Etyka Wywiady

O moralnym wymiarze relacji pacjent – lekarz – wywiad z prof. Pawłem Łukowem

Choroba jest kryzysem w życiu człowieka. Sama w sobie nie ma sensu, choć możemy go jej nadać. Z prof. Pawłem Łukowem rozmawia Elżbieta Filipow.

Zapisz się do naszego newslettera

Elż­bie­ta Fili­pow: Co to zna­czy być pacjen­tem? Na przy­kład pod­czas poby­tu w szpi­ta­lu zakła­da­my szpi­tal­ne ubra­nie, wcho­dzi­my w nową rolę, sta­je­my się nie­ja­ko słab­si. Czy moż­na mówić o toż­sa­mo­ści pacjen­ta? Kim jest pacjent?

Paweł Łuków: Z chwi­lą, gdy zosta­je­my pacjen­ta­mi, zmie­nia się nasza rola spo­łecz­na, ponie­waż jeste­śmy trak­to­wa­ni ina­czej niż do tej pory, nasze oto­cze­nie ma wobec nas inne niż dotąd ocze­ki­wa­nia. Czę­sto też, zwłasz­cza gdy cho­ro­ba jest poważ­na i wyma­ga znacz­nych zmian try­bu życia, my sami zmie­nia­my swo­ją per­spek­ty­wę, swój ogląd wie­lu rze­czy. Na przy­kład, zmie­nia­ją się nasze oce­ny i prio­ry­te­ty, jak rów­nież wraż­li­wość na róż­ne kwe­stie. Antro­po­lo­go­wie medy­cy­ny zauwa­ża­ją na przy­kład zmia­ny w posta­ci wyczu­le­nia na pew­ne dźwię­ki i zja­wi­ska. Ame­ry­kań­ski pisarz i lekarz Micha­el Ste­in w książ­ce The Lone­ly Patient pisze, że naj­bar­dziej doj­mu­ją­cym doświad­cze­niem pacjen­ta jest poczu­cie samot­no­ści i opi­su­je, jak pacjent reagu­je np. na roz­ma­ite dźwię­ki docho­dzą­ce ze szpi­tal­ne­go kory­ta­rza. To zupeł­nie inny spo­sób funkcjonowania.

Na wizy­tę cze­ka­łam pół roku, potem pod gabi­ne­tem cze­ka­łam 3 godzi­ny, a sama wizy­ta trwa­ła 5 minut. Lekarz nie roz­ma­wiał ze mną, nie­wie­le się wła­ści­wie dowie­dzia­łam. Nie tego ocze­ki­wa­łam. Jak wyglą­da, a jak powin­na wyglą­dać rela­cja lekarz–pacjent? Cze­go ocze­ku­je pacjent? Co ofe­ru­je lekarz?

Trze­ba przede wszyst­kim powie­dzieć, że nie ma cze­goś takie­go jak jed­na rela­cja lekarz–pacjent. Po pierw­sze, każ­da jest uni­kal­na, ponie­waż bio­rą w niej udział dwie nie­po­wta­rzal­ne oso­by. Po dru­gie, pro­ble­my, z jaki­mi pacjen­ci zja­wia­ją się u leka­rza, bywa­ją róż­nej natu­ry. Jeże­li jest to coś try­wial­ne­go, w rodza­ju prze­zię­bie­nia, wte­dy ta rela­cja może być dosyć powierz­chow­na, krót­ko­trwa­ła i mało dla nas istot­na. Nato­miast kie­dy to, z czym uda­je­my się do leka­rza, doty­czy rze­czy bar­dziej zasad­ni­czej i w moc­ny spo­sób wpły­wa na naszą codzien­ność lub gdy boimy się o swo­je życie, wte­dy ta rela­cja musi być oczy­wi­ście znacz­nie bar­dziej roz­bu­do­wa­na. Wów­czas od leka­rza będzie się ocze­ki­wa­ło o wie­le wię­cej. Po trze­cie, są też róż­ne spe­cjal­no­ści medycz­ne. Nie­któ­re wyma­ga­ją dosyć duże­go zaan­ga­żo­wa­nia, nazwij­my to komu­ni­ka­cyj­ne­go. Ale są też spe­cjal­no­ści, w któ­rych jest ono zni­ko­me, kie­dy kon­takt z leka­rzem jest nie­wiel­ki, tak jak na przy­kład w radio­lo­gii. A gdy mamy do czy­nie­nia z psy­chia­trią lub z położ­nic­twem, gdzie cho­dzi o rze­czy nie­zwy­kle czę­sto wraż­li­we, ten kon­takt musi być o wie­le głęb­szy. Jak się to wszyst­ko połą­czy – a czę­sto trze­ba by do tego dodać jesz­cze warun­ki życia pacjen­tów, ich tem­pe­ra­men­ty, wie­dzę itd. – to moż­na co naj­wy­żej skon­stru­ować ogól­ne zale­ce­nia odno­śnie do tego, jak ta rela­cja powin­na wyglądać.

Daw­niej w Chi­nach pacjent pła­cił leka­rzo­wi dopó­ki był zdro­wy – rolą leka­rza było utrzy­ma­nie zdro­wia pacjen­ta. Na czym pole­ga dziś rola lekarza?

Dzi­siaj pra­ca leka­rza i medy­cy­na w nie­wiel­kim stop­niu przy­po­mi­na­ją medy­cy­nę z prze­szło­ści. Kie­dyś lekarz był od wszyst­kie­go, dzi­siaj mamy wie­le spe­cjal­no­ści medycz­nych; wie­dza medycz­na była w porów­na­niu z dzi­siej­szą bar­dzo skrom­na, a dzi­siaj prze­kra­cza moż­li­wo­ści jed­ne­go czło­wie­ka. Kie­dyś pacjent pła­cił za wizy­tę lekar­ską z wła­snej kie­sze­ni, dziś naj­czę­ściej jest finan­so­wa­na ze środ­ków publicz­nych lub z ubez­pie­cze­nia. W prze­szło­ści lekarz zwy­kle przy­cho­dził do domu cho­re­go, teraz to pacjent idzie do leka­rza. Dzi­siaj opie­kę medycz­ną uzy­sku­je się w ramach sys­te­mów ochro­ny zdro­wia z roz­bu­do­wa­nym zaple­czem admi­ni­stra­cyj­nym, kie­dyś – poza szpi­ta­la­mi – zaple­cze to prak­tycz­nie nie ist­nia­ło lub zale­ża­ło od decy­zji leka­rza. To wszyst­ko powo­du­je, że medy­cy­na obec­nie w nie­wiel­kim stop­niu przy­po­mi­na medy­cy­nę sprzed stu lub wię­cej lat. To jed­nak, co wią­że medy­cy­nę współ­cze­sną z medy­cy­ną z prze­szło­ści, to posta­wa etycz­na: prze­ko­na­nie, że cho­rym nale­ży się zaopie­ko­wać. Naj­sil­niej­szym ogni­wem łączą­cym prze­szłość medy­cy­ny z teraź­niej­szo­ścią jest przy­wią­za­nie leka­rzy do pod­sta­wo­wych war­to­ści ich zawodu.

Jakie war­to­ści moral­ne są waż­ne w rela­cji lekarz–pacjent?

Pod­sta­wo­wą war­to­ścią w medy­cy­nie – tak jak i poza nią – jest sza­cu­nek do inne­go czło­wie­ka, w tym wypad­ku dla pacjen­ta. Oczy­wi­ste jest więc, że ten sza­cu­nek musi iść i w dru­gą stro­nę. Sza­cu­nek to uli­ca dwu­kie­run­ko­wa. Pacjent jest jed­nak oso­bą w nie­szczę­ściu, powin­ni­śmy zatem być wobec nie­go nie­co bar­dziej wyro­zu­mia­li niż wobec spe­cja­li­sty czy wobec leka­rza. Z punk­tu widze­nia leka­rza sza­cu­nek obja­wia się nie tyl­ko w takich posta­wach jak tole­ran­cja i wyro­zu­mia­łość, ale też w takich mało wido­wi­sko­wych rze­czach jak nie­spóź­nia­nie się z przy­ję­cia­mi pacjen­tów. Inny­mi war­to­ścia­mi moral­ny­mi są szcze­rość ujaw­nia­ją­ca się w praw­do­mów­no­ści, auten­tycz­no­ści czy pro­sto­li­nij­no­ści, a tak­że otwar­tość na inność, któ­ra uła­twia lekar­ską empa­tię i tole­ran­cję. Leka­rzom są też nie­zbęd­ne cno­ty pomoc­ni­cze, któ­re są nie­zwy­kle waż­ne, ale czę­sto pozo­sta­ją nie­do­ce­nia­ne przez część bada­czy i samych leka­rzy. Na przy­kład umie­jęt­ność słu­cha­nia. Więk­szość z nas nie za bar­dzo umie słu­chać. Mamy trud­no­ści ze sku­pie­niem się na tym, co inni do nas mówią, czę­sto inter­pre­tu­je­my ich sło­wa i zacho­wa­nia tak jak nam jest wygod­nie albo łatwo, a nie sta­ra­my się dociec rze­czy­wi­stej inten­cji mówią­ce­go. W przy­pad­ku leka­rza umie­jęt­ność słu­cha­nia jest nie­zwy­kle waż­na dia­gno­stycz­nie. Pacjen­ci, zwy­kle opo­wia­da­ją­cy o swo­ich pro­ble­mach zdro­wot­nych z punk­tu widze­nia swo­jej bio­gra­fii, mogą dostar­czyć leka­rzo­wi wie­le waż­nych infor­ma­cji pozwa­la­ją­cych posta­wić traf­ną diagnozę.

Ale – jak Pan pisał w książ­ce Moral­ność medy­cy­ny. O sztu­ce dobre­go życia i o sztu­ce lecze­nia – ten moment, kie­dy pacjent może opo­wie­dzieć o sobie lub odpo­wie­dzieć na pyta­nia leka­rza jest dosyć krót­ki i w zasa­dzie lekarz daje pacjen­to­wi nie­wie­le cza­su na wyra­że­nie wła­sne­go doświadczenia.

W codzien­no­ści medy­cy­ny tego cza­su bywa bar­dzo mało. W zależ­no­ści od orga­ni­za­cji, prze­cięt­na wizy­ta to 10–15 minut. Śred­nio 10–15 minut. Są pacjen­ci, któ­rzy w zasa­dzie przy­cho­dzą po powtór­ne wypi­sa­nie recep­ty, a są i tacy, któ­rzy wyma­ga­ją wię­cej cza­su leka­rza. Więc nie­ko­niecz­nie musi to być za mało w odnie­sie­niu do każ­dej wizy­ty u leka­rza, nawet jeśli uwzględ­nić to, że część dostęp­ne­go mu cza­su lekarz musi poświę­cić na czyn­no­ści biu­ro­kra­tycz­ne. Tam jed­nak, gdzie cza­su na wizy­tę jest za mało w sto­sun­ku do potrzeb, przy­czy­ny mogą być roz­ma­ite. Na pew­no duże zna­cze­nie ma orga­ni­za­cja pra­cy, ale też umie­jęt­no­ści obcho­dze­nia się z inny­mi ludź­mi. Umie­jęt­ne roz­ma­wia­nie z pacjen­tem może nie­jed­no­krot­nie uła­twić osią­gnię­cie celów wizy­ty lekar­skiej w ogra­ni­czo­nych ramach cza­so­wych. Pew­ne poczu­cie, że tego cza­su jest za mało, może wią­zać się z ocze­ki­wa­nia­mi pacjen­tów. Wia­do­mo, że na ogół wolą leka­rzy, któ­rzy są bar­dziej „roz­ga­da­ni”. Wię­cej poświę­co­ne­go im cza­su leka­rza daje wie­lu pacjen­tom poczu­cie, że lekarz dobrze się nimi zaopie­ko­wał. Ale nie­ko­niecz­nie tak musi być. No i są też pacjen­ci, któ­rzy trak­tu­ją wizy­tę u leka­rza jako spra­wę do jak naj­szyb­sze­go zała­twie­nia bez roz­ga­dy­wa­nia się. Ci będą zado­wo­le­ni, że spę­dzi­li w gabi­ne­cie leka­rza zale­d­wie parę minut. Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, jak dużo tego cza­su potrze­ba bądź jak dużo lub mało go jest dostęp­ne, leka­rzo­wi nie­zbęd­na jest umie­jęt­ność kla­row­ne­go i spraw­ne­go roz­ma­wia­nia z pacjentem.

Jed­ną z war­to­ści moral­nych istot­nych w życiu ludzi jest praw­da. Czy lekarz zawsze powi­nien być praw­do­mów­ny w sto­sun­ku do pacjen­ta? Pro­szę podać przy­kła­dy kon­kret­nych sytu­acji, w jakich może zna­leźć się lekarz, dyle­ma­tów przed jaki­mi sta­je. Jak prze­ka­zy­wać praw­dę? Cza­sem pacjent mówi „pro­szę powie­dzieć mi praw­dę”, ale tak napraw­dę nie chce złych wia­do­mo­ści. Jak mówić praw­dę i jed­no­cze­śnie nie odbie­rać nadziei?

Trze­ba pamię­tać, że praw­do­mów­ność nie ozna­cza mówie­nia wszyst­kie­go, co się wie zawsze i wszę­dzie. Praw­do­mów­ność wyma­ga zdro­we­go roz­sąd­ku, umie­jęt­no­ści dopa­so­wa­nia spo­so­bu prze­ka­za­nia infor­ma­cji do pacjen­ta i oko­licz­no­ści. Praw­do­mów­ny czło­wiek wie rów­nież komu, ile, kie­dy i co powie­dzieć. Praw­do­mów­ny czło­wiek rozu­mie więc, że praw­da to jest coś, co trze­ba trak­to­wać poważ­nie, że praw­da może być cza­sa­mi źró­dłem cier­pie­nia. Cier­pie­nie natu­ral­nie jest złe, ale nie zawsze jest złem nie­unik­nio­nym. Praw­do­mów­ny czło­wiek rozu­mie, jak praw­da jest waż­na w ludz­kim życiu. Potrze­bu­je­my kon­tak­tu z fak­ta­mi, z rze­czy­wi­sto­ścią, a nie z fik­cją. Czło­wiek nie chce żyć w świe­cie wyobra­żo­nym, ale w real­nym. W takim razie, czy lekarz powi­nien być praw­do­mów­ny zawsze? Tak. Ale ta cno­ta wyma­ga też umie­jęt­no­ści obcho­dze­nia się z praw­dą. Duża część pro­ble­mów, jakie mają leka­rze z praw­dą i praw­do­mów­no­ścią doty­czy tego, jak dużą część praw­dy, w jaki spo­sób i dokład­nie kie­dy prze­ka­zać pacjen­to­wi. Leka­rze bywa­ją tą praw­dą zaska­ki­wa­ni, kie­dy nie trosz­czą się o nią zawcza­su. A to jest prze­pis na kło­po­ty, z któ­ry­mi nie wia­do­mo jak sobie pora­dzić. Przy­kład z zajęć z leka­rza­mi. Pod­czas dys­ku­sji na temat praw­do­mów­no­ści, w któ­rej pod­kre­ślam potrze­bę mówie­nia pacjen­tom praw­dy, lekarz mówi: „Panu to łatwo powie­dzieć, bo Pan nie musi tego zro­bić. A jak ja mam prze­ka­zać cho­re­mu fatal­ną dia­gno­zę?” Ja na to: „Czy teraz, gdy przy­szły wyni­ki badań i trze­ba powie­dzieć pacjen­to­wi złą praw­dę, to widzi go Pan po raz pierw­szy?”. Lekarz, oczy­wi­ście, odpo­wia­da, że nie. Więc go pytam: „A co Pan robił w chwi­li, gdy kie­ro­wał Pan pacjen­ta na bada­nia? Czy po pro­stu Pan go wysłał na bada­nia i kazał przyjść póź­niej, czy mu Pan wyja­śnił, że bada­nie A jest po to, by potwier­dzić X, a bada­nie B po to by wyklu­czyć Y? Czy powie­dział mu Pan, że na następ­nej wizy­cie będzie moż­na posta­wić wia­ry­god­ną dia­gno­zę i jaka ona może być?”. I w tym momen­cie nie­spe­cjal­nie mie­li­śmy o czym roz­ma­wiać, ponie­waż ten lekarz wie­dział, że ten pro­blem sam sobie ścią­gnął na gło­wę. Miał nadzie­ję, że będzie wszyst­ko dobrze, więc nie nie­po­ko­ił pacjen­ta mówie­niem mu, co złe­go może się oka­zać i co dobre­go może się zda­rzyć. I kie­dy przy­szły złe wie­ści, i on i jego pacjent był nie­przy­go­to­wa­ny do roz­mo­wy. Kło­po­ty z mówie­niem praw­dy w medy­cy­nie – ale tak­że i w ludz­kim życiu w ogó­le – czę­sto bio­rą się stąd, że uda­je­my, że wszyst­ko będzie dobrze…

A to jest myśle­nie życzeniowe…

Tak, ale czę­sto też powo­do­wa­ne bra­kiem odwa­gi. I wte­dy nie przy­go­to­wu­je­my pacjen­ta. Jeśli od począt­ku nie trak­tu­je­my go poważ­nie i nie mówi­my mu, że tutaj nie­po­ko­ją­ce jest to a to i dla­te­go musi­my zro­bić bada­nie takie a takie, bo może się oka­zać to lub tam­to, to potem, kie­dy przy­cho­dzi zła wia­do­mość, lekarz znaj­du­je się w okrop­nej sytu­acji. Cały czas zacho­wy­wał się jak­by wszyst­ko było w porząd­ku i mia­ło być w porząd­ku, a oto jak grom z jasne­go nie­ba trze­ba pacjen­to­wi powie­dzieć fatal­ną praw­dę. Jeśli nato­miast od począt­ku trak­tu­je się pacjen­ta poważ­nie i na bie­żą­co się go infor­mu­je, co się może zda­rzyć, a co nie, to potem moż­na powie­dzieć: „Pamię­ta Pan jak roz­ma­wia­li­śmy o tym i o tym…” W ten spo­sób leka­rzo­wi jest łatwiej prze­ka­zać złe wie­ści, a pacjen­to­wi, choć z bólem, bo to oczy­wi­ste, że to nie są dobre wia­do­mo­ści, łatwiej jest o nich roz­ma­wiać. Więc, czy lekarz zawsze powi­nien być praw­do­mów­ny? Tak. Czy zawsze powi­nien mówić wszyst­ko, co wie? Naj­czę­ściej tak. Nie­ko­niecz­nie od razu. Ale zawsze też, jeśli to jest tyl­ko moż­li­we, powi­nien przy­go­to­wać pacjen­ta na praw­dę, któ­rą da się prze­wi­dzieć. Zro­bi to, jeże­li będzie rozu­miał, że praw­da to coś, z czym trze­ba się obcho­dzić deli­kat­nie i odpo­wie­dzial­nie, bo moż­na wyrzą­dzić nią wie­le krzywd, nie­za­leż­nie od moty­wów. I trze­ba się z nią tak obcho­dzić od same­go począt­ku rela­cji z pacjen­tem, a nie dopie­ro wte­dy, gdy poja­wia­ją się kłopoty.

W książ­ce „Moral­ność medy­cy­ny. O sztu­ce dobre­go życia i o sztu­ce lecze­nia” pisze Pan, że cho­ro­ba jest złem moral­nym. Jak by Pan to wyjaśnił?

To jest kwe­stia, o któ­rą spo­ro moich kole­gów się ze mną spie­ra do dzi­siaj. Idea jest pro­sta, wie­lu ludzi twier­dzi, że coś jest moral­nym złem tyl­ko wte­dy, gdy ma jakie­goś świa­do­me­go spraw­cę. Czy­li  patrzą na to, co nale­ży do sfe­ry moral­no­ści, z punk­tu widze­nia spraw­cy. Ja nato­miast jestem prze­ko­na­ny, że to, czy coś jest moral­nie dobre czy złe, nie zale­ży od tego, kto go doko­nał, ale kto go doznał. Czy­li ja patrzę nie z punk­tu widze­nia spraw­cy, ale z punk­tu widze­nia odbior­cy tych dzia­łań. W tym sen­sie uwię­zie­nie mnie przez kogoś jest złem moral­nym dla­te­go, że nie mogę robić tego, co chcę. Cho­ro­ba może podob­nie uwię­zić czło­wie­ka. Czy uwię­zie­nie przez cho­ro­bę jest zasad­ni­czo ina­czej lub mniej złe niż uwię­zie­nie przez inne­go czło­wie­ka? Te dwa uwię­zie­nia mają inne przy­czy­ny, ale jako uwię­zie­nia są tak samo złe, bo tak samo doty­ka­ją człowieka.

Moja kole­żan­ka w obli­czu cho­ro­by zaczę­ła poważ­nie zasta­na­wiać się nad wła­snym życiem, jakie war­to­ści są naj­waż­niej­sze, co nale­ża­ło­by w zmie­nić w przy­szło­ści. Taki kry­zys zwią­za­ny z cho­ro­bą stał się dla niej pod­sta­wą oso­bi­ste­go roz­wo­ju. Powie­dzia­ła mi póź­niej, że nauczy­ła się cze­goś o samej sobie. Zaczę­ła patrzeć na sie­bie jako nie­do­sko­na­łą. Zoba­czy­ła swo­je ogra­ni­cze­nia, i doce­ni­ła bar­dziej to, co ma i ludzi, któ­rzy są bli­sko. Nauczy­ła się poko­ry, skrom­no­ści, ale też i wdzięcz­no­ści. Mógł­by Pan wyja­śnić dla­cze­go tak się dzie­je, że cza­sem cho­ro­ba jest pod­sta­wą wzro­stu lub nauki o sobie samym?

Cho­ro­ba, podob­nie jak wie­le innych rze­czy, to pew­ne­go rodza­ju kry­zys w życiu czło­wie­ka. Mówi­my teraz o poważ­nej cho­ro­bie, a nie czymś bła­hym. Cho­ro­ba sama przez się nie ma dla nas sen­su, ponie­waż poja­wia się przez zasko­cze­nie. Nor­mal­nie nie pla­nu­je­my cho­ro­by jako czę­ści naszej bio­gra­fii. W związ­ku z tym zawsze jeste­śmy zasko­cze­ni, gdy dopa­da nas cho­ro­ba. I wte­dy znaj­du­je­my się w kry­zy­sie. A wte­dy nie może­my odkryć sen­su cho­ro­by, ale co naj­wy­żej jej go nadać. Dla­te­go w kry­zy­sie zada­je­my waż­ne pyta­nia. Kry­zys każe nam pytać o nasze prio­ry­te­ty, kwe­stio­no­wać wie­le spraw. Zwy­kle wte­dy pyta­my: „Dla­cze­go ja? Dla­cze­go teraz?”. Na co czę­sto odpo­wie­dzi udzie­la­ją reli­gie. Cza­sem też pyta­my „A wła­ści­wie, to czy powin­no mi zale­żeć na tym, czy na tam­tym?”. I wte­dy cho­ro­ba, tak jak inny kry­zys, będzie takim punk­tem wyj­ścia do tego, by roz­po­cząć pogłę­bio­ną reflek­sję. Cho­ro­ba nas zatrzy­mu­je w bie­gu i wte­dy musi­my się zasta­no­wić dwa razy, lub też w ogó­le zasta­no­wić się nad rze­cza­mi, któ­re byśmy w innych przy­pad­kach igno­ro­wa­li. W ten spo­sób nada­je­my cho­ro­bie sens, a przy oka­zji może­my zmie­nić zna­cze­nie wła­sne­go życia. Ale to oczy­wi­ście nie ozna­cza, że w takim razie w cho­ro­bie tkwi jakieś dobro. Nie. Tkwi w niej fun­da­men­tal­ne zło, któ­re pole­ga na tym, że cho­ro­ba pozba­wia nas tego, co spra­wia, że ludz­kie życie jest dla czło­wie­ka cen­ne. Pozba­wia nas moż­li­wo­ści robie­nia rze­czy, któ­re są dla nas waż­ne, czę­sto też wia­ry w samych sie­bie, poczu­cia wła­snej war­to­ści, daje poczu­cie bycia cię­ża­rem dla innych. I to wszyst­ko są rze­czy, któ­rych dozna­je­my wte­dy, gdy spo­ty­ka nas jakaś krzywda.

Epi­kur twier­dził, że nie powin­ni­śmy bać się śmier­ci, bo ona nas wca­le nie doty­czy. Gdy my ist­nie­je­my, śmierć jest nie­obec­na, a gdy tyl­ko śmierć się poja­wi, wte­dy nas już nie ma. Czym jest śmierć czło­wie­ka? Co to zna­czy umrzeć?

Śmierć czło­wie­ka jest trud­nym poję­ciem, ponie­waż gdy pyta­my o nią, to na ogół ocze­ku­je­my, że się cze­goś kon­kret­ne­go dowie­my, co to takie­go jest. Pyta­nie tyl­ko, czy jest tu się cze­go dowie­dzieć. I nie mam tu na myśli wie­dzy bio­lo­gicz­nej. Tu jest. Zasta­na­wiam się tyl­ko nad tym, czy wła­ści­wie loka­li­zu­je­my przed­miot roz­mo­wy roz­my­śla­jąc o śmier­ci czło­wie­ka. Mnie bliż­sze jest spoj­rze­nie, w któ­rym śmierć to po pro­stu koniec życia. I to jest wystar­cza­ją­co prze­ra­ża­ją­ce, już nie trze­ba snuć żad­nych domy­słów na temat tego, co będzie potem. Dla­te­go, że już sama myśl o utra­cie tego wszyst­kie­go, co mamy w życiu – total­nie wszyst­kie­go, łącz­nie z myślą o wła­snym koń­cu – jest wystar­cza­ją­co strasz­na. Myślę, że na pyta­nie: „Co to zna­czy umrzeć?” nale­ży odpo­wie­dzieć, że w wypad­ku ludzi zna­czy to po pro­stu prze­stać ist­nieć jako kon­kret­na oso­ba. I już. I to prze­stać ist­nieć w spo­sób total­ny, cał­ko­wi­ty. A to jest zro­zu­mia­łe, ale nie­wy­obra­żal­ne. Śmierć ma w moim poję­ciu przede wszyst­kim cha­rak­ter bra­ku. Jest usta­niem i bra­kiem życia. Jest wszyst­kim tym, czym życie nie jest. Czy­li niczym. Więc może lepiej, byśmy się zasta­na­wia­li nad tym, czym jest życie ludz­kie i co jest w nim war­to­ścio­we­go, a nie snu­li domy­słów o natu­rze śmier­ci… Tu przy­naj­mniej mamy jakiś mate­riał do przemyśleń.

W medy­cy­nie w cią­gu ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat poja­wił się spór o kry­te­ria śmier­ci. Czym się róż­nią poszcze­gól­ne sta­no­wi­ska tego spo­ru? Skąd bie­rze się brak zgodności?

Brak zgod­no­ści bie­rze się stąd, że tra­dy­cyj­nie posłu­gi­wa­li­śmy się, tak jak to uję­ła w Pani poprzed­nim pyta­niu, ostre roz­róż­nie­nie: życie i śmierć. Nato­miast z punk­tu widze­nia bio­lo­gii śmierć jest, jak to mówią leka­rze, zja­wi­skiem zdy­so­cjo­wa­nym. To zna­czy, jest zja­wi­skiem, któ­re prze­bie­ga wie­lo­kie­run­ko­wo albo wie­lo­po­zio­mo­wo i w róż­nym tem­pie. Śmierć neu­ro­lo­gicz­na, czy kry­te­ria śmier­ci mózgo­wej, zada­ją kłam takim wyobra­że­niom, według któ­rych gdy ktoś umarł, to umarł cały. Naj­czę­ściej roz­po­zna­wa­no to przez wykry­cie usta­nia pra­cy ser­ca lub oddy­cha­nia. Są to spek­ta­ku­lar­ne wyda­rze­nia: czło­wiek już nie oddy­cha, już nie bije ser­ce. Nato­miast neu­ro­lo­gicz­ne kry­te­ria poka­zu­ją, że róż­ne życio­we pro­ce­sy mogą nadal zacho­dzić w mar­twym czło­wie­ku. Kry­te­ria neu­ro­lo­gicz­ne kon­cen­tru­ją się na zja­wi­skach, któ­rych nie­od­wra­cal­ne usta­nie skut­ku­je dez­in­te­gra­cją funk­cjo­no­wa­nia orga­ni­zmu jako cało­ści. Czy­li pew­ne zja­wi­ska już nie zacho­dzą, a inne, któ­re mają cha­rak­ter pro­ce­sów życio­wych mogą zacho­dzić nadal, ale już nie w spo­sób zin­te­gro­wa­ny z inny­mi klu­czo­wy­mi pro­ce­sa­mi; i tej dez­in­te­gra­cji nie da się odwró­cić. To jest bar­dzo nie­zgod­ne z tra­dy­cyj­ny­mi wyobra­że­nia­mi. Myślę, że stąd w dużym stop­niu bie­rze się spór. Z potrze­by rozu­mie­nia śmier­ci jako jed­no­ra­zo­we­go, wyraź­nie okre­ślo­ne­go punk­tu w cza­sie. Widać to tak­że u nie­któ­rych kry­ty­ków kry­te­riów neu­ro­lo­gicz­nych. Czę­sto wyda­ją się ocze­ki­wać, że śmierć będzie zja­wi­skiem obej­mu­ją­cym cały orga­nizm ludz­ki na raz, wyraź­nie odróż­nial­nym od innych zja­wisk, a nie zja­wi­skiem cią­głym czy pro­ce­sem. Umie­ra­nie i śmierć są pro­ce­sa­mi, a życie spo­łecz­ne ocze­ku­je punk­tów odcięcia.

Jakie widzi Pan kon­se­kwen­cje tego spo­ru? Jakie pro­ble­my z punk­tu widze­nia bio­ety­ki mogą wyni­kać z róż­nych kry­te­riów śmier­ci czło­wie­ka? Co ten spór ozna­cza dla kon­kret­nej oso­by, któ­rej ktoś bli­ski wła­śnie umiera?

Myślę, że wła­śnie na tym pozio­mie są pro­ble­my. Napraw­dę trud­no sobie wyobra­zić, że ktoś widzą­cy swo­je­go bli­skie­go sztucz­nie pod­trzy­my­wa­ne­go przy życiu, mają­ce­go różo­wą skó­rę i poru­sza­ją­cą się klat­kę pier­sio­wą, bez pro­ble­mu zaak­cep­tu­je fakt jego śmier­ci. Tego nie da się ina­czej prze­zwy­cię­żyć niż przez odpo­wied­nią wie­dzę i wyja­śnie­nia. Cho­ciaż nie jestem pew­ny, czy jest potrze­ba prze­zwy­cię­ża­nia z punk­tu widze­nia bli­skich. Każ­dy z nas ma wła­sną tra­jek­to­rię i spo­sób godze­nia się z nie­szczę­ściem, któ­re go spo­tka­ło, i praw­do­po­dob­nie każ­dy w zupeł­nie zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­ny spo­sób odpo­wia­da na śmierć bli­skich. Wyda­je mi się więc, że z punk­tu widze­nia myśle­nia czło­wie­ka o wła­snej śmier­ci lub z punk­tu widze­nia doświad­cze­nia osób dowia­du­ją­cych się o śmier­ci ich bli­skich, śmierć neu­ro­lo­gicz­na nie rodzi zupeł­nie nowych pro­ble­mów moral­nych, oprócz tych prze­ze mnie wymienionych.

Czym jest według Pana dobre życie?

Wolę mówić o uda­nym życiu, czy­li takim, któ­re się powio­dło. Jest wie­le kon­cep­cji uda­ne­go życia. Ale moż­na udzie­lić w mia­rę roz­sąd­nej ogól­nej odpo­wie­dzi na Pani pyta­nie. Myślę, że przede wszyst­kim uda­ne życie będzie życiem, w któ­rym zre­ali­zo­wa­ło się swo­je waż­ne pla­ny, a te pla­ny wykra­cza­ły poza indy­wi­du­al­ne, wła­sne, satys­fak­cje. Żeby życie ludz­kie było uda­ne, codzien­ność wyma­ga kon­tek­stu skła­da­ją­ce­go się z tego, co wykra­cza poza nią. Więk­szość z nas potrze­bu­je poczu­cia uczest­nic­twa w czymś, co jest waż­ne i w pew­nym sen­sie tro­chę waż­niej­sze od nas. Może­my się zaan­ga­żo­wać się w jakąś wspól­no­tę religijną…

Czy­li to było­by coś, co się okre­śla mia­nem trans­cen­den­cji, prze­kra­cza­nia same­go siebie?

Posta­wił­bym nacisk na prze­kra­cza­nie same­go sie­bie raczej niż na trans­cen­den­cję. Trans­cen­den­cja potocz­nie koja­rzy się z reli­gią. A prze­kra­cza­nie same­go sie­bie może się doko­ny­wać w tym świe­cie, na przy­kład w posta­ci poświę­ce­nia się swo­jej rodzi­nie, oczy­wi­ście jeśli robi się to dobro­wol­nie. To może być odda­nie się jakiejś idei, pra­cy, zaan­ga­żo­wa­nie w życie spo­łecz­ne i wie­le innych spraw. Życie czło­wie­ka jest uda­ne wte­dy, gdy ma ono ramę w posta­ci cze­goś, co uwa­ża­my za waż­ne samo przez się i co prze­kra­cza nas samych. Wte­dy może­my nadać istot­ność naszym przy­jem­no­ściom, satys­fak­cjom i ocze­ki­wa­niom. Nie mając takiej ramy, sta­je­my się kimś na kształt oso­by pozba­wio­nej kie­run­ku, jak­by uza­leż­nio­nej od poszu­ki­wa­nia bie­żą­cej przy­jem­no­ści czy satys­fak­cji, ale wciąż pyta­ją­cej: „W imię czego?”.

Trze­ba też pamię­tać, że do tego, aby ludz­kie życie było uda­ne, nie­zbęd­ne są sprzy­ja­ją­ce oko­licz­no­ści. A one są poza naszym wpły­wem. Jed­ną z takich oko­licz­no­ści może być cho­ro­ba. I ona może być przy­czy­ną tego, że życie będzie mniej niż uda­ne lub że trze­ba będzie przede­fi­nio­wać to, co nas prze­kra­cza i nada­je kon­tekst nasze­mu codzien­ne­mu doświadczeniu.

A czym jest dobre życie w chorobie?

Jak już mówi­łem, cho­ro­ba nie jest sta­nem, któ­ry pla­nu­je­my. W związ­ku z tym, praw­do­po­dob­nie uda­ne życie w cho­ro­bie, a może nale­ża­ło­by powie­dzieć: z cho­ro­bą, będzie pole­ga­ło na tym, żeby przy­naj­mniej na czas tej cho­ro­by doko­nać takiej re-aran­ża­cji swo­je­go obra­zu wła­sne­go życia i jego celów, żeby ta cho­ro­ba sta­ła się czymś, co ja kon­tro­lu­ję men­tal­nie, a nie czymś, co mnie kon­tro­lu­je. To zna­czy, że to ja jestem tym, któ­ry podej­mu­je decy­zje w odnie­sie­niu do tego, co się w moim życiu zda­rza, uwzględ­nia­jąc cho­ro­bę, ale nie dla­te­go, że się pod­da­ję prze­bie­go­wi tej cho­ro­by, czy zwią­za­nym z nim zabie­gom i czyn­no­ściom. To ja mam być tym, któ­ry radzi sobie z cho­ro­bą. Inni mi poma­ga­ją. Wła­śnie dla­te­go tak waż­na jest świa­do­ma zgo­da na postę­po­wa­nie pro­fe­sjo­na­li­stów medycz­nych. Ponie­waż jeśli nie ma świa­do­mej zgo­dy, to oprócz kon­tro­li, któ­rą zaczy­na nad nimi spra­wo­wać cho­ro­ba, dołą­cza­ją inni ludzie. A brak wpły­wu na wła­sne życie pozba­wia nas zdol­no­ści do bycia nie­za­leż­nym pod­mio­tem, a być może i pod­mio­to­wo­ści w ogóle.

Dzię­ku­ję za rozmowę.


Paweł Łukow – prof. dr hab., filo­zof, etyk i bio­etyk; kie­row­nik Zakła­du Ety­ki w Insty­tu­cie Filo­zo­fii Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go; redak­tor naczel­ny pół­rocz­ni­ka Ety­ka; autor prac poświę­co­nych ety­ce Kan­tow­skiej, filo­zo­fii medy­cy­ny i ety­ce życia publicz­ne­go, w tym ksią­żek m.in.: Wol­ność i auto­ry­tet rozu­mu. Racjo­nal­ność w filo­zo­fii moral­nej Kan­ta, 1997; Gra­ni­ce zgo­dy: auto­no­mia zasad i dobro pacjen­ta, 2005; Moral­ność medy­cy­ny. O sztu­ce dobre­go życia i o sztu­ce lecze­nia, 2012; Ety­ka medycz­na z ele­men­ta­mi filo­zo­fii, 2013.

Elż­bie­ta Fili­pow – dok­to­rant­ka w Zakła­dzie Ety­ki w Insty­tu­cie Filo­zo­fii Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, sty­pen­dyst­ka pro­gra­mu LLP Era­smus na Uni­ver­si­te­it Twen­te. Absol­wen­ta stu­diów Stu­diów Pody­plo­mo­wych „Dosko­na­le­nie Warsz­ta­tu Tłu­ma­cza w Zakre­sie Prze­kła­du Pisem­ne­go” w Insty­tu­cie Angli­sty­ki Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go. Autor­ka prze­kła­du z języ­ka angiel­skie­go na pol­ski książ­ki Orny Donath Żału­jąc macie­rzyń­stwa oraz Jame­sa F. T. Bugen­ta­la Psy­cho­te­ra­pia to nie to, co myślisz. Psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne zaan­ga­żo­wa­nie w pro­ces życia. W latach 2017–2018 współ­pra­co­wa­ła jako dzien­ni­kar­ka z kwar­tal­ni­kiem „Świat mózgu”, zaś od 2016 roku współ­pra­cu­je z mie­sięcz­ni­kiem „Cha­rak­te­ry”. W wol­nym cza­sie spa­ce­ru­je i zaczy­tu­je się w lite­ra­tu­rze pięknej.

Ilu­stra­cja: Pixabay

Najnowszy numer można nabyć od 30 października w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

1 komentarz

Kliknij, aby skomentować

  • Podob­no nie ma już przy­się­gi Hipo­kra­te­sa dla stu­den­tów na stu­diach medycz­nych. Czy to praw­da, już nie obo­wią­zu­je?! Być może stąd jest nadal i coraz wię­cej, aż tyle tzw. abor­cji /czyli usu­wa­nia ciąży/ i doma­ga­nia się jej przez tzw. kobie­ty w czer­ni tj. nauczy­ciel­ki, na spe­cjal­nych mani­fach. /Kogo póź­niej będą uczyć?!/.

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy