Artykuł Filozofia kultury

Paul Boghossian: Czym jest konstrukcja społeczna?

Mówienie o konstrukcji społecznej jest dziś szalenie modne. Ale jaki jest jego sens i cel?

Zapisz się do naszego newslettera

Głów­na idea wyda­je się sto­sun­ko­wo jasna: dana rzecz jest spo­łecz­nie skon­stru­owa­na, gdy zale­ży od przy­god­nych aspek­tów naszych spo­łecz­nych jaź­ni. Inny­mi sło­wy: nie mogła­by ona ist­nieć, gdy­by­śmy jej nie stwo­rzy­li; a mogli­śmy jej nie stwo­rzyć, przy­naj­mniej w jej obec­nej posta­ci. Gdy­by­śmy byli innym spo­łe­czeń­stwem, gdy­by nasze potrze­by, war­to­ści czy zain­te­re­so­wa­nia były inne, mogli­by­śmy stwo­rzyć pew­ne rze­czy ina­czej, a nawet w ogó­le wytwo­rzyć coś zupeł­nie inne­go rodza­ju. Prze­ci­wień­stwem spo­łecz­ne­go kon­struk­tu jest przed­miot natu­ral­ny, któ­re­go ist­nie­nie nie zale­ży od nas i któ­ry nie został przez nas ukształ­to­wa­ny. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że wie­le rze­czy oraz zwią­za­nych z nimi fak­tów zosta­ło skon­stru­owa­nych spo­łecz­nie w tak okre­ślo­nym sen­sie, na przy­kład pie­nią­dze, oby­wa­tel­stwo i gaze­ty. Żad­na z nich nie mogła­by ist­nieć bez spo­łe­czeń­stwa, każ­da zaś mogła­by zostać skon­stru­owa­na ina­czej, gdy­by­śmy tak zdecydowali.

Jed­nak o kon­struk­cji spo­łecz­nej mówi się czę­sto nie tyl­ko w odnie­sie­niu do ele­men­tów świa­ta – rze­czy, rodza­jów i fak­tów – ale rów­nież w kon­tek­ście naszych prze­ko­nań o nich. Aby mówić o spo­łecz­nej kon­struk­cji prze­ko­na­nia, trze­ba naj­pierw dopre­cy­zo­wać wspo­mnia­ną już głów­ną ideę. O dowol­nym z naszych prze­ko­nań moż­na bowiem w spo­sób try­wial­nie praw­dzi­wy powie­dzieć, że nie jest nam koniecz­nie potrzeb­ne i gdy­by­śmy byli inni, to oby­li­by­śmy się bez nie­go. Roz­waż­my prze­ko­na­nie, że w prze­szło­ści Zie­mię zamiesz­ki­wa­ły dino­zau­ry. Nie jest oczy­wi­ście koniecz­ne, że doszli­śmy do tego prze­ko­na­nia; mogli­śmy nigdy nie zadać sobie tego pyta­nia. Roz­wa­żyw­szy je zaś, mogli­śmy z róż­nych powo­dów dojść do inne­go wnio­sku: mogli­śmy nie być zain­te­re­so­wa­ni praw­dą, wyka­zać się mniej­szą pomy­sło­wo­ścią w dąże­niu do niej, bądź nigdy nie zna­leźć odpo­wied­nich dowo­dów w posta­ci wykopalisk.

Są to róż­ne natu­ral­ne sen­sy, w jakich każ­de prze­ko­na­nie moż­na uznać za zależ­ne od przy­god­nych fak­tów o nas. Istot­ne pyta­nie doty­czy roli, jaka, po uwzględ­nie­niu wszyst­kich tych czyn­ni­ków, przy­pa­da temu, co spo­łecz­ne. Ina­czej mówiąc: nawet zakła­da­jąc nasze zdol­no­ści, inte­li­gen­cję, zain­te­re­so­wa­nie tą kwe­stią, pra­gnie­nie usta­le­nia praw­dy na jej temat, a tak­że posia­da­nie odpo­wied­nich dowo­dów, nadal musi­my odwo­łać się do przy­god­nych war­to­ści spo­łecz­nych, aby wyja­śnić, dla­cze­go uwa­ża­my, że ist­nia­ły dino­zau­ry. Jeśli odpo­wiedź jest twier­dzą­ca – jeśli to praw­da, że inne spo­łe­czeń­stwo, róż­nią­ce się od nas jedy­nie pod wzglę­dem war­to­ści spo­łecz­nych, doszło­by do prze­ciw­ne­go wnio­sku – to może­my powie­dzieć, że nasze prze­ko­na­nie o dino­zau­rach jest skon­stru­owa­ne społecznie.

Nale­ży zatem wyraź­nie odróż­nić twier­dze­nie kon­struk­ty­wi­sty spo­łecz­ne­go na temat rze­czy i fak­tów od jego twier­dze­nia o prze­ko­na­niach, są to bowiem róż­ne rodza­je twier­dzeń, wyma­ga­ją­ce odmien­nych uza­sad­nień. Pierw­sze ma cha­rak­ter meta­fi­zycz­ny i mówi, że coś jest rze­czy­wi­ste, ale stwo­rzo­ne przez nas; dru­gie ma cha­rak­ter epi­ste­micz­ny i gło­si, że traf­ne wyja­śnie­nie, dla­cze­go posia­da­my jakieś kon­kret­ne prze­ko­na­nie wyma­ga odwo­ła­nia się do roli, jaką odgry­wa ono w naszym życiu spo­łecz­nym, a nie jedy­nie przy­to­cze­nia dowo­dów na jego popar­cie. Każ­de z tych twier­dzeń jest na swój spo­sób interesujące.

Gdy­by oka­za­ło się, że jakaś rzecz jest spo­łecz­nie skon­stru­owa­na w pierw­szym sen­sie, to wyni­ka­ło­by z tego, że pró­ba jej wyeli­mi­no­wa­nia nie naru­szy­ła­by żad­ne­go pra­wa przy­ro­dy (co jesz­cze nie zna­czy, że była­by łatwa – weź­my jako przy­kład Man­hat­tan). Gdy­by oka­za­ło się, że któ­reś z naszych prze­ko­nań jest spo­łecz­nie skon­stru­owa­ne w dru­gim sen­sie, to wyni­ka­ło­by z tego, że jego odrzu­ce­nie nie musia­ło­by być irra­cjo­nal­ne: sko­ro mamy to prze­ko­na­nie nie dla­te­go, że prze­ma­wia za nim ade­kwat­ne świa­dec­two, ale dla­te­go, że jego posia­da­nie słu­ży pew­ne­mu przy­god­ne­mu celo­wi spo­łecz­ne­mu, to – o ile tyl­ko nie iden­ty­fi­ku­je­my się z tym celem – powin­ni­śmy być w sta­nie odrzu­cić to przekonanie.

Na temat obu rodza­jów kon­struk­cji spo­łecz­nej powsta­ło spo­ro cen­nych prac, zwłasz­cza doty­czą­cych płci i rasy. Simo­ne de Beau­vo­ir, a po niej inne badacz­ki femi­ni­stycz­ne, poka­za­ły, w jak znacz­nym stop­niu role płcio­we nie są czymś nie­unik­nio­nym, lecz sta­no­wią pochod­ną czyn­ni­ków spo­łecz­nych. Antho­ny Appiah szcze­gól­nie dobit­nie wyka­zał, że kate­go­rie raso­we, któ­re prze­ni­ka­ją nasze życie spo­łecz­ne, nie mają odpo­wied­ni­ków fizycz­nych ani bio­lo­gicz­nych – bar­dziej niż dowo­dom nauko­wym zawdzię­cza­ją ist­nie­nie swo­jej funk­cji społecznej.

Inne przy­kła­dy są bar­dziej spor­ne. Trze­ba jed­nak pod­kre­ślić, że choć nie­któ­re twier­dze­nia na temat kon­struk­cji spo­łecz­nej mogą być empi­rycz­nie kon­tro­wer­syj­ne, ilu­stro­wa­ny przez nie sche­mat jest filo­zo­ficz­nie bez­dy­sku­syj­ny. Zarów­no ogól­na myśl, że nie­któ­re rze­czy sta­no­wią wytwór spo­łe­czeń­stwa, jak i pogląd, że część prze­ko­nań wię­cej zawdzię­cza war­to­ściom spo­łecz­nym niż dowo­dom na ich rzecz, są sta­re jak świat. Skąd zatem roz­po­wszech­nio­ne prze­świad­cze­nie, że kon­struk­ty­wi­ści spo­łecz­ni to anty­ra­cjo­na­li­ści i antyobiektywiści?

Nie bie­rze się ono ani z for­my wspo­mnia­nych twier­dzeń, ani z zasto­so­wa­nia tej for­my do któ­rejś z empi­rycz­nie spor­nych dzie­dzin. Jego źró­dłem jest pra­gnie­nie nie­któ­rych uty­tu­ło­wa­nych bada­czy nale­żą­cych do tej tra­dy­cji, by spo­łecz­ną kon­struk­cją było abso­lut­nie wszyst­ko, a zwłasz­cza fak­ty bada­ne przez nauki przy­rod­ni­cze oraz zwią­za­ne z tymi nauka­mi rosz­cze­nie do wie­dzy. Aby zorien­to­wać się w prze­bie­gu tych gło­śnych spo­rów wokół sta­tu­su nauki, war­to naj­pierw wpro­wa­dzić kil­ku roz­róż­nień. Zacznę od pew­ne­go twier­dze­nia doty­czą­ce­go fak­tów i rzeczy.

Społecznie konstruowane rzeczy

Pie­nią­dze, oby­wa­tel­stwo i gaze­ty to ewi­dent­ne przy­kła­dy kon­struk­tów spo­łecz­nych – jest oczy­wi­ste, że nie mogły­by one ist­nieć bez spo­łe­czeństw. Rów­nie jasne wyda­je się to, iż nie wszyst­ko, co mogło­by ist­nieć – czy fak­tycz­nie ist­nia­ło – nie­za­leż­nie od spo­łe­czeństw, jest spo­łecz­nie skon­stru­owa­ne. Pomyśl­my choć­by o dino­zau­rach, żyra­fach czy tych cząst­kach ele­men­tar­nych, któ­re uwa­ża­my za pod­sta­wo­we skład­ni­ki mate­rii, a któ­re fizy­cy nazy­wa­ją „kwar­ka­mi”. Jak mogły­by one być spo­łecz­ny­mi kon­struk­cja­mi, sko­ro ist­nia­ły jesz­cze zanim poja­wi­ły się spo­łe­czeń­stwa? A jed­nak kie­dy zaglą­da­my do kla­sycz­nych tek­stów kon­struk­ty­wi­stów, znaj­du­je­my tam wie­le twier­dzeń mówią­cych, że wła­śnie takie na pozór nie­za­leż­ne od umy­słu i spo­łe­czeń­stwa ele­men­ty są spo­łecz­nie skonstruowane.

Weź­my na przy­kład książ­kę Andrew Pic­ke­rin­ga Con­struc­ting Quarks [Kon­stru­owa­nie kwar­ków]. Jak wska­zu­je już sam tytuł, Pic­ke­ring zda­je się sądzić, że kwar­ki zosta­ły spo­łecz­nie skon­stru­owa­ne przez naukow­ców w latach 70. ubie­głe­go wie­ku, kie­dy to po raz pierw­szy opra­co­wa­no tzw. model stan­dar­do­wy. Język tego tek­stu potwier­dza nasze przy­pusz­cze­nie: „(…) real­ność kwar­ków była wyni­kiem umo­wy mię­dzy fizy­ka­mi czą­stek”. Ale jak to moż­li­we? Jeśli kwar­ki ist­nie­ją – a w obec­nym kon­tek­ście zakła­da­my, że tak jest – to musia­ły ist­nieć zanim poja­wi­ły się jakie­kol­wiek spo­łe­czeń­stwa. Jak więc mogły­by być skon­stru­owa­ne przez społeczeństwa?

Być może Pic­ke­ring ma na myśli coś inne­go niż mówi; być może jego twier­dze­nie doty­czy jedy­nie nasze­go prze­ko­na­nia o kwar­kach, a nie samych kwar­ków (tę tezę roz­wa­ży­my dalej). Tak czy ina­czej, podob­ne twier­dze­nia nie są odosob­nio­ne. Oto jesz­cze jeden przy­kład — Bru­no Lato­ur i Ste­ve Wool­gar na temat fak­tów bada­nych przez nauki przy­rod­ni­cze (Labo­ra­to­ry Life: The Social Con­struc­tion of Scien­ti­fic Facts [Życie w labo­ra­to­rium: spo­łecz­ne kon­stru­owa­nie fak­tów nauko­wych]): „Nie twier­dzi­my, że fak­ty nie ist­nie­ją czy że nie ma cze­goś takie­go jak rze­czy­wi­stość (…) Cho­dzi nam o to, że świat zewnętrz­ny jest kon­se­kwen­cją nauko­wej pra­cy badaw­czej, a nie jej przy­czy­ną”. Nie­ła­two jed­nak zro­zu­mieć tezę, że fak­ty doty­czą­ce czą­stek ele­men­tar­nych czy dino­zau­rów są kon­se­kwen­cją nauko­we­go teo­re­ty­zo­wa­nia. Jak mogło­by ono nadać praw­dzi­wość prze­ko­na­niu, iż ist­nia­ły dino­zau­ry czy że ist­nie­ją kwar­ki? Oczy­wi­ście to dzię­ki nauce doszli­śmy do tego prze­ko­na­nia. Jeśli pozwo­li­my sobie na bar­dziej kwie­ci­sty styl, może­my powie­dzieć, że w naszym świe­cie ist­nie­ją dino­zau­ry i kwar­ki, podob­nie jak w świe­cie Szek­spi­row­skie­go Ham­le­ta Ofe­lia tonie. A zatem, mówiąc dalej tym samym sty­lem, może­my uznać, że nauka nada­ła praw­dzi­wość prze­ko­na­niu, iż w naszym świe­cie ist­nie­ją dino­zau­ry i kwar­ki. Ale jeśli nasze sło­wa mają mieć spój­ny sens, to muszą wyra­żać myśl, że nauka spra­wi­ła, iż jest praw­dą, że doszli­śmy do prze­ko­na­nia, że dino­zau­ry i kwar­ki ist­nie­ją. To twier­dze­nie jest bez­spor­ne. Wbrew wszel­kim danym, jakie prze­ma­wia­ją za tymi prze­ko­na­nia­mi, nadal mogą one być fał­szy­we, zaś jedy­ną rze­czą, któ­ra nada im praw­dzi­wość jest to, że w świe­cie zewnętrz­nym rze­czy­wi­ście ist­nia­ły dino­zau­ry i wystę­pu­ją kwar­ki. Nauka z pew­no­ścią nie może skon­stru­ować tych rze­czy; w naj­lep­szym razie może je odkryć.

Roz­wa­ża­ne sta­no­wi­sko to jed­no­znacz­ny powrót do okry­te­go złą sła­wą „ide­ali­zmu trans­cen­den­tal­ne­go” Imma­nu­ela Kan­ta. Zgod­nie z poglą­dem Kan­ta (a w każ­dym razie jed­ną z wpły­wo­wych inter­pre­ta­cji jego kon­cep­cji), jest świat, któ­ry ist­nie­je nie­za­leż­nie od ludz­kich umy­słów, nie musi­my więc posu­wać się do twier­dze­nia, że sta­no­wi on nasz wytwór. Jed­nak wzię­ty sam w sobie, ów świat jest pozba­wio­ny struk­tu­ry: nie dzie­li się na rze­czy, rodza­je czy fak­ty. To my nada­je­my mu struk­tu­rę, myśląc o nim w okre­ślo­ny spo­sób, posia­da­jąc taki, a nie inny zbiór prze­ko­nań na jego temat. Ist­nie­ją dwa róż­ne spo­so­by odczy­ta­nia Kan­tow­skie­go twier­dze­nia, że nada­je­my świa­tu struk­tu­rę. Zgod­nie z pierw­szym, w dosłow­nym sen­sie spra­wia­my, że w świe­cie ist­nie­ją okre­ślo­ne rodza­je rze­czy, np. góry, poprzez myśle­nie o świe­cie za pomo­cą poję­cia góry i posia­da­nie prze­ko­na­nia o ist­nie­niu gór. Zgod­nie z dru­gim, struk­tu­ra znaj­du­je się cał­ko­wi­cie po naszej stro­nie: twier­dze­nie, że ist­nie­ją góry to po pro­stu spo­sób wyra­że­nia, co jest praw­dzi­we zgod­nie z naszym sche­ma­tem poję­cio­wym czy grą języ­ko­wą. Nie jest to nawet pró­ba powie­dze­nia cze­goś o tym, jak wyglą­da­ją rze­czy w pew­nej rze­czy­wi­sto­ści nie­za­leż­nej od umysłu.

Pierw­sza opcja, co naj­mniej suge­ro­wa­na przez język Pic­ke­rin­ga i Lato­ura, jest wyjąt­ko­wo dzi­wacz­na. Jak umysł mógł­by dzie­lić zewnętrz­ny świat na rodza­je? Jak mógł­by stwa­rzać rze­czy i nada­wać im wła­sno­ści? I co się dzie­je, gdy dwa róż­ne spo­łe­czeń­stwa czy­nią to na odmien­ne i wza­jem­nie nie­zgod­ne spo­so­by? Nie­któ­rzy z nas wie­rzą w nie­ma­te­rial­ne dusze, a inni nie. Czy to ozna­cza, że zewnętrz­ny świat jed­no­cze­śnie zawie­ra nie­ma­te­rial­ne dusze i wyklu­cza ich istnienie?

W czę­sto przy­wo­ły­wa­nych przez spo­łecz­nych kon­struk­ty­wi­stów pismach Richard Ror­ty suge­ru­je jed­nak, że mówie­nie o spo­łecz­nej kon­struk­cji fak­tów i rodza­jów jest cał­kiem sen­sow­ne, o ile rozu­mie­my je zgod­nie z dru­gą [z przy­to­czo­nych wcze­śniej] opcji. Jak pisze w John Sear­le on Realism and Rela­ti­vism [John Sear­le o reali­zmie i rela­ty­wi­zmie]: „Jeden z powo­dów, dla któ­rych zagad­nie­nie rze­czy­wi­sto­ści nie­za­leż­nej od umy­słu jest tak skom­pli­ko­wa­ne i zawi­łe, to wie­lo­znacz­ność poję­cia nie­za­leż­no­ści. „[Moi kry­ty­cy] nie­kie­dy [piszą] tak, jak gdy­by filo­zo­fo­wie, któ­rzy, ­podob­nie jak ja, nie wie­rzą w «rze­czy­wi­stość nie­za­leż­ną od umy­słu» musie­li twier­dzić, iż góry nie ist­nia­ły zanim ludzie mie­li ideę «góry» w swo­ich umy­słach czy sło­wo «góra» w swo­im języ­ku. Ale nikt tak nie twier­dzi. Nikt nie sądzi, że ist­nie­je ciąg przy­czyn, któ­ry czy­ni góry skut­kiem myśli czy słów. (…) Bio­rąc pod uwa­gę, że mówie­nie o górach jest wygod­ne (co nie ule­ga wąt­pli­wo­ści), jed­ną z oczy­wi­stych prawd o górach jest to, iż ist­nia­ły zanim o nich mówi­li­śmy. Jeśli tego nie uzna­je­cie, to praw­do­po­dob­nie nie wie­cie, jak uczest­ni­czyć w grach języ­ko­wych, w któ­rych wystę­pu­je sło­wo «góra». Jed­nak uży­tecz­ność tych gier nie ma nic wspól­ne­go z pyta­niem, czy rze­czy­wi­stość sama w sobie, nie­za­leż­nie od spo­so­bu, w jaki ludziom jest wygod­nie ją opi­sy­wać, zawie­ra góry”.

Ror­ty nama­wia spo­łecz­ne­go kon­struk­ty­wi­stę, aby odciął się od twier­dze­nia, że mówiąc o górach powo­łu­je­my je do ist­nie­nia. Według Rorty’ego, nale­ży raczej powie­dzieć coś takie­go: sto­so­wa­nie pew­nych spo­so­bów mówie­nia jest wygod­niej­sze niż sto­so­wa­nie innych. Jed­nym z takich poręcz­nych spo­sób mówie­nia jest ten, zgod­nie z któ­rym góry ist­nie­ją nie­za­leż­nie od ludzi. Jed­nak żaden spo­sób mówie­nia nie jest wier­niej­szym opi­sem tego, jakie rze­czy są same w sobie, niż inne. Są tyl­ko nasze spo­so­by mówie­nia o rze­czach oraz fakt, że nie­któ­re z tych spo­so­bów lepiej słu­żą naszym celom niż inne. Popraw­ne jest więc stwier­dze­nie, że nie stwa­rza­my gór; jego uza­sad­nie­niem jest wygo­da, jaką zapew­nia okre­ślo­ny spo­sób mówie­nia. To jed­nak nie zna­czy, że jest po pro­stu praw­dzi­we, iż góry ist­nie­ją nie­za­leż­nie od ludzi; powie­dze­nie, że cokol­wiek jest po pro­stu praw­dzi­we, jest nie­odmien­nie pozba­wio­ne sen­su. Sen­sow­nie może­my mówić tyl­ko o tym, co jest praw­dzi­we zgod­nie z tym lub innym spo­so­bem mówie­nia, a przy­ję­cie nie­któ­rych z tych spo­so­bów jest dla nas wygodne.

Ten pogląd jest jed­nak nie do utrzy­ma­nia, jak zwra­ca uwa­gę wie­lu kry­ty­ków (zob. zwłasz­cza książ­kę The Last Word [Ostat­nie sło­wo] Tho­ma­sa Nage­la oraz jej recen­zję pió­ra Ber­nar­da Wil­liam­sa w „The New York Review of Books”). Po pierw­sze, nawet Ror­ty nie jest w sta­nie odciąć się cał­ko­wi­cie od idei, że pew­ne twier­dze­nia są po pro­stu praw­dzi­we, a nie jedy­nie praw­dzi­we rela­tyw­nie do tego czy inne­go spo­so­bu mówie­nia; zobo­wią­zu­je się on do mało wia­ry­god­ne­go poglą­du, że jedy­ne rodza­je twier­dzeń, któ­re są po pro­stu praw­dzi­we, to twier­dze­nia o tym, któ­re spo­so­by mówie­nia jest nam wygod­nie przy­jąć, a nie twier­dze­nia doty­czą­ce bez­po­śred­nio gór. W prze­ciw­nym razie Ror­ty nie mógł­by stwier­dzić, jak to czy­ni, że wygod­nie jest nam mówić o górach, lecz co naj­wy­żej, że wygod­nie jest nam mówić o tym, że wygod­nie jest nam mówić o górach – i tak dalej bez końca.

Po dru­gie, jeśli przyj­mie­my jego pogląd, że nie ist­nie­je żaden wyż­szy auto­ry­tet, któ­ry mógł­by roz­strzy­gnąć, jaki spo­sób mówie­nia jest dla nas wygod­ny, oraz jeśli, jak przy­zna­je Ror­ty, wygod­nie jest nam mówić, iż nauka odkry­wa goto­wy świat, pełen gór i żyraf, to nie ist­nie­je taka per­spek­ty­wa, z któ­rej może on zara­zem stwier­dzić – a jest do tego zmu­szo­ny, jeśli ma wyra­zić swój pogląd – że nie ma goto­we­go świa­ta, któ­ry nauka mia­ła­by odkry­wać, peł­ne­go gór i żyraf. Nie może powie­dzieć obu tych rze­czy naraz – tym­cza­sem jego pogląd tego wła­śnie wymaga.

Społecznie konstruowane przekonania

Jeśli powyż­sze uwa­gi są traf­ne, to mówie­nie o spo­łecz­nej kon­struk­cji nie sto­su­je się sen­sow­nie do fak­tów bada­nych przez nauki przy­rod­ni­cze. Czy łatwiej je zasto­so­wać do prze­ko­nań o fak­tach, któ­re uzna­je­my na pod­sta­wie tych nauk?

Pyta­nie nie brzmi, czy nauka jest aktyw­no­ścią spo­łecz­ną. Oczy­wi­ście, że jest. Powsta­je ona we wspól­no­cie ludzi, któ­rzy posia­da­ją swo­je war­to­ści, pra­gnie­nia, zain­te­re­so­wa­nia i uprze­dze­nia. Mogą one roz­ma­icie wpły­wać na ich zacho­wa­nie: mogą decy­do­wać o tym, któ­re zagad­nie­nia przy­ku­wa­ją ich uwa­gę, jaką stra­te­gię badaw­czą wybie­ra­ją, co są skłon­ni finan­so­wać itd. Jed­nak zgod­nie z typo­wym poglą­dem, żad­na z tych rze­czy nie ma zna­cze­nia przy uzna­wa­niu kon­kret­ne­go twier­dze­nia nauko­we­go, o ile tyl­ko jest ono ade­kwat­nie uza­sad­nio­ne przez świa­dec­two fak­tu­al­ne. Być może Kepler zajął się ruchem pla­net ze wzglę­du na swo­je zain­te­re­so­wa­nia reli­gij­ne i okul­ty­stycz­ne. Nie­wy­klu­czo­ne, że zale­ża­ło mu na uzy­ska­niu okre­ślo­ne­go wyni­ku. O ile jed­nak twier­dze­nie, do któ­re­go osta­tecz­nie doszedł, że pla­ne­ty krą­żą po orbi­tach elip­tycz­nych, moż­na uza­sad­nić na pod­sta­wie przy­to­czo­nych przez nie­go dowo­dów, to zarów­no spo­sób, w jaki zain­te­re­so­wał się tym zagad­nie­niem, jak i jego uprzed­ni brak bez­stron­no­ści, są bez zna­cze­nia. Sfor­mu­ło­wa­ny przez nie­go pogląd został przy­ję­ty, trze­ba go brać pod uwa­gę i jedy­nym spo­so­bem jego odrzu­ce­nia jest pod­wa­że­nie sto­ją­cych za nim racji. Nie liczy się to, że Kepler nie pod­jął­by swych badań, gdy­by nie posia­dał zain­te­re­so­wań, któ­rych nie podzie­la­my, czy gdy­by nie kie­ro­wa­ły nim poza­nau­ko­we moty­wy i ocze­ki­wa­nie kon­kret­ne­go wyniku.

Ina­czej mówiąc, powszech­nie odróż­nia się to, co filo­zo­fo­wie nauki nazy­wa­ją „kon­tek­stem odkry­cia” od tego, co zwą „kon­tek­stem uza­sad­nie­nia”. I choć moż­na się zgo­dzić, że war­to­ści spo­łecz­ne mają zna­cze­nie dla kon­tek­stu odkry­cia, trud­no przy­jąć, że gra­ją rolę w wypad­ku kon­tek­stu uza­sad­nie­nia. Spo­łecz­ni kon­struk­ty­wi­ści w kwe­stii wie­dzy nie zga­dza­ją się z tym; według nich naiw­no­ścią jest sądzić, że na war­to­ści spo­łecz­ne jest miej­sce w jed­nym kon­tek­ście, ale nie w drugim.

Jak war­to­ści spo­łecz­ne mogły­by zna­leźć swo­je miej­sce w ramach kon­tek­stu uza­sad­nie­nia? Myśl kon­struk­cjo­ni­sty moż­na rozu­mieć na czte­ry róż­ne spo­so­by; choć wszyst­kie wystę­pu­ją w lite­ra­tu­rze przed­mio­tu, nie zawsze wystar­cza­ją­co sta­ran­nie się je odróżnia.

Po pierw­sze, kon­struk­cjo­ni­sta może utrzy­my­wać, że uza­sad­nie­nie nie pole­ga na dowo­dach empi­rycz­nych, ale na nale­żą­cych do kon­tek­stu war­to­ściach spo­łecz­nych. Choć trud­no uwie­rzyć, że ktoś mógł­by napraw­dę tak sądzić, z pew­no­ścią moż­na spo­tkać się z twier­dze­nia­mi, któ­ry wyma­ga­ją takiej inter­pre­ta­cji. Oto jeden z przy­kła­dów (Ken­neth Ger­gen, Femi­nist Cri­ti­qu­es of Scien­ce and the Chal­len­ge of Social Epi­ste­mo­lo­gy [Femi­ni­stycz­ne kry­ty­ki nauki a wyzwa­nie epi­ste­mo­lo­gii spo­łecz­nej]): „Świa­dec­two fak­tu­al­ne nie ma żad­ne­go wpły­wu na popraw­ność sądów teo­re­tycz­nych w naukach”.

Jed­nak­że każ­dy, kto napraw­dę uwa­żał­by, że, powiedz­my, rów­na­nia Maxwel­la moż­na uza­sad­nić przez odwo­ła­nie się do spo­łecz­nych bądź poli­tycz­nych prze­ko­nań Maxwel­la czy kogo­kol­wiek inne­go, zdra­dził­by cał­ko­wi­te nie­zro­zu­mie­nie poję­cia uza­sad­nie­nia. Jakaś infor­ma­cja uza­sad­nia dane prze­ko­na­nie, gdy zwięk­sza praw­do­po­do­bień­stwo jego praw­dzi­wo­ści. Zgo­da, ta kon­cep­cja nie jest wol­na od trud­no­ści. Ale o ile nie chce­my cał­ko­wi­cie jej odrzu­cić, nie moż­na spo­dzie­wać się, iż fun­da­men­tal­ne pra­wa elek­tro­ma­gne­ty­zmu da się uza­sad­nić przez odwo­ła­nie do czy­ichś prze­ko­nań poli­tycz­nych, zain­te­re­so­wa­nia karie­rą czy cze­goś podobnego.

Gdy­by ktoś był abso­lut­nie zde­cy­do­wa­ny pójść w tym kie­run­ku, to nie­co lep­szym wyj­ściem – i dru­gą z czte­rech opcji – było­by argu­men­to­wa­nie, że cho­ciaż war­to­ści spo­łecz­ne nie uza­sad­nia­ją naszych prze­ko­nań, to prze­ko­na­nia przyj­mu­je­my nie na pod­sta­wie ich uza­sad­nie­nia, lecz jedy­nie na pod­sta­wie naszych war­to­ści spo­łecz­nych. Ten pogląd, któ­ry jest prak­tycz­nie nor­mą wśród osób zaj­mu­ją­cych się tzw. „nauko­znaw­stwem”, ma tę zale­tę, że nie mówi nic absur­dal­ne­go o uza­sad­nie­niu; mimo to jest on rów­nie nie­wia­ry­god­ny. W naj­życz­liw­szej inter­pre­ta­cji, wyni­ka on z drob­ne­go nie­zro­zu­mie­nia, na czym pole­ga socjo­lo­gicz­ne podej­ście do wie­dzy naukowej.

Oma­wia­na opcja pocho­dzi z jed­ne­go z kla­sycz­nych tek­stów nauko­znaw­stwa, mia­no­wi­cie z książ­ki Davi­da Blo­ora Know­led­ge and Social Ima­ge­ry [Wie­dza a meta­fo­ry spo­łecz­ne]. Rozu­mo­wa­nie Blo­ora prze­bie­ga mniej wię­cej tak: jeśli chce­my wyja­śnić, dla­cze­go okre­ślo­ne prze­ko­na­nia zosta­ją uzna­ne za wie­dzę w danym cza­sie, to nale­ży wziąć w nawias nasze poglą­dy odno­śnie do tego, któ­re z tych prze­ko­nań są praw­dzi­we, a któ­re fał­szy­we. Jeśli pró­bu­je­my wyja­śnić, dla­cze­go oni doszli do uzna­nia pew­ne­go prze­ko­na­nia za praw­dzi­we, to nie może mieć zna­cze­nia to, iż my wie­my, że nie jest ono praw­dzi­we. Jest to jed­na z tzw. „zasad syme­trii” w socjo­lo­gii wie­dzy: gdy wyja­śniasz, dla­cze­go zarów­no sądy praw­dzi­we, jak i fał­szy­we zosta­ły uzna­ne, trak­tuj je symetrycznie.

Moż­na dys­ku­to­wać nad zale­ta­mi tej zasa­dy, ale ogól­nie bio­rąc wyda­je mi się ona traf­na. Czym innym jest jed­nak powie­dze­nie, że praw­dzi­we i fał­szy­we prze­ko­na­nia nale­ży trak­to­wać syme­trycz­nie, a czym innym uzna­nie, że tak nale­ży trak­to­wać prze­ko­na­nia uza­sad­nio­ne i nie­uza­sad­nio­ne. Cho­ciaż przy wyja­śnia­niu, dla­cze­go dosze­dłem do uzna­nia dane­go prze­ko­na­nia sto­sow­ne może być pomi­nię­cie jego praw­dzi­wo­ści lub fał­szy­wo­ści, błę­dem było­by nie­uwzględ­nie­nie tego, czy posia­da­łem jakieś racje, aby je uznać. Z jakie­goś wzglę­du nie zosta­je to jed­nak nigdzie wyja­śnio­ne. Blo­or i jego kole­dzy zda­ją się uwa­żać, że te dwie zasa­dy są rów­no­rzęd­ne i w rów­nym stop­niu wyma­ga­ne przez socjo­lo­gicz­ne podej­ście do prze­ko­nań nauko­wych. Blo­or uwa­ża, że obie one sta­no­wią pod­sta­wy tej dzie­dzi­ny: „[Socjo­lo­gia wie­dzy] była­by bez­stron­na w kwe­stii praw­dzi­wo­ści i fał­szy­wo­ści, racjo­nal­no­ści lub irra­cjo­nal­no­ści, suk­ce­su lub poraż­ki”. Jed­nak bez argu­men­tu za scep­ty­cy­zmem w spra­wie samej idei dobrej racji dla prze­ko­na­nia – a jak mógł­by wyglą­dać taki argu­ment, któ­ry zara­zem nie zno­si same­go sie­bie? – jed­ną z moż­li­wych przy­czyn moje­go prze­ko­na­nia jest to, że posia­dam dobre świa­dec­two dla jego uzna­nia. Każ­dy sche­mat eks­pla­na­cyj­ny, któ­ry wyma­ga uzna­nia za syme­trycz­ne nie tyl­ko prze­ko­nań praw­dzi­wych i fał­szy­wych, ale rów­nież uza­sad­nio­nych i nie­uza­sad­nio­nych, musi wyja­śnić, dla­cze­go świa­dec­two na rzecz prze­ko­na­nia zosta­je wyklu­czo­ne jako jed­na z poten­cjal­nych przy­czyn przy­ję­cia tego prze­ko­na­nia. I musi to wyja­śnić w taki spo­sób, aby nie pod­wa­żyć swo­je­go wła­sne­go poglą­du, wysu­wa­ne­go ze wzglę­du na to uzasadnienie.

Nie zna­czy to, rzecz jasna, że prze­ko­na­nie nauko­we zawsze trze­ba wyja­śniać w kate­go­riach prze­ko­nu­ją­ce­go świa­dec­twa zebra­ne­go na jego popar­cie; w dzie­jach nauki nie brak przy­kła­dów poglą­dów – jak choć­by fre­no­lo­gia – za któ­ry­mi nigdy nie prze­ma­wiał żaden dobry dowód. Pod­kre­ślam jedy­nie, że prze­ko­na­nie nauko­we nie­kie­dy nale­ży wyja­śniać poprzez fakt ist­nie­nia prze­ko­nu­ją­cych dowo­dów oraz że histo­ria i socjo­lo­gia nauki, wła­ści­wie poję­te, nie muszą tego wykluczać.

W ten spo­sób docho­dzi­my do trze­ciej, bar­dziej umiar­ko­wa­nej kon­cep­cji tego, jak war­to­ści spo­łecz­ne mogły­by być nie­zbęd­ne do uza­sad­nie­nia prze­ko­na­nia nauko­we­go. W myśl tego poglą­du, cho­ciaż dowód może czę­ścio­wo wyja­śniać, dla­cze­go zosta­ło uzna­ne okre­ślo­ne prze­ko­na­nie, nigdy nie może sta­no­wić kom­plet­ne­go wyja­śnie­nia. Żad­ne świa­dec­two, jakie mogli­by­śmy posia­dać, nigdy nie okre­śla jed­no­znacz­nie dane­go prze­ko­na­nia, do któ­re­go docho­dzi­my na jego pod­sta­wie. Coś inne­go musi wypeł­nić lukę mię­dzy tym, za czym prze­ma­wia nasz dowód a tym, co fak­tycz­nie uzna­je­my – i tym czymś są sta­no­wią­ce tło war­to­ści i zain­te­re­so­wa­nia posia­da­ne przez osobę.

Myśl, że świa­dec­two w nauce nigdy nie okre­śla jed­no­znacz­nie uzna­wa­nych na jego pod­sta­wie teo­rii, wywar­ło spo­ry wpływ w filo­zo­fii nauki, nawet poza krę­giem kon­struk­ty­wi­stów. Swo­ją współ­cze­sną postać zawdzię­cza ona fran­cu­skie­mu fizy­ko­wi i filo­zo­fo­wi, Pier­ro­wi Duhe­mo­wi, żyją­ce­mu na prze­ło­mie XIXXX wie­ku. Załóż­my, że obser­wa­cja doświad­czal­na jest nie­spój­na z teo­rią, któ­rą uzna­je­my: powiedz­my, że teo­ria prze­wi­du­je, iż igła wska­że „10”, a tym­cza­sem tkwi bez ruchu na „0”. Duhem zauwa­żył, że sam ten fakt nie musi oba­lać teo­rii. Prze­wi­dy­wa­nie obser­wa­cyj­ne jest bowiem gene­ro­wa­ne nie tyl­ko na pod­sta­wie teo­rii, ale rów­nież na grun­cie dodat­ko­wych hipo­tez co do funk­cjo­no­wa­nia apa­ra­tu­ry doświad­czal­nej. Wobec inne­go niż prze­wi­dy­wa­ny rezul­ta­tu obser­wa­cyj­ne­go, coś wyma­ga zre­wi­do­wa­nia, ale na razie nie wia­do­mo jesz­cze dokład­nie co: być może teo­ria, być może hipo­te­zy pomoc­ni­cze, a być może nawet samo twier­dze­nie, że zare­je­stro­wa­li­śmy nie­spo­dzie­wa­ny rezul­tat, a nie ule­gli­śmy ilu­zji wzro­ko­wej. Duhem argu­men­to­wał, że sam rozum nigdy nie może roz­strzy­gnąć, jakie zmia­ny są koniecz­ne, a wobec tego rewi­zja w nauce nie może być spra­wą czy­sto racjo­nal­ną: swój udział musi mieć jesz­cze coś inne­go. Spo­łecz­ny kon­struk­cjo­ni­sta doda­je, że ten dodat­ko­wy czyn­nik ma cha­rak­ter społeczny.

To pomy­sło­wy argu­ment, któ­ry jed­nak szyb­ko ujaw­nia swo­je sła­bo­ści. Czy rze­czy­wi­ście jest praw­dą, że nigdy nie mogli­by­śmy dys­po­no­wać sil­niej­szy­mi racja­mi, aby zre­wi­do­wać któ­rąś z naszych teo­rii w odpo­wie­dzi na sprzecz­ne z nią doświad­cze­nie? Roz­waż­my poda­ny przez Duhe­ma przy­kład astro­no­ma, któ­ry spo­glą­da przez tele­skop na nie­bo i jest zdzi­wio­ny tym, co odkry­wa – być może nie­zna­ną dotąd gwiaz­dę w galak­ty­ce. Doko­naw­szy tego odkry­cia, twier­dzi Duhem, astro­nom może zre­wi­do­wać swo­ją teo­rię nie­ba lub kon­cep­cję tego, jak funk­cjo­nu­je tele­skop. Racjo­nal­ne zasa­dy usta­la­nia prze­ko­nań nie roz­strzy­ga­ją, jak ma postąpić.

Jed­nak idea, że spo­glą­da­jąc na nie­bo przez tele­skop testu­je­my naszą teo­rię tele­sko­pu w takiej samej mie­rze, w jakiej testu­je­my nasze poglą­dy astro­no­micz­ne, jest absur­dal­na. Teo­ria tele­sko­pu zosta­ła potwier­dzo­na przez licz­ne doświad­cze­nia naziem­ne i zga­dza się z wie­lo­ma rze­cza­mi, któ­re wie­my nie­za­leż­nie o soczew­kach, świe­tle i lustrach. Trud­no przy­pusz­czać, że racjo­nal­ną odpo­wie­dzią na nie­ocze­ki­wa­ną obser­wa­cję nie­ba mogło­by być zre­wi­do­wa­nie tego, co wie­my o tele­sko­pach! Nie cho­dzi o to, że nigdy nie mogli­by­śmy mieć oka­zji do zmia­ny teo­rii tele­sko­pów; z pew­no­ścią moż­na sobie wyobra­zić oko­licz­no­ści, w któ­rych taka rewi­zja była­by jak naj­bar­dziej wska­za­na. Cho­dzi nato­miast o to, że nie we wszyst­kich oko­licz­no­ściach, w któ­rych zakła­da się coś o tele­sko­pach, testu­je się zara­zem naszą teo­rię tele­sko­pów; zatem wnio­sek, że racjo­nal­ne roz­wa­ża­nia nie są w sta­nie roz­strzy­gnąć, jak zare­ago­wać na doświad­cze­nie inne od spo­dzie­wa­ne­go, zosta­je zablokowany.

Być może jed­nak – prze­cho­dząc do czwar­te­go i ostat­nie­go spo­so­bu, w jaki prze­ko­na­nie mogło­by wią­zać się z war­to­ścia­mi spo­łecz­ny­mi – cho­dzi nie o to, że to, co spo­łecz­ne ma wypeł­nić lukę pozo­sta­wio­ną przez to, co racjo­nal­ne, ale o to, że to, co racjo­nal­ne, samo jest kon­sty­tu­owa­ne przez to, co spo­łecz­ne. Zgod­nie z tym spo­so­bem myśle­nia, dobra racja, aby coś uznać, ma taki sta­tus tyl­ko rela­tyw­nie do zmien­nych czyn­ni­ków spo­łecz­nych – ostre roz­gra­ni­cze­nie mię­dzy tym, co racjo­nal­ne a tym, co spo­łecz­ne jest złudzeniem.

Taka inter­pre­ta­cja rela­cji mię­dzy tym, co racjo­nal­ne a tym, co spo­łecz­ne cie­szy się obec­nie naj­więk­szym powo­dze­niem w krę­gach kon­struk­cjo­ni­stów. Spro­wa­dza się ona do rela­ty­wi­za­cji dobrych racji do zmien­nych oko­licz­no­ści spo­łecz­nych, przez co o tej samej danej infor­ma­cji moż­na popraw­nie powie­dzieć, że uza­sad­nia dane prze­ko­na­nie w pew­nych oko­licz­no­ściach spo­łecz­nych czy w pew­nych kul­tu­rach, ale nie w innych. Cel­nie wyra­ża tę inter­pre­ta­cję nastę­pu­ją­cy frag­ment (Bar­ry Bar­nes i David Blo­or, Rela­ti­vism, Ratio­na­lism and the Socio­lo­gy of Know­led­ge [Rela­ty­wizm, racjo­na­lizm i socjo­lo­gia wie­dzy]): „(…) idea, że pew­ne stan­dar­dy czy prze­ko­na­nia są rze­czy­wi­ście racjo­nal­ne, a nie jedy­nie lokal­nie uzna­wa­ne za racjo­nal­ne, jest pozba­wio­na sensu”.

Taka inter­pre­ta­cja racji dla prze­ko­na­nia jest jed­nak nie do przy­ję­cia, co zro­zu­miał już Pla­ton w dia­lo­gu Teaj­tet. Nie może­my sen­sow­nie myśleć, że uzna­je­my czy stwier­dza­my cokol­wiek, jeśli wszyst­kie racje dla prze­ko­na­nia i stwier­dze­nia uwa­ża się, w pro­po­no­wa­ny tu spo­sób, za nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne ze zmien­ną, sta­no­wią­cą kon­tekst per­spek­ty­wą. Moż­na to wyka­zać na wie­le spo­so­bów, ale być może naj­do­bit­niej­szy z nich jest ten: nawet rela­ty­wi­sta nie był­by w sta­nie zająć takiej posta­wy wobec swo­je­go wła­sne­go poglą­du. Bo prze­cież rela­ty­wi­sta nie uwa­ża chy­ba, że rela­ty­wizm w kwe­stii racji jest uza­sad­nio­ny tyl­ko rela­tyw­nie do jego wła­snej per­spek­ty­wy? W prze­ciw­nym razie dla­cze­go zale­ca go nam, któ­rzy nie podzie­la­my tej per­spek­ty­wy? Kie­dy coś uzna­je­my, to robi­my tak dla­te­go, że ist­nie­ją racje, aby sądzić, iż jest to praw­dzi­we, racje, któ­re uwa­ża­my za na tyle ogól­ne, by mogły prze­mó­wić nawet do osób, któ­re nie podzie­la­ją naszej per­spek­ty­wy. To dla­te­go czu­je­my się upo­waż­nie­ni, aby zale­cać je innym. Trud­no sobie wyobra­zić spo­sób myśle­nia o prze­ko­na­niu i stwier­dze­niu, któ­ry wyklu­czał­by moż­li­wość ogól­no­ści tego rodzaju.

Kulturowy autorytet nauki

Ani uogól­nio­ny kon­struk­ty­wizm w kwe­stii przed­mio­tów i fak­tów bada­nych przez nauki przy­rod­ni­cze, ani ten w kwe­stii racji dla prze­ko­nań dostar­cza­nych przez te nauki, nie są szcze­gól­nie prze­ko­nu­ją­ce. Dla­cze­go jest to waż­ne? Oto dwa kon­ku­ren­cy poglą­dy. Ror­ty (Pho­ny Scien­ce Wars [Chy­bio­ne woj­ny o naukę]): „Woj­ny nauko­we są czę­ścio­wo pro­duk­tem głę­bo­kich i dłu­go­trwa­łych kon­flik­tów intu­icji, ale w więk­szej mie­rze są one szu­mem medial­nym – dzien­ni­ka­rze pod­bu­rza­ją inte­lek­tu­ali­stów, aby ci wza­jem­nie się demo­ni­zo­wa­li. Demo­ni­za­cja może być przy­dat­na do utrzy­ma­nia inte­lek­tu­ali­stów w goto­wo­ści i dzia­ła­niu, ale nie nale­ży jej brać zbyt poważ­nie”. Z dru­giej stro­ny Doro­thy Nel­kin: „Współ­cze­sne teo­rie doty­czą­ce nauki rze­czy­wi­ście zda­ją się sta­wiać pod zna­kiem zapy­ta­nia obraz bez­in­te­re­sow­nej obiek­tyw­no­ści nauko­wej i pod­wa­żać auto­ry­tet nauki, w cza­sach, gdy naukow­cy pra­gną odzy­skać utra­co­ną nie­win­ność i być postrze­ga­ni jako nie­ska­zi­tel­ni poszu­ki­wa­cze praw­dy. Wła­śnie to jest staw­ką wojen wokół nauki”. Myślę, że bliż­sza praw­dy jest Nel­kin. Spo­łecz­ni kon­struk­ty­wi­ści dobrze zda­ją sobie spra­wę, że nie przy­pi­sy­wa­li­by­śmy nauce tej samej wagi, jak obec­nie, gdy­by­śmy uzna­li traf­ność kon­struk­cjo­ni­stycz­nych poglą­dów na jej temat.

Na czym pole­ga kul­tu­ro­wa waga nauki? To oczy­wi­ście sze­ro­ki temat, ale wyda­je mi się, że moż­na wska­zać na dwie głów­ne spra­wy. Po pierw­sze, i naj­waż­niej­sze, nauka kształ­tu­je nasze prze­ko­na­nia. Trud­no było­by prze­ce­nić zna­cze­nie tej prak­ty­ki, któ­ra znaj­du­je wyraz w tym, cze­go chce­my uczyć dzie­ci w szko­le, co chce­my trak­to­wać jako dowo­dy w sądach i na czym chce­my opie­rać naszą poli­ty­kę spo­łecz­ną. Po dru­gie, wyda­je­my potęż­ne sumy pie­nię­dzy na pod­sta­wo­we bada­nia nauko­we, któ­re, jak się zda­je, nie mają bez­po­śred­nie­go zasto­so­wa­nia praktycznego.

Swo­bod­ne podej­ście Rorty’ego zakła­da, że żad­na z tych prak­tyk nie zawie­ra inte­re­su­ją­cych pre­su­po­zy­cji filo­zo­ficz­nych, a w związ­ku z tym nie może być podat­na na kry­ty­kę ze stro­ny kon­struk­cjo­ni­stów. To jed­nak wyda­je się błę­dem. Aby kształ­to­wa­nie przez nas prze­ko­nań w opar­ciu o naukę mia­ło sens, wie­dzę nauko­wą powi­nien uznać każ­dy, bez wzglę­du na jego sym­pa­tie poli­tycz­ne czy, ogól­niej, ide­olo­gicz­ne. Kon­struk­cjo­ni­stycz­ne podej­ście do racji dla prze­ko­nań, przy każ­dej jego moż­li­wej inter­pre­ta­cji, kwe­stio­nu­je ten wymóg.

Jeśli przyj­rzy­my się prak­ty­ce wyda­wa­nia ogrom­nych sum pie­nię­dzy na bada­nia pod­sta­wo­we, któ­re nie dają prze­wi­dy­wal­ne­go zysku prak­tycz­ne­go, to wyda­je się, że nauka zawie­ra jesz­cze wię­cej zało­żeń filo­zo­ficz­nych. Musi­my przy­jąć nie tyl­ko, że daje ona wie­dzę, któ­rą każ­dy powi­nien uznać, ale że dostar­cza rów­nież praw­dzi­wej lub praw­do­po­dob­nej wie­dzy na temat struk­tu­ry nie­za­leż­nie ist­nie­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści. Jeśli bowiem spy­ta­my, dla­cze­go, w świe­tle wie­lu palą­cych pro­ble­mów spo­łecz­nych, jakie przed nami sto­ją, mie­li­by­śmy wyda­wać dzie­siąt­ki miliar­dów dola­rów na budo­wę super­ak­ce­le­ra­to­ra, któ­ry będzie zde­rzać ze sobą coraz mniej­sze cząst­ki, w nadziei, że w wyni­ku tych koli­zji wyło­nią się takie cząst­ki, któ­rych wcze­śniej nie obser­wo­wa­li­śmy, ale któ­rych ist­nie­nie prze­wi­du­ją nasze teo­rie, to jaka mogła­by być prze­ko­nu­ją­ca odpo­wiedź na to pyta­nie, jeśli nie ta, że w ten spo­sób zbli­ża­my się do zro­zu­mie­nia fun­da­men­tal­nej, ukry­tej budo­wy wszech­świa­ta, i że jest to czymś war­to­ścio­wym? Jeśli nie ma sen­su wie­rzyć, że ist­nie­je taka ukry­ta struk­tu­ra, albo nie ma sen­su wie­rzyć, że nawet jeśli taka struk­tu­ra ist­nie­je, nauka jest w sta­nie ją odkryć, to jaki mógł­by być powód, by wyda­wać tyle pie­nię­dzy, gdy rów­nie dobrze mogli­by­śmy je prze­zna­czyć na wal­kę z AIDS czy ubó­stwem? (Dla jasno­ści: nie twier­dzę, że poszu­ki­wa­nie fun­da­men­tal­nych prawd auto­ma­tycz­nie prze­wa­ża nad inny­mi cela­mi, lecz tyl­ko, że sen­sow­ność tego celu jest koniecz­na, aby nadać sens zna­cze­niu, jakie przy­pi­su­je­my bada­niom podstawowym).

Wniosek

W swo­im naj­lep­szym wyda­niu – na przy­kład w pra­cach de Beau­vo­ir i Appia­ha – spo­łecz­ny kon­struk­cjo­nizm ujaw­nia przy­god­ność tych prak­tyk spo­łecz­nych, któ­re błęd­nie uzna­li­śmy za nie­unik­nio­ne. Korzy­sta przy tym ze stan­dar­do­wych kano­nów dobre­go rozu­mo­wa­nia nauko­we­go. Scho­dzi nato­miast na manow­ce, gdy sta­ra się być ogól­ną meta­fi­zy­ką albo ogól­ną teo­rią wie­dzy. W pierw­szym wypad­ku szyb­ko sta­je się nie­moż­li­wą do przy­ję­cia for­mą ide­ali­zmu. W dru­gim zaś wpi­su­je się w dłu­gie dzie­je pro­ble­ma­tycz­nych prób zre­la­ty­wi­zo­wa­nia poję­cia racjo­nal­no­ści. Nie doda­je nic nowe­go do tych oba­lo­nych poglą­dów; pro­po­no­wa­ne przez spo­łecz­nych kon­struk­ty­wi­stów warian­ty są zwy­kle bar­dziej nie­ja­sne i zawi­łe niż ich tra­dy­cyj­ne odpo­wied­ni­ki. Trud­no zro­zu­mieć, dla­cze­go te uogól­nio­ne zasto­so­wa­nia spo­łecz­nej kon­struk­cji zyska­ły aż taką popularność.

Jed­nym ze źró­deł ich atrak­cyj­no­ści jest nie­wąt­pli­wie sku­tecz­ność. Jeśli z góry może­my wie­dzieć, że każ­dy przy­kład wie­dzy posia­da ten sta­tus wyłącz­nie dla­te­go, iż współ­gra z przy­god­ny­mi war­to­ścia­mi spo­łecz­ny­mi, to każ­de rosz­cze­nie do wie­dzy moż­na pod­wa­żyć, o ile aku­rat nie podzie­la­my war­to­ści, od któ­rych ono rze­ko­mo zale­ży, i nie ma potrze­by zagłę­biać się w, skom­pli­ko­wa­ne nie­raz, szcze­gó­ły. To jed­nak tyl­ko odwle­ka rze­czy­wi­ste pyta­nie: skąd ten lęk przed wie­dzą? Skąd potrze­ba ochro­ny przed jej wyni­ka­mi? W książ­ce What Is Social Con­struc­tion? [Czym jest kon­struk­cja spo­łecz­na?] Ian Hac­king pisze na przy­kład o pew­nych femi­nist­kach, któ­re „(…) trak­tu­ją obiek­tyw­ność i abs­trak­cyj­ną praw­dę jako narzę­dzia, któ­re wyko­rzy­stu­je się prze­ciw­ko nim. Przy­po­mi­na­ją nam o sta­rym refre­nie: kobie­ty są subiek­tyw­ne, męż­czyź­ni obiek­tyw­ni. Jak prze­ko­nu­ją, same te war­to­ści, podob­nie jak sło­wo «obiek­tyw­ność», to jed­na wiel­ka mani­pu­la­cja. Jeśli mam zacho­wać jakiś rodzaj obiek­tyw­no­ści, argu­men­tu­ją one, musi on dążyć do wie­lo­ści punk­tów widze­nia”. Hac­king wyzna­je, że nie wie, co sądzić o tym poglą­dzie. A powi­nien wie­dzieć. Nie­za­leż­nie od tego, jaka upraw­nio­na wąt­pli­wość kry­je się za taki­mi wypo­wie­dzia­mi, nie moż­na jej wyra­zić mówiąc, że obiek­tyw­ność i praw­da abs­trak­cyj­na narzę­dzia­mi opre­sji. Uwa­gi te w naj­lep­szym razie upo­waż­nia­ją nas do powie­dze­nia, że poję­cia te wyko­rzy­sty­wa­no nie­kie­dy w służ­bie opre­sji; trud­no temu zaprze­czyć. Ale fakt, że jakieś poję­cie może być i fak­tycz­nie jest nad­uży­wa­ne, nie uspra­wie­dli­wia w żad­nym razie jego odrzu­ce­nia. Czy mamy podejrz­li­wie trak­to­wać war­tość wol­no­ści, ponie­waż na bra­mie w Auschwitz wid­nie­je napis „Arbe­it Macht Frei”?

Nasz intu­icyj­ny pogląd jest taki, że rze­czy ist­nie­ją nie­za­leż­ne od ludz­kiej opi­nii i jeste­śmy w sta­nie wyro­bić sobie sto­sun­ko­wo obiek­tyw­ne prze­ko­na­nie na temat ich natu­ry, wią­żą­ce dla każ­de­go, kto jest w sta­nie zro­zu­mieć odpo­wied­nie świa­dec­two, nie­za­leż­nie od jego per­spek­ty­wy ide­olo­gicz­nej. Bez wzglę­du na to, jak trud­ne jest to zada­nie, nie nale­ży sądzić, że naj­now­sza filo­zo­fia odkry­ła jakieś dobre racje, aby je porzucić.

Prze­ło­żył Mar­cin Iwanicki

What Is Social Con­struc­tion?, “Times Lite­ra­ry Sup­ple­ment”, luty 2001. Prze­kład za zgo­dą Autora.


Tekst jest dostęp­ny na licen­cji: Uzna­nie autor­stwa-Na tych samych warun­kach 3.0 Pol­ska.

Ilu­stra­cja: Bank­sy, Kłosarki

Najnowszy numer można nabyć od 30 października w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy