmu, o tyle jego odrzucenie ustanawia akademię egotyzmu. Nikt chyba wagi tej sprawy nie wyraził dobitniej, niż św. Augustyn w De doctri­na christiana:

Celem świętości obyczajów jest miłość Boga i bliźniego.

A zatem niezachowanie dobrego obyczaju względem innego oznacza lekceważenie miłości jako elementarnego spoiwa relacji ludzkich, ale też relacji z Bogiem.

*

Obyczaje jednak psują się łatwo, a ich upadek następuje szybko. Dotyczy to także ludzi wrażliwych, dobrze wychowanych i dobrego serca – przekonywał z kolei autor innej proweniencji duchowej, Niccolò Machiavelli. Wskazywał przy tym mechanizm owej zapaści: człowiek z obyczajnego staje się nieobyczajnym na skutek namiętności, których nie kontroluje, stąd też głównym zadaniem prawodawcy winno być zawsze poskromienie ludzkich ciągot. Jak to jednak osiągnąć, skoro dziś namiętność ta to „ja”, „ja” i jeszcze raz „ja” („ja” nieuznające różnicy wieku, doświadczenia czy zasługi, ale też ślepe na „ty”, na prosty, nagi fakt „drugiego” stojącego naprzeciw „mnie”, któremu należy się nie jakiś mój „galop-ku”, ale właśnie ściągnięcie lejców i niespieszny „stęp”)? Nie mam na to odpowiedzi, gdyż zalecana w takich razach postawa „dostosowania” prowadzi do konformizmu lub unikania, co z kolei ma dwa skutki. Jednym jest – to prawda – bezpieczeństwo w grupie, dla której nie stanowi się wyzwania lub w ogóle nieobecność w niej, samotność. Drugim jest – jeśli się pozostaje – nieautentyczność (vide: typologia postaw autentycznych i nieautentycznych wg Wojtyły).

Pewne jest zatem to tylko – tylko i aż! – że nasza ludzka i nieprzywłaszczalna natura, natura człowieka zmagającego się, bijącego z losem i myślami, często ponoszącego klęski, lecz nieraz też odnoszącego zwycięstwa, otóż ta nasza natura domaga się i żąda, gdyż ma prawo domagać się i żądać, by się z nią obchodzić stosownie do tego, czym ona sama jest. A zatem to ona jest miarą! Dlatego też odtąd każdą szarżę zamierzam powstrzymywać, ale nie tłumacząco-korygującą postawą, która w świecie rozpasanego „ja” odczytywana jest nie jako wyraz uprzejmości i zachęty do umiaru, lecz jako defensywna podnieta do jeszcze odważniejszego kłucia konia ostrogą. Powstrzymuję się tu zresztą przed uczynieniem uwagi łączącej niesforność ze sforowaniem się i sforą – wszystko to są jednak rzeczy zależne. Zwrotem, który oddaje stan moich myśli i przekonań, jest ten, którego pretensjonalność działała na mnie dotąd zupełnie mrożąco: „nie życzę sobie”. Oto bowiem w sylwestrowy wieczór 2021 roku, zastanawiając się nad tym, czy wyjść do znajomych, czy też kolejny wieczór spędzić na statku Unik, doznałam nagłego olśnienia, że wolno mi nie życzyć sobie… Co więcej, że po prostu nie życzę sobie. Nie życzę sobie i już! A jedyne z kolei, czego Państwu i sobie życzę, to byśmy odtąd wszyscy naruszenia discretio i naszej czci nie życzyli sobie. W takich razach bądźmy niesforni!

*

Powyższe spisałam w obronie obyczaju, powściągliwości i discretio poniekąd w trybie samooskarżenia. Otóż jako natura namiętna, porywcza i machabejska nieraz mam z obyczajami „na pieńku”. A jednak żal mi ich, bo owe zanikające i zanikłe obyczaje stanowiły nie tylko nieustanny problem (jako coś napierającego, „do rozsadzenia”), ale i były drabiną, po której mozolnie wspinałam się wzwyż z wychowawcami, w tym wybranymi filozofami. Gdy zatem Ryszard Legutko ogłasza „triumf człowieka pospolitego”, ja mówię raczej „triumf pospolitości w człowieku”, dla siebie nie czyniąc wyjątku. Ciekawa, po prostu bardzo ciekawa jestem owej innej J.M. – jej sposobu toczenia walk i jej spoczynków – w innym świecie, co do obowiązywania discretio właściwie każdym innym…


Justyna Melonowska – doktor filozofii, psycholog. Adiunkt w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. Członkini European Society of Women in Theological Research. Autorka monografii Ordo amoris, amor ordinis. Emancypacja w konserwatyzmie (2018) i Osob(n)a: kobieta a personalizm Karola Wojtyły – Jana Pawła II. Doktryna i rewizja (2016) oraz zbioru rozpraw, esejów i polemik poświęconych problemowi religii i walki, Pisma Machabejskie (drugi zbiór, Pisma Jakubowe, czeka na publikację). Jej zainteresowania badawcze dotyczą filozofii osoby, rozumienia ortodoksji religijnej w katolicyzmie XXXXI wieku, procesów emancypacyjnych, przyszłości i zmierzchu Zachodu. Publikowała w „Więzi”, „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku”, „Kulturze Liberalnej”, „Tygodniku Powszechnym” i in. Od 2017 roku autorka pisma na rzecz ortodoksji „Christianitas”.

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Ilustracja: Thomas Couture, Rzymianie okresu upadku, 1847, Wikimedia Commons, obraz w domenie publicznej

Najnowszy numer można nabyć od 4 maja w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2022 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Skomentuj

Kliknij, aby skomentować