Artykuł

Kazimierz Ajdukiewicz: Zagadnienie granic poznania

Zapisz się do naszego newslettera

Źró­dło: ten­że, Zagad­nie­nia i kie­run­ki filo­zo­fii, Czy­tel­nik, War­sza­wa 1983, s. 76–96.


Dwa rozu­mie­nia trans­cen­den­cji. W zagad­nie­niu wymie­nio­nym w tytu­le tego roz­dzia­łu idzie o to, czy pod­miot pozna­ją­cy może w akcie pozna­nia wyjść poza sie­bie, czy może prze­kro­czyć swe wła­sne gra­ni­ce. W języ­ku łaciń­skim odpo­wied­ni­kiem pol­skie­go wyra­zu „prze­kro­czyć” jest wyraz trans­cen­de­re, stąd zagad­nie­nie, któ­re obec­nie szki­cu­je­my, nazwa­no też zagad­nie­niem trans­cen­den­cji, a przed­mio­ty leżą­ce poza gra­ni­ca­mi pozna­ją­ce­go pod­mio­tu — przed­mio­ta­mi trans­cen­dent­ny­mi. Pyta­jąc o to, czy pod­miot pozna­ją­cy może w akcie pozna­nia wyjść poza swe wła­sne gra­ni­ce, pyta­my, czy pozna­nie rze­czy­wi­sto­ści trans­cen­dent­nej w sto­sun­ku do pozna­ją­ce­go pod­mio­tu jest moż­li­we. Lecz co się rozu­mie przez rze­czy­wi­stość dla dane­go pod­mio­tu trans­cen­dent­ną? Otóż ist­nie­ją u auto­rów filo­zo­ficz­nych przy­naj­mniej dwa róż­ne rozu­mie­nia tego ter­mi­nu, a w związ­ku z tym pro­ble­mat gra­nic pozna­nia bywa też przy­naj­mniej dwo­ja­ko rozumiany.

Przy pierw­szym rozu­mie­niu przed­mio­tem trans­cen­dent­nym, czy­li zewnętrz­nym dla pozna­ją­ce­go pod­mio­tu, jest każ­dy przed­miot, któ­ry nie jest jego wła­snym prze­ży­ciem psy­chicz­nym. Pyta­jąc o to, czy pod­miot pozna­ją­cy może prze­kro­czyć swe wła­sne gra­ni­ce, czy­li czy może on dotrzeć w akcie poznaw­czym do rze­czy­wi­sto­ści wzglę­dem nie­go trans­cen­dent­nej, pyta­my — przy tym pierw­szym rozu­mie­niu — o to, czy pod­miot pozna­ją­cy zdol­ny jest poznać cokol­wiek, co nie jest jego wła­snym prze­ży­ciem psy­chicz­nym. Oto pierw­sza postać, jaką przyj­mu­je oma­wia­ne przez nas zagad­nie­nie gra­nic pozna­nia. Wła­sne prze­ży­cia psy­chicz­ne dane­go pod­mio­tu nazy­wa się też two­ra­mi dla tego pod­mio­tu imma­nent­ny­mi (od łac. in oraz maneo — „pozo­sta­ję wewnątrz”). Dla­te­go tę pierw­szą postać nasze­go zagad­nie­nia, w któ­rej idzie o to, czy pod­miot pozna­ją­cy może w akcie poznaw­czym wykro­czyć poza swą wła­sną sfe­rę imma­nent­ną, nazy­wa­my zagad­nie­niem imma­nent­nych gra­nic pozna­nia. Tego, kto na to zagad­nie­nie odpo­wia­da twier­dzą­co, a więc przy­zna­je pod­mio­to­wi zdol­ność wykro­cze­nia w jego aktach poznaw­czych poza jego wła­sną sfe­rę imma­nent­ną, nazy­wa­my epi­ste­mo­lo­gicz­nym reali­stą imma­nent­nym. Tego zaś, kto odma­wia pod­mio­to­wi zdol­no­ści wykro­cze­nia w jego aktach poznaw­czych poza jego wła­sną sfe­rę imma­nent­ną, nazy­wa­my epi­ste­mo­lo­gicz­nym ide­ali­stą imma­nent­nym.

Dru­ga postać zagad­nie­nia gra­nic pozna­nia wią­że się z dru­gim spo­so­bem rozu­mie­nia ter­mi­nu „przed­miot trans­cen­dent­ny”. Przy tym dru­gim rozu­mie­niu przed­mio­ta­mi trans­cen­dent­ny­mi nazy­wa się przed­mio­ty, któ­re ist­nie­ją napraw­dę, w prze­ci­wień­stwie do tzw. przed­mio­tów tyl­ko pomy­śla­nych, ale napraw­dę nie ist­nie­ją­cych. Dla czło­wie­ka, któ­ry nie filo­zo­fu­je, do przed­mio­tów, któ­re napraw­dę ist­nie­ją, a nie są tyl­ko kon­struk­cją myślo­wą, a więc są —  przy tym dru­gim rozu­mie­niu tego ter­mi­nu —  przed­mio­ta­mi trans­cen­dent­ny­mi, nale­żą np. zie­mia wraz z wszyst­kim, co się na niej znaj­du­je i roz­gry­wa, wszyst­kie gwiaz­dy, a dalej pod­mio­ty psy­chicz­ne wraz z ich prze­ży­cia­mi. Do przed­mio­tów tyl­ko pomy­śla­nych, a nie ist­nie­ją­cych napraw­dę, zali­czy czło­wiek nie filo­zo­fu­ją­cy np. posta­ci mitycz­ne, fau­ny i nim­fy, fik­cyj­ne oso­by, zda­rze­nia wymy­ślo­ne przez poetów itp. Nie­któ­rzy filo­zo­fo­wie skłon­ni są nato­miast gra­ni­ce tego, co napraw­dę ist­nie­je, a nie jest tyl­ko kon­struk­cją umy­słu, popro­wa­dzić ina­czej i zali­cza­ją cały ten świat cie­le­sny i psy­chicz­ny, któ­ry uwa­ża­my w życiu codzien­nym za naj­praw­dziw­szą rze­czy­wi­stość, do pew­ne­go rodza­ju kon­struk­cji myślo­wych. Rze­czy­wi­stość praw­dzi­wą, świat bytów trans­cen­dent­nych mają sta­no­wić jakieś nie­po­zna­wal­ne „rze­czy same w sobie”, o któ­rych nicze­go nie wie­my i nicze­go nie potra­fi­my powiedzieć.

Z tym obec­nie zary­so­wa­nym rozu­mie­niem ter­mi­nu „przed­miot trans­cen­dent­ny” wią­że się dru­ga postać zagad­nie­nia gra­nic pozna­nia. Cho­dzi w niej o to, czy przed­mio­ty napraw­dę ist­nie­ją­ce  są dostęp­ne pozna­niu, czy też pozna­nie doty­czyć może tyl­ko jakichś kon­struk­cji myślo­wych napraw­dę nie ist­nie­ją­cych. Kie­ru­nek filo­zo­ficz­ny, któ­ry twier­dzi, że przed­mio­ty napraw­dę ist­nie­ją­ce nie są dostęp­ne pozna­niu, lecz że pozna­nie doty­czyć może tyl­ko jakichś kon­struk­cji myślo­wych, nazy­wa się epi­ste­mo­lo­gicz­nym ide­ali­zmem trans­cen­den­tal­nym[1]. Kie­ru­nek, wedle któ­re­go pozna­nie może dotrzeć do praw­dzi­wej rze­czy­wi­sto­ści, nazy­wa się epi­ste­mo­lo­gicz­nym reali­zmem trans­cen­den­tal­nym. Doko­naw­szy roz­róż­nie­nia naszki­co­wa­nych wyżej dwóch posta­ci zagad­nie­nia gra­nic pozna­nia i zwią­za­nych z nim kie­run­ków epi­ste­mo­lo­gicz­ne­go ide­ali­zmu i reali­zmu, przy­stąp­my obec­nie do nie­co dokład­niej­szej ich analizy.

Epi­ste­mo­lo­gicz­ny ide­alizm imma­nent­ny. Za kla­sycz­ne­go przed­sta­wi­cie­la ide­ali­zmu imma­nent­ne­go ucho­dzi angiel­ski filo­zof XVIII wie­ku, Geo­r­ge Ber­ke­ley. Powszech­nie sądzi się, że w pro­ce­sie spo­strze­że­nia zmy­sło­we­go pozna­je­my two­ry pozap­sy­chicz­ne, a więc nie­im­ma­nent­ne; Ber­ke­ley pod­da­je ten pogląd kry­tycz­ne­mu roz­pa­trze­niu. Co spo­strze­gam wzro­kiem — pyta Ber­ke­ley — gdy patrzę teraz przed sie­bie na kart­kę papie­ru, na któ­rej piszę? Spo­strze­gam bia­łą pro­sto­kąt­ną powierzch­nię, pokry­tą czę­ścio­wo nie­bie­ski­mi linia­mi. Ta powierzch­nia i tyl­ko ona jest przed­mio­tem mego spo­strze­że­nia, przy­naj­mniej bez­po­śred­nim jego przed­mio­tem, tj. tym, co napraw­dę widzę, a nie tym, cze­go się dopie­ro z tego, co napraw­dę widzę, domy­ślam. Ale czym­że jest ta bia­ła powierzch­nia, któ­rą jedy­nie napraw­dę spo­strze­gam? Czy jest ona czymś obiek­tyw­nym, od mego apa­ra­tu spo­strze­gaw­cze­go nie­za­leż­nym? Gdy­by czymś takim była, to nie mogła­by ule­gać zmia­nie tyl­ko na sku­tek zmian w apa­ra­cie spo­strze­gaw­czym. Tym­cza­sem jest prze­ciw­nie. Roz­dwoi mi się ona, gdy jed­no oko z boku przy­ci­snę lek­ko pal­cem. Z bia­łej zro­bi się zie­lo­na­wa, jeśli na chwi­lę prze­rwę jej oglą­da­nie i na jakiś czas udam się do poko­ju oświe­tlo­ne­go świa­tłem czer­wo­nym, a potem znów spoj­rzę na tę kart­kę oświe­tlo­ną świa­tłem bia­łym (kon­trast następ­czy). Widzia­na powierzch­nia sta­nie się inna, gdy będę ją oglą­dał przez lupę; będzie inna, gdy na nią będę patrzył z bli­ska, a inna, gdy spo­glą­dać będę na nią z dale­ka; inna, gdy, jako krót­ko­widz, będę na nią patrzył przez szkła, a inna, gdy popa­trzę na nią gołym okiem. Wszyst­ko to świad­czy, zda­niem Ber­ke­leya, o tym, że owa bia­ła powierzch­nia, któ­rą widzę spo­glą­da­jąc na kart­kę papie­ru, jest tyl­ko moim wra­że­niem subiek­tyw­nym i niczym wię­cej. Że zaś nicze­go inne­go prócz tej powierzch­ni bia­łej napraw­dę nie spo­strze­gam wzro­kiem, prze­to jedy­nym przed­mio­tem spo­strze­że­nia zmy­sło­we­go jest tyl­ko wła­sne moje wra­że­nie, a więc pew­ne moje prze­ży­cie, pewien twór immanentny.

Ide­alizm imma­nent­ny Ber­ke­leya jest tyl­ko poło­wicz­ny. Nie roz­cią­ga on bowiem swej ide­ali­stycz­nej tezy na wszel­kie pozna­nie, lecz ogra­ni­cza ją tyl­ko do spo­strze­że­nia zmy­sło­we­go, twier­dząc, że w spo­strze­że­niu tym dane nam być mogą jedy­nie wła­sne nasze wra­że­nia, a więc prze­ży­cia psy­chicz­ne. Obok spo­strze­że­nia zmy­sło­we­go uzna­je jed­nak Ber­ke­ley inne for­my pozna­nia, któ­re mogą wykro­czyć poza wła­sne prze­ży­cia pozna­ją­ce­go pod­mio­tu. Takim pozna­niem, któ­re wykra­cza poza wła­sne prze­ży­cia psy­chicz­ne pozna­ją­ce­go pod­mio­tu, ma być — wedle Ber­ke­leya —  np. pozna­nie swej wła­snej duszy i innych duchów, któ­rych Ber­ke­ley nie utoż­sa­mia z prze­ży­cia­mi psy­chicz­ny­mi pozna­ją­ce­go podmiotu.

O krok dalej idzie dru­gi angiel­ski filo­zof XVIII wie­ku, David Hume, roz­cią­ga­jąc tezę epi­ste­mo­lo­gicz­ną ide­ali­zmu imma­nent­ne­go, któ­rą Ber­ke­ley ogra­ni­czył tyl­ko do spo­strze­że­nia zmy­sło­we­go, rów­nież na tzw. spo­strze­że­nie wewnętrz­ne, za któ­re­go pomo­cą — jak się sądzi —  mamy zdo­by­wać tzw. samo­wie­dzę, tj. świa­do­mość naszej wła­snej jaź­ni, czy­li duszy. Podob­nie jak Ber­ke­ley pytał, co napraw­dę spo­strze­ga­my za pomo­cą naszych zmy­słów, tak zno­wu Hume pyta, co napraw­dę spo­strze­ga­my w tzw. doświad­cze­niu wewnętrz­nym. Na to pyta­nie odpo­wia­da Hume, że w doświad­cze­niu wewnętrz­nym nie jest nam dane nic wię­cej jak tyl­ko nasze wła­sne prze­ży­cia psy­chicz­ne, nie jest nam zaś w tym doświad­cze­niu dana jakaś nasza jaźń, któ­ra by mia­ła być czymś od owych prze­żyć róż­nym. Jeże­li sło­wo „jaźń” czy też „dusza” ma ozna­czać coś, co jest nam dane w doświad­cze­niu wewnętrz­nym, to nie może ono ozna­czać nicze­go inne­go niż stru­mień naszych prze­żyć psy­chicz­nych. Dusza jako coś róż­ne­go od stru­mie­nia prze­żyć, jako coś, co mia­ło­by być tych prze­żyć sub­stra­tem czy też pod­mio­tem, nie jest dana w żad­nym doświad­cze­niu. Twier­dzi więc Hume, że w doświad­cze­niu wewnętrz­nym nie pozna­je­my nicze­go róż­ne­go od naszych wła­snych prze­żyć psy­chicz­nych, nie wycho­dzi­my poza sfe­rę immanentną.

Spo­strze­że­nie i jego przed­miot. Fun­da­men­tal­ną pod­sta­wą ide­ali­zmu imma­nent­ne­go jest jego pogląd na sto­su­nek pomię­dzy pod­mio­tem pozna­ją­cym a przed­mio­tem pozna­nia. Przy spo­strze­ga­niu np. sto­su­nek pomię­dzy pod­mio­tem pozna­ją­cym a przed­mio­tem spo­strze­że­nia pole­ga — wedle Ber­ke­leya — na tym, że ten przed­miot sta­je się „tre­ścią świa­do­mo­ści”, tzn. sta­je się po pro­stu prze­ży­ciem psy­chicz­nym. Pro­wa­dząc ana­li­zę głę­biej i odróż­nia­jąc akt i treść prze­ży­cia, moż­na by powie­dzieć, że przed­miot spo­strze­żo­ny sta­je się — wedle Ber­ke­leya i innych imma­nent­nych ide­ali­stów — tre­ścią przeżycia.

Ata­ki reali­zmu epi­ste­mo­lo­gicz­ne­go, opo­nu­ją­ce­go prze­ciw ide­ali­zmo­wi Ber­ke­leya i Hume­’a, zaczy­na­ją od kry­ty­ki tego wła­śnie poglą­du na sto­su­nek pod­mio­tu do przed­mio­tu spo­strze­że­nia. Sto­su­nek przed­mio­tu spo­strze­że­nia i w ogó­le przed­mio­tu pozna­nia do pod­mio­tu pozna­ją­ce­go nie pole­ga wedle reali­stów na tym, że przed­miot ten, w chwi­li gdy go pod­miot pozna­je, wcho­dzi po pro­stu w ten pod­miot i sta­je się jego prze­ży­ciem (resp. tego prze­ży­cia tre­ścią). Sto­su­nek ten jest inny. Pod­miot wycho­dzi w akcie poznaw­czym nie­ja­ko poza sie­bie, zwra­ca­jąc się ku cze­muś, co nie jest jego tre­ścią. Tak np. gdy spo­strze­gam tę kart­kę papie­ru, to mam na myśli coś, co ma nie tyl­ko stro­nę ku mnie zwró­co­ną, ale też i odwrot­ną stro­nę (któ­rej w tym samym sen­sie, co stro­ny fron­to­wej, nie widzę), coś, co ma prócz tego pewien cię­żar, pewien skład che­micz­ny itd. To wszyst­ko nie sta­je się tre­ścią mojej świa­do­mo­ści; tre­ścią świa­do­mo­ści jest tyl­ko ta bia­ła powierzch­nia, zja­wia­ją­ca mi się i sta­no­wią­ca nie­ja­ko punkt opar­cia dla mego aktu spo­strze­ga­nia, w któ­rym umysł mój poprzez tę treść, jak­by poprzez musz­kę kara­bi­nu, celu­je w coś, co jest poza świa­do­mo­ścią. Ten sto­su­nek mię­dzy pod­mio­tem pozna­ją­cym a przed­mio­tem pozna­wa­nym, któ­ry tu w prze­no­śniach tyl­ko sta­ra­li­śmy się opi­sać, nazy­wa się sto­sun­kiem inten­cjo­nal­nym.

Dla zaist­nie­nia tego sto­sun­ku nie dość, by zja­wi­ła się w świa­do­mo­ści treść zmy­sło­wa (np. owa bia­ła pla­ma przy spo­strze­ga­niu kart­ki papie­ru). Pod­miot pozna­ją­cy musi wyko­nać nad­to sze­reg ope­ra­cji, w któ­rych i pew­ne poję­cia odgry­wa­ją rolę, ope­ra­cji, któ­re nie mają cha­rak­te­ru bier­ne­go (recep­tyw­ne­go) tyl­ko, lecz posia­da­ją rów­nież cha­rak­ter czyn­ny (spon­ta­nicz­ny). Dopie­ro dzię­ki tym aktom docho­dzi do „obiek­ty­wi­za­cji”, do prze­ciw­sta­wie­nia pod­mio­to­wi pozna­ją­ce­mu przed­mio­tu pozna­nia. Otóż, sko­ro spo­strzec przed­miot to nie to samo, co uczy­nić ten przed­miot tre­ścią świa­do­mo­ści, sko­ro spo­strzec przed­miot to nie to samo, co wtło­czyć go do wnę­trza pod­mio­tu — w takim razie odpa­da głów­ny argu­ment Ber­ke­leya, jakim się on posłu­gu­je dla wyka­za­nia, że przed­mio­ta­mi spo­strze­że­nia mogą być tyl­ko tre­ści świa­do­mo­ści, czy­li prze­ży­cia psychiczne.

Ana­li­za pro­ce­su spo­strze­ga­nia, opi­sa­nie tych wszyst­kich ope­ra­cji myślo­wych, uczest­ni­czą­cych w nim i dopro­wa­dza­ją­cych do tego, że pod­miot w akcie spo­strze­ga­nia prze­ciw­sta­wia sobie pewien przed­miot, na któ­ry jest skie­ro­wa­na jego inten­cja, sta­no­wi jed­no z naj­waż­niej­szych zagad­nień z pogra­ni­cza psy­cho­lo­gii i teo­rii pozna­nia. Zagad­nie­nie to nazy­wa się nie­kie­dy zagad­nie­niem kon­sty­tu­cji przed­mio­tu spo­strze­że­nia. Zwró­ce­nie uwa­gi na to, że pod­miot pozna­ją­cy w akcie spo­strze­że­nia nie zacho­wu­je się bier­nie, przyj­mu­jąc tyl­ko przed­miot spo­strze­ga­ny do swe­go wnę­trza, ale że, prze­ciw­nie, pod­miot pozna­ją­cy zacho­wu­je się w tym akcie czyn­nie, że przed­miot spo­strze­że­nia zosta­je przez umysł dopie­ro ukon­sty­tu­owa­ny, budzi pyta­nie, czy wsku­tek tego przed­miot spo­strze­że­nia nie jest jedy­nie tyl­ko kon­struk­cją umy­słu, a nie czymś rze­czy­wi­stym, nie­za­leż­nie od pod­mio­tu ist­nie­ją­cym. Tym pyta­niem zaj­mu­je się teo­ria pozna­nia, roz­strzą­sa­jąc zagad­nie­nie wystę­pu­ją­ce pod nazwą „ide­ali­zmu trans­cen­den­tal­ne­go”, do któ­re­go omó­wie­nia obec­nie przejdziemy.

Epi­ste­mo­lo­gicz­ny ide­alizm trans­cen­den­tal­ny. Ile­kroć ktoś myśli, zawsze myśli o czymś, ile­kroć spo­strze­ga, spo­strze­ga coś, ile­kroć sobie wyobra­ża, wyobra­ża sobie coś. Otóż to, o czym ktoś myśli, co ktoś spo­strze­ga, co sobie wyobra­ża, utar­ło się nazy­wać inten­cjo­nal­nym przed­mio­tem myśli, spo­strze­że­nia, wyobra­że­nia itd. Nie wszyst­kie przed­mio­ty inten­cjo­nal­ne naszych myśli, wyobra­żeń itd. uwa­ża­my za rze­czy­wi­ście ist­nie­ją­ce. Nie­któ­rym (np. fau­nom, cen­tau­rom) odma­wia­my rze­czy­wi­ste­go ist­nie­nia, uwa­ża­jąc je za fik­cje, a tyl­ko nie­któ­rym przed­mio­tom naszych myśli, wyobra­żeń itd. przy­zna­je­my rze­czy­wi­ste istnienie.

Przy tym odróż­nie­niu fik­cji i rze­czy­wi­sto­ści posłu­gu­je­my się pew­nym kry­te­rium. Naj­waż­niej­szym z tych kry­te­riów jest doświad­cze­nie: do doświad­cze­nia zazwy­czaj ape­lu­je­my, gdy mamy roz­strzy­gnąć, czy coś jest tyl­ko wymy­słem, czy też rzeczywistością.

Otóż teo­ria pozna­nia wysu­wa kwe­stię, czy te kry­te­ria, któ­ry­mi kie­ru­je­my się przy odróż­nia­niu fik­cji od rze­czy­wi­sto­ści, pro­wa­dzą do uzna­nia za rze­czy­wi­ste takich przed­mio­tów, któ­re napraw­dę ist­nie­ją, czy też może i te przed­mio­ty, za któ­ry­mi się te kry­te­ria opo­wia­da­ją, są rów­nież tyl­ko „kon­struk­cja­mi umy­słu”, a nie rze­czy­wi­sto­ścią ist­nie­ją­cą w spo­sób od umy­słu nie­za­leż­ny. Wąt­pli­wość taka nasu­nąć się może, gdy się zwa­ży, że czło­wiek tyl­ko to może uzna­wać za rze­czy­wi­ste, co sobie potra­fi przed­sta­wić, co sobie w ogó­le jakoś potra­fi pomy­śleć. Ale nasza zdol­ność przed­sta­wia­nia sobie cze­go­kol­wiek jest ogra­ni­czo­na przez pew­ne for­my wyobra­ża­nia i myśle­nia, nie­od­łącz­nie z natu­rą ludz­ką zwią­za­ne. I tak np. to, że przed­mio­ty spo­strze­ga­my i wyobra­ża­my sobie jako barw­ne, zawdzię­cza­my orga­ni­za­cji naszych zmy­słów. Gdy­by nasze oko było ina­czej zor­ga­ni­zo­wa­ne, to może świat nie wyda­wał­by się barw­ny, lecz jakiś cał­kiem inny. To samo odno­si się, zda­niem nie­któ­rych, rów­nież i do kształ­tów. Gdy­by nasze wła­dze poznaw­cze były ina­czej zor­ga­ni­zo­wa­ne, nie widzie­li­by­śmy świa­ta — powia­da­ją — w for­mach prze­strzen­nych, lecz jakoś ina­czej. Ale nie tyl­ko nasze zmy­sły, lecz i nasz umysł jest ogra­ni­czo­ny w swej zdol­no­ści prze­sta­wia­nia sobie   przed­mio­tów. Umysł nasz ope­ru­je tyl­ko taki­mi poję­cia­mi, na jakie mu jego orga­ni­za­cja pozwa­la. Gdy­by był ina­czej zor­ga­ni­zo­wa­ny, ope­ro­wał­by inny­mi poję­cia­mi, a tym samym skon­stru­ował­by  ina­czej poję­cio­wy model świa­ta. Otóż, sko­ro moż­li­wo­ści nasze­go umy­słu są przez orga­ni­za­cję jego władz poznaw­czych ogra­ni­czo­ne i umysł nie wszyst­ko może sobie przed­sta­wić, lecz tyl­ko to, na co mu orga­ni­za­cja jego władz pozwa­la, i nie­za­leż­nie od tego, jaka by była napraw­dę rze­czy­wi­stość, gra­nic tych prze­kro­czyć nie może, to nale­ży przy­naj­mniej liczyć się z tą moż­li­wo­ścią, że orga­ni­za­cja nasze­go umy­słu nie pozwa­la nam nigdy przed­sta­wiać sobie rze­czy­wi­sto­ści od umy­słu nie­za­leż­nej i że umysł nasz ma sta­le do czy­nie­nia tyl­ko z wła­sny­mi kon­struk­cja­mi. Gdy­by tak było, to i te przed­mio­ty przez umysł przed­sta­wia­ne, któ­re kie­ru­jąc się kry­te­ria­mi słu­żą­cy­mi mu do odróż­nia­nia fik­cji od rze­czy­wi­sto­ści, a więc np. kie­ru­jąc się doświad­cze­niem, umysł nasz uwa­ża za rze­czy­wi­ste, były­by też tyl­ko jego wła­sny­mi kon­struk­cja­mi, bo nicze­go, co nie jest tyl­ko jego kon­struk­cją, nie był­by on zdol­ny sobie pomyśleć.

Zna­leź­li się też istot­nie filo­zo­fo­wie, któ­rzy uwa­ża­li tę ewen­tu­al­ność nie tyl­ko za moż­li­wą, lecz któ­rzy nawet sądzi­li, że zna­leź­li argu­men­ty, dowo­dzą­ce, że tak wła­śnie jest. Ich zda­niem świat,  któ­ry, kie­ru­jąc się naj­skru­pu­lat­niej kry­te­rium doświad­cze­nia, uzna­je­my za rze­czy­wi­stość, nie jest praw­dzi­wą rze­czy­wi­sto­ścią od umy­słu nie­za­leż­ną, lecz sta­no­wi też tyl­ko kon­struk­cję umy­słu. Umysł nasz nie jest zdol­ny poznać świa­ta ist­nie­ją­ce­go od nie­go nie­za­leż­nie, tzw. świa­ta „rze­czy samych w sobie”, lecz jest ska­za­ny na sta­łe obco­wa­nie tyl­ko z wła­sny­mi kon­struk­cja­mi. Zda­nie powyż­sze sta­no­wi wła­śnie tezę epi­ste­mo­lo­gicz­ne­go ide­ali­zmu, zwa­ne­go ide­ali­zmem transcendentalnym.

Zwo­len­ni­cy tego ide­ali­zmu zaprze­cza­li więc temu, żeby np. doświad­cze­nie (lub inne jakieś kry­te­rium, któ­rym się w prak­ty­ce posłu­gu­je­my przy odróż­nia­niu fik­cji od rze­czy­wi­sto­ści) pro­wa­dzi­ło nas do uzna­wa­nia za rze­czy­wi­ste przed­mio­tów, któ­re ist­nie­ją od umy­słu nie­za­leż­nie, czy­li któ­re są czymś wię­cej niż tyl­ko przed­mio­ta­mi inten­cjo­nal­ny­mi. Mimo to jed­nak ide­ali­ści nie uwa­ża­li sądów wyda­wa­nych na pod­sta­wie doświad­cze­nia za fał­szy­we, ide­ali­ści bowiem nie sto­ją na ogół na sta­no­wi­sku kla­sycz­nej defi­ni­cji praw­dy, lecz praw­dę pozna­nia utoż­sa­mia­ją z jego zgod­no­ścią z pew­ny­mi wyróż­nio­ny­mi kry­te­ria­mi. Za takie zaś wyróż­nio­ne kry­te­rium uwa­ża­ją świa­dec­two doświad­cze­nia łącz­nie z kry­te­rium har­mo­nii wewnętrz­nej i powszech­nej zgo­dy. Nie nazy­wa­ją prze­to całej wie­dzy opar­tej na doświad­cze­niu fał­szem ani też świa­ta, któ­ry wie­dza ta przed­sta­wia nam jako rze­czy­wi­stość, nie uwa­ża­ją za świat skła­da­ją­cy się z samych fik­cji i two­rów zmy­ślo­nych. Prze­ciw­nie, czy­nią oni zasad­ni­czą róż­ni­cę pomię­dzy tym, co zosta­ło lub może zostać przez doświad­cze­nie potwier­dzo­ne, a tym, cze­mu doświad­cze­nie zaprze­cza. Tyl­ko to, co zosta­ło lub mogło­by zostać przez doświad­cze­nie oba­lo­ne, nazy­wa­ją fik­cją lub złu­dze­niem. Te zaś two­ry, za któ­ry­mi opo­wia­da się doświad­cze­nie jako kry­te­rium praw­dy, nazy­wa­ją feno­me­na­mi lub zja­wi­ska­mi. O owych feno­me­nach, czy­li zja­wi­skach, mówią też, że posia­da­ją one rze­czy­wi­stość empi­rycz­ną, co nic inne­go nie zna­czy, jak tyl­ko to, że potwier­dza je kry­te­rium doświad­cze­nia, har­mo­nii wewnętrz­nej i powszech­nej zgo­dy, i że prze­to nale­żą do świa­ta przed­mio­tów inten­cjo­nal­nych powszech­nie przez wszyst­kich uzna­wa­nych; odma­wia­ją im tyl­ko tego, by posia­da­ły ist­nie­nie nie­za­leż­ne od umy­słu, by były czymś wię­cej niż przed­mio­ta­mi tyl­ko pomy­śla­ny­mi, przed­mio­ta­mi tyl­ko intencjonalnymi.

Kant jako przed­sta­wi­ciel trans­cen­den­tal­ne­go ide­ali­zmu. Przed­sta­wi­cie­lem refe­ro­wa­ne­go tu ide­ali­zmu był Kant. Docho­dzi on do tego sta­no­wi­ska na dwo­ja­kiej dro­dze. Jed­ną z nich moż­na by w zasad­ni­czym pomy­śle przed­sta­wić w nastę­pu­ją­cy spo­sób: Kant stwier­dza, że a prio­ri, tj. nie odwo­łu­jąc się do doświad­cze­nia, zdo­by­wa­my pew­ne twier­dze­nia, któ­re w zasa­dzie mogły­by zostać oba­lo­ne przez doświad­cze­nie (ponie­waż nie są sąda­mi ana­li­tycz­ny­mi, tyl­ko syn­te­tycz­ny­mi), a któ­re doświad­cze­nie nie tyl­ko póź­niej sta­le potwier­dza, ale co do któ­rych z góry jeste­śmy pew­ni, że im doświad­cze­nie nigdy nie zaprze­czy. Taki­mi twier­dze­nia­mi są, zda­niem Kan­ta, m.in. twier­dze­nia geo­me­trii, np. sąd, iż suma dwu boków trój­ką­ta musi być więk­sza niż bok trze­ci. Wystar­czy sobie przed­sta­wić trój­kąt i wyobra­zić, że dwa jego ramio­na obra­ca­ją się doko­ła koń­ców pod­sta­wy i spa­da­ją na nią. Widać wte­dy od razu, że oba pokry­wa­ją całą pod­sta­wę i czę­ścio­wo zacho­dzą na sie­bie, że więc ich suma jest więk­sza niż bok trze­ci. Aby to stwier­dzić, nie trze­ba ape­lo­wać do doświad­cze­nia, lecz wystar­cza na to czy­sta wyobraź­nia. Ale tym bez odwo­ła­nia się do doświad­cze­nia zdo­by­tym twier­dze­niom doświad­cze­nie też nigdy nie zaprze­cza! Jak to zro­zu­mieć, że nie cze­ka­jąc na doświad­cze­nie, a więc a prio­ri, pozna­je­my pew­ne ogól­ne pra­wa rzą­dzą­ce świa­tem, któ­ry nam doświad­cze­nie uka­zu­je? Jak to wytłu­ma­czyć? Pyta­nie to wyra­ża Kant w sfor­mu­ło­wa­niu: „jak są moż­li­we sądy syn­te­tycz­ne a prio­ri?”

Jest to naczel­ne pyta­nie, któ­re sobie Kant sta­wia w głów­nym swym dzie­le epi­ste­mo­lo­gicz­nym pt. Kry­ty­ka czy­ste­go rozu­mu. Docie­ka­nia zmie­rza­ją­ce do roz­wią­za­nia tego zagad­nie­nia nazy­wa Kant bada­nia­mi trans­cen­den­tal­ny­mi. On sam znaj­du­je to roz­wią­za­nie w ide­ali­zmie pew­ne­go typu. Dla­te­go ide­alizm taki nazy­wa się ide­ali­zmem trans­cen­den­tal­nym.

Poda­ne przez Kan­ta roz­wią­za­nie tego zagad­nie­nia moż­na szki­co­wo przed­sta­wić w nastę­pu­ją­cy spo­sób. Gdy­by doświad­cze­nie uka­zy­wa­ło nam praw­dzi­wą rze­czy­wi­stość, a nie tyl­ko nasze kon­struk­cje myślo­we, to owa har­mo­nia mię­dzy sąda­mi syn­te­tycz­ny­mi, do któ­rych umysł docho­dzi a prio­ri, a doświad­cze­niem była­by istot­nie nie­zro­zu­mia­łym, dziw­nym przy­pad­kiem. Ina­czej będzie, jeże­li przyj­mie­my, że two­ry, któ­re nam pre­zen­tu­je doświad­cze­nie, są też tyl­ko kon­struk­cja­mi umy­słu. Wte­dy będzie rze­czą zro­zu­mia­łą, że umysł, nie cze­ka­jąc na doświad­cze­nie, może a prio­ri dojść do pozna­nia ogól­nych zasad, wedle któ­rych on sam kon­stru­uje przed­mio­ty w akcie spo­strze­ga­nia, a więc przed­mio­ty dane mu w doświad­cze­niu. Aby więc zagad­nie­nie sądów syn­te­tycz­nych a prio­ri roz­wią­zać, musi­my, zda­niem Kan­ta, przy­jąć, że przed­mio­ty dane nam w doświad­cze­niu są tyl­ko kon­struk­cją umy­słu, a nie nie­za­leż­ną od nie­go rze­czy­wi­sto­ścią, czy­li tzw. rze­cza­mi samy­mi w sobie (Ding an sich). Ale Kant pró­bu­je na innej jesz­cze dro­dze uza­sad­nić swą ide­ali­stycz­ną tezę. Ana­li­zu­je on mia­no­wi­cie spo­sób, w jaki umysł docho­dzi w akcie spo­strze­ga­nia do prze­ciw­sta­wie­nia sobie przed­mio­tu spo­strze­ga­ne­go, czy­li zaj­mu­je się zagad­nie­niem kon­sty­tu­cji przed­mio­tu spo­strze­że­nia. Ana­li­za ta wyka­zu­je udział tzw. form prze­strzen­no-cza­so­wych i pojęć (kate­go­rii) w kon­sty­tu­owa­niu się przed­mio­tu spo­strze­że­nia. Ponie­waż zaś Kant, z dru­giej stro­ny, wyka­zu­je subiek­tyw­ny cha­rak­ter tych form i pojęć, prze­to już sam spo­sób kon­sty­tu­owa­nia się przed­mio­tu spo­strze­że­nia słu­ży Kan­to­wi jako dowód, że przed­mio­ty spo­strze­ga­ne są tyl­ko kon­struk­cja­mi umy­słu nie ist­nie­ją­cy­mi napraw­dę. Odno­śne wywo­dy Kan­ta są trud­ne i zawi­łe i nie dają się zwięź­le i w spo­sób choć­by tro­chę przy­stęp­ny przedstawić.

Realizm. Realizm przed­sta­wia ide­ali­zmo­wi trans­cen­den­tal­ne­mu tezę o rze­czy­wi­stym ist­nie­niu przed­mio­tów danych w doświad­cze­niu. W pole­mi­ce z ide­ali­zmem zwal­cza­ją reali­ści jego argu­men­ta­cję. Pod­da­ją przy tym naj­czę­ściej kry­ty­ce poglą­dy ide­ali­zmu na kon­sty­tu­cję przed­mio­tu spo­strze­że­nia, pró­bu­jąc ją ze swej stro­ny tak przed­sta­wić, aby nie pro­wa­dzi­ła do kon­se­kwen­cji ide­ali­stycz­nych. Naj­czę­ściej jed­nak odpie­ra­ją reali­ści, jako bez­pod­staw­ne urosz­cze­nie, pre­ten­sję teo­rii pozna­nia do wyda­wa­nia wyro­ku o war­to­ści kry­te­rium doświad­cze­nia. Uwa­ża­ją oni, że kry­te­ria, któ­ry­mi ide­ali­sta posłu­gu­je się w swych roz­wa­ża­niach, nie zasłu­gu­ją bynaj­mniej na więk­sze zaufa­nie niż kry­te­rium doświad­cze­nia, któ­re ide­ali­sta kry­ty­ku­je. Zda­niem wie­lu reali­stów doświad­cze­nie tak sil­nie uza­sad­nia naszą wia­rę w rze­czy­wi­ste i nie­za­leż­ne od pod­mio­tu ist­nie­nie świa­ta dane­go nam w doświad­cze­niu, że żad­na kry­ty­ka epi­ste­mo­lo­gicz­na nie jest w sta­nie jej pod­wa­żyć ani umocnić.

Jesz­cze surow­sza jest kry­ty­ka, któ­ra nie tyl­ko zarzu­ca ide­ali­zmo­wi trans­cen­den­tal­ne­mu fał­szy­wość, ale uwa­ża samo zagad­nie­nie przez ide­alizm wysu­nię­te za pozba­wio­ne sen­su. W zagad­nie­niu tym bowiem wystę­pu­ją ter­mi­ny takie, jak: „rze­czy­wi­stość, ist­nie­ją­ca w spo­sób od umy­słu nie­za­leż­ny”, „przed­miot, któ­ry jest nie tyl­ko pomy­śla­ny, lecz ist­nie­je nie­za­leż­nie od umy­słu”. Otóż te ter­mi­ny nie są, nie­ste­ty, dosta­tecz­nie wyja­śnio­ne. Nie­któ­rzy twier­dzą nawet, że nie posia­da­ją w ogó­le żad­ne­go zna­cze­nia. Z takim zarzu­tem spo­ty­ka się ide­alizm, i nawet samo posta­wio­ne prze­zeń zagad­nie­nie, ze stro­ny myśli­cie­li z obo­zu tzw. pozy­ty­wi­zmu, któ­rym obec­nie się zajmiemy.

Pozy­ty­wizm. Pozy­ty­wizm zaj­mu­je się zagad­nie­niem gra­nic pozna­nia, bie­rze je jed­nak w innym zna­cze­niu niż to, któ­re ono posia­da w spo­rze ide­ali­zmu z realizmem.

Pozy­ty­wizm przyj­mu­je naczel­ną tezę empi­ry­zmu, wedle któ­rej tyl­ko na pod­sta­wie doświad­cze­nia poznać może­my rze­czy­wi­stość. Pozy­ty­wizm idzie jed­nak dalej i do powyż­szej tezy dołą­cza jesz­cze twier­dze­nie, że przed­mio­tem pozna­nia może być tyl­ko to, co jest lub — co może być dane w doświad­cze­niu. Gło­sząc to, wypo­wia­da pozy­ty­wizm pewien pogląd na gra­ni­ce pozna­nia, a nie tyl­ko na jego źró­dło. Z tezy empi­ry­stycz­nej nie wyni­ka bowiem jesz­cze teza pozy­ty­wi­zmu. Z tego, że pozna­nie rze­czy­wi­sto­ści musi opie­rać się na doświad­cze­niu, nie wyni­ka jesz­cze, że pozna­nie nie może doty­czyć cze­goś, co nie jest dane w doświad­cze­niu. Moż­na by bowiem sądzić, że jest prze­ciw­nie, że wycho­dząc od doświad­cze­nia moż­na się na dro­dze rozu­mo­wa­nia wznieść wyżej i dojść do pozna­nia cze­goś, co w doświad­cze­niu nie jest i nie może być dane. O tej moż­li­wo­ści zda­ją się świad­czyć róż­ne teo­rie fizy­kal­ne, któ­re, opie­ra­jąc się na doświad­cze­niu, docho­dzą do pozna­nia fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych, elek­tro­nów, pro­to­nów itd.; tych zaś ani nikt nie spo­strze­gał, ani nie mógł­by wprost spo­strzec. Otóż pozy­ty­wizm, nie odma­wia­jąc war­to­ści tym teo­riom fizy­kal­nym, utrzy­mu­je, że jed­nak twier­dze­nia, któ­re w nich wystę­pu­ją i któ­re mówią coś o jakimś świe­cie nie­do­stęp­nym bez­po­śred­nio spo­strze­że­niu, z pozo­ru tyl­ko mówią o czymś wykra­cza­ją­cym poza doświad­cze­nie. Wedle pozy­ty­wi­stów owe wypo­wie­dzi fizy­ków są tyl­ko skró­ta­mi, któ­re po roz­wi­nię­ciu ich tre­ści dają się prze­ło­żyć na zda­nia gło­szą­ce coś tyl­ko o rze­czach dostęp­nych doświad­cze­niu. Tak np. zda­nia gło­szą­ce­go, że przez drut pły­nie prąd elek­trycz­ny, nie nale­ży, wedle pozy­ty­wi­stów, rozu­mieć w taki spo­sób, jako­by ono stwier­dza­ło, iż w dru­cie tym prze­su­wa­ją się jakieś nie­do­strze­gal­ne i nie­wy­obra­żal­ne elek­tro­ny, lecz wła­ści­wy sens zda­nia gło­szą­ce­go, że przez drut pły­nie prąd elek­trycz­ny, jest inny. Zda­nie to — wedle pozy­ty­wi­stów — stwier­dza tyl­ko, że w związ­ku ze sta­nem tego dru­tu wystą­pią w sto­sow­nych warun­kach pew­ne okre­ślo­ne i dają­ce się spo­strzec zja­wi­ska, a więc np., jeśli koń­ce dru­tu włą­czy­my do ampe­ro­me­tru — to wska­zów­ka jego się wychy­li, jeże­li je zanu­rzy­my w roz­two­rze elek­tro­li­tu — wystą­pią w nim zja­wi­ska elek­tro­li­zy, jeśli mie­rzyć będzie­my tem­pe­ra­tu­rę dru­tu — stwier­dzi­my, że się ona pod­wyż­sza, itd. Sło­wem — wedle pozy­ty­wi­stów — zda­nie stwier­dza­ją­ce prze­pływ prą­du elek­trycz­ne­go przez drut stwier­dza tyl­ko moż­li­wość wystą­pie­nia (w sto­sow­nych warun­kach) wszyst­kich tych zja­wisk dostrze­gal­nych, któ­re  słu­żą nam jako kry­te­ria dla odpo­wie­dzi na pyta­nie, czy przez drut pły­nie prąd elektryczny.

Pozy­ty­wi­ści, wypo­wia­da­jąc swą tezę o gra­ni­cach pozna­nia, wystę­pu­ją prze­ciw­ko wszel­kim pre­ten­sjom umy­słu ludz­kie­go do pozna­nia jakie­goś świa­ta nad­zmy­sło­we­go. Ponie­waż zaś czę­sto meta­fi­zy­ka jest poj­mo­wa­na jako nauka o świe­cie nad­zmy­sło­wym, prze­to pozy­ty­wi­ści zwra­ca­ją ostrze swej kry­ty­ki przede wszyst­kim prze­ciw tak rozu­mia­nej meta­fi­zy­ce. Zda­niem pozy­ty­wi­stów, wszyst­ko, cze­go może­my dowie­dzieć się o rze­czy­wi­sto­ści, wyczer­pu­je się w szcze­gó­ło­wych naukach przy­rod­ni­czych. Nie ma innej wie­dzy o świe­cie jak tyl­ko ta, któ­rej dostar­cza­ją nam te nauki. Wedle nich zada­niem filo­zo­fii nie jest wzno­sze­nie się ponad te nauki i poszu­ki­wa­nie głęb­szej wie­dzy o rze­czy­wi­sto­ści niż ta, któ­rej nam dostar­cza­ją nauki przy­rod­ni­cze, lecz zada­niem filo­zo­fii jest tyl­ko doko­na­nie syn­te­zy i usys­te­ma­ty­zo­wa­nia wyni­ków tych nauk. Ponad­to filo­zo­fia może i powin­na doko­ny­wać reflek­sji nad pozna­niem nauko­wym, stać się teo­rią nauki.

Pod­wa­li­ny pod myśl pozy­ty­wi­stycz­ną zało­żył wspo­mnia­ny już poprzed­nio angiel­ski filo­zof David Hume (XVIII wiek), roz­wi­nął ją w sys­tem myśli­ciel fran­cu­ski XIX wie­ku, Augu­ste Com­te. Pozy­ty­wizm przyj­mo­wał w dzie­jach filo­zo­fii odcień ide­ali­stycz­ny, reali­stycz­ny lub neu­tral­ny. Zale­ża­ło to od poglą­du na to, co jest przed­mio­tem spo­strze­że­nia. Nie­któ­rzy pozy­ty­wi­ści — jak np. Hume — uwa­ża­li, że przed­mio­tem spo­strze­że­nia zewnętrz­ne­go są tyl­ko tre­ści naszych wra­żeń, wewnętrz­ne­go zaś — wła­sne nasze prze­ży­cia psy­chicz­ne; że zaś wedle zasad­ni­czej tezy pozy­ty­wi­stycz­nej pozna­nie nasze nie wykra­cza poza to, co może zostać spo­strze­żo­ne, więc dla tych pozy­ty­wi­stów pozna­nie ogra­ni­cza­ło się do pozna­nia świa­ta naszych wra­żeń i naszych prze­żyć psy­chicz­nych. Inni pozy­ty­wi­ści sta­li w spra­wie przed­mio­tu spo­strze­że­nia na grun­cie reali­stycz­nym i przyj­mo­wa­li, że spo­strze­ga­my nie­za­leż­ne od pod­mio­tu spo­strze­ga­ją­ce­go cia­ła. Inni wresz­cie sądzi­li, że spo­strze­ga­my ukła­dy pew­nych ele­men­tów: barw, dźwię­ków, woni, sma­ków itd., z któ­rych zło­żyć się dają zarów­no cia­ła jak i to, co nazy­wa­my stru­mie­niem życia psy­chicz­ne­go, lecz któ­re same w sobie (tzn. roz­wa­ża­ne w ode­rwa­niu od bra­ne­go pod uwa­gę zespo­łu) nie są ani czymś psy­chicz­nym, ani fizycz­nym, lecz sta­no­wią ele­men­ty neu­tral­ne, mogą­ce ist­nieć nawet nie spostrzegane.

Uczo­ny austriac­ki Ernst Mach, żyją­cy na prze­ło­mie XIXXX wie­ku, twier­dził, podob­nie jak Ber­ke­ley, że cia­ła, z któ­ry­mi mamy do czy­nie­nia w doświad­cze­niu, są tyl­ko ukła­da­mi barw, dźwię­ków, woni itd. Cóż to jest np. ten ołó­wek, któ­ry w tej chwi­li spo­strze­gam? Jest to coś, na co się skła­da ta dłu­ga i wąska żół­ta powierzch­nia, któ­rą w tej chwi­li widzę, sze­ścio­bocz­na powierzch­nia o kolo­rze drew­na, z czar­nym krąż­kiem pośrod­ku, któ­ry bym mógł zoba­czyć, gdy­bym na ten ołó­wek spoj­rzał wzdłuż jego osi, dalej wszyst­kie te wido­ki, jakie bym miał oglą­da­jąc ten ołó­wek z róż­nych stron, nad­to te wido­ki, któ­re by mi się ujaw­ni­ły, gdy­bym ści­na­jąc zewnętrz­ne war­stwy ołów­ka oglą­dał jego war­stwy wewnętrz­ne. Prócz tego na ołó­wek ten skła­da­ją się aspek­ty, w jakich by mi się on przed­sta­wił, gdy­bym go pod­dał obser­wa­cji za pomo­cą inne­go zmy­słu niż wzrok, a więc na ołó­wek ten skła­da­ją się np. owa chłod­na, gład­ka powierzch­nia, któ­rą bym poczuł, gdy­bym ołó­wek ten wziął do ręki, itd. A czym jestem ja sam, moja jaźń, czy­li moja tzw. dusza? Na to pyta­nie odpo­wia­da Mach, podob­nie jak Hume, że moja jaźń to nic inne­go, tyl­ko pew­na wiąz­ka wra­żeń, wspo­mnień, myśli, uczuć, chceń itd. Wśród ele­men­tów sta­no­wią­cych moją jaźń znaj­du­ją się też takie ele­men­ty, któ­rych ukła­dy są cia­ła­mi. Wedle Macha bowiem — jak już powie­dzie­li­śmy — cia­ła nie są niczym innym jak tyl­ko ukła­da­mi barw, dźwię­ków, woni itd. Ale czym­że innym są owe bar­wy, dźwię­ki, wonie, jak nie tym samym, co dane nam jest bez­po­śred­nio, gdy spo­glą­da­my na przed­mio­ty, i co w tym związ­ku nazy­wa­my wra­że­nia­mi? Bar­wy, dźwię­ki, wonie itp. są więc ele­men­ta­mi, któ­re, gdy je roz­pa­tru­je­my jako skład­ni­ki kom­plek­sów sta­no­wią­cych tzw. jaźń lub duszę, nazy­wa­my wra­że­nia­mi, nato­miast gdy je roz­pa­tru­je­my jako skład­ni­ki innych ukła­dów ele­men­tów, mia­no­wi­cie tych, któ­re sta­no­wią cia­ła, nazy­wa­my wła­ści­wo­ścia­mi tych ciał. Owe bar­wy, dźwię­ki, wonie itd., roz­wa­ża­ne w ode­rwa­niu zarów­no od wspo­mnień, uczuć, chceń, z któ­ry­mi razem two­rzą stru­mień świa­do­mo­ści, jak też w ode­rwa­niu od tych kom­plek­sów, któ­re two­rzą cia­ła, nie są ani czymś psy­chicz­nym, ani czymś fizycz­nym. W ode­rwa­niu wzię­te, są one ele­men­ta­mi neu­tral­ny­mi, któ­re rów­nie dobrze moż­na nazwać czymś fizycz­nym jak też i czymś psy­chicz­nym, każ­de jed­nak z tych okre­śleń przy­słu­gu­je im tyl­ko jako skład­ni­kom takie­go lub inne­go kompleksu.

Poglą­dy podob­ne do wyło­żo­nych wyżej poglą­dów Macha wyzna­wał też gło­śny współ­cze­sny filo­zof angiel­ski Ber­trand Rus­sell.

Neo­po­zy­ty­wizm. Współ­cze­sny tzw. neo­po­zy­ty­wizm wyło­nił się z neu­tral­ne­go pozy­ty­wi­zmu Macha, lecz w trak­cie swe­go roz­wo­ju zarzu­cił to sta­no­wi­sko i zajął w spra­wie przed­mio­tu spo­strze­że­nia posta­wę reali­stycz­ną. Roz­wi­ja­jąc się dalej, zarzu­cił on tak­że zasad­ni­czą tezę pozy­ty­wi­zmu, ogra­ni­cza­ją­cą pozna­nie do przed­mio­tów dają­cych się spo­strzec. Z pozy­ty­wi­zmu zacho­wał wła­ści­wie tyl­ko tezę empi­ry­stycz­ną, przy­chy­la­jąc się do tezy empi­ry­zmu umiar­ko­wa­ne­go, wedle któ­rej wszel­kie pozna­nie, o ile nie pole­ga tyl­ko na wyłusz­cza­niu zna­cze­nia wyra­zów, a więc nie wyra­ża się w zda­niach ana­li­tycz­nych, musi się opie­rać na doświad­cze­niu. Neo­po­zy­ty­wi­ści nie tyl­ko uwa­ża­ją, że wszel­kie zda­nia syn­te­tycz­ne, o ile nie dają się przez doświad­cze­nie ani potwier­dzić, ani oba­lić, są twier­dze­nia­mi bez­pod­staw­ny­mi (w czym godzą się z umiar­ko­wa­nym empi­ry­zmem), ale idą dalej i uzna­ją zda­nia takie za pozba­wio­ne sen­su. Wedle Kan­ta meta­fi­zy­ka mia­ła­by się skła­dać z samych sądów syn­te­tycz­nych i nie pod­le­ga­ją­cych kon­tro­li doświad­cze­nia, a więc wła­śnie z takich, któ­re wedle neo­po­zy­ty­wi­stów mają być zda­nia­mi pozba­wio­ny­mi wszel­kie­go sen­su. Stąd dru­zgo­cą­ca oce­na, jakiej udzie­la­ją neo­po­zy­ty­wi­ści meta­fi­zy­ce, któ­rą potę­pia­ją, uwa­ża­jąc ją za zło­żo­ną z samych wypo­wie­dzi pozba­wio­nych zna­cze­nia, za jało­wą gada­ni­nę bez wszel­kie­go sensu.

W swej anty­me­ta­fi­zycz­nej posta­wie zga­dza­ją się neo­po­zy­ty­wi­ści z jed­ną z zasad­ni­czych tez pozy­ty­wi­zmu daw­niej­sze­go. Zga­dza­ją się rów­nież z jego poglą­dem, wedle któ­re­go cała wie­dza o rze­czy­wi­sto­ści mie­ści się w naukach empi­rycz­nych, a więc w fizy­ce, zoo­lo­gii, astro­no­mii, histo­rii itp. Nie ma poza pozna­niem zawar­tym w empi­rycz­nych naukach szcze­gó­ło­wych żad­ne­go inne­go pozna­nia rze­czy­wi­sto­ści, do jakie­go zgła­sza­ła pre­ten­sje meta­fi­zy­ka. Prze­kre­śla­jąc meta­fi­zy­kę, a wraz z nią tak­że ety­kę nor­ma­tyw­ną, pozo­sta­wia­ją dla filo­zo­fii jako jedy­ną dzie­dzi­nę badań teo­rię pozna­nia, z któ­rej — po wyłą­cze­niu z niej ele­men­tów psy­cho­lo­gicz­nych, a więc roz­wa­żań poświę­co­nych bada­niu pro­ce­sów poznaw­czych — pozo­sta­ją tyl­ko bada­nia rezul­ta­tów pozna­nia, a więc bada­nia mają­ce za swój przed­miot twier­dze­nia nauko­we. Twier­dze­nia nauko­we utoż­sa­mia­ją jed­nak neo­po­zy­ty­wi­ści ze zda­nia­mi, a więc z pew­ny­mi wyra­że­nia­mi mowy, w któ­rych wypo­wia­da się te twier­dze­nia. Wobec tego zada­nie filo­zo­fii pre­cy­zu­je się jesz­cze bar­dziej: filo­zo­fia może być tyl­ko teo­rią języ­ka nauko­we­go. Okre­śliw­szy w ten spo­sób zada­nie filo­zo­fii, roz­wi­ja­ją neo­po­zy­ty­wi­ści owoc­ną dzia­łal­ność w tym zakre­sie. Upra­wia­ją teo­rię języ­ka nauko­we­go. Teo­ria ta dale­ka jest jed­nak od tego, co robią lin­gwi­ści. Teo­ria języ­ka nauko­we­go, o jakiej mówią neo­po­zy­ty­wi­ści, jest w grun­cie rze­czy tym samym co logi­ka w swej współ­cze­snej posta­ci. Owa logi­ka jest też głów­ną dzie­dzi­ną, w któ­rej neo­po­zy­ty­wi­ści się wyży­wa­ją i w któ­rej poło­ży­li duże zasłu­gi. Upra­wia­nie logi­ki współ­cze­snej nie jest jed­nak­że mono­po­lem neo­po­zy­ty­wi­stów. Moż­na ją upra­wiać nie podzie­la­jąc bynaj­mniej ich poglą­dów. Głów­ne osią­gnię­cia na polu tej nauki nie pocho­dzą też bynaj­mniej od ludzi, któ­rzy są neopozytywistami.

Mimo swej nega­tyw­nej posta­wy w sto­sun­ku do całej filo­zo­fii — poza tą jej czę­ścią, któ­ra się pomie­ści w ramach uzna­wa­nej i upra­wia­nej przez neo­po­zy­ty­wi­stów teo­rii języ­ka — nie prze­kre­śla­ją oni napraw­dę całej resz­ty zagad­nień filo­zo­ficz­nych, ale sta­ra­ją się wyka­zać, że były one źle posta­wio­ne. Sta­wia­no je mia­no­wi­cie jako zagad­nie­nia doty­czą­ce pew­nych rze­czy i w tej for­mie były one z powo­du swej nie­ja­sno­ści i nie­uchwyt­no­ści bez­na­dziej­ne, gdy tym­cza­sem napraw­dę szło w nich nie o te rze­czy, ale o sło­wa tych rze­czy doty­czą­ce. Wie­le miej­sca np. zaj­mo­wa­ły w tra­dy­cyj­nej filo­zo­fii docie­ka­nia tzw. isto­ty rze­czy. Zasta­na­wia­no się np. nad tym, co jest isto­tą czło­wie­ka, co jest isto­tą rośli­ny, isto­tą zwie­rzę­cia itp. Wszel­kie zaś wyja­śnie­nia tego, co się przez ów wyraz „isto­ta” rozu­mie, były mgli­ste i nie­uchwyt­ne. Otóż neo­po­zy­ty­wi­ści wska­zu­ją na to, że zagad­nie­nie było źle posta­wio­ne. Tym bowiem, któ­rzy pyta­li o isto­tę czło­wie­ka (rośli­ny, zwie­rzę­cia), nie szło napraw­dę o wska­za­nie cze­goś, co jest w poszcze­gól­nych ludziach (rośli­nach, zwie­rzę­tach) i sta­no­wi rze­ko­mą ich isto­tę, ale napraw­dę szło im o wska­za­nie zna­cze­nia nazwy „czło­wiek” (nazwy „rośli­na”, nazwy „zwie­rzę”), jakie jej w naszym języ­ku przy­słu­gu­je. Zagad­nie­nie, o któ­rym mowa, nie doty­czy­ło więc rze­czy (ludzi, roślin, zwie­rząt), lecz nazw ozna­cza­ją­cych te rze­czy. Wystę­pu­ją­ce więc w tra­dy­cyj­nej filo­zo­fii zagad­nie­nie tzw. isto­ty rze­czy, gdy się je we wła­ści­wy spo­sób posta­wi, sta­je się zagadnieniem

doty­czą­cym języ­ka i w tej posta­ci znaj­dzie miej­sce w teo­rii języ­ka, do któ­rej neo­po­zy­ty­wi­ści pra­gną filo­zo­fię ogra­ni­czyć. Tra­we­stu­jąc w podob­ny spo­sób licz­ne inne zagad­nie­nia tra­dy­cyj­nej filo­zo­fii, tzn. zastę­pu­jąc zagad­nie­nia doty­czą­ce rze­czy przez zagad­nie­nia doty­czą­ce słów te rze­czy ozna­cza­ją­cych, znaj­du­ją dla nich w tej zmie­nio­nej posta­ci miej­sce w swym pro­gra­mie filozoficznym.

W swej ogól­nej posta­wie dale­cy są neo­po­zy­ty­wi­ści — jak już wspo­mnia­no — od ide­ali­stycz­nej posta­ci pozy­ty­wi­zmu, repre­zen­to­wa­nej np. przez Hume­’a, i bynaj­mniej nie sądzą, żeby przed­mio­ta­mi pozna­nia mogły być tyl­ko zja­wi­ska psy­chicz­ne. Gło­szą oni bowiem pro­gram, zwa­ny fizy­ka­li­zmem, któ­ry świad­czy o tym, iż — zda­niem neo­po­zy­ty­wi­stów — wła­ści­wy­mi przed­mio­ta­mi pozna­nia są tyl­ko przed­mio­ty fizycz­ne, czy­li cia­ła. Fizy­ka­lizm doma­ga się mia­no­wi­cie, by wypo­wie­dzi wszyst­kich nauk dały się spro­wa­dzić do wypo­wie­dzi języ­ka fizy­kal­ne­go, a więc do wypo­wie­dzi o cia­łach. Wypo­wie­dzi bowiem, któ­re do języ­ka fizy­kal­ne­go spro­wa­dzić się nie dają, nie speł­nia­ją — zda­niem neo­po­zy­ty­wi­stów —  naczel­nych wyma­gań sta­wia­nych twier­dze­niom nauko­wym: nie są inter­su­biek­tyw­nie komu­ni­ko­wal­ne ani spraw­dzal­ne. Do wypo­wie­dzi fizy­kal­nych powin­ny się więc dać spro­wa­dzić wszel­kie twier­dze­nia psy­cho­lo­gii mówią­ce o zja­wi­skach i pod­mio­tach psy­chicz­nych oraz wszyst­kich nauk huma­ni­stycz­nych, jeże­li mają one mieć cha­rak­ter twier­dzeń nauko­wych. Postu­lat fizy­ka­li­zmu zbli­ża neo­po­zy­ty­wi­stów do materializmu.


Przy­pis

[1] Nie nale­ży mie­szać ter­mi­nów „trans­cen­dent­ny” i „trans­cen­den­tal­ny”. Wyja­śnie­nie tego dru­gie­go ter­mi­nu, wpro­wa­dzo­ne­go do filo­zo­fii przez Kan­ta, poda­ne będzie później.


Pobierz tekst w PDF.


Najnowszy numer można nabyć od 30 października w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

5 komentarzy

Kliknij, aby skomentować

  • Pozwo­lę sobie prze­my­cić w odpo­wie­dzi nie­co wła­snych opi­nii, gdyż o tym, co zosta­ło już powie­dzia­ne histo­rycz­nie arty­kuł mówi w spo­sób dosko­na­ły i wyczerpujący.

    Wrzu­ca­jąc się do pudeł­ka, sie­dze zde­cy­do­wa­nie w tym z napi­sem “realizm”, jed­nak nie mogę się w peł­ni zgo­dzić z żad­ną z poda­nych opinii.

    Gra­ni­ce poznania:
    CZY PODMIOT PSYCHICZNY MOŻE POZNAĆ DRUGI PODMIOT PSYCHICZNY?
    Na całe szczę­ście dla nas, tak. Natu­ra wypo­sa­ży­ła nas w wyobraź­nię, empa­tię i zdol­ność do myśle­nia ana­lo­gicz­ne­go. Nawet jeśli nie prze­ży­li­śmy jakie­goś wyda­rze­nia oso­bi­ście, bar­dziej lub mniej chęt­nie jeste­śmy w sta­nie wzbu­dzić w sobie emo­cje, jakie nor­mal­nie zosta­ły­by wzbu­dzo­ne w sytu­acji dru­gie­go podmiotu.
    A więc tak — jeste­śmy w sta­nie poznać w peł­ni dru­gi pod­miot psy­chicz­ny dla kon­kret­nej sytu­acji i kon­kret­ne­go sta­nu, wywo­ła­ne­go przez tę sytu­ację. I to moim zda­niem jest nasz limit, wszel­kie eks­tra­po­la­cje, czy­nią­ce z sytu­acji zasa­dę, są logicz­nie fałszywe.
    Jeże­li jed­nak zro­zu­mia­ła sytuacja/reakcja/stan się powta­rza, może­my zaob­ser­wo­wać pro­ces je stwa­rza­ją­cy, wte­dy zaczy­na­my pozna­wać napraw­dę dru­gi pod­miot psychiczny.

    Warun­kiem pozna­nia jest wła­ści­wa ana­li­za (inter­pre­ta­cja), wła­ści­wa inter­pre­ta­cja jest warun­ko­wa­na otrzy­ma­niem praw­dzi­wych infor­ma­cji. Może­my poznać dru­gi pod­miot psy­chicz­ny, jeże­li posia­da­my praw­dzi­we infor­ma­cje o nim, jego sta­nie i jego sytuacji.

    KONSTRUKTY MYŚLOWE/FIKCJA-RZECZYWISTOŚĆ/PRAWDA-FAŁSZ/MONIZM-DUALIZM-TRIALIZM
    Fascy­nu­ją­cy temat, mogła­bym tu wykre­ślić cały elaborat.
    Nie może­my odmó­wić ist­nie­nia nicze­mu, co ist­nie­je, to się nazy­wa sza­leń­stwo lub nie­co deli­kat­niej zaprze­cza­niem rze­czy­wi­sto­ści takiej jaka jest, któ­ra to aktyw­ność sta­no­wi ogrom­ne źró­dło rado­ści współ­cze­snych naukowców.
    Ist­nie­je i jest jakie jest. To, że nie rozu­mie­my jak dzia­ła, nie zna­czy, że nie ma tam pro­ce­su, porząd­ku i praw­dzi­we­go hi-tech natury.
    Czy może­my zro­zu­mieć za pomo­cą swo­ich zmy­słów? Nie. Może­my szu­kać za pomo­cą ana­lo­gii i ana­li­zy, na pod­sta­wie wie­dzy, doświad­czeń i obser­wa­cji już posia­da­nych, a następ­nie eksperymentować.

    Kon­struk­ty myślo­we to może być wynik dostrze­że­nia pew­ne­go sche­ma­tu, zasa­dy, feno­me­nu, któ­ry następ­nie jest pod­da­ny inter­pre­ta­cji na pod­sta­wie naszych aktu­al­nie przy­ję­tych mecha­ni­zmów myślo­wych. To może i czę­ściej dziś jest wynik poda­nia tego kon­struk­tu myślo­we­go bez­po­śred­nio — myśli­my o czymś, że takie jest, bo tak nam powie­dzia­no, a my uwierzyliśmy.

    Wszy­scy mamy moż­li­wość wła­sne­go rozu­mie­nia, jed­nak potrze­bu­je­my zagre­go­wa­nia pew­nej ilo­ści danych wyj­ścio­wych, “dolać pali­wo do sil­ni­ka”, czy­li infor­ma­cje do mózgu, przy czym nale­zy je zasy­mi­lo­wać, a nie zapamiętać.

    Praw­da i fałsz doty­czą jedy­nie posta­wio­nych wprost teo­rii wzglę­dem eks­pe­ry­men­tu, czy­li zga­dza się lub nie/opisuje wła­ści­wie lub nie. Więk­szość wszech­świa­ta jest cał­ko­wi­cie rela­tyw­na, pod­da­na oto­cze­niu i sytu­acji, milio­nom czyn­ni­ków, każ­do­ra­zo­wo. Rozu­mie­nie ozna­cza rozu­mie­nie całe­go pro­ce­su, nie jedy­nie jego frag­men­tu czy jed­ne­go z ele­men­tów i to holi­stycz­ne poję­cie do rozu­mie­nia oto­cze­nia jest wprost zwią­za­ne z naszym błęd­nym sto­so­wa­niem logiki.

    Jakie jest to co ist­nie­je — teo­rii jest wie­le, obec­nie roz­wi­jam tria­lizm, któ­ry jest już poru­szo­ny w licz­nych publi­ka­cjach na świe­cie, tak­że w Pol­sce (Michał Gryziński).

    To, jakiej nauczo­no nas teo­rii budo­wy wszech­świa­ta, jest pier­wot­nym kodo­wa­niem nasze­go pro­ce­su poznaw­cze­go. Obec­nie jeste­śmy w więk­szo­ści zako­do­wa­ni na dualizm, czy­li filo­zo­fię dwóch sub­stan­cji pod­sta­wo­wych sta­no­wią­cych wszyst­ko: sta­bil­na mate­ria i poru­sza­ją­ca nią ener­gia. Wie­dza pod­sta­wo­wa z fizy­ki, che­mii i bio­lo­gii udo­wad­nia wprost jej prze­ciw­staw­ność wobec eks­pe­ry­men­tów, a więc rze­czy­wi­sto­ści samej w sobie. 

    No i jesz­cze dogma­tyzm: aksjo­ma­ty nauko­we… Temat na dwa razy dłuż­szy niż pań­ski artykuł.

    Pozdra­wiam serdecznie

  • Prze­czy­ta­łem 1/3. Bar­dzo trud­ne żeby to w peł­ni zro­zu­mieć od razu. Chy­ba czy­ta­nie tre­ści filo­zo­ficz­nych regu­lar­nie popra­wia zdol­ność w rozu­mie­nie prawda?

    Aku­rat czy­tam książ­ke o psy­cho­de­li­kach i mam taką tezę. Może psy­cho­de­li­ki spra­wia­ją, że czło­wiek może wyjść poza gra­ni­cę i zro­zu­mieć rze­czy trans­ce­dęt­ne? Tak mi się wyda­je. Środ­ki wpro­wa­dzo­ne do orga­ni­zmu peł­nia wte­dy funk­cje nauczyciela.

    pozdra­wiam i zapra­szam do mnie
    KAcper

    • Tym pyta­niem wykra­czasz poza grunt filo­zo­fii. Nie jesteś w sta­nie tego zwe­ry­fi­ko­wać i nigdy nie będziesz mógł tego obro­nić. Anta­go­nizm wobec 5‑HT2A jest fak­tem i wystę­pu­ją­ce dzia­ła­nia psy­cho­so­ma­tycz­ne rów­nież. Nie­we­ry­fi­ko­wal­ne nato­miast jest samo doświad­cze­nie i jego efek­ty. Prze­ży­cia wewnętrz­ne są imma­nent­ne i nawet chcąc okre­ślić jakiś sche­mat, cechy wspól­ne doj­dziesz do wnio­sku, że sto­isz na grun­cie, w któ­rej nie masz do czy­nie­nia z nauką, a wyłącz­nie wia­rą, w świe­cie, któ­ry nie kie­ru­je się logiką.

  • Dobre, świet­ne, genial­ne! Isto­ta rze­czy, sed­no spra­wy, sam sens. I jak­że cie­ka­we! Inspi­ru­ją­ce, pro­ste, jasne, przej­rzy­ste! A o to w tym wszyst­kim prze­cie cho­dzi! Niczym Ary­sto­te­les, czy wbrew pozo­rom, pro­ste jak… dzieł­ka MH! Zro­zu­mia­łe dla w mia­rę pojęt­ne­go ucznia szko­ły pod­sta­wo­wej i śred­niej — dawnej…OOO000DDD
    Kie­dyś to była nor­ma; dziś jest sztu­ką tak pisać, opi­sy­wać i tłumaczyć.
    To jest dopie­ro filo­zo­fia, a nie jakaś tam feno­me­no… czy jak jej tam…DDD000OOO
    KA jak zwy­kle ostro poje­chał po ban­dzie jak by powie­dzie­li młodzi…
    Ten text jest w zasa­dzie źró­dło­wy, dobrze było­by więc go odno­wić, tzn. odświe­żyć i wydać po pro­stu na nowo z komen­ta­rza­mi jak w sta­rej serii osso­liń­skiej BN (z texta­mi literackimi).
    Nieprawdaż?!

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy