Etyka Wywiady

O moralnym wymiarze relacji pacjent – lekarz – wywiad z prof. Pawłem Łukowem

Choroba jest kryzysem w życiu człowieka. Sama w sobie nie ma sensu, choć możemy go jej nadać. Z prof. Pawłem Łukowem rozmawia Elżbieta Filipow.

Zapisz się do naszego newslettera

Elż­bi­eta Fil­ipow: Co to znaczy być pac­jen­tem? Na przykład pod­czas poby­tu w szpi­talu zakładamy szpi­talne ubranie, wchodz­imy w nową rolę, sta­je­my się nie­jako słab­si. Czy moż­na mówić o tożsamoś­ci pac­jen­ta? Kim jest pac­jent?

Paweł Łuków: Z chwilą, gdy zosta­je­my pac­jen­ta­mi, zmienia się nasza rola społecz­na, ponieważ jesteśmy trak­towani inaczej niż do tej pory, nasze otocze­nie ma wobec nas inne niż dotąd oczeki­wa­nia. Częs­to też, zwłaszcza gdy choro­ba jest poważ­na i wyma­ga znacznych zmi­an try­bu życia, my sami zmieni­amy swo­ją per­spek­ty­wę, swój ogląd wielu rzeczy. Na przykład, zmieni­a­ją się nasze oce­ny i pri­o­ry­te­ty, jak również wrażli­wość na różne kwest­ie. Antropol­o­gowie medy­cyny zauważa­ją na przykład zmi­any w postaci wyczu­le­nia na pewne dźwię­ki i zjawiska. Amerykańs­ki pis­arz i lekarz Michael Stein w książce The Lone­ly Patient pisze, że najbardziej doj­mu­ją­cym doświad­cze­niem pac­jen­ta jest poczu­cie samot­noś­ci i opisu­je, jak pac­jent reagu­je np. na roz­maite dźwię­ki dochodzące ze szpi­tal­nego kory­tarza. To zupełnie inny sposób funkcjonowa­nia.

Na wiz­ytę czekałam pół roku, potem pod gabi­netem czekałam 3 godziny, a sama wiz­y­ta trwała 5 min­ut. Lekarz nie roz­maw­iał ze mną, niewiele się właś­ci­wie dowiedzi­ałam. Nie tego oczeki­wałam. Jak wyglą­da, a jak powin­na wyglą­dać relac­ja lekarz–pacjent? Czego oczeku­je pac­jent? Co ofer­u­je lekarz?

Trze­ba przede wszys­tkim powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak jed­na relac­ja lekarz–pacjent. Po pier­wsze, każ­da jest unikalna, ponieważ biorą w niej udzi­ał dwie niepow­tarzalne oso­by. Po drugie, prob­le­my, z jaki­mi pac­jen­ci zjaw­ia­ją się u lekarza, bywa­ją różnej natu­ry. Jeżeli jest to coś try­wial­nego, w rodza­ju przez­ię­bi­enia, wtedy ta relac­ja może być dosyć powierz­chow­na, krótkotr­wała i mało dla nas istot­na. Nato­mi­ast kiedy to, z czym uda­je­my się do lekarza, doty­czy rzeczy bardziej zasad­niczej i w moc­ny sposób wpły­wa na naszą codzi­en­ność lub gdy boimy się o swo­je życie, wtedy ta relac­ja musi być oczy­wiś­cie znacznie bardziej rozbu­dowana. Wów­czas od lekarza będzie się oczeki­wało o wiele więcej. Po trze­cie, są też różne spec­jal­noś­ci medy­czne. Niek­tóre wyma­ga­ją dosyć dużego zaan­gażowa­nia, nazwi­jmy to komu­nika­cyjnego. Ale są też spec­jal­noś­ci, w których jest ono znikome, kiedy kon­takt z lekarzem jest niewiel­ki, tak jak na przykład w radi­ologii. A gdy mamy do czynienia z psy­chi­a­trią lub z położnictwem, gdzie chodzi o rzeczy niezwyk­le częs­to wrażli­we, ten kon­takt musi być o wiele głęb­szy. Jak się to wszys­tko połączy – a częs­to trze­ba by do tego dodać jeszcze warun­ki życia pac­jen­tów, ich tem­pera­men­ty, wiedzę itd. – to moż­na co najwyżej skon­struować ogólne zalece­nia odnośnie do tego, jak ta relac­ja powin­na wyglą­dać.

Dawniej w Chi­nach pac­jent płacił lekar­zowi dopó­ki był zdrowy – rolą lekarza było utrzy­manie zdrowia pac­jen­ta. Na czym pole­ga dziś rola lekarza?

Dzisi­aj pra­ca lekarza i medy­cy­na w niewielkim stop­niu przy­pom­i­na­ją medy­cynę z przeszłoś­ci. Kiedyś lekarz był od wszys­tkiego, dzisi­aj mamy wiele spec­jal­noś­ci medy­cznych; wiedza medy­cz­na była w porów­na­niu z dzisiejszą bard­zo skrom­na, a dzisi­aj przekracza możli­woś­ci jed­nego człowieka. Kiedyś pac­jent płacił za wiz­ytę lekarską z włas­nej kieszeni, dziś najczęś­ciej jest finan­sowana ze środ­ków pub­licznych lub z ubez­pieczenia. W przeszłoś­ci lekarz zwyk­le przy­chodz­ił do domu chorego, ter­az to pac­jent idzie do lekarza. Dzisi­aj opiekę medy­czną uzysku­je się w ramach sys­temów ochrony zdrowia z rozbu­dowanym zapleczem admin­is­tra­cyjnym, kiedyś – poza szpi­ta­la­mi – zaplecze to prak­ty­cznie nie ist­ni­ało lub zależało od decyzji lekarza. To wszys­tko powodu­je, że medy­cy­na obec­nie w niewielkim stop­niu przy­pom­i­na medy­cynę sprzed stu lub więcej lat. To jed­nak, co wiąże medy­cynę współczes­ną z medy­cyną z przeszłoś­ci, to postawa ety­cz­na: przeko­nanie, że chorym należy się zaopiekować. Najsil­niejszym ogni­wem łączą­cym przeszłość medy­cyny z ter­aźniejs­zoś­cią jest przy­wiązanie lekarzy do pod­sta­wowych wartoś­ci ich zawodu.

Jakie wartoś­ci moralne są ważne w relacji lekarz–pacjent?

Pod­sta­wową wartoś­cią w medy­cynie – tak jak i poza nią – jest sza­cunek do innego człowieka, w tym wypad­ku dla pac­jen­ta. Oczy­wiste jest więc, że ten sza­cunek musi iść i w drugą stronę. Sza­cunek to uli­ca dwukierunk­owa. Pac­jent jest jed­nak osobą w nieszczęś­ciu, powin­niśmy zatem być wobec niego nieco bardziej wyrozu­mi­ali niż wobec spec­jal­isty czy wobec lekarza. Z punk­tu widzenia lekarza sza­cunek objaw­ia się nie tylko w takich postawach jak tol­er­anc­ja i wyrozu­mi­ałość, ale też w takich mało wid­owiskowych rzeczach jak niespóź­ni­an­ie się z przyję­ci­a­mi pac­jen­tów. Inny­mi wartoś­ci­a­mi moral­ny­mi są szczerość ujaw­ni­a­ją­ca się w praw­domównoś­ci, aut­en­ty­cznoś­ci czy pros­tolin­i­jnoś­ci, a także otwartość na inność, która ułatwia lekarską empatię i tol­er­ancję. Lekar­zom są też niezbędne cno­ty pomoc­nicze, które są niezwyk­le ważne, ale częs­to pozosta­ją niedoce­ni­ane przez część badaczy i samych lekarzy. Na przykład umiejęt­ność słucha­nia. Więk­szość z nas nie za bard­zo umie słuchać. Mamy trud­noś­ci ze skupi­e­niem się na tym, co inni do nas mówią, częs­to inter­pre­tu­je­my ich słowa i zachowa­nia tak jak nam jest wygod­nie albo łat­wo, a nie staramy się dociec rzeczy­wis­tej intencji mówiącego. W przy­pad­ku lekarza umiejęt­ność słucha­nia jest niezwyk­le waż­na diag­nos­ty­cznie. Pac­jen­ci, zwyk­le opowiada­ją­cy o swoich prob­lemach zdrowot­nych z punk­tu widzenia swo­jej biografii, mogą dostar­czyć lekar­zowi wiele ważnych infor­ma­cji pozwala­ją­cych postaw­ić trafną diag­nozę.

Ale – jak Pan pisał w książce Moral­ność medy­cyny. O sztuce dobrego życia i o sztuce leczenia – ten moment, kiedy pac­jent może opowiedzieć o sobie lub odpowiedzieć na pyta­nia lekarza jest dosyć krót­ki i w zasadzie lekarz daje pac­jen­towi niewiele cza­su na wyraże­nie włas­nego doświad­czenia.

W codzi­en­noś­ci medy­cyny tego cza­su bywa bard­zo mało. W zależnoś­ci od orga­ni­za­cji, prze­cięt­na wiz­y­ta to 10–15 min­ut. Śred­nio 10–15 min­ut. Są pac­jen­ci, którzy w zasadzie przy­chodzą po powtórne wyp­isanie recep­ty, a są i tacy, którzy wyma­ga­ją więcej cza­su lekarza. Więc niekoniecznie musi to być za mało w odniesie­niu do każdej wiz­y­ty u lekarza, nawet jeśli uwzględ­nić to, że część dostęp­nego mu cza­su lekarz musi poświę­cić na czyn­noś­ci biurokraty­czne. Tam jed­nak, gdzie cza­su na wiz­ytę jest za mało w sto­sunku do potrzeb, przy­czyny mogą być roz­maite. Na pewno duże znacze­nie ma orga­ni­za­c­ja pra­cy, ale też umiejęt­noś­ci obchodzenia się z inny­mi ludź­mi. Umiejętne roz­maw­ian­ie z pac­jen­tem może niejed­nokrot­nie ułatwić osiąg­nię­cie celów wiz­y­ty lekarskiej w ogranic­zonych ramach cza­sowych. Pewne poczu­cie, że tego cza­su jest za mało, może wiązać się z oczeki­wa­ni­a­mi pac­jen­tów. Wiado­mo, że na ogół wolą lekarzy, którzy są bardziej „roz­gadani”. Więcej poświę­conego im cza­su lekarza daje wielu pac­jen­tom poczu­cie, że lekarz dobrze się nimi zaopiekował. Ale niekoniecznie tak musi być. No i są też pac­jen­ci, którzy trak­tu­ją wiz­ytę u lekarza jako sprawę do jak najszyb­szego załatwienia bez roz­gady­wa­nia się. Ci będą zad­owoleni, że spędzili w gabinecie lekarza zaled­wie parę min­ut. Nieza­leżnie jed­nak od tego, jak dużo tego cza­su potrze­ba bądź jak dużo lub mało go jest dostęp­ne, lekar­zowi niezbęd­na jest umiejęt­ność klarownego i sprawnego roz­maw­ia­nia z pac­jen­tem.

Jed­ną z wartoś­ci moral­nych istot­nych w życiu ludzi jest praw­da. Czy lekarz zawsze powinien być praw­domówny w sto­sunku do pac­jen­ta? Proszę podać przykłady konkret­nych sytu­acji, w jakich może znaleźć się lekarz, dylematów przed jaki­mi sta­je. Jak przekazy­wać prawdę? Cza­sem pac­jent mówi „proszę powiedzieć mi prawdę”, ale tak naprawdę nie chce złych wiado­moś­ci. Jak mówić prawdę i jed­nocześnie nie odbier­ać nadziei?

Trze­ba pamię­tać, że praw­domówność nie oznacza mówienia wszys­tkiego, co się wie zawsze i wszędzie. Praw­domówność wyma­ga zdrowego rozsąd­ku, umiejęt­noś­ci dopa­sowa­nia sposobu przekaza­nia infor­ma­cji do pac­jen­ta i okolicznoś­ci. Praw­domówny człowiek wie również komu, ile, kiedy i co powiedzieć. Praw­domówny człowiek rozu­mie więc, że praw­da to jest coś, co trze­ba trak­tować poważnie, że praw­da może być cza­sa­mi źródłem cier­pi­enia. Cier­pi­e­nie nat­u­ral­nie jest złe, ale nie zawsze jest złem nie­u­niknionym. Praw­domówny człowiek rozu­mie, jak praw­da jest waż­na w ludzkim życiu. Potrze­bu­je­my kon­tak­tu z fak­ta­mi, z rzeczy­wis­toś­cią, a nie z fikcją. Człowiek nie chce żyć w świecie wyobrażonym, ale w real­nym. W takim razie, czy lekarz powinien być praw­domówny zawsze? Tak. Ale ta cno­ta wyma­ga też umiejęt­noś­ci obchodzenia się z prawdą. Duża część prob­lemów, jakie mają lekarze z prawdą i praw­domównoś­cią doty­czy tego, jak dużą część prawdy, w jaki sposób i dokład­nie kiedy przekazać pac­jen­towi. Lekarze bywa­ją tą prawdą zaskaki­wani, kiedy nie troszczą się o nią zaw­cza­su. A to jest przepis na kłopo­ty, z który­mi nie wiado­mo jak sobie poradz­ić. Przykład z zajęć z lekarza­mi. Pod­czas dyskusji na tem­at praw­domównoś­ci, w której pod­kreślam potrze­bę mówienia pac­jen­tom prawdy, lekarz mówi: „Panu to łat­wo powiedzieć, bo Pan nie musi tego zro­bić. A jak ja mam przekazać chore­mu fatal­ną diag­nozę?” Ja na to: „Czy ter­az, gdy przyszły wyni­ki badań i trze­ba powiedzieć pac­jen­towi złą prawdę, to widzi go Pan po raz pier­wszy?”. Lekarz, oczy­wiś­cie, odpowia­da, że nie. Więc go pytam: „A co Pan robił w chwili, gdy kierował Pan pac­jen­ta na bada­nia? Czy po pros­tu Pan go wysłał na bada­nia i kazał przyjść później, czy mu Pan wyjaśnił, że badanie A jest po to, by potwierdz­ić X, a badanie B po to by wyk­luczyć Y? Czy powiedzi­ał mu Pan, że na następ­nej wiz­y­cie będzie moż­na postaw­ić wiary­god­ną diag­nozę i jaka ona może być?”. I w tym momen­cie niespec­jal­nie mieliśmy o czym roz­maw­iać, ponieważ ten lekarz wiedzi­ał, że ten prob­lem sam sobie ściągnął na głowę. Miał nadzieję, że będzie wszys­tko dobrze, więc nie niepokoił pac­jen­ta mówie­niem mu, co złego może się okazać i co dobrego może się zdarzyć. I kiedy przyszły złe wieś­ci, i on i jego pac­jent był nieprzy­go­towany do roz­mowy. Kłopo­ty z mówie­niem prawdy w medy­cynie – ale także i w ludzkim życiu w ogóle – częs­to biorą się stąd, że uda­je­my, że wszys­tko będzie dobrze…

A to jest myśle­nie życzeniowe…

Tak, ale częs­to też powodowane brakiem odwa­gi. I wtedy nie przy­go­towu­je­my pac­jen­ta. Jeśli od początku nie trak­tu­je­my go poważnie i nie mówimy mu, że tutaj niepoko­jące jest to a to i dlat­ego musimy zro­bić badanie takie a takie, bo może się okazać to lub tam­to, to potem, kiedy przy­chodzi zła wiado­mość, lekarz zna­j­du­je się w okrop­nej sytu­acji. Cały czas zachowywał się jak­by wszys­tko było w porząd­ku i miało być w porząd­ku, a oto jak grom z jas­nego nie­ba trze­ba pac­jen­towi powiedzieć fatal­ną prawdę. Jeśli nato­mi­ast od początku trak­tu­je się pac­jen­ta poważnie i na bieżą­co się go infor­mu­je, co się może zdarzyć, a co nie, to potem moż­na powiedzieć: „Pamię­ta Pan jak roz­maw­ial­iśmy o tym i o tym…” W ten sposób lekar­zowi jest łatwiej przekazać złe wieś­ci, a pac­jen­towi, choć z bólem, bo to oczy­wiste, że to nie są dobre wiado­moś­ci, łatwiej jest o nich roz­maw­iać. Więc, czy lekarz zawsze powinien być praw­domówny? Tak. Czy zawsze powinien mówić wszys­tko, co wie? Najczęś­ciej tak. Niekoniecznie od razu. Ale zawsze też, jeśli to jest tylko możli­we, powinien przy­go­tować pac­jen­ta na prawdę, którą da się przewidzieć. Zro­bi to, jeżeli będzie rozu­mi­ał, że praw­da to coś, z czym trze­ba się obchodz­ić delikat­nie i odpowiedzial­nie, bo moż­na wyrządz­ić nią wiele krzy­wd, nieza­leżnie od moty­wów. I trze­ba się z nią tak obchodz­ić od samego początku relacji z pac­jen­tem, a nie dopiero wtedy, gdy pojaw­ia­ją się kłopo­ty.

W książce „Moral­ność medy­cyny. O sztuce dobrego życia i o sztuce leczenia” pisze Pan, że choro­ba jest złem moral­nym. Jak by Pan to wyjaśnił?

To jest kwes­t­ia, o którą sporo moich kolegów się ze mną spiera do dzisi­aj. Idea jest pros­ta, wielu ludzi twierdzi, że coś jest moral­nym złem tylko wtedy, gdy ma jakiegoś świadomego spraw­cę. Czyli  patrzą na to, co należy do sfery moral­noś­ci, z punk­tu widzenia spraw­cy. Ja nato­mi­ast jestem przeko­nany, że to, czy coś jest moral­nie dobre czy złe, nie zależy od tego, kto go dokon­ał, ale kto go doz­nał. Czyli ja patrzę nie z punk­tu widzenia spraw­cy, ale z punk­tu widzenia odbior­cy tych dzi­ałań. W tym sen­sie uwięzie­nie mnie przez kogoś jest złem moral­nym dlat­ego, że nie mogę robić tego, co chcę. Choro­ba może podob­nie uwięz­ić człowieka. Czy uwięzie­nie przez chorobę jest zasad­nic­zo inaczej lub mniej złe niż uwięzie­nie przez innego człowieka? Te dwa uwięzienia mają inne przy­czyny, ale jako uwięzienia są tak samo złe, bo tak samo dotyka­ją człowieka.

Moja koleżan­ka w obliczu choro­by zaczęła poważnie zas­tanaw­iać się nad włas­nym życiem, jakie wartoś­ci są najważniejsze, co należało­by w zmienić w przyszłoś­ci. Taki kryzys związany z chorobą stał się dla niej pod­stawą oso­bis­tego roz­wo­ju. Powiedzi­ała mi później, że nauczyła się czegoś o samej sobie. Zaczęła patrzeć na siebie jako niedoskon­ałą. Zobaczyła swo­je ograniczenia, i doceniła bardziej to, co ma i ludzi, którzy są blisko. Nauczyła się poko­ry, skrom­noś­ci, ale też i wdz­ięcznoś­ci. Mógł­by Pan wyjaśnić dlaczego tak się dzieje, że cza­sem choro­ba jest pod­stawą wzros­tu lub nau­ki o sobie samym?

Choro­ba, podob­nie jak wiele innych rzeczy, to pewnego rodza­ju kryzys w życiu człowieka. Mówimy ter­az o poważnej choro­bie, a nie czymś błahym. Choro­ba sama przez się nie ma dla nas sen­su, ponieważ pojaw­ia się przez zaskocze­nie. Nor­mal­nie nie planu­je­my choro­by jako częś­ci naszej biografii. W związku z tym zawsze jesteśmy zaskoczeni, gdy dopa­da nas choro­ba. I wtedy zna­j­du­je­my się w kryzysie. A wtedy nie może­my odkryć sen­su choro­by, ale co najwyżej jej go nadać. Dlat­ego w kryzysie zada­je­my ważne pyta­nia. Kryzys każe nam pytać o nasze pri­o­ry­te­ty, kwes­t­ionować wiele spraw. Zwyk­le wtedy pytamy: „Dlaczego ja? Dlaczego ter­az?”. Na co częs­to odpowiedzi udziela­ją religie. Cza­sem też pytamy „A właś­ci­wie, to czy powin­no mi zależeć na tym, czy na tam­tym?”. I wtedy choro­ba, tak jak inny kryzys, będzie takim punk­tem wyjś­cia do tego, by rozpocząć pogłębioną reflek­sję. Choro­ba nas zatrzy­mu­je w biegu i wtedy musimy się zas­tanow­ić dwa razy, lub też w ogóle zas­tanow­ić się nad rzecza­mi, które byśmy w innych przy­pad­kach ignorowali. W ten sposób nada­je­my choro­bie sens, a przy okazji może­my zmienić znacze­nie włas­nego życia. Ale to oczy­wiś­cie nie oznacza, że w takim razie w choro­bie tkwi jakieś dobro. Nie. Tkwi w niej fun­da­men­talne zło, które pole­ga na tym, że choro­ba pozbaw­ia nas tego, co spraw­ia, że ludzkie życie jest dla człowieka cenne. Pozbaw­ia nas możli­woś­ci robi­enia rzeczy, które są dla nas ważne, częs­to też wiary w samych siebie, poczu­cia włas­nej wartoś­ci, daje poczu­cie bycia ciężarem dla innych. I to wszys­tko są rzeczy, których doz­na­je­my wtedy, gdy spo­ty­ka nas jakaś krzy­w­da.

Epikur twierdz­ił, że nie powin­niśmy bać się śmier­ci, bo ona nas wcale nie doty­czy. Gdy my ist­nieje­my, śmierć jest nieobec­na, a gdy tylko śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma. Czym jest śmierć człowieka? Co to znaczy umrzeć?

Śmierć człowieka jest trud­nym poję­ciem, ponieważ gdy pytamy o nią, to na ogół oczeku­je­my, że się czegoś konkret­nego dowiemy, co to takiego jest. Pytanie tylko, czy jest tu się czego dowiedzieć. I nie mam tu na myśli wiedzy bio­log­icznej. Tu jest. Zas­tanaw­iam się tylko nad tym, czy właś­ci­wie lokalizu­je­my przed­miot roz­mowy rozmyśla­jąc o śmier­ci człowieka. Mnie bliższe jest spo­jrze­nie, w którym śmierć to po pros­tu koniec życia. I to jest wystar­cza­ją­co prz­er­aża­jące, już nie trze­ba snuć żad­nych domysłów na tem­at tego, co będzie potem. Dlat­ego, że już sama myśl o utra­cie tego wszys­tkiego, co mamy w życiu – total­nie wszys­tkiego, łącznie z myślą o włas­nym końcu – jest wystar­cza­ją­co strasz­na. Myślę, że na pytanie: „Co to znaczy umrzeć?” należy odpowiedzieć, że w wypad­ku ludzi znaczy to po pros­tu przes­tać ist­nieć jako konkret­na oso­ba. I już. I to przes­tać ist­nieć w sposób total­ny, całkow­ity. A to jest zrozu­mi­ałe, ale niewyobrażalne. Śmierć ma w moim poję­ciu przede wszys­tkim charak­ter braku. Jest ustaniem i brakiem życia. Jest wszys­tkim tym, czym życie nie jest. Czyli niczym. Więc może lep­iej, byśmy się zas­tanaw­iali nad tym, czym jest życie ludzkie i co jest w nim wartoś­ciowego, a nie snuli domysłów o naturze śmier­ci… Tu przy­na­jm­niej mamy jak­iś mate­ri­ał do prze­myśleń.

W medy­cynie w ciągu ostat­nich kilkudziesię­ciu lat pojaw­ił się spór o kry­te­ria śmier­ci. Czym się różnią poszczególne stanowiska tego sporu? Skąd bierze się brak zgod­noś­ci?

Brak zgod­noś­ci bierze się stąd, że trady­cyjnie posługi­wal­iśmy się, tak jak to ujęła w Pani poprzed­nim pyta­niu, ostre rozróżnie­nie: życie i śmierć. Nato­mi­ast z punk­tu widzenia biologii śmierć jest, jak to mówią lekarze, zjawiskiem zdysocjowanym. To znaczy, jest zjawiskiem, które prze­b­ie­ga wielok­ierunk­owo albo wielopoziomowo i w różnym tem­pie. Śmierć neu­ro­log­icz­na, czy kry­te­ria śmier­ci móz­gowej, zada­ją kłam takim wyobraże­niom, według których gdy ktoś umarł, to umarł cały. Najczęś­ciej rozpoz­nawano to przez wykrycie usta­nia pra­cy ser­ca lub odd­y­cha­nia. Są to spek­taku­larne wydarzenia: człowiek już nie odd­y­cha, już nie bije serce. Nato­mi­ast neu­ro­log­iczne kry­te­ria pokazu­ją, że różne życiowe pro­cesy mogą nadal zachodz­ić w martwym człowieku. Kry­te­ria neu­ro­log­iczne kon­cen­tru­ją się na zjawiskach, których nieod­wracalne ustanie skutku­je dez­in­te­gracją funkcjonowa­nia orga­niz­mu jako całoś­ci. Czyli pewne zjawiska już nie zachodzą, a inne, które mają charak­ter pro­cesów życiowych mogą zachodz­ić nadal, ale już nie w sposób zin­te­growany z inny­mi kluc­zowy­mi proce­sa­mi; i tej dez­in­te­gracji nie da się odwró­cić. To jest bard­zo niez­godne z trady­cyjny­mi wyobraże­ni­a­mi. Myślę, że stąd w dużym stop­niu bierze się spór. Z potrze­by rozu­mienia śmier­ci jako jed­no­ra­zowego, wyraźnie określonego punk­tu w cza­sie. Widać to także u niek­tórych kry­tyków kry­ter­iów neu­ro­log­icznych. Częs­to wyda­ją się oczeki­wać, że śmierć będzie zjawiskiem obe­j­mu­ją­cym cały orga­nizm ludz­ki na raz, wyraźnie odróż­nial­nym od innych zjawisk, a nie zjawiskiem ciągłym czy pro­ce­sem. Umieranie i śmierć są proce­sa­mi, a życie społeczne oczeku­je punk­tów odcię­cia.

Jakie widzi Pan kon­sek­wenc­je tego sporu? Jakie prob­le­my z punk­tu widzenia bioe­ty­ki mogą wynikać z różnych kry­ter­iów śmier­ci człowieka? Co ten spór oznacza dla konkret­nej oso­by, której ktoś blis­ki właśnie umiera?

Myślę, że właśnie na tym poziomie są prob­le­my. Naprawdę trud­no sobie wyobraz­ić, że ktoś widzą­cy swo­jego bliskiego sztucznie podtrzymy­wanego przy życiu, mającego różową skórę i porusza­jącą się klatkę pier­siową, bez prob­le­mu zaak­cep­tu­je fakt jego śmier­ci. Tego nie da się inaczej przezwyciężyć niż przez odpowied­nią wiedzę i wyjaśnienia. Cho­ci­aż nie jestem pewny, czy jest potrze­ba przezwycięża­nia z punk­tu widzenia blis­kich. Każdy z nas ma włas­ną tra­jek­torię i sposób godzenia się z nieszczęś­ciem, które go spotkało, i praw­dopodob­nie każdy w zupełnie zindy­wid­u­al­i­zowany sposób odpowia­da na śmierć blis­kich. Wyda­je mi się więc, że z punk­tu widzenia myśle­nia człowieka o włas­nej śmier­ci lub z punk­tu widzenia doświad­czenia osób dowiadu­ją­cych się o śmier­ci ich blis­kich, śmierć neu­ro­log­icz­na nie rodzi zupełnie nowych prob­lemów moral­nych, oprócz tych przeze mnie wymienionych.

Czym jest według Pana dobre życie?

Wolę mówić o udanym życiu, czyli takim, które się powiodło. Jest wiele kon­cepcji udanego życia. Ale moż­na udzielić w miarę rozsąd­nej ogól­nej odpowiedzi na Pani pytanie. Myślę, że przede wszys­tkim udane życie będzie życiem, w którym zre­al­i­zowało się swo­je ważne plany, a te plany wykracza­ły poza indy­wid­u­alne, własne, satys­fakc­je. Żeby życie ludzkie było udane, codzi­en­ność wyma­ga kon­tek­stu składa­jącego się z tego, co wykracza poza nią. Więk­szość z nas potrze­bu­je poczu­cia uczest­nict­wa w czymś, co jest ważne i w pewnym sen­sie trochę ważniejsze od nas. Może­my się zaan­gażować się w jakąś wspól­notę religi­jną…

Czyli to było­by coś, co się określa mianem tran­scen­dencji, przekracza­nia samego siebie?

Postaw­iłbym nacisk na przekraczanie samego siebie raczej niż na tran­scen­dencję. Tran­scen­denc­ja potocznie kojarzy się z religią. A przekraczanie samego siebie może się dokony­wać w tym świecie, na przykład w postaci poświęce­nia się swo­jej rodzinie, oczy­wiś­cie jeśli robi się to dobrowol­nie. To może być odd­anie się jakiejś idei, pra­cy, zaan­gażowanie w życie społeczne i wiele innych spraw. Życie człowieka jest udane wtedy, gdy ma ono ramę w postaci czegoś, co uważamy za ważne samo przez się i co przekracza nas samych. Wtedy może­my nadać istot­ność naszym przy­jem­noś­ciom, satys­fakcjom i oczeki­wan­iom. Nie mając takiej ramy, sta­je­my się kimś na ksz­tałt oso­by pozbaw­ionej kierunku, jak­by uza­leżnionej od poszuki­wa­nia bieżącej przy­jem­noś­ci czy satys­fakcji, ale wciąż pyta­jącej: „W imię czego?”.

Trze­ba też pamię­tać, że do tego, aby ludzkie życie było udane, niezbędne są sprzy­ja­jące okolicznoś­ci. A one są poza naszym wpły­wem. Jed­ną z takich okolicznoś­ci może być choro­ba. I ona może być przy­czyną tego, że życie będzie mniej niż udane lub że trze­ba będzie przedefin­iować to, co nas przekracza i nada­je kon­tekst nasze­mu codzi­en­nemu doświad­cze­niu.

A czym jest dobre życie w choro­bie?

Jak już mówiłem, choro­ba nie jest stanem, który planu­je­my. W związku z tym, praw­dopodob­nie udane życie w choro­bie, a może należało­by powiedzieć: z chorobą, będzie pole­gało na tym, żeby przy­na­jm­niej na czas tej choro­by dokon­ać takiej re-aranżacji swo­jego obrazu włas­nego życia i jego celów, żeby ta choro­ba stała się czymś, co ja kon­trolu­ję men­tal­nie, a nie czymś, co mnie kon­trolu­je. To znaczy, że to ja jestem tym, który pode­j­mu­je decyz­je w odniesie­niu do tego, co się w moim życiu zdarza, uwzględ­ni­a­jąc chorobę, ale nie dlat­ego, że się pod­da­ję prze­biegowi tej choro­by, czy związanym z nim zabiegom i czyn­noś­ciom. To ja mam być tym, który radzi sobie z chorobą. Inni mi poma­ga­ją. Właśnie dlat­ego tak waż­na jest świado­ma zgo­da na postępowanie pro­fesjon­al­istów medy­cznych. Ponieważ jeśli nie ma świadomej zgody, to oprócz kon­troli, którą zaczy­na nad nimi spra­wować choro­ba, dołącza­ją inni ludzie. A brak wpły­wu na własne życie pozbaw­ia nas zdol­noś­ci do bycia nieza­leżnym pod­miotem, a być może i pod­miotowoś­ci w ogóle.

Dzięku­ję za roz­mowę.


Paweł Łukow – prof. dr hab., filo­zof, etyk i bioe­tyk; kierown­ik Zakładu Ety­ki w Insty­tu­cie Filo­zofii Uni­w­er­syte­tu Warsza­wskiego; redak­tor naczel­ny półroczni­ka Ety­ka; autor prac poświę­conych etyce Kan­towskiej, filo­zofii medy­cyny i etyce życia pub­licznego, w tym książek m.in.: Wol­ność i auto­ry­tet rozu­mu. Racjon­al­ność w filo­zofii moral­nej Kan­ta, 1997; Granice zgody: autono­mia zasad i dobro pac­jen­ta, 2005; Moral­ność medy­cyny. O sztuce dobrego życia i o sztuce leczenia, 2012; Ety­ka medy­cz­na z ele­men­ta­mi filo­zofii, 2013.

Elż­bi­eta Fil­ipow – dok­toran­t­ka w Zakładzie Ety­ki w Insty­tu­cie Filo­zofii Uni­w­er­syte­tu Warsza­wskiego, stype­ndys­t­ka pro­gra­mu LLP Eras­mus na Uni­ver­siteit Twente. Absol­wen­ta studiów Studiów Pody­plo­mowych „Doskonale­nie Warsz­tatu Tłu­macza w Zakre­sie Przekładu Pisem­nego” w Insty­tu­cie Anglisty­ki Uni­w­er­syte­tu Warsza­wskiego. Autor­ka przekładu z języ­ka ang­iel­skiego na pol­s­ki książ­ki Orny Donath Żału­jąc macierzyńst­wa oraz Jame­sa F. T. Bugen­ta­la Psy­choter­apia to nie to, co myślisz. Psy­choter­apeu­ty­czne zaan­gażowanie w pro­ces życia. W lat­ach 2017–2018 współpra­cow­ała jako dzi­en­nikar­ka z kwartal­nikiem „Świat mózgu”, zaś od 2016 roku współpracu­je z miesięcznikiem „Charak­tery”. W wol­nym cza­sie spaceru­je i zaczy­tu­je się w lit­er­aturze pięknej.

Ilus­trac­ja: Pix­abay

Najnowszy numer można nabyć od 2 września w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

1 komentarz

Kliknij, aby skomentować

  • Podob­no nie ma już przysię­gi Hipokrate­sa dla stu­den­tów na stu­di­ach medy­cznych. Czy to praw­da, już nie obow­iązu­je?! Być może stąd jest nadal i coraz więcej, aż tyle tzw. abor­cji /czyli usuwa­nia ciąży/ i doma­gania się jej przez tzw. kobi­ety w czerni tj. nauczy­ciel­ki, na spec­jal­nych man­i­fach. /Kogo później będą uczyć?!/.

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy