Artykuł

Justyna Miklaszewska: Brak edukacji filozoficznej odbija się na jakości życia politycznego

Wywiad z prof. dr hab. Justyną Miklaszewską, jednym z najbardziej znanych i cenionych polskich filozofów polityki.

Tekst uka­zał się w „Filo­zo­fuj!” 2015 nr 3, s. 21–23. W peł­nej wer­sji gra­ficz­nej jest dostęp­ny w pli­ku PDF.


Co oznacza zwrot „wolność słowa”?

Wol­ność sło­wa w filo­zo­fii libe­ra­li­zmu sta­no­wi, wraz z inny­mi swo­bo­da­mi poli­tycz­ny­mi, jed­no z pod­sta­wo­wych praw jed­nost­ki. W tra­dy­cji tego nur­tu, począw­szy od Joh­na Stu­ar­ta Mil­la, po Joh­na Rawl­sa, pra­wo oby­wa­te­la do swo­bod­ne­go gło­sze­nia swo­ich poglą­dów trak­tu­je się jako oczy­wi­ste; jed­nak pra­wo to jest tak­że pod­sta­wo­wym dobrem, któ­re w rów­nym stop­niu powin­no zostać zagwa­ran­to­wa­ne wszyst­kim oby­wa­te­lom w pań­stwie demo­kra­tycz­nym. W prak­ty­ce zakres i obo­wią­zy­wa­nie tego pra­wa zale­żą od ustro­ju pań­stwa, powszech­nie uwa­ża się, że libe­ral­na demo­kra­cja zapew­nia naj­więk­szy sto­pień wol­no­ści, zaś na prze­ciw­le­głym bie­gu­nie znaj­du­je się pań­stwo totalitarne.

Jakie argumenty wspierają prawo do wolności słowa?

Ist­nie­je wie­le opi­nii uza­sad­nia­ją­cych pra­wo do wol­no­ści sło­wa, jed­nak na uwa­gę zasłu­gu­ją przede wszyst­kim dwa argu­men­ty. Pierw­szy został sfor­mu­ło­wa­ny w XVII stu­le­ciu przez wiel­kie­go zwo­len­ni­ka demo­kra­cji, Baru­cha Spi­no­zę, któ­ry dowo­dził, że wol­ność ta pozwa­la oby­wa­te­lom arty­ku­ło­wać waż­ne, nie­do­strze­ga­ne przez wła­dzę pro­ble­my, co może zapo­biec gwał­tow­nym nie­po­ko­jom spo­łecz­nym. Jego zda­niem, swo­bo­da wyra­ża­nia kry­tycz­nych opi­nii jest korzyst­na, gdyż słu­ży udo­sko­na­le­niu pań­stwa i nie powin­na być ogra­ni­cza­na w żad­nym ustro­ju, nawet despo­tycz­nym, pod warun­kiem, że ma cha­rak­ter kon­struk­tyw­ny i nie ozna­cza wichrzy­ciel­stwa. Dru­gi waż­ny argu­ment, gło­szo­ny współ­cze­śnie, zna­leźć moż­na w kon­cep­cji Rawl­sa, zda­niem któ­re­go przy­zna­nie jed­nost­kom pra­wa do wol­no­ści sło­wa jest nie tyl­ko wymo­giem spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, lecz tak­że sta­no­wi nie­zbęd­ny waru­nek, by poli­ty­ka w pań­stwie pro­wa­dzo­na była racjo­nal­nie. Podob­nie jak wcze­śniej Mill, tak­że Rawls pod­kre­śla, że sama wol­ność nie gwa­ran­tu­je jesz­cze racjo­nal­nej poli­ty­ki, jed­nak jej brak ozna­cza, że pro­wa­dzo­na w pań­stwie poli­ty­ka zosta­je pod­po­rząd­ko­wa­na par­ty­ku­lar­nym inte­re­som jed­no­stek lub grup spo­łecz­nych. Moż­na jesz­cze dodać, że Rawls umiesz­cza wol­ność sło­wa w ramach pakie­tu wol­no­ścio­we­go, obej­mu­ją­ce­go tak­że inne swo­bo­dy, któ­re powin­ny w rów­nym stop­niu przy­słu­gi­wać wszyst­kim oby­wa­te­lom, bowiem wszy­scy jeste­śmy rów­ni jako isto­ty ludz­kie, któ­rym przy­słu­gu­je rozum­ność i wol­ność, co nada­je nam godność.

Co decyduje o tym, że faktycznie możemy się cieszyć wolnością słowa?

Prak­tycz­nym spraw­dzia­nem wol­no­ści sło­wa jest brak cen­zu­ry poli­tycz­nej w pań­stwie, a tak­że jak naj­szer­szy dostęp oby­wa­te­li do infor­ma­cji i moż­li­wość uzy­ska­nia przez nich edu­ka­cji, by mogli rozum­nie korzy­stać z wol­no­ści. W cza­sach obec­nych, gdy dzię­ki łączom sate­li­tar­nym oraz Inter­ne­to­wi moż­li­we jest korzy­sta­nie z wie­lu źró­deł infor­ma­cji, waż­ne jest to, by swo­bo­da korzy­sta­nia z tych źró­deł nie była ogra­ni­czo­na przez wła­dze dane­go kraju.

Jakie idee, postawy lub praktyki stanowią największe zagrożenie dla wolności słowa?

Zagro­że­niem dla wol­no­ści sło­wa jest nie tyl­ko wła­dza w tota­li­tar­nym pań­stwie, któ­ra poprzez poli­tycz­ną cen­zu­rę usi­łu­je zamknąć usta swym oby­wa­te­lom. W ustro­ju demo­kra­tycz­nym wystę­pu­ją tak­że nisz­czą­ce wol­ność dzia­ła­nia podej­mo­wa­ne przez rząd lub szko­dli­we zacho­wa­nia jed­no­stek pole­ga­ją­ce na nie­od­po­wie­dzial­nym nad­uży­ciu wol­no­ści. To ostat­nie zja­wi­sko pro­wa­dzi do osła­bie­nia pozy­tyw­nej roli wol­no­ści sło­wa w pań­stwie i pocią­ga za sobą pró­by jej arbi­tral­ne­go ogra­ni­cze­nia ze stro­ny wła­dzy. Pro­blem ten wią­że się tak­że z funk­cjo­no­wa­niem Inter­ne­tu, w któ­rym poja­wia­ją się wypo­wie­dzi peł­ne agre­sji i nie­na­wi­ści, zaś „wol­ność w sie­ci” prze­kra­cza już ramy poszcze­gól­nych państw i jawi się jako zja­wi­sko ponadna­ro­do­we, któ­re powin­no być pod­da­ne praw­nym regulacjom.

Czy prawo do wolności słowa ma jakieś granice? Jakie? Dlaczego?

Wśród filo­zo­fów libe­ral­nych ist­nie­ją obroń­cy nie­ogra­ni­czo­nej wol­no­ści sło­wa, jak Mill, któ­ry stwier­dził, że gdy­by nawet tyl­ko jeden czło­wiek miał inne zda­nie niż cała ludz­kość, i tak nie była­by ona upraw­nio­na, by naka­zać mu mil­cze­nie. Jed­nak roz­pa­tru­jąc wol­ność sło­wa w szer­szym kon­tek­ście wol­no­ści poli­tycz­nej, moż­na spoj­rzeć na ten pro­blem nie­co ina­czej. Nie ist­nie­je bowiem wol­ność abso­lut­na, zawsze w dzia­ła­niu napo­ty­ka­my na ogra­ni­cze­nia naszych wybo­rów, spo­wo­do­wa­ne warun­ka­mi eko­no­micz­ny­mi, posia­da­ny­mi przez nas zdol­no­ścia­mi, sytu­acją poli­tycz­ną etc. W odnie­sie­niu do wol­no­ści sło­wa restryk­cje te jawią się pod posta­cią etycz­nych samo­ogra­ni­czeń lub praw­no-poli­tycz­nych norm. Pierw­sze mają cha­rak­ter reli­gij­no-kul­tu­ro­wy, zaś zakres ogra­ni­czeń dru­gie­go rodza­ju zale­ży od ustro­ju pań­stwa, ale nawet w libe­ral­nej demo­kra­cji pra­wo do wol­no­ści sło­wa jest praw­nie ogra­ni­czo­ne przez zakaz wypo­wie­dzi, któ­re szko­dzi­ły­by innym oby­wa­te­lom lub sta­bil­no­ści pań­stwa. We wspo­mnia­nym ustro­ju jed­nak tak­że te for­my restryk­cji pole­ga­ją w isto­cie na samo­ogra­ni­cze­niu się jed­no­stek, któ­re dobro­wol­nie ogra­ni­cza­ją swo­ją wol­ność, doko­nu­jąc wybo­ru nakła­da­nych na sie­bie ogra­ni­czeń w posta­ci kon­sty­tu­cji oraz reguł i prze­pi­sów prawa.

Czy argument z tzw. równi pochyłej, wedle którego każde ograniczenie wolności słowa uruchamia proces staczania się w stronę tyranii, jest (a jeśli tak, to w jakim stopniu) przekonujący?

Nie każ­de ogra­ni­cze­nie wol­no­ści sło­wa jest nie­bez­piecz­ne z punk­tu widze­nia swo­bód poli­tycz­nych jed­nost­ki, lecz tyl­ko takie, któ­re ma cha­rak­ter arbi­tral­ne­go przy­mu­su. Ogra­ni­cze­nia praw­ne są nie tyl­ko dopusz­czal­ne, ale i koniecz­ne, gdyż wol­ność sło­wa nigdy nie mia­ła cha­rak­te­ru bez­względ­ne­go, zawsze w pew­nym stop­niu zawę­ża­ły ją auto­ry­te­ty czy nor­my oby­cza­jo­we. Nawet w pań­stwie libe­ral­no-demo­kra­tycz­nym koniecz­ne są zaka­zy pew­ne­go typu wypo­wie­dzi, pole­ga­ją­cych, na przy­kład, na pro­pa­go­wa­niu rasi­zmu, faszy­zmu, gło­sze­niu nie­na­wi­ści wobec jed­no­stek czy grup ludzi, lecz zakres inge­ren­cji w swo­bo­dę wypo­wie­dzi i ogra­ni­cze­nie wol­no­ści sło­wa przez urzęd­ni­ków pań­stwa powi­nien być praw­nie usta­lo­ny i akcep­to­wa­ny spo­łecz­nie. Doty­czy to tak­że wypo­wie­dzi inter­ne­to­wych, któ­re cho­ciaż zapew­nia­ją w naj­więk­szym stop­niu swo­bo­dę gło­sze­nia swych poglą­dów, nie­mniej powin­ny też mie­ścić się w gra­ni­cach pra­wa. Przy­kład tra­ge­dii, któ­ra się roze­gra­ła nie­daw­no w redak­cji fran­cu­skie­go pisma „Char­lie Heb­do”, odsła­nia zło­żo­ność tej pro­ble­ma­ty­ki, mamy tu bowiem do czy­nie­nia z przy­kła­dem zetknię­cia się saty­ry pra­so­wej z fana­ty­zmem reli­gij­nym, pro­wa­dzą­cym do ter­ro­ru poli­tycz­ne­go. Jeśli jed­nak uzna­my, że środ­kiem zapo­bie­ga­nia tego rodza­ju wypad­kom w przy­szło­ści powin­no być pra­wo, to przy okre­śla­niu tre­ści reguł musi­my doko­nać wybo­ru pomię­dzy pra­wem do wol­no­ści pra­sy i pra­wem do sza­no­wa­nia okre­ślo­nych prze­ko­nań reli­gij­nych. Wyj­ściem z tej sytu­acji wyda­je się zapro­po­no­wa­na przez Rawl­sa dyrek­ty­wa, gło­szą­ca, iż pew­ne­go rodza­ju wol­ność może zostać ogra­ni­czo­na w spo­łe­czeń­stwie tyl­ko w imię zwięk­sze­nia ogól­ne­go zakre­su wolności.

Czy w Polsce obecnie cieszymy się wolnością słowa?

W porów­na­niu z cza­sa­mi socja­li­zmu i wszech­moc­nej cen­zu­ry bez wąt­pie­nia obec­nie cie­szy­my się wol­no­ścią sło­wa, nie jest to jed­nak sytu­acja w peł­ni zado­wa­la­ją­ca, jeśli weź­mie­my pod uwa­gę spo­sób funk­cjo­no­wa­nia mediów. Zarów­no bowiem w mediach pań­stwo­wych, jak i pry­wat­nych mamy do czy­nie­nia z selek­cją i fil­tro­wa­niem infor­ma­cji, czy­li ze zja­wi­skiem pro­pa­gan­dy, któ­ra w pozy­tyw­nym sen­sie tego sło­wa nazy­wa­na jest dzi­siaj PR-em, pro­wa­dzi jed­nak do prze­ka­zy­wa­nia znie­kształ­co­ne­go obra­zu rze­czy­wi­sto­ści. Wyda­je się, że obec­nie mas­sme­dia zbyt­nio prze­ję­ły się przy­pi­sy­wa­ną im rolą „czwar­tej wła­dzy” i zamiast infor­mo­wać, pró­bu­ją kształ­to­wać opi­nię publicz­ną, zamiast słu­chać gło­su oby­wa­te­li i prze­ka­zy­wać ich opi­nie, wyrę­cza­ją się auto­ry­ta­tyw­ny­mi wypo­wie­dzia­mi eks­per­tów. Jed­nak media mają obo­wią­zek nie tyl­ko infor­mo­wać, ich zada­niem jest też ini­cjo­wać deba­tę publicz­ną. W tym wypad­ku też, pomi­mo obec­no­ści zna­ko­mi­tych nie­kie­dy dzien­ni­ka­rzy, jakość owych debat pozo­sta­wia wie­le do życze­nia, zaś tema­ty­ka pro­wa­dzo­nych dys­ku­sji nie odzwier­cie­dla rze­czy­wi­stych pro­ble­mów. Ponad­to dostar­cza­nie w spo­sób przy­stęp­ny sze­ro­kiej infor­ma­cji o przy­go­to­wy­wa­nych usta­wach (in vitro) czy dzia­ła­niach rzą­du (spro­wa­dze­nie do Pol­ski imi­gran­tów z Bli­skie­go Wscho­du) sta­no­wi część edu­ka­cyj­nej misji mediów, zwłasz­cza publicz­nych, któ­ra nie pole­ga na narzu­ca­niu jakie­goś sta­no­wi­ska, lecz na bez­stron­nym przed­sta­wie­niu roz­ma­itych argu­men­tów. Nie­do­pusz­cze­nie oby­wa­te­li do gło­su w waż­nych dla zbio­ro­wo­ści spra­wach w okre­sie pomię­dzy wybo­ra­mi prze­kła­da się na trud­ne do prze­wi­dze­nia zacho­wa­nia wybor­cze, tak jak obec­nie dzie­je się w Polsce.

Czy można mówić o zależności między filozofią, edukacją filozoficzną a jakością publicznej debaty, w tym poszanowaniem wolności słowa?

Brak edu­ka­cji filo­zo­ficz­nej w szko­łach, a tak­że zmniej­sze­nie jej zna­cze­nia na uni­wer­sy­te­tach odbi­ja się na jako­ści życia poli­tycz­ne­go, na przy­kład na umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia deba­ty przez jej uczest­ni­ków. W pol­skiej poli­ty­ce bra­ku­je kul­tu­ry poli­tycz­nej, któ­ra cechu­je, na przy­kład, deba­ty angiel­skie i pole­ga na roze­zna­niu nie tyle tego, co wol­no powie­dzieć, a cze­go nie powin­no się mówić w dys­ku­sji, lecz raczej na spo­so­bie arty­ku­ło­wa­nia pro­ble­mów i argu­men­ta­cji, na przy­swo­je­niu sobie reguł demo­kra­tycz­nej deba­ty, któ­ra powin­na mieć przede wszyst­kim cha­rak­ter merytoryczny.
Jaką wagę w tym kon­tek­ście ma popu­la­ry­za­cja filozofii?

Filo­zo­fia uczy rozu­mo­wa­nia na wła­sny rachu­nek i umie­jęt­no­ści oce­ny zja­wisk. Słyn­na dewi­za Uni­wer­sy­te­tu Jagiel­loń­skie­go: plus ratio quam vis ozna­cza, że w życiu spo­łecz­nym powin­no się posłu­gi­wać argu­men­ta­mi, a nie prze­mo­cą (nawet jeśli to jest prze­moc słow­na, agre­sja w Inter­ne­cie, pomó­wie­nia). Filo­zo­fia wyra­bia umie­jęt­ność argu­men­ta­cji i umoż­li­wia zaję­cie wła­sne­go stanowiska.

Jak zaczęła się Pani Profesor przygoda z filozofią, w tym z filozofią polityki?

Zain­te­re­so­wa­nie filo­zo­fią poli­tycz­ną zaczę­ło się w moim wypad­ku od słyn­nej książ­ki Rober­ta Nozic­ka: Anar­chia, pań­stwo i uto­pia i od roz­po­czy­na­ją­ce­go ją zda­nia, że jed­nost­ki mają pra­wa tak sil­ne, że wyzna­cza­ją one zakres dzia­ła­nia wła­dzy pań­stwo­wej. W cza­sach upa­da­ją­ce­go już socja­li­zmu było to hasło pory­wa­ją­ce, jed­nak moje póź­niej­sze bada­nia nauko­we, a przede wszyst­kim wyjazd do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, doświad­cze­nie ame­ry­kań­skie­go życia poli­tycz­ne­go, jak też zetknię­cie się z inny­mi libe­ral­ny­mi kon­cep­cja­mi, przede wszyst­kim – z teo­rią Rawl­sa, któ­re­go mia­łam oka­zję oso­bi­ście poznać, wszyst­ko to wpły­nę­ło na zmia­nę moich poglą­dów. W demo­kra­tycz­nej Pol­sce po prze­ło­mie ustro­jo­wym postu­lat mak­sy­ma­li­za­cji wol­no­ści w każ­dej posta­ci nie wyda­wał się już wiel­kim odkry­ciem, zain­te­re­so­wa­łam się wów­czas teo­ria­mi wybo­rów zbio­ro­wych, któ­re nie prze­ciw­sta­wia­ją wol­no­ści jed­nost­ki – pań­stwu, lecz pozwa­la­ją wyja­śnić, w jaki spo­sób jed­nost­ka może rozum­nie kształ­to­wać insty­tu­cje pań­stwa, by w jak naj­więk­szym stop­niu zabez­pie­cza­ły jej pra­wa, w tym tak­że wol­ność słowa.


Justy­na Mikla­szew­ska – Pra­cow­nik Uni­wer­sy­te­tu Jagiel­loń­skie­go w Kra­ko­wie. Inte­re­su­je się filo­zo­fią poli­tycz­ną, libe­ra­li­zmem, współ­cze­sny­mi teo­ria­mi spra­wie­dli­wo­ści, teo­ria­mi wybo­ru publicz­ne­go, filo­zo­fią nowo­żyt­ną. Hob­by: muzy­ka kla­sycz­na, wyciecz­ki gór­skie (ale nie tylko).

Tekst jest dostęp­ny na licen­cji: Uzna­nie autor­stwa-Na tych samych warun­kach 3.0 Pol­skaW peł­nej wer­sji gra­ficz­nej moż­na go prze­czy­tać > tutaj.

< Powrót do spi­su tre­ści.


Zachę­ca­my do dys­ku­sji pod tek­stem lub na naszym fanpage’u.

Najnowszy numer można nabyć od 1 września w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2021 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Skomentuj

Kliknij, aby skomentować

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy