Artykuł

Martin Jay: Prawda o kłamstwie w polityce

Jak zauważyła Hannah Arendt, nikt nigdy nie twierdził, że prawda i polityka są ze sobą w dobrych stosunkach, ani nie zaliczał prawdomówności do cnót politycznych (Arendt 2000, s. 545). Nawet jeśli walka o władzę nie wiąże się z przemocą lub jej groźbą, polityka czerpie z siły racjonalnego argumentu w takim samym stopniu, w jakim – z uwodzicielskiego wpływu retoryki i obrazów.

Tekst ukazał się w „Filozofuj!” 2024 nr 6 (60), s. 11–13.


Często mówi się, że polityka to z natury brudny biznes, a korupcja jest w niej nieunikniona. Chociaż faktyczne zachowania przedstawicieli władzy mogą czasami uzasadniać taki cynizm, istnieje znacząca różnica między systemem politycznym, w którym tolerowana jest niewielka doza zakłamania, a niektóre kłamstwa służą chwalebnym celom, i systemem politycznym, w którym jest ono na tyle duże, że staje się patologią podważającą system.

Komu prawda?

Pozwólcie, że poruszę trzy główne zagadnienia związane z kłamstwem w polityce. Pierwsze dotyczy kwestii, komu należy się prawdomówność w sferze polityki. Pryncypialna postawa pełnego ujawniania wszelkich informacji, postawa niezakłóconej przejrzystości i nieustannej szczerości jest nie tylko praktycznie niespotykana w polityce, lecz w pewnych okolicznościach w sposób oczywisty katastrofalna. W najbardziej wyraźny sposób potrzeba pewnej dozy niejawności uwidacznia się w sytuacji, gdy wybucha wojna, która według słynnego wyrażenia Carla Ph. G. von Clausewitza jest „polityką prowadzoną innymi środkami”. Oszustwo staje się wówczas nieuniknioną częścią każdej strategii osiągnięcia zwycięstwa. Kłamstwo często odgrywa także ważną rolę w stosunkach dyplomatycznych, nawet między krajami współpracującymi ze sobą, co jasno pokazuje obraz uśmiechniętych przywódców w Jałcie. Dyplomacja to gra, w której interesy państw zwykle przeważają nad zasadami moralnymi, ale każdy gracz jest tego świadomy.

Istnieją też inne konteksty polityczne, w których żądanie lub oczekiwanie nieupiększonej prawdy może być nieuzasadnione. Na przykład gdy państwo stosuje przymus lub inwigilację w celu ujawnienia prywatnych opinii lub aktywności swoich obywateli – za kim się opowiedzieli w tajnym głosowaniu, jakie mogą być ich przekonania polityczne, z kim spotykają się z powodów politycznych – wówczas sprzeciw wobec władzy z wykorzystaniem oszustwa może być uzasadniony. Chociaż często celebrujemy „mówienie władzy prawdy”, są chwile, kiedy to okłamywanie władzy jest postawą bardziej heroiczną. Weźmy za przykład scenę rozpoczynającą film Quentina Tarantino Bękarty wojny z 2009 r., w której nazistowski „łowca Żydów” przybywa do francuskiego gospodarstwa, aby znaleźć zbiegów. Właściciel domu początkowo zaprzecza posiadaniu jakiejkolwiek wiedzy na ten temat, ale gdy okazuje się, że jego rodzinie zagraża niebezpieczeństwo, wskazuje na deski podłogowe nad piwnicą, w której ukrywają się Żydzi. Naziści ostrzeliwują podłogę z broni automatycznej, zabijając wszystkich uciekinierów oprócz jednego. W tej sytuacji powiedzenie prawdy wymagane przez władzę doprowadziło do tragicznych konsekwencji; oszustwo byłoby tu lepsze moralnie.

Sytuacje podobne do powyższego przykładu mogą być oceniane jako skrajne, więc nie są potępiane w takim stopniu, w jakim przypadki zachowań polityków kłamiących w kontaktach z ludźmi, których powinni reprezentować – zwłaszcza gdy owe zachowania mają miejsce w państwie uważanym za demokratyczne. Platońska obrona „szlachetnych kłamstw” stosowanych przez dobrych władców, dbających o prawdziwe interesy nieświadomego społeczeństwa, nie jest zbyt modna w naszych antyelitarystycznych czasach. Czujemy oburzenie, gdy wybrani przez nas politycy ostatecznie zawodzą nasze zaufanie, na przykład gdy ugodowy kandydat staje się konfrontacyjnym rządzącym. W rezultacie coraz bardziej obawiamy się, że – niezależnie od tego, co nam mówią politycy – interesy, którym służą, są wyłącznie ich własnymi.

Istnieją też inne powody, dla których wybaczamy naszym przywódcom pewną dozę kłamstw. Nauczyliśmy się, że niewielu polityków bierze na siebie ciężar przywództwa z całkowicie bezinteresownych pobudek; muszą być na tyle ambitni i próżni, aby znieść nadużycia i niepowodzenia, które nieuchronnie napotkają na pewnym etapie swojej kariery. Uzbrojeni w tę wiedzę, możemy ich wspierać, jeśli przedstawianie w pozytywnym świetle niewygodnych faktów zwiększy szanse naszych kandydatów na zwycięstwo. Ponadto nie zawsze wymagamy od naszych przywódców mówienia całkowitej prawdy, jeśli powtarzają kłamstwa lub półprawdy, które sami sobie wmawiamy, czy nawet utwierdzają nas w nich albo przynajmniej podzielają nasze fantazje na temat świata i najlepszych sposobów ulepszania go.

Fakty

Powyższa konkluzja prowadzi do drugiej z sygnalizowanych wyżej kwestii. Polityka odnosi się zarówno do obecnej oraz przeszłej postaci naszego świata, jak i do przyszłej, dając nadzieję na lepszy świat czy wzbudzając obawy przed gorszym – takim, jaki może się stać. Jeśli chodzi o ten pierwszy obszar, często trudno jest usprawiedliwić kłamstwa opowiadane na temat wydarzeń z przeszłości lub teraźniejszości, które zyskują status ustalonego „faktu”, niezależnie od tego, jaką interpretację im nadajemy. Kiedy Arendt zauważyła, że ​​polityka i mówienie prawdy to niełatwi współtowarzysze, z aprobatą przytoczyła także obserwację Georges’a Clemenceau, iż nikt nigdy nie powie, że Belgia najechała na Niemcy w 1914 r. Stwierdzenia opar­te na faktach, jak uważała, stanowią podstawę wszelkiego rodzaju interakcji międzyludzkich i fakty te nie mogą być bezkarnie przeinaczane. Oczywiście żyjemy w świecie, w którym musimy weryfikować informacje z twierdzeń polityków, zwłaszcza gdy bezwstydnie promują „fakty alternatywne” i alarmują o „fałszywej wiadomości”, ilekroć nie podoba im się jej treść. Jednakże nadal istnieją ważne powody, aby wierzyć faktom po ich weryfikacji przez zaufane autorytety. Nie można całkowicie podważać owych faktów, jednocześnie nie czyniąc polityki, podobnie jak każdego innego ludzkiego przedsięwzięcia, praktycznie niemożliwą do realizowania.

Tym jednak, co sprawia, że w ​​polityce oddziaływanie faktów jest mniejsze niż w wielu innych dziedzinach ludzkiego działania, okazuje się jej nakierowanie na przyszłość. Oznacza to, że politycy zdobywają naszą lojalność dzięki obietnicom przyszłych osiągnięć w takim samym stopniu, w jakim uzyskują ją dzięki weryfikowalnemu zapisowi swoich przeszłych działań. Aby zdobyć władzę polityczną, dokonują odważnych przewidywań na temat tego, co zrobią, gdy zdobędą zaufanie wystarczającej liczby z nas. Inspirują nas, opowiadając niedokończone narracje, których finał przypada na nieokreśloną jeszcze przyszłość.

Owa przyszłość nie jest jednak miejscem, w którym osoby weryfikujące fakty mogą porównywać fałszywe oświadczenia z tym, co faktycznie istnieje. Politycy polegają na naszych nadziejach i obawach dotyczących tego, co może się wydarzyć, ale jeszcze nie nastąpiło i często oszukują nas co do prawdopodobieństwa ich realizacji. Niektórzy mogą składać szczere obietnice, inni natomiast ulegają potencjalnym zwolennikom, których zamiarów tak naprawdę nie podzielają, albo negocjują w złej wierze ze swoimi sojusznikami lub przeciwnikami. Gdy coś pójdzie nie tak, zawsze mogą zrzucić winę za nieosiągnięcie obiecanego rezultatu na okoliczności, na które nie mają wpływu.

Estetyka” kłamstwa

Składanie obietnic bez pokrycia oczywiście nie jest zwykle uważane za cnotę. Jednak patrząc z perspektywy, którą moglibyśmy nazwać estetyczną, a która często jest uznawana za kluczową w polityce, łatwiej można bronić owych czczych obietnic jako części gry teatralnej. Tej zaś nie można oceniać wyłącznie na podstawie kryteriów moralnych (często oczywiście potępia się „estetyzację polityki”, ale oznacza ona wiele różnych zjawisk, nie wszystkie są zgubne; zob. Jay 1992, Jay 1993). Czasami mówi się, że kiedy dzieci się uczą, iż potrafią kłamać, potwierdzają tym samym swoje możliwości wykorzystania wyobraźni jako potencjalnej dźwigni zmiany świata w przyszłości. A kiedy dowiadują się, że ich rodzice również potrafią kłamać, zaczynają rozumieć, iż świat może być w takim samy stopniu zastaną rzeczywistością, w jakim sztuczną konstrukcją, którą należy stworzyć.

Siła myślenia kontrfaktycznego, które można wykorzystać do wyobrażenia sobie alternatywnych światów z przeszłości równie dobrze jak przyszłych, jest szczególnie znacząca w sferze polityki, w której nikt nie uważa, że ​​aktualna sytuacja jest jedyną, jaka może lub powinna się realizować. Kłamstwo, pomimo wszystkich swoich instrumentalnych zastosowań, może stanowić także ukryty, choć zniekształcony wyraz ludzkiej wolności, jako zdolność do wyobrażania sobie, że ​​to, co jest obecnie, nie zawsze takie musi być. Obrazy niezgodne z rzeczywistością, upiększone historie, przesadne obietnice składane bez wiary w ich realizację – wszystko to świadczy o aspiracyjnym charakterze polityki.

Nadmierne fantazjowanie może oczywiście stanowić zagrożenie, jeśli świat „taki, jaki jest” stawia opór, gdy zbyt mocno opieramy się na rzeczywistości naszych marzeń lub jeśli marzenia innych mają inny cel. Kiedy ten, kto „wciska kit” (żeby posłużyć się pojęciem, które Harry Frankfurt wprowadził do poważnej filozoficznej debaty), uwierzy w swoje łgarstwa, nadmiar kłamstw może prowadzić do wyniszczającego samooszukiwania się (Frankfurt 2005).

Samooszustwo

Trzecia kwestia, którą chcę poruszyć, dotyczy sytuacji, kiedy konsekwencje rozgłaszania fałszu oddziałują nie tylko na ofiarę, ale także na samego kłamcę; kiedy zbyt duże „kręcenie” wciąga wszystkich w swój wir. Zawsze istnieje możliwość, że zwodziciel straci zdolność rozpoznawania, kiedy mówi prawdę, a co za tym idzie, możliwość działania w świecie na podstawie rozróżnienia między weryfikowalną wiedzą a fantazją.

Istnieje także niebezpieczeństwo, że kłamstwa staną się na tyle nadmierne, a samooszukiwanie się na tyle uporczywe, że obłudnik stanie się ucieleśnieniem antywzorców: zagorzałego kłamcy, hipokryty, oszusta, krótko mówiąc, prawdziwą wersją swoich fikcyjnych wzorców, takich jak Tartuffe czy Tom Ripley, których zakłamanie jest wpisane w charakter ich postaci.

To, co starożytni Grecy nazywali farmakonem, oznaczało lekarstwo lub truciznę – w zależności od wielkości dawki. W swoim wpływowym eseju Apteka Platona Jacques Derrida analizuje pojęcie farmakonu w odniesieniu do pisania, które może albo pomagać w swobodnym myśleniu, albo je ograniczać (Derrida 1981). Termin ten jest równie sugestywny, jeśli chodzi o kwestię kłamstwa w polityce. Niewielka dawka może posłużyć jako remedium na pewne bolączki i umożliwić politykom umiejętne prowadzenie gry w ramach jej milczących zasad, natomiast gdy osiągnie poziom jadowitego „wielkiego kłamstwa”, może wyrządzić ogromne szkody, zwłaszcza w demokracji.

Farmakon” ma również trzecie znaczenie: jest to też kozioł ofiarny lub substytut prawdziwego produktu. Być może ostatnią lekcją, jaką należy wyciągnąć z kłamstwa w polityce, jest to, że zbyt obsesyjne skupianie się na kwestii szczerości albo hipokryzji polityka może odwrócić naszą uwagę od wartości promowanej polityki i skuteczności wysiłków na rzecz jej realizacji. Być może zbyt szybko utożsamiamy uczciwość osobistą z przenikliwością polityczną i nie dostrzegamy, że przynajmniej czasami łajdacy przynoszą lepsze rezultaty. Podobnie bezlitosne obalanie mitów politycznych może pozbawić nas aspiracji, które w mniejszym stopniu opisują to, skąd pochodzimy, a bardziej to, dokąd możemy dojść w przyszłości.

Tłumaczenie: Marta Ratkiewicz-Siłuch

Artykuł jest tłumaczeniem skróconej wersji tekstu, który ukazał się w języku angielskim w magazynie poświęconym myśli i współczesnej kulturze, „Electra“ summer 2024, Iss. 25, s. 31–42 i został zamieszczony tutaj za uprzejmą zgodą jego redaktorów (electramagazine.fundacaoedp.pt).


Warto doczytać:

  • H. Arendt, Truth in Politics, w: The Portable Hannah Arendt Reader, ed. P. Baehr, New York 2000.
  • J. Derrida, Plato’s Pharmacy, trans. B. Johnson, Chicago 1981.
  • H. G. Frankfurt, On Bullshit, Princeton 2005.
  • M. Jay, „The Aesthetic Ideology” as Ideology; Or, What Does It Mean to Aestheticize Politics?, „Cultural Critique” 1992, No. 21, s. 41–61.
  • M. Jay, Force Fields. Between Intellectual History and Cultural Critique, New York 1993.

Martin Jay – emerytowany prof. historii na Uniwersytecie Kalifornijskim, na którym przez 45 lat nauczał przedmiotów takich jak europejska historia intelektualna, teoria krytyczna i kultura wizualna. Autor m.in. książek: Marxism and Totality (1984); Adorno (1984); The Virtues of Mendacity (2010), Magical Nominalism (2024).

Tekst jest dostępny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0.

Ilustracja: Agnieszka Zaniewska


Prowadzenie portalu filozofuj.eu – finansowanie

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.

Skomentuj

Kliknij, aby skomentować

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy