Artykuł Epistemologia Filozofia umysłu Kognitywistyka Ontologia

Konrad Werner: Symulacja, w której żyjemy, nie jest symulacją

Jeśli poznawanie nie jest procesem zamkniętym w granicach umysłu, lecz czymś z konieczności ucieleśnionym, to scenariusza globalnej symulacji nie da się sensownie pomyśleć. Może być jednak tak, że wyśrubowane warunki logiczne nie stosują się do podejrzenia. Nikt nie może nam zabronić podejrzewać, że z całą dziedziną postrzeganego świata może być coś fundamentalnie „nie tak”.

Zapisz się do naszego newslettera

Tekst uka­zał się w „Filo­zo­fuj!” 2020 nr 4 (34), s. 16–18. W peł­nej wer­sji gra­ficz­nej jest dostęp­ny w pli­ku PDF.


Jak wyglą­dał Wiel­ki Wybuch? Pyta­nie tego rodza­ju mogło­by paść w pro­gra­mie popu­lar­no­nau­ko­wym. Czy jest jed­nak sen­sow­ne? Wyda­je się oso­bli­we pytać o wygląd cze­goś, cze­go nie tyl­ko nikt nie widział, ale nawet nie mógł widzieć. Wiel­ki Wybuch zatem nijak nie wyglą­dał – nie miał wyglą­du.

Nawet jeśli akcep­ta­cja tego wnio­sku przyj­dzie nam łatwo, to kolej­ne kro­ki na tej dro­dze będą znacz­nie trud­niej­sze. Oto wyobraź­my sobie, że ten sam film popu­lar­no­nau­ko­wy ofe­ru­je nam, na przy­kład, ani­ma­cję przed­sta­wia­ją­cą pod­wod­ny świat ery kam­bryj­skiej. Naj­praw­do­po­dob­niej wszy­scy patrzy­li­by­śmy na przed­sta­wio­ne zwie­rzę­ta z prze­ko­na­niem, że tak oto wyglą­da­ły w rze­czy­wi­sto­ści. Zgo­da, powie ktoś, ale jaki ma sens stwier­dze­nie, że, powiedz­my, try­lo­bit wyglą­dał tak oto, sko­ro nic wów­czas, w Kam­brze, nie widzia­ło go tak oto – w szcze­gól­no­ści nie tak widzia­ły się wza­jem try­lo­bi­ty i nie tak widzia­ły je pozo­sta­łe zwie­rzę­ta tego okre­su. Wszyst­kie te zwie­rzę­ta mia­ły bowiem odmien­ny od nasze­go zespół narzę­dzi zmy­sło­wych. Ten oto wygląd oka­zu­je się więc czymś bar­dzo swo­istym – moż­li­wym wyglą­dem try­lo­bi­ta przy­pi­sa­nym ludz­kie­mu apa­ra­to­wi poznaw­cze­mu; moż­li­wym wyglą­dem, któ­ry wsku­tek nie­obec­no­ści czło­wie­ka w epo­ce Kam­bru nigdy się nie zre­ali­zo­wał.

Byt i wyglądy według Kartezjusza i Platona

Oto dwie dzie­dzi­ny, któ­re spon­ta­nicz­nie ze sobą koja­rzy­my – dzie­dzi­na tego, co ist­nie­je lub ist­nia­ło, a więc dzie­dzi­na bytu, oraz dzie­dzi­na wyglą­dów, a więc tego, co dostęp­ne w pro­ce­sach poznaw­czych – roz­cho­dzą się. Moż­na sobie więc pomy­śleć nie tyl­ko byty bez wyglą­dów, ale tak­że – być może – wyglą­dy bez opar­cia w bycie; w każ­dym razie w bycie real­nym. Były­by to więc jakieś pro­jek­cie, symu­la­cje, ilu­zje.

Czy­tel­nik obe­zna­ny z histo­rią filo­zo­fii, jak rów­nież z histo­rią fil­mu, od razu sko­ja­rzy to, o czym tu mowa, z jed­nej stro­ny z Kar­te­zju­szem i jego hipo­te­zą „zło­śli­we­go demo­na”, z dru­giej stro­ny z fil­mem Matrix. Nie miej­sce tu na histo­rycz­ne ana­li­zy, ale war­to zdać sobie spra­wę, że przy­pusz­cze­nie, jako­by dzie­dzi­na dostęp­nych nam wyglą­dów nie mia­ła związ­ku z bytem real­nym, moż­na wyra­zić na co naj­mniej dwa spo­so­by. Jeden to wymie­nio­ny spo­sób Kar­te­zju­sza: to przy­pusz­cze­nie, że cała róż­no­rod­ność wyglą­dów jest fak­tycz­nie spek­ta­klem roz­gry­wa­ją­cym się „w gło­wie” – w umy­śle.

Dru­gi spo­sób pocho­dzi od Pla­to­na – to jego meta­fo­ra jaski­ni. Tutaj nie mamy wiel­kie­go spek­ta­klu ilu­zji odgry­wa­ją­ce­go się „w gło­wie”. Świat zewnętrz­ny jest fak­tycz­nie zewnętrz­ny i docie­ra­my do nie­go w naszych aktach poznaw­czych; jeste­śmy więc ulo­ko­wa­ni w okre­ślo­nym śro­do­wi­sku i wyda­je się, że nic nie może zakłó­cić naszej wia­ry w real­ność tego śro­do­wi­ska. Oto jed­nak Pla­ton powia­da, że to wła­śnie śro­do­wi­sko jest dzie­dzi­ną wyglą­dów o wątłym związ­ku z bytem real­nym, tj. dzie­dzi­ną idei.

Poznanie ucieleśnione: pierwsza próba

Co może­my w tej sytu­acji zro­bić? Pierw­sza pró­ba będzie naj­pew­niej taka: sce­na­riusz kar­te­zjań­ski zakła­da, że pro­ce­sy poznaw­cze są tyl­ko i wyłącz­nie wytwo­rem jakiejś wewnętrz­nej maszy­ne­rii w umy­śle. Oszu­ka­ni czy nie, może­my być bowiem przy­naj­mniej jed­ne­go pew­ni – że pro­ce­sy poznaw­cze muszą w nas zacho­dzić, aby­śmy mogli zostać oszu­ka­ni przez demo­nicz­ny super­kom­pu­ter.

Tym­cza­sem w ostat­nich latach roz­wi­ja się nurt, zgod­nie z któ­rym opi­sa­ny dopie­ro co sce­na­riusz nie był­by moż­li­wy z jed­ne­go fun­da­men­tal­ne­go powo­du – pro­ce­sy poznaw­cze nie są czymś, co odby­wa się w gło­wie. Prze­ciw­nie – jest to szcze­gól­na odmia­na inte­rak­cji ze śro­do­wi­skiem. Nie spo­sób ich wyjąć ze śro­do­wi­ska, podob­nie jak to jest z inny­mi naszy­mi bio­lo­gicz­nie uwa­run­ko­wa­ny­mi pro­ce­sa­mi: możesz wejść do wody, ale nie możesz w niej zanu­rzyć się na dłu­go, bo oddy­chasz w okre­ślo­nym śro­do­wi­sku. Gdy zaś wej­dziesz do głę­bo­kiej wody, musisz zmie­nić zacho­wa­nie, mia­no­wi­cie zacząć pły­wać, by się nie uto­pić – śro­do­wi­sko ponie­kąd wymu­sza pły­wa­nie, przy czym każ­de zwie­rze pły­wa tro­chę na innym spo­sób. W uję­ciu refe­ro­wa­ne­go tu nur­tu, okre­śla­ne­go mia­nem pozna­nia ucie­le­śnio­ne­go (embo­died cogni­tion), pro­ce­sy poznaw­cze są więc w tym zakre­sie podob­ne do oddy­cha­nia i pływania/chodzenia: zale­żą z jed­nej stro­ny od tego, jak jeste­śmy skon­stru­owa­ni w toku ewo­lu­cji, z dru­giej stro­ny od śro­do­wi­ska. O ile więc pro­ces poznaw­czy nie jest czymś w samej gło­wie, lecz czymś z koniecz­no­ści ucie­le­śnio­nym czy usy­tu­owa­nym w świe­cie, to glo­bal­nej symu­la­cji na spo­sób Kar­te­zju­sza po pro­stu nie da się sen­sow­nie pomy­śleć.

Co z podej­ściem pla­toń­skim? Tam, zauważ­my, nie twier­dzi się, że cały dra­mat „zwo­dze­nia” ma miej­sce w gło­wie. Nie, on dzie­je się w tym, co zwy­kli­śmy nazy­wać obiek­tyw­nym, zewnętrz­nym świa­tem. Pozna­nie ucie­le­śnio­ne nas tutaj nie ura­tu­je. Cóż z tego – powia­dam – że jeste­śmy z koniecz­no­ści w śro­do­wi­sku, sko­ro wła­śnie to śro­do­wi­sko jest czymś nie­re­al­nym, czymś, cze­mu brak opar­cia w real­nym bycie.

Poznanie ucieleśnione: druga próba

Zwo­len­nik pozna­nia ucie­le­śnio­ne­go nie powie­dział jed­nak ostat­nie­go sło­wa. Na jego miej­scu argu­men­to­wał­bym tak: czy ów zwią­zek z real­nym bytem w pew­nym momen­cie się urwał, czy też bra­ko­wa­ło go od począt­ku? Jeśli do pew­ne­go momen­tu nasze wła­dze zmy­sło­we wła­ści­we obra­zo­wa­ły rze­czy­wi­stość, potem zaś to się zmie­ni­ło, to gdzie prze­bie­ga gra­ni­ca mię­dzy jed­ną a dru­gą sytu­acją? Wyobraź­my sobie, że ktoś bez naszej wie­dzy podał nam środ­ki halu­cy­no­gen­ne, na sku­tek cze­go w pew­nej chwi­li przed­mio­ty zaczy­na­ją „falo­wać” przed naszy­mi ocza­mi, potem zmie­nia­ją swe kształ­ty, w koń­cu zja­wia się coś, cze­go wcze­śniej nie było. Ale gdzie prze­bie­ga gra­ni­ca mię­dzy prze­kształ­ce­niem ade­kwat­ne­go (jak zało­ży­li­śmy) obra­zu świa­ta w obraz mniej ade­kwat­ny, a w koń­cu cał­ko­wi­cie nie­tra­fio­ny? Otóż nie ma spo­so­bu, aby taką linię wyry­so­wać, a tym samym nie ma spo­so­bu, aby nadać jakiś czy­tel­ny sens idei, zgod­nie z któ­rą nasz potocz­ny obraz świa­ta jako całość stał się w pew­nym momen­cie jedy­nie ode­rwa­ną od bytu pro­jek­cją czy symu­la­cją. Przyj­mij­my więc, że wła­ści­wy nam obraz świa­ta nigdy nie był ade­kwat­ny, lecz że jego inhe­rent­ną cechą jest to, że jest wyłącz­nie ode­rwa­ną pro­jek­cją. Czy to da się pomy­śleć?

Zwróć­my uwa­gę na pewien szcze­gół: o ile cała dzie­dzi­na wyglą­dów powsta­je już od pierw­sze­go kro­ku, w ode­rwa­niu od real­ne­go bytu, to z czym mamy porów­ny­wać dostęp­ny nam wygląd przed­mio­tu? Wygląd nie­ade­kwat­ny jest taki, gdy go zesta­wić z ade­kwat­nym wyglą­dem; tego ostat­nie­go zaś nie ma, o ile przyj­mu­je­my, że cała dzie­dzi­na wyglą­dów jest ode­rwa­na od przed­mio­tów samych w sobie. Oka­zu­je się więc, że idea całej dzie­dzi­ny wyglą­dów jako pro­jek­cji czy symu­la­cji, któ­ra w jakiś spo­sób fał­szu­je obraz real­ne­go bytu, nie ma sen­su na pozio­mie logicz­nym – nie ma bowiem cze­go fał­szo­wać.

Z per­spek­ty­wy pozna­nia ucie­le­śnio­ne­go nie da się więc sen­sow­nie pomy­śleć sce­na­riu­sza, w któ­rym glo­bal­na symu­la­cja była­by kate­go­rią sen­sow­ną. W podob­nym duchu argu­men­to­wa­li nie­gdyś tacy filo­zo­fo­wie jak Gil­bert Ryle czy Hila­ry Put­nam.

Filozoficzna podejrzliwość

Jest w tym wszyst­kim jed­nak pew­na sub­tel­ność. Może być tak, że wyśru­bo­wa­ne warun­ki logicz­ne, któ­re musi speł­nić cało­ścio­wy sce­na­riusz, a więc pewien świat moż­li­wy, w któ­rym pada­my ofia­rą glo­bal­nej symu­la­cji, nie sto­su­ją się do cze­goś poznaw­czo znacz­nie słab­sze­go: podej­rze­nia. Ono bowiem nie jest dookre­ślo­ne, podob­nie jak moż­na mieć nadzie­ję na odmia­nę losu, któ­ra nie pre­cy­zu­je, w odróż­nie­niu od spre­cy­zo­wa­ne­go ocze­ki­wa­nia, na czym ta odmia­na mia­ła­by w szcze­gó­łach pole­gać. Swo­ista filo­zo­ficz­na podejrz­li­wość jest więc logicz­nie i poję­cio­wo roz­my­ta, acz­kol­wiek może sta­no­wić pierw­szy krok, swo­isty zapal­nik dal­szych, bar­dziej spre­cy­zo­wa­nych wysił­ków poznaw­czych. Nikt nie może nam więc zabro­nić podej­rze­wać, że z całą dzie­dzi­ną postrze­ga­ne­go świa­ta może być coś fun­da­men­tal­nie „nie tak”; że zwią­zek tych wszyst­kich wyglą­dów z real­nym bytem może być wątły i nie­od­gad­nio­ny. Wyni­ki wyżej przed­sta­wio­ne­go rozu­mo­wa­nia prze­ciw glo­bal­nej symu­la­cji war­to na pró­bę przy­jąć, w moim prze­ko­na­niu, a zara­zem tej zasad­ni­czej podejrz­li­wo­ści nie porzu­cać.


Kon­rad Wer­ner – adiunkt w Insty­tu­cie Filo­zo­fii Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go. Pro­wa­dzi bada­nia z zakre­su zasto­so­wań onto­lo­gii i meta­fi­zy­ki, w szcze­gól­no­ści tzw. mere­oto­po­lo­gii, w obsza­rze filo­zo­fii umy­słu (pozna­nie ucie­le­śnio­ne, bio­lo­gicz­ne pod­sta­wy pro­ce­sów poznaw­czych) i per­cep­cji (pro­blem aspek­to­wo­ści per­cep­cji), a tak­że z zakre­su sze­ro­ko rozu­mia­nej meta­fi­lo­zo­fii. Przy pra­cy słu­cha muzy­ki, a w cza­sie wol­nym sta­ra się czy­tać. Bie­gacz ama­tor i nie­zbyt pil­ny czło­nek klu­bu Oyama Kara­te.

Tekst jest dostęp­ny na licen­cji: Uzna­nie autor­stwa-Na tych samych warun­kach 3.0 Pol­ska.

< Powrót do spi­su tre­ści nume­ru.

Ilu­stra­cja: Nata­lia Bie­sia­da-Myszak

Najnowszy numer można nabyć od 2 września w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

1 komentarz

Kliknij, aby skomentować

  • Vide “Mistrz i Mał­go­rza­ta” MB — gdzie w pew­nym momen­cie /opowieść o Małgorzacie/ praw­da rze­czy­wi­sta /realizm opo­wie­ści i kolej­no wystę­pu­ją­cych zdarzeń/ mie­sza się z iluzją/fikcją lite­rac­ką i jed­no­cze­śnie nar­ra­cją same­go Mistrza, czy­li auto­ra powie­ści o Pon­cju­szu Piła­cie; zresz­tą wcze­śniej spa­lo­nej. Docho­dzi tu jak­by do pomie­sza­nia struktur/poziomów nar­ra­cyj­nych przy bra­ku logi­ki odau­tor­skiej tzn. same­go MB, co być może jest złu­dze­niem obser­wa­to­ra z zewnątrz/czytelnika/widza.
    Mamy tutaj prze­cież do czy­nie­nia z kil­ko­ma świa­ta­mi nakła­da­ją­cy­mi się i prze­ni­ka­ją­cy­mi w obie stro­ny, choć nie­rów­no­cze­śnie, nie­jed­na­ko­wo i nie­rów­no­waż­nie! Oczy­wi­ście jest gra­da­cja. Uni­wer­sum boskie/diabelskie ist­nie­je poza świa­tem tym ziem­skim, naszym, pozna­wal­nym.
    Jed­no­cze­śnie jest to ponie­kąd nawią­za­nie do tzw. powie­ści szka­tuł­ko­wej, w jakiej jed­na opo­wieść znaj­du­je się w dru­giej, dru­ga w trze­ciej itd.; lub jakaś tego odmia­na — waria­cja.
    Dobrze to widać wła­śnie w ekra­ni­za­cji M. Woj­tysz­ki /serial tele­wi­zyj­ny, odci­nek 3 “Małgorzata”/.
    Zno­wu, a może tak się tyl­ko wyda­je i jest zale­d­wie złu­dze­niem oraz nazbyt wie­lu bytów wymy­ślo­nych nie­ist­nie­niem w tej wcią­ga­ją­cej, nie­bez­piecz­nie urze­ka­ją­cej i jak gdy­by “sata­nicz­nej” powie­ści?!

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy