Próby filozoficzne

Karolina Broda: Czy fikcja może być prawdziwa?

Pytanie o prawdę jest bodaj jednym z najczęściej zadawanych, a przy tym i jednym z najbardziej zajmujących pytań filozoficznych. Czym jest prawda? Czy jest daną raz na zawsze, niezmienną, narzuconą odgórnie siatką znaczeń czy może raczej chybotliwą umownością, którą wszyscy zgodziliśmy się przyjąć? Pytanie o prawdę jest wybredne. Od lat spędza sen z powiek nie tylko największym i najznakomitszym myślicielom, lecz także zwykłemu, szaremu człowiekowi. On też odczuwa przecież silną potrzebę jej poznania. Fikcja z kolei tworzy swoisty mikrokosmos dostępności dla wybranych, gdzie często rozgrywają się historie łudząco wręcz podobne do naszych codziennych zmagań.

Tekst uka­zał się w dzia­le „Pró­by filo­zo­ficz­ne”, poświę­co­nym pra­com adep­tów filozofii.


Czy fik­cja może być praw­dzi­wa, czy może to praw­da bywa fik­cyj­na? Datum questio­nis to skry­wa nie­wąt­pli­wie seman­tycz­ną pułap­kę, grę słow­ną czy­ha­ją­cą na nie­uważ­ne­go czy­tel­ni­ka. Ten ostat­ni gotów jest wpa­dać raz po raz w rowy linii demar­ka­cyj­nej pomię­dzy fik­cją a praw­dą, po to tyl­ko, by prze­ko­nać się, jak jest napraw­dę. Chce zmie­rzać do sed­na, wyba­dać gra­ni­ce kry­sta­licz­nej pew­no­ści, któ­ra mogła­by go dozgon­nie zaspokoić.

Epo­ka post­mo­der­ni­zmu eks­po­nu­je fik­cję jako punkt wyj­ścia do namy­słu nad pro­ble­ma­ty­ką jej roman­su z rze­czy­wi­sto­ścią, któ­ry to romans zacho­dzi w paję­czej sie­ci seman­ty­ki. Wresz­cie otwie­ra pole­mi­kę na temat praw­dy w dys­kur­sie lite­rac­kim. Pono­wo­cze­sność z róż­nym natę­że­niem satys­fak­cji sta­ra­ła się okieł­znać te dwie płasz­czy­zny, szu­ka­jąc wspól­nych ele­men­tów, tro­pów, któ­re nie oka­za­ły­by się zwod­ni­cze, a umoż­li­wi­ły­by odna­le­zie­nie odpo­wie­dzi na roz­strzy­ga­ją­ce dla tego wywo­du pyta­nie o praw­dzi­wość fikcji.

Czy literatura może być rzeczywistością?

Miej­scem egzy­sten­cji fik­cji nie­zmien­nie jest sło­wo. Sło­wa są kre­ato­ra­mi świa­ta fik­cji, hipo­sta­zo­wa­niem sen­sów. Autor rzeź­bi w lite­rach, two­rząc świat złu­dzeń, pozo­rów. Zręcz­nie ope­ru­je narzę­dzia­mi swo­je­go umy­słu, by wydo­być na powierzch­nię odręb­ną rze­czy­wi­stość. Byty fik­cyj­ne ist­nie­ją więc poprzez lite­rę, zaś w lite­rze poprzez sło­wo, nato­miast w sło­wie poprzez język i wresz­cie tak­że w języ­ku. Inku­bu­je się z wol­na ich całe ist­nie­nie. O cha­rak­te­rze tych bytów moż­na powie­dzieć nie­mal wszyst­ko oprócz tego, że są napraw­dę. Zda­nia stwo­rzo­ne w wyobraź­ni auto­ra, a prze­nie­sio­ne sumien­nie na kart­kę papie­ru dro­gą szcze­gó­ło­wej ima­gi­na­cji sta­ją się prze­strze­nią, po któ­rej stą­pać będzie kolej­no Piłat, Raskol­ni­kow, czy Kare­nin. Ich stą­pa­nie dud­ni w gło­wie auto­ra, a ten sam rytm wystu­ki­wa­ny jest też w pamię­ci czytelnika.

Kon­ty­nu­ując medy­ta­cję, jaką nad tym zagad­nie­niem upra­wiał Roman Ingar­den nale­ży naj­pierw przyj­rzeć się cha­rak­te­ro­wi owych zdań. Dla Ingar­de­na w dzie­le lite­rac­kim nie mamy do czy­nie­nia z sąda­mi sen­su stric­to, lecz nie­mal zawsze obcu­je­my ze zda­nia­mi quasi– twier­dzą­cy­mi. Te ostat­nie, wpro­wa­dzo­ne do dzie­ła z myśli auto­ra mają swój zewnętrz­ny habi­tus, któ­ry wpraw­dzie upo­dab­nia je do rze­czy­wi­sto­ści, ale jest to pew­ne­go rodza­ju ułu­da, wpo­jo­na przez auto­ra czy­tel­ni­ko­wi. Obo­wiąz­kiem czy­tel­ni­ka zaś jest świa­do­mość tego, że to tyl­ko fik­cja, że świat ten roz­gry­wa się na niby, a moż­li­wość powro­tu do rze­czy­wi­sto­ści jest zawsze obec­na. Czy­tel­nik musi wie­dzieć, że jest oszu­ki­wa­ny, że coś mu się przez lek­tu­rę książ­ki wma­wia. Akt sądze­nia jest trak­to­wa­ny przez Ingar­de­na nie­zwy­kle poważ­nie. „Sądząc, anga­żu­ję się oso­bi­ście” (Ingar­den 1966, s. 418). Wedle powyż­sze­go pra­wa sądze­nie jest sprzę­żo­ne, połą­czo­ne mat­czy­ną nie­mal wię­zią z odpo­wie­dzial­no­ścią, pono­sze­niem kon­kret­nych kon­se­kwen­cji za wła­sne sło­wa. Wypo­wia­dam się, sądzę, ergo pod­pi­su­ję się swo­ją krwią.

Fik­cja ma jed­nak wła­sne postu­la­ty poznaw­cze, w niej akt sądze­nia prze­bie­ga na zupeł­nie innych zasa­dach. Sąd, by był uzna­ny za sąd sen­su stric­to, musi znaj­do­wać swe potwier­dze­nie w jakimś obrę­bie rze­czy­wi­sto­ści (tu Ingar­den roman­su­je z kla­sycz­ną defi­ni­cją praw­dy, zakła­da­jąc zwią­zek ade­qu­aito zacho­dzą­cy na sty­ku płasz­czyzn rze­czy­wi­stość – sąd i do tego związ­ku będzie się nie­usta­ją­co odwo­ły­wać). Ści­słe powią­za­nie z kon­kret­nym obsza­rem rze­czy­wi­sto­ści prze­ma­wia­ło­by za pra­wem dane­go sądu do praw­dzi­wo­ści. „Zda­nie orze­ka­ją­ce pozba­wio­ne owe­go cha­rak­te­ru »rosz­cze­nia sobie pra­wa do praw­dzi­wo­ści« nie jest w ogó­le sądem w zna­cze­niu logicz­nym” (Ingar­den, 1966 s. 419), zaświad­cza autor. Za przyj­mo­wa­nie lite­rac­kie­go baga­żu zna­czeń zda­niem Ingar­de­na w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze odpo­wia­da czy­tel­nik. To on wła­śnie powi­nien sobie zdać spra­wę z zewnętrz­ne­go habi­tu­su zdań i sztucz­no­ści fik­cyj­ne­go świa­ta. Mean­dry świa­tów wyobra­żo­nych poją się rze­czy­wi­sto­ścią, two­rząc świat zbli­żo­ny, nie­po­ko­ją­co wręcz z nią toż­sa­my. Są one jed­nak jedy­nie „myślo­wo wytwo­rzo­ne”, naśla­du­ją z powo­dze­niem rze­czy­wi­stość, ale nie są nią samą.

Wszyst­ko spro­wa­dza się więc do sądów sen­su stric­to. Nie cho­dzi o ist­nie­nie jako pew­ną funk­cję ope­ra­tyw­ną dzie­ła, zysku­ją­cą swo­je zna­mien­ne walo­ry arty­stycz­ne na sku­tek roz­wo­jo­we­go pro­ce­su twór­cze­go arty­sty, a o rdzeń real­no­ści, o owo ist­nie­nie samo w sobie. To ostat­nie, by było ist­nie­niem „peł­no­war­to­ścio­wym” nie może z kolei być sta­no­wio­ne jedy­nie przez funk­cję ope­ra­tyw­ną dzie­ła. Wspo­mnia­ne wyżej zagad­nie­nie zosta­nie odpo­wied­nio zaopie­ko­wa­ne póź­niej, teraz na pie­de­stał wstę­pu­je figu­ra autora.

Autor to oszust, łgarz, któ­ry z moty­ką pory­wa się na słoń­ce świa­ta. Kła­mie w żywe oczy i w dodat­ku jesz­cze jest z tego dum­ny. Wma­wia, ale świa­do­my jest wytwór­cze­go cha­rak­te­ru wła­snych twier­dzeń, nie ma prze­cież pra­wa uda­wać, że jest ina­czej. Jego dzia­ła­nie przy­po­mi­na kusze­nie św. Augu­sty­na przy pomo­cy gry pozo­rów, sub­tel­ną zmia­nę opty­ki, „by mu się aż zda­wa­ło, że coś oto napraw­dę współ­są­dzi o pew­nych przed­mio­tach” (Ingar­den 1966, s. 422). Quasi sąd sta­je się tech­ni­ką, swo­istym narzę­dziem do budo­wa­nia szkie­le­tu świa­ta przed­sta­wio­ne­go. By w spo­sób pry­mi­tyw­nie obra­zo­wy zilu­stro­wać sytu­ację, w któ­rej znaj­du­je­my się jako pre­cep­to­rzy este­tycz­ni pod­czas lek­tu­ry dzie­ła stwier­dzić moż­na: sto­imy gdzieś pomię­dzy fik­cją, a praw­dą i ten stan zawie­sze­nia fra­pu­je nas naj­bar­dziej. Szan­sę na wnik­nię­cie głę­biej otrzy­mu­je­my, gdy sta­no­wi­sko auto­ra skon­fron­tu­je­my z naszym wła­snym, twa­rzą w twarz z real­ną postacią.

Za lite­ra­tu­rę, co praw­da peł­nej odpo­wie­dzial­no­ści nie bie­rze­my, ale wczu­wa­my się  w nią, rezo­nu­je ona z siłą potęż­ne­go raże­nia emo­cjo­nal­ne­go, któ­rej nic nie może się rów­nać, sta­pia ona w nas uwraż­li­wio­ne pasa­że kra­jo­bra­zów wewnętrz­nych. Funk­cja sądze­nia w dzie­le lite­rac­kim zda­je się być wyzby­tą z tej oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści, któ­rą przy­pi­sy­wać zwy­kli­śmy sądom sen­su stric­to. Jeśli już się do cze­goś wobec niej poczu­wa­my, to tyl­ko chwi­lo­wo i tyl­ko w obrę­bie życia fik­cji lite­rac­kiej, nie wła­sne­go. Tunel doznań od pod­szew­ki domu bytu lite­ra­tu­ry cechu­je się kru­chą tym­cza­so­wo­ścią. Nie bie­rze­my na bar­ki zawar­tych tam ist­nień poszcze­gól­nych. Anga­żu­je­my się co praw­da uczu­cio­wo, acz­kol­wiek w wymia­rze tym sło­wo lite­rac­kie nabie­ra zupeł­nie odmien­ne­go cha­rak­te­ru ope­ra­cyj­ne­go, trze­ba obcho­dzić się z nim szcze­gól­nie ostroż­nie. Celem quasi sądze­nia jest wyj­ście poza świat zasta­ny, poza spe­try­fi­ko­wa­ną for­mę codzien­no­ści, a goto­wość sądze­nia na serio o quasi–sądach jest jedy­nie świa­dec­twem bra­ku ich poważ­ne­go (w sen­sie poznaw­czym) charakteru.

By wnik­nąć w to zagad­nie­nie głę­biej, pozwo­lę sobie przy­to­czyć sta­no­wi­sko wybit­ne­go pisa­rza, przed­sta­wi­cie­la reali­zmu fran­cu­skie­go – Gusta­wa Flau­ber­ta. W liście z 20 listo­pa­da 1886 roku skła­da on na ręce swo­je­go przy­ja­cie­la Hip­po­ly­te­’a Taine­’a pło­mien­ną dekla­ra­cję nie­by­wa­le sumien­ne­go, deta­licz­ne­go nie­mal­że przy­wią­za­nia do rzeczywistości:

Obraz [stwo­rzo­ny przez wyobraź­nię] jest dla mnie rów­nie praw­dzi­wy, jak obiek­tyw­na rze­czy­wi­stość – to, cze­go dostar­czy­ła mi rze­czy­wi­stość, po chwi­li nie daje się już odróż­nić od wpro­wa­dzo­nych prze­ze mnie zmian i upięk­szeń. Wymy­ślo­ne posta­cie nacho­dzą mnie i prze­śla­du­ją, czy raczej to ja wśli­zgu­ję się w ich skó­rę. Opi­su­jąc samo­bój­stwo pani Bova­ry, mia­łem w ustach smak arsze­ni­ku, sam byłem otru­ty, do tego stop­nia, że dwa razy napa­dły mnie mdło­ści – praw­dzi­we, bo zwy­mio­to­wa­łem cały obiad. […] Kie­dy opi­su­ję jakąś sce­nę, w i d z ę całe ume­blo­wa­nie (włącz­nie z pla­ma­mi na meblach), cho­ciaż nie będzie o nim ani sło­wa (Flau­bert 2020, s. 386).

Ostrość widze­nia Flau­ber­ta zestaw­my teraz z bez­na­mięt­ną ana­li­zą Ingardena:

[…] quasi–sądzenie rodzi się na tle aktów (umyśl­nie lub mimo woli) wytwór­czych, aktów fan­ta­zji poetyc­kiej, któ­rych osta­tecz­nym zamie­rze­niem nie jest pro­ste, moż­li­wie wier­ne dosto­so­wa­nie się do tego, co jest przed ich doko­na­niem się, lecz prze­ciw­nie, wyj­ście poza świat zasta­ny, cza­sem nawet wyswo­bo­dze­nie się od nie­go wła­śnie przez wytwo­rze­nie – na pozór – nowe­go świa­ta” (Ingar­den 1966, s. 420).

W tej kon­fron­ta­cji (jak mnie­mam) kla­ru­je się jądro zagad­nie­nia. Flau­bert jest w swo­jej pro­zie (jak zresz­tą wie­lu twór­ców XIX wie­ku, wystar­czy się­gnąć po dzie­ła innych reali­stów – Bal­za­ca, Zoli czy Dosto­jew­skie­go) już nie tyl­ko orę­dow­ni­kiem przy­wią­za­nia do samej rze­czy­wi­sto­ści, on jest rze­czy­wi­sto­ści kochan­kiem. Stoi w tym zapi­sie z bru­lio­nów w roli auto­ana­li­za­to­ra i tłu­ma­cza swo­jej pro­zy, ale tak­że, a może przede wszyst­kim tłu­ma­cza same­go sie­bie. Posu­wa się więc o krok dalej – w gestach swych wyja­wia to, co drze­mie w nim naj­głę­biej – wyraz cał­ko­wi­te­go zatra­ce­nia się w świe­cie rze­czy­wi­stym, jego afir­ma­cję oraz akcep­ta­cję z całym jego empi­rycz­nym bogac­twem, lecz co naj­waż­niej­sze – wcie­le­nia rze­czy­wi­sto­ści w tkan­kę swej mię­si­stej pro­zy. Jest w tym też pewien dualizm – ucie­ka­nie  w sło­wa od rze­czy­wi­ste­go, by rze­czy­wi­ste ujarz­mić, ale i roz­bu­do­wać do ram poetyc­kiej fine­zji. Rze­czy­wi­stość (przed­mio­tów ist­nie­ją­cych rze­czy­wi­ście, a nie tyl­ko do rze­czy­wi­stych pró­bu­ją­cych się upodob­nić przy­wdzie­wa­jąc te, czy inne sza­ty) jako taka jest dla auto­ra nie tyl­ko kan­wą do two­rze­nia. Sta­je się czymś znacz­nie wię­cej – prze­strze­nią, oazą, reko­ne­san­sem zja­wisk, zapi­sem zacho­dzą­cych pro­ce­sów. Aktu inte­lek­tu­al­ne­go spło­dze­nia Flau­ber­tow­skiej pro­zy moż­na upa­try­wać w owym zetknię­ciu w apa­ra­cie zda­rzeń – na zbie­gu bez­i­mien­ne­go mię­dzy fik­cyj­nym a rze­czy­wi­stym. Głaz rze­czy­wi­sto­ści jest baga­żem, cię­ża­rem, brze­mie­niem, ale i pasją (łac. pas­sio – cier­pie­nie) dla pisa­rza. I głaz ten two­rzy perio­dy­za­cyj­ny rys w tran­szy wewnątrz-lite­rac­kich prze­mian. Każ­dy z pisa­rzy musi go dźwi­gać, jakoś się go pozbyć albo po pro­stu zna­leźć odpo­wied­nie dłu­to i pró­bo­wać w nim zręcz­nie rzeź­bić. Flau­bert wybie­ra tę ostat­nią drogę…

Inten­cjo­nal­ny czyn auto­ra prze­ra­dza się w ele­men­ty świa­ta przed­sta­wio­ne­go, te z kolei nie są żad­ną for­mą deno­ta­cji (do cze­go chcia­ło­by się zmie­rzać w imię kla­sycz­nej defi­ni­cji praw­dy, któ­ra to defi­ni­cja jest ulu­bie­ni­cą Ingar­de­na). Zada­niem utwo­ru, jak czę­sto może się zda­wać, nie jest wca­le ofe­ro­wa­nie czy­tel­ni­ko­wi sądów sen­su stric­to, tyl­ko owe­go prze­ży­cia arty­stycz­ne­go (este­tycz­ne­go), cechu­ją­ce­go się swo­istą nie­moż­no­ścią doko­na­nia się tych sądów. Rola utwo­ru lite­rac­kie­go (wraz z jego wykre­owa­ną rze­czy­wi­sto­ścią, oraz wszyst­ki­mi trzo­na­mi onto­lo­gicz­ny­mi, o któ­rych była już mowa) kry­je się w kon­kre­ty­za­cji prze­ży­cia róż­ne­go od poważ­ne­go sądo­wa­nia, ale rów­nie potrzebnego.

Wobec świadomości własnego przeżycia

Czy będziesz wie­dział, co prze­ży­łeś?”. To pyta­nie posta­wio­ne już w tytu­le książ­ki Marii Janion jest chy­ba moż­li­wie naj­lep­szą klam­rą dla moje­go wywo­du. Wyda­je się, że każ­dy twen­ty first cen­tu­ry schi­zo­id man winien pod­jąć pró­bę odpo­wie­dzi wła­śnie na nie. Idea Bil­dung, idea samo­po­ję­cia, wyso­kiej wraż­li­wo­ści na miąższ wła­snej egzy­sten­cji, lecz tak­że, a może przede wszyst­kim na życie pomię­dzy, życie w zawie­sze­niu – mię­dzy rze­czy­wi­stym a fik­cyj­nym, mię­dzy dobrze zna­nym i zapa­mię­ta­nym, a dopie­ro nad­cho­dzą­cym, jesz­cze nie­roz­po­zna­nym, ponie­kąd wyła­nia­ją­cym się z odle­głych świa­tów to przed­się­wzię­cie, w któ­re­go obli­czu sto­imy. Nie­ustan­na pró­ba godze­nia tych sfer, szu­ka­nia sobie miej­sca, tak „abyś wie­dział, co prze­ży­łeś, aby two­ja egzy­sten­cja była świa­do­ma, rze­czy­wi­sta, peł­na” (Janion 2018, s. 35), aby nie prze­oczyć same­go sie­bie, a sie­bie dookreślić.

Idea głę­bo­kie­go zro­zu­mie­nia wobec linii ludz­kie­go życia nie jest jed­nak moż­li­wa w każ­dym przy­pad­ku. Aby zro­zu­mieć sie­bie, nie moż­na być jed­no­rod­nym mono­li­tem umy­sło­wym, kar­mio­nym ogól­no­do­stęp­ną maso­wą pap­ką jed­no­czą­cą jej uczest­ni­ków w tej samej mie­rze, co homo­ge­ni­zu­ją­cą odczyt życia. Żeby sie­bie zro­zu­mieć, trze­ba mieć pew­ną zawar­tość wewnętrz­ną, któ­ra mogła­by stać się kan­wą dla pro­ce­su nara­sta­ją­ce­go zro­zu­mie­nia. Bez­al­ter­na­tyw­ność – to jed­nak zda­niem Janion kon­sty­tu­tyw­na cecha kul­tu­ry, któ­rą nam się dziś ser­wu­je. Wycho­wan­ko­wie takiej kul­tu­ry nie mają tej głę­bo­ko zako­rze­nio­nej potrze­by wyściu­bie­nia nosa poza swo­je życie, doj­rze­nia cze­goś, co nie leża­ło­by tyl­ko w obrę­bie ogród­ka ich per­cep­cji, nie silą się na szer­sze zro­zu­mie­nie, są ego­tycz­ni i ego­cen­trycz­ni. „Gdyż dla czło­wie­ka masy żyć, to »pozo­stać takim, jakim się jest«” (Janion 2018, s. 74) w prze­świad­cze­niu, że dosko­na­le­nie się jest zbęd­ne, bo raz nada­na for­ma, któ­rą jest swo­ista bez­sty­lo­wość w zupeł­no­ści wystar­cza. „Świa­do­mość oso­bo­wo­ści obej­mu­je rów­nież poczu­cie for­my, kształ­tu, w jaki ujmu­je­my nie­skoń­czo­ne bogac­two życia”. (Janion 2018, s. 77) Myśl o roz­wo­ju, o wyj­ściu poza to, co banal­ne i prze­cięt­ne, przy­ziem­ne, obe­zna­ne i udo­mo­wio­ne była­by dla takie­go czło­wie­ka naj­gor­szą karą, prze­kleń­stwem bło­go­sła­wio­nej sfe­ry nie­zmien­no­ści. Bowiem „(…) trud wypo­wie­dze­nia wewnętrz­nej świa­do­mo­ści jed­nost­ki” (Janion 20118 s. 57) obec­ny jest dopie­ro wte­dy, gdy jed­nost­ka wycho­dzi z kon­kret­ną pro­po­zy­cją egzy­sten­cjal­ną, baga­żem doświad­czeń, któ­re­go świa­do­mość będzie coś war­ta. Obro­ną przed pust­ko­wiem huma­ni­stycz­nym, przed wyga­słym żarem war­to­ści wewnętrz­nych jest wła­śnie zanie­cha­na na prze­strze­ni dzie­jów, a powra­ca­ją­ca w ese­ju Janion w rów­nie donio­słej, co kie­dyś roli Goethe­ań­ska idea Bil­dung. Idea, któ­ra nie­ste­ty nie jest pisa­na w udzia­le każdemu.

Rzeczywistości człowieka

Rze­czy­wi­stość fan­ta­zma­tu jest jed­ną z rze­czy­wi­sto­ści czło­wie­ka” (Janion 2018 s. 49). Fan­ta­zma­ty to „róż­ne­go rodza­ju marze­nia, ilu­zje, uro­je­nia, przy­wi­dze­nia, misty­fi­ka­cje, halu­cy­na­cje, pół­sny i zamglo­ne obra­zy tego, co real­ne i nie­re­al­ne zara­zem” (tam­że). Wśród takich defi­ni­cji fan­ta­zma­tów moż­na by szu­kać miej­sca na mapo­wa­nie ist­nie­nia fik­cji, zna­leźć jej posłan­nic­two byto­we wła­śnie w owym pomię­dzy.

Fan­ta­zma­tycz­ność cechu­ją­ca snu­cie opo­wie­ści fik­cjo­nal­nej jest o tyle zagad­ko­wa, o ile zagad­ko­wa jest jej legi­ty­ma­cja uczest­nic­twa w kul­tu­rze, w dys­kur­sie. Kul­tu­ra maso­wa zda­niem Janion ujaw­nia rze­czy­wi­stość fan­ta­zma­tu, ale już bez „tej este­tycz­nej mocy” (Janion 2018, s. 49), bez fine­zji, nie jest to jej zgrab­na trans­po­zy­cja, a jedy­nie pró­ba mniej uda­ne­go spek­ta­klu prze­nie­sie­nia uni­ka­to­wych walo­rów fik­cji. „Ale prze­cież czer­pie ze złóż tego nasze­go dru­gie­go życia”! (tam­że, s. 49) Świat fan­ta­zma­tu jest więc jak nasze dru­gie życie, dru­ga, para­lel­na rze­czy­wi­stość czło­wie­ka. „[…] wła­śnie fan­ta­zma­tycz­ność fik­cyj­nej opo­wie­ści stwa­rza pew­ne moż­li­wo­ści wybo­ru i wyra­zu” (tam­że, s. 51), co z kolei wska­zu­je na nie­zbęd­ność szu­ka­nia pokre­wieństw, powią­zań z wyra­zi­sto­ścią życia ludz­kie­go, speł­nie­niem i wpi­sa­niem sie­bie w ideę Bil­dung, samo­po­ję­cia, odpo­wie­dzi na pyta­nie o świa­do­mość ludz­kie­go istnienia.

Fik­cja mimo tego, że czę­sto bywa utoż­sa­mia­na ze swe­go rodza­ju osto­ją, wypeł­nia­czem, doma­ga­niem się zapeł­nie­nia bra­ku, jak­by bła­gal­nym woła­niem o sub­sty­tut życia peł­ne­go nie może być jedy­nie do tej funk­cjo­nal­nej roli spro­wa­dza­na. Sta­wia­nie fik­cji w pozy­cji rów­no­upraw­nio­ne­go, alter­na­tyw­ne­go wybo­ru, a nie ogra­ni­cza­nie jej roli do tej jedy­nie kom­pen­sa­cyj­nej, mają­cej za swój cel zapeł­nie­nie skan­da­licz­nej wręcz pust­ki cywi­li­za­cyj­nej jest być może wła­ści­wą dro­gą postępowania.


War­to doczytać:

M. Janion, Czy będziesz wie­dział, co prze­ży­łeś? War­sza­wa, 2018.

J. Brach-Cza­ina, Szcze­li­ny ist­nie­nia, War­sza­wa 2018.

R. Ingar­den Stu­dia z este­ty­ki, t. 1, War­sza­wa 1966.

G. Flau­bert Pani Bova­ry, tłum. R. Engel­king, War­sza­wa 2020.


Karo­li­na Bro­da – tego­rocz­na matu­rzyst­ka, lau­re­at­ka 33. Olim­pia­dy Filo­zo­ficz­nej, a od paź­dzier­ni­ka tak­że stu­dent­ka Filo­zo­fii oraz Psy­cho­lo­gii w ramach kole­gium MISH na UJ. Naj­bar­dziej fra­pu­je ją to, co powsta­je na sku­tek spo­tka­nia filo­zo­fii, lite­ra­tu­ry, języ­ko­znaw­stwa i sze­ro­ko poję­tej kul­tu­ry. W wol­nych chwi­lach pro­wa­dzi audy­cje kul­tu­ral­ne w Radiu Stu­denc­kim Egi­da, a tak­że publi­ku­je arty­ku­ły na łamach inter­ne­to­wej witry­ny stu­denc­kie­go maga­zy­nu Suplement.


Powyż­szy tekst jest publi­cy­stycz­ną wer­sją ese­ju na XXXIII Olim­pia­dę Filozoficzną.

Najnowszy numer można nabyć od 1 września w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2021 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Skomentuj

Kliknij, aby skomentować

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy