Artykuł

Platon: Mit Era

Platon to nie tylko jeden z największych filozofów, ale również niezrównany poeta. Przytoczony fragment ostatniej księgi Państwa w pełni ujawnia jego talent literacki oraz umiejętność tworzenia pięknych, ponadczasowych mitów. O pośmiertnym losie duszy opowiada żołnierz Er, któremu udało się powrócić z zaświatów. Platon podejmuje tu temat od zawsze budzący ciekawość ludzi, i za pomocą mitu wyraża nadzieję, której nie mogły wyrazić czysto filozoficzne argumenty za nieśmiertelnością duszy. Oto więc krótki przewodnik Era po zaświatach.

Tekst uka­zał się w Sokra­tes i syre­ny. 55 podró­ży filo­zo­ficz­nych po świe­cie pod­księ­ży­co­wym i nad­księ­ży­co­wym, s. 42–47. W peł­nej wer­sji gra­ficz­nej jest dostęp­ny w pli­ku PDF.


Nazy­wał się Er, był synem Arme­nio­sa, a rodem był z Pam­fi­lii. Zgi­nął kie­dyś na woj­nie, a gdy po dzie­się­ciu dniach zbie­ra­no tru­py, już zepsu­te, zabra­no go w sta­nie świe­żym, zanie­sio­no go do domu i mia­no go dwu­na­ste­go dnia pogrze­bać. Ale wró­cił do życia, leżąc już na sto­sie. Wró­ciw­szy, opo­wie­dział, co widział po tam­tej stro­nie. Więc mówił, że gdy duch z nie­go wyszedł, zaczął iść wraz z wie­lo­ma inny­mi, aż przy­szli do jakie­goś miej­sca nad­ziem­skie­go, gdzie były w zie­mi dwie prze­pa­ście, sąsia­du­ją­ce z sobą, a w nie­bie, na górze, inne takie dwie roz­pa­dli­ny naprze­ciw. A mię­dzy nimi sie­dzie­li sędzio­wie. Ci roz­dzie­li­li duchy na dwie gro­ma­dy i spra­wie­dli­wym kaza­li pójść na pra­wo i na górę przez ten otwór w nie­bie, a każ­de­mu prze­wie­si­li wyrok sądu z przo­du. Nie­spra­wie­dli­wym kaza­li iść na lewo i w dół. Ci mie­li też – na ple­cach – świa­dec­two wszyst­kich swo­ich czy­nów. A kie­dy on przy­szedł przed sędziów, powie­dzie­li mu, że musi ludziom zanieść wia­do­mość o tym, co tam, i przy­ka­za­li mu, żeby wszyst­kie­go słu­chał i oglą­dał wszyst­ko, co się na tym miej­scu działo.

Więc on widział, jak przez dwie roz­pa­dli­ny, jed­ną w nie­bie, a dru­gą w zie­mi, odcho­dzi­ły dusze po odby­ciu sądu, a z dwóch innych prze­pa­ści wycho­dzi­ły; z tej w zie­mi okry­te bru­dem i kurzem, a przez dru­gą scho­dzi­ły z nie­ba dusze czy­ste. I te, któ­re wciąż przy­by­wa­ły, wyglą­da­ły tak, jak­by wra­ca­ły z dłu­giej wędrów­ki. Z rado­ścią odcho­dzi­ły na łąkę, aby się na niej roz­go­ścić jak na festy­nie; tam się wita­ły z sobą te, któ­re były zna­jo­me, i wypy­ty­wa­ły się powra­ca­ją­ce z zie­mi o to, co tam, a wra­ca­ją­ce z nie­ba pyta­ły, jak tam u tych innych na zie­mi. Więc opo­wia­da­ły sobie nawza­jem to i owo; jed­ne ze łza­mi i z jękiem wspo­mi­na­ły, ile to i jak wiel­kich cier­pień zazna­ły i widzia­ły pod­czas wędrów­ki pod zie­mią – wędrów­ka trwa­ła tysiąc lat – a te zno­wu z nie­ba opi­sy­wa­ły roz­ko­sze i wido­ki nie­wy­po­wie­dzia­nej pięk­no­ści. Dłu­go by to wszyst­ko opo­wia­dać, Glau­ko­nie; głów­na rzecz w tym, powia­da, że za każ­dy grzech popeł­nio­ny i za każ­de­go pokrzyw­dzo­ne­go karę pono­si­li; za każ­dy punkt dzie­się­cio­krot­ną – to zna­czy: raz co sto lat, bo tak dłu­go trwa życie czło­wie­ka – aby każ­dy dzie­się­cio­krot­ną poku­tą każ­dą zbrod­nię odpła­cił. Więc jeże­li ktoś wie­lu śmier­ci był winien, bo mia­sto wydał nie­przy­ja­cie­lo­wi albo obóz pod­dał w nie­wo­lę, albo się do inne­go jakie­goś nie­szczę­ścia przy­czy­nił, szło o to, żeby za każ­dą taką rzecz dzie­sięć razy więk­sze męki poniósł, a zno­wu ci, któ­rzy dru­gim jakieś dobro­dziej­stwa wyświad­czy­li i byli spra­wie­dli­wi i bogo­boj­ni, żeby tak samo zasłu­żo­ną nagro­dę odnieśli.

A o tych, któ­rzy nie­dłu­go po uro­dze­niu umar­li i żyli krót­ki czas, mówił inne rze­czy, ale nie war­to o nich pamię­tać. A za bez­boż­ność i poboż­ność, i za sto­su­nek do rodzi­ców, i za samo­bój­stwo o jesz­cze więk­szych opo­wia­dał odpłatach.

Bo mówił, że był przy tym, jak jeden dru­gie­go pytał, gdzie jest Ardia­ijos, ten wiel­ki. A ten Ardia­ijos był dyk­ta­to­rem w jed­nym mie­ście w Pam­fi­lii; kie­dyś, jesz­cze na tysiąc lat przed tym cza­sem. Ojca sta­rusz­ka zamor­do­wał i star­sze­go bra­ta i dopu­ścił się wie­lu innych czy­nów bez­boż­nych, jak mówiono.

Więc powia­da, że zapy­ta­ny odparł: „On nie nad­cho­dzi i on tu, zda­je się, nie przyj­dzie wca­le. Bośmy i to oglą­da­li pośród tych strasz­nych wido­wisk. Kie­dy­śmy już byli bli­sko wyj­ścia i mie­li­śmy co tyl­ko wyjść na górę – a tyle­śmy się już byli nacier­pie­li – nagle zoba­czy­li­śmy jego i innych z nim. Byli tam i jacyś ludzie pry­wat­ni też – z tych, co wiel­kie grze­chy mie­li za sobą.
Ci, kie­dy już zamy­śla­li wyjść na górę, wte­dy ich pasz­cza prze­pa­ści wypu­ścić nie chcia­ła, tyl­ko wyda­wa­ła ryk, ile razy ktoś z tych nie­ule­czal­nych zbrod­nia­rzy, albo ktoś, kto jesz­cze swej poku­ty nie odbył, pró­bo­wał wyjść na górę.

Wte­dy, powia­da, ludzie dzi­cy, a od żaru na wskroś czer­wo­ni, przy­pa­dli i rozu­mie­jąc głos prze­pa­ści roze­bra­li jed­nych mię­dzy sie­bie i zaczę­li ich pędzić, Ardia­ijo­so­wi zaś i innym zwią­za­li ręce, nogi i gło­wę, prze­wró­ci­li ich, zbi­li, powle­kli na bok, z dro­gi, zaczę­li ich cze­sać cier­nia­mi i dawać zna­ki prze­cho­dzą­cym, za co to, i poka­zy­wa­li, że ich pro­wa­dzą na wrzu­ce­nie do Tartaru.

Prze­ży­ły tam dusze wie­le róż­nych stra­chów, ale ten strach był naj­więk­szy, aby gło­su prze­pa­ści nie usły­szeć przy wcho­dze­niu na górę. Naj­chęt­niej każ­dy wycho­dził, kie­dy prze­paść mil­cza­ła. Więc kary i poku­ty były jakieś takie, a były i dobre rze­czy – tam­tym wprost przeciwne.

Kie­dy każ­dy z tych, co byli na łące, koń­czył swój siód­my dzień, musiał wstać i ósme­go dnia ruszać w dro­gę, aby po czte­rech dniach przyjść tam, skąd widać z góry snop świa­tła, przez całe nie­bo i zie­mię roz­pię­ty, niby słup, naj­bar­dziej do tęczy podob­ny tyl­ko jaśniej­szy i czyst­szy. Do tego świa­tła doszli po jed­nym dniu dro­gi i zoba­czy­li tam przez śro­dek świa­tła z nie­ba napię­te koń­ce wię­zów nie­bie­skich. Bo ono sta­no­wi obwią­za­nie nie­ba, podob­nie jak liny opa­su­ją­ce okrę­ty trój­rzę­do­we; w ten spo­sób świa­tło wią­że całą obra­ca­ją­cą się kulę. A mię­dzy koń­ca­mi jest napię­te wrze­cio­no Koniecz­no­ści, któ­re wszyst­kie kule obra­ca. Któ­re­go oś i hak jest ze sta­li, a krąg mie­sza­ny ze sta­li i z innych mate­ria­łów. A budo­wa krę­gu jest taka. Kształt ma taki sam jak u wrze­cion tutej­szych. Według tego, co mówił, trze­ba sobie przed­sta­wić, że on jest taki: jak gdy­by w jed­nym wiel­kim krę­gu, wydrą­żo­nym i prze­wier­co­nym na wskroś, tkwił inny taki sam, mniej­szy, dokład­nie się z nim sty­ka­ją­cy; tak, jak to wia­dra cza­sem pasu­ją i jed­no dokład­nie wcho­dzi w dru­gie. W ten spo­sób też trze­ci krąg i czwar­ty, i jesz­cze inne czte­ry. Bo osiem jest wszyst­kich krę­gów, tkwią­cych jed­ne w dru­gich. Na górze widać ich prze­kro­je okrą­głe, two­rzą­ce cią­głą powierzch­nię grzbie­to­wą jed­ne­go duże­go krę­gu naoko­ło osi. A ta oś prze­bi­ja na wskroś krąg ósmy. Więc krąg pierw­szy z zewnątrz ma w prze­kro­ju naj­szer­szy pier­ścień koło­wy, dru­ga z rzę­du jest sze­ro­kość szó­ste­go, trze­cia – czwar­te­go, czwar­ta – ósme­go, pią­ta – siód­me­go, szó­sta – pią­te­go, siód­ma – trze­cie­go, a ósma – dru­gie­go. I powierzch­nia naj­więk­sze­go pier­ście­nia jest upstrzo­na, powierzch­nia siód­me­go naj­ja­śniej­sza, powierzch­nia ósme­go bie­rze swą bar­wę od świa­tła krę­gu siód­me­go, bar­wy dru­gie­go i pią­te­go są do sie­bie podob­ne, bar­dziej żół­te od tam­tych, trze­ci krąg ma bar­wę naj­biel­szą, czwar­ty czer­wo­na­wą, a dru­gi z rzę­du co do bia­ło­ści jest pier­ścień szósty.

A kie­dy się oś krę­ci, obra­ca się z nią całość tym samym ruchem, ale w tej obra­ca­ją­cej się cało­ści sie­dem krę­gów wewnętrz­nych obra­ca się po cichu i powo­li w kie­run­ku prze­ciw­nym obro­to­wi cało­ści. Spo­śród nich naj­szyb­ciej bie­gnie pier­ścień ósmy – potem wol­niej, a ruchem rów­no­cze­snym, siód­my, szó­sty i pią­ty; trze­cią z kolei szyb­kość obro­tu – tak się im zda­wa­ło – posia­da krąg czwar­ty, wiru­ją­cy w stro­nę prze­ciw­ną. Czwar­tą pręd­kość ma trze­ci, a pią­tą – dru­gi. A krę­ci się oś obro­tu opar­ta na kola­nach Koniecz­no­ści. Tam u góry, na każ­dym krę­gu cho­dzi Syre­na obra­ca­ją­ca się razem z nim i wyda­je jeden głos, jeden ton. Wszyst­kie razem, a jest ich osiem, two­rzą jeden har­mo­nij­ny akord.

Jesz­cze inne trzy posta­cie kobie­ce sie­dzą naoko­ło w rów­nych odstę­pach, a każ­da ma swój tron: to Moj­ry, cór­ki Koniecz­no­ści, w bia­łych suk­niach, a prze­pa­ski mają na gło­wach. Láche­sis, Klo­tó i Atro­pos. Śpie­wa­ją zgod­nie z Syre­na­mi. Lache­sis o prze­szło­ści śpie­wa, Klo­tó o tym, co jest, Atro­pos o tym, co będzie. Klo­tó od cza­su do cza­su doty­ka pra­wą ręką zewnętrz­ne­go krę­gu wrze­cio­na i przy­spie­sza jego ruch obro­to­wy, tak samo zno­wu Atro­pos lewą ręką popy­cha krę­gi wewnętrz­ne. A Láche­sis jed­ną i dru­gą ręką doty­ka chwi­la­mi to jed­nych, to drugich.

Więc oni, kie­dy tam przy­szli, musie­li zaraz iść do Láche­sis. Wte­dy ich naprzód jakiś pro­rok w porząd­ku usta­wił, a potem wziął z kolan Láche­sis losy i oka­zy życia ludz­kie­go, wstą­pił na mów­ni­cę wyso­ką i powie­dział: „Oto Koniecz­no­ści córa, dzie­wi­ca Láche­sis, mówi: Dusze jed­no­dnio­we, oto począ­tek nowej wędrów­ki okręż­nej rodu śmier­tel­ne­go, wędrów­ki koń­czą­cej się śmier­cią. Nie was wybie­rać będzie duch; wy sobie będzie­cie sami ducha obie­ra­li. Kto pierw­szy los dosta­nie, ten niech pierw­szy wybie­ra życie – póź­niej już nie­uchron­ne. Dziel­ność nie jest u niko­go w nie­wo­li. Kto ją ceni wię­cej lub mniej, ten jej dosta­nie wię­cej albo mniej. Winien ten, co wybie­ra. Bóg nie winien”. To powie­dziaw­szy, rzu­cił pomię­dzy wszyst­kich losy i każ­dy podej­mo­wał ten, któ­ry mu padł u nóg. Tyl­ko on jeden nie wybie­rał. Nie pozwo­lo­no mu. Kto los pod­niósł, ten widział, któ­ry numer dostał.

Potem zno­wu typo­we oka­zy życia ludz­kie­go roz­ło­żył przed nimi na zie­mi, a było ich znacz­nie wię­cej niż obec­nych. I były róż­no­rod­ne. Były tam żywo­ty zwie­rząt wszyst­kich i wszyst­kie żywo­ty ludz­kie. Były mię­dzy nimi i dyk­ta­tu­ry – jed­ne doży­wot­nie, a dru­gie zła­ma­ne i koń­czą­ce się ubó­stwem, wygna­niem i nędzą. A były tam i żywo­ty mężów sław­nych; z powierz­chow­no­ści, z pięk­no­ści i z innej mocy, i z rywa­li­za­cji zwy­cię­skiej, zna­mie­ni­tych rodem i cno­ta­mi przod­ków, a tak­że ludzi nie­sław­nych. Tak samo rów­nież i kobiet.

Dusze nie były tam usze­re­go­wa­ne. Dla­te­go że z koniecz­no­ści każ­da musia­ła się sta­wać inna, jeże­li inny typ życia wybra­ła. Zresz­tą były tam losy i pomie­sza­ne z sobą, i pomie­sza­ne z bogac­twem i z ubó­stwem, jed­ne z cho­ro­ba­mi, dru­gie ze zdro­wiem, a były i losy pośrednie.

Zda­je się, że tam wła­śnie, kocha­ny Glau­ko­nie, naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo ludzi cze­ka, i dla­te­go naj­wię­cej trze­ba się sta­rać, żeby każ­dy z nas, mniej dba­jąc o inne nauki, szu­kał i tę stu­dio­wał, jeże­li się jej ską­deś nauczyć potra­fi, i potra­fi zna­leźć kogoś, kto go nauczy żywot dobry i żywot zły roz­po­zna­wać i spo­śród żywo­tów moż­li­wych zawsze i wszę­dzie żywot lep­szy wybierać.

Więc trze­ba szu­kać podo­bieństw we wszyst­kim tym, co się teraz mówi­ło, i zesta­wiać te rze­czy, i roz­bie­rać sto­su­nek życia do dziel­no­ści, i wie­dzieć, co dobre­go albo co złe­go wywo­łu­je pięk­ność pomie­sza­na z ubó­stwem albo z bogac­twem, i na tle jakie­go sta­nu duszy to się dzie­je, i jak na sie­bie wpły­wa­ją pocho­dze­nie wyso­kie i życie pry­wat­ne, i udział w rzą­dzie, i siła, i brak siły, i wyso­kie wykształ­ce­nie, i brak wykształ­ce­nia, i wszyst­kie takie rze­czy, któ­re z natu­ry swej mają zwią­zek z duszą. A jeśli się do nich domie­sza­ją jakieś cechy naby­te, to jak to wszyst­ko wza­jem­nie wpły­wa na sie­bie. Tak, żeby opie­ra­jąc się w rachun­ku na tym wszyst­kim, móc wybrać, mając natu­rę duszy na oku, żywot gor­szy albo żywot lep­szy. Gor­szym nazy­wa­jąc żywot, któ­ry duszę zapro­wa­dzi do tego, że się sta­nie mniej spra­wie­dli­wa, a lep­szym ten, przez któ­ry będzie spra­wie­dliw­sza. O wszyst­ko inne mniej­sza. Widzie­li­śmy i widzi­my, że dla żywe­go i dla umar­łe­go ten wybór jest najważniejszy.

Trze­ba to prze­ko­na­nie mieć w sobie twar­de jak stal i tak do Hade­su iść, aby i tam czło­wie­ka nie zbi­ja­ły z tro­pu bogac­twa i tym podob­ne zła, żeby nie popaść w dyk­ta­tu­ry i w inne tego rodza­ju prak­ty­ki, i nie spo­wo­do­wać wie­lu i nie­ule­czal­nych nie­szczęść, a same­mu jesz­cze więk­szych nie doznać, ale umieć zawsze wybie­rać mię­dzy tymi osta­tecz­no­ścia­mi życie pośred­nie i uni­kać prze­sa­dy z jed­nej i z dru­giej stro­ny – już i w tym życiu, ile moż­no­ści, i w każ­dym życiu następ­nym. W ten spo­sób czło­wiek naj­peł­niej­sze szczę­ście osiąga.

Więc tak i wte­dy tam, jak mówił ten, co przy­niósł wie­ści z tam­tych stron, ode­zwał się pro­rok w ten spo­sób: „Choć­by kto i ostat­ni wszedł, to, jeśli rozum­nie wybrał i potra­fi w życiu tak stru­ny napi­nać, żeby har­mo­nij­nie brzmia­ły, cze­ka go życie przy­jem­ne, a nie złe. Ten, kto pierw­szy wybie­ra, niech nie będzie lek­ko­myśl­ny, a kto ostat­ni, niech nie tra­ci otuchy”.

Po tych sło­wach, powia­da, ten, któ­ry pierw­szy loso­wał, natych­miast pod­szedł i wybrał naj­więk­szą dyk­ta­tu­rę. Głu­pi był i żar­łok wiel­ki, więc nie roz­pa­trzył dobrze wszyst­kie­go przy wybo­rze i nie zauwa­żył, jakie tam prze­zna­cze­nie było w środ­ku: miał wła­sne dzie­ci poże­rać. Inne nie­szczę­ścia cze­ka­ły go też. A kie­dy się przy wol­niej­szej chwi­li nad tym zasta­no­wił, zaczął się sam bić pię­ścia­mi i gło­śno narze­kać na swój wybór – nie zapa­mię­tał i nie trzy­mał się tego, co z góry mówił pro­rok. I nie sobie same­mu przy­pi­sy­wał swo­je nie­szczę­ścia, tyl­ko obwi­niał los i duchy, i wszyst­ko inne raczej, zamiast same­go sie­bie. A to był jeden z tych, któ­rzy z nie­ba wra­ca­li, i w poprzed­nim życiu żył w pań­stwie dobrze urzą­dzo­nym i cha­rak­ter miał dobry, tyl­ko nie był filo­zo­fem. Żeby tak powie­dzieć, to przy takiej spo­sob­no­ści wpa­da bar­dzo wie­lu z tych, co z nie­ba wra­ca­ją, bo nie mają ćwi­cze­nia, nie nawy­kli do tru­dów i przykrości.

A ci licz­ni, któ­rzy wra­ca­ją z zie­mi, przez to, że i sami dużo prze­szli i napa­trzy­li się dru­gim, nie wybie­ra­ją tak z pierw­sze­go roz­pę­du. I dla­te­go też wie­le dusz spo­ty­ka odmia­na zła i dobra, a bywa, że i los tak pada. Bo jeże­li ktoś zawsze, ile razy na ten świat przy­cho­dzi, filo­zo­fią się zaj­mu­je zdro­wo, a los mu jakoś nie wypad­nie ostat­ni, ten zgod­nie z tym, co tam gło­szą, nie tyl­ko tu będzie szczę­śli­wy, ale i wędrów­kę stąd tam i z powro­tem będzie miał nie po zie­mi i cięż­ką, tyl­ko lek­ką i po niebie.

To wido­wi­sko, powia­da, war­to było zoba­czyć, jak to dusza swo­je życie wybie­ra­ła. Moż­na było widzieć i taką, co budzi­ła litość, i widzieć śmiesz­ną i podzi­wu god­ną. Bo po więk­szej czę­ści doko­ny­wa­ły wybo­ru zgod­nie z nawy­kiem z poprzed­nie­go życia.

Powia­da więc, że widział duszę nie­gdyś Orfe­usza, jak wybie­ra­ła żywot łabę­dzia przez odra­zę do płci żeń­skiej. Orfe­usz poniósł śmierć z ręki kobiet, więc nie chciał przy­cho­dzić na świat przez cia­ło kobie­ty. I widział duszę Tamy­ra­sa, jak wybie­ra żywot sło­wi­ka. A widział też łabę­dzia, któ­ry dla odmia­ny posta­no­wił wybrać życie czło­wie­ka, a inne muzy­kal­ne zwie­rzę­ta tak samo. Dwu­dzie­sta z rzę­du dusza obra­ła życie lwa. A ta była Ajak­sa, syna Tela­mo­na. Nie chcia­ła się sta­wać czło­wie­kiem; pamię­ta­ła ten sąd, któ­ry roz­strzy­gał o zbroi. A po niej dusza Aga­mem­no­na. Ona też z odra­zy do rodza­ju ludz­kie­go i przez prze­by­te cier­pie­nia wola­ła się w orła prze­mie­nić. Gdzieś pośrod­ku loso­wa­ła dusza Ata­lan­ty. Zoba­czy­ła zaszczyt­ne odzna­ki atle­ty i nie umia­ła przejść mimo – wzię­ła swój los. A potem widział duszę Epe­ijo­sa, syna Pano­peu­sa, jak weszła w natu­rę kobie­ty o zdol­no­ściach do tech­ni­ki. A dalej, pośród ostat­nich, zoba­czył duszę tego bła­zna Ter­sy­te­sa, jak wstę­pu­je w cia­ło mał­py. Przy­pad­kiem dusza Ody­se­usza loso­wa­ła na samym koń­cu. Już szła do wybo­ru, ale, przy­po­mniaw­szy sobie minio­ne tru­dy przez żądzę sła­wy ponie­sio­ne, dała pokój ambi­cjom i cho­dząc dłu­go tędy i owę­dy szu­ka­ła losu czło­wie­ka pry­wat­ne­go, któ­ry by miał czas wol­ny. Z wiel­ką trud­no­ścią go zna­la­zła. Leżał gdzieś tam, porzu­co­ny, bo inni go nie chcie­li. Zoba­czyw­szy go, powie­dzia­ła, że i za pierw­szym razem była­by też ten los wybra­ła, więc teraz pod­ję­ła go z radością.

Dusze wie­lu zwie­rząt prze­cho­dzi­ły w ludzi i prze­cho­dzi­ły jed­ne zwie­rzę­ta w dru­gie. Nie­spra­wie­dli­we dusze wstę­po­wa­ły w zwie­rzę­ta dzi­kie, a spra­wie­dli­we prze­mie­nia­ły się w zwie­rzę­ta łagod­ne – odby­wa­ły się wszel­kie moż­li­we przemiany.

Więc sko­ro wszyst­kie dusze żywo­ty sobie wybra­ły, zaczę­ły po porząd­ku, jak któ­ra loso­wa­ła, pod­cho­dzić do Láche­sis. Ona każ­de­mu przy­dzie­la­ła ducha, któ­re­go sobie każ­dy wybrał i posy­ła­ła go wraz z nim, aby był stró­żem ludz­kie­go życia i dopeł­niał tego, co sobie każ­da dusza obra­ła. Duch opie­kuń­czy naprzód pro­wa­dził duszę do Klo­tó – pod jej rękę obra­ca­ją­cą oś wszech­świa­ta, aby zatwier­dzić los obra­ny. A gdy jej dotknął, wiódł duszę tam, gdzie Atro­pos przę­dła, aby nić prze­zna­cze­nia uczy­nić nie­od­wra­cal­ną. Stam­tąd, nie odwra­ca­jąc się sam, szedł pod tron Koniecz­no­ści, minął go, a sko­ro i inni tam­tę­dy prze­szli, skie­ro­wa­li się wszy­scy na Doli­nę Zapo­mnień poprzez upał i żar okrop­ny. Tam nie było drzew ani cze­go­kol­wiek, co zie­mia wyda­je. A że już się mia­ło ku wie­czo­ro­wi, więc roz­ło­ży­li się obo­zem nad Rze­ką Bez­tro­ski – wody tej rze­ki żad­ne naczy­nie nie utrzy­ma. Pew­ną mia­rę tej wody każ­dy koniecz­nie wypić musiał. Któ­rych rozum od tego nie ustrzegł, pili ponad mia­rę. A kto ją pija wciąż, ten zapo­mi­na o wszystkim.

Kie­dy się pokła­dli spać i nade­szła pół­noc, ode­zwał się grzmot i przy­szło trzę­sie­nie zie­mi. Wte­dy w mgnie­niu oka roz­le­cia­ły się duchy na wszyst­kie stro­ny w górę, ku naro­dzi­nom; roz­pry­sły się jak gwiazdy.

Jemu same­mu nie pozwo­lo­no pić tej wody. A jakim spo­so­bem i któ­rę­dy zna­lazł się zno­wu w cie­le, nie wie­dział. Tyl­ko że nagle oczy otwo­rzył; było rano i zoba­czył, że już leży na stosie.

W ten spo­sób, Glau­ko­nie, ten mit oca­lał i nie zgi­nął. Może on i nas oca­li, jeże­li go posłu­cha­my i poprzez Rze­kę Zapo­mnień szczę­śli­wie prze­brnie­my, a nie spla­mi­my duszy. Jeże­li posłu­cha­my mego zda­nia, będzie­my uwa­ża­li, że dusza jest nie­śmier­tel­na i potra­fi wszel­kie zło prze­trzy­mać i wszel­kie dobro, więc będzie­my się zawsze trzy­ma­li dro­gi wzwyż i na wszel­ki spo­sób spra­wie­dli­wość z rozu­mem w czyn wpro­wa­dza­li, aby­śmy byli mili i sobie samym, i bogom; i tutaj, trwa­jąc na miej­scu, i wte­dy, gdy nagro­dę za to weź­mie­my jak ci, co w zawo­dach zwy­cię­stwo odnie­śli i bio­rą nagro­dy, stąd i stam­tąd, więc, żeby nam i z nami, i tu, i w tysiąc­let­niej wędrów­ce, któ­rą­śmy prze­szli, zawsze było dobrze.

Prze­ło­żył Wła­dy­sław Witwicki


Tekst jest dostęp­ny na licen­cji: Uzna­nie autor­stwa-Na tych samych warun­kach 3.0 Pol­ska.

Najnowszy numer można nabyć od 1 września w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2021 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Skomentuj

Kliknij, aby skomentować

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy