Antropologia Etyka Fragment z klasyka

Platon: Mit Era

Najnowszy numer: Jak działa język?

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Najnowszy numer można nabyć od 2 października w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2018 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Źródło: Państ­wo, 614B620D [t. 2, tłum. Władysław Witwic­ki, Warsza­wa 1994, s. 215–224].


Nazy­wał się Er, był synem Arme­niosa, a rodem był z Pam­fil­ii. Zginął kiedyś na wojnie, a gdy po dziesię­ciu dni­ach zbier­a­no trupy, już zep­sute, zabra­no go w stanie świeżym, zanie­siono go do domu i miano go dwu­nastego dnia pogrze­bać. Ale wró­cił do życia, leżąc już na stosie. Wró­ci­wszy, opowiedzi­ał, co widzi­ał po tamtej stron­ie. Więc mówił, że gdy duch z niego wyszedł, zaczął iść wraz z wielo­ma inny­mi, aż przys­zli do jakiegoś miejs­ca nadziem­skiego, gdzie były w zie­mi dwie przepaś­cie, sąsiadu­jące z sobą, a w niebie, na górze, inne takie dwie roz­padliny naprze­ciw. A między nimi siedzieli sędziowie. Ci rozdzielili duchy na dwie gro­mady i spraw­iedli­wym kaza­li pójść na pra­wo i na górę przez ten otwór w niebie, a każde­mu przewiesili wyrok sądu z przo­du. Niespraw­iedli­wym kaza­li iść na lewo i w dół. Ci mieli też – na ple­cach – świadect­wo wszys­t­kich swoich czynów. A kiedy on przyszedł przed sędz­iów, powiedzieli mu, że musi ludziom zanieść wiado­mość o tym, co tam, i przykaza­li mu, żeby wszys­tkiego słuchał i oglą­dał wszys­tko, co się na tym miejs­cu dzi­ało.

Więc on widzi­ał, jak przez dwie roz­padliny, jed­ną w niebie, a drugą w zie­mi, odchodz­iły dusze po odby­ciu sądu, a z dwóch innych przepaś­ci wychodz­iły; z tej w zie­mi okryte bru­dem i kurzem, a przez drugą schodz­iły z nie­ba dusze czyste. I te, które wciąż przy­by­wały, wyglą­dały tak, jak­by wracały z długiej wędrów­ki. Z radoś­cią odchodz­iły na łąkę, aby się na niej roz­goś­cić jak na fes­tynie; tam się witały z sobą te, które były zna­jome, i wypy­ty­wały się powraca­jące z zie­mi o to, co tam, a wraca­jące z nie­ba pytały, jak tam u tych innych na zie­mi. Więc opowiadały sobie nawza­jem to i owo; jedne ze łza­mi i z jękiem wspom­i­nały, ile to i jak wiel­kich cier­pień zaz­nały i widzi­ały pod­czas wędrów­ki pod ziemią – wędrówka trwała tysiąc lat – a te znowu z nie­ba opisy­wały rozkosze i wido­ki niewypowiedzianej pię­knoś­ci. Dłu­go by to wszys­tko opowiadać, Glaukonie; głów­na rzecz w tym, powia­da, że za każdy grzech popełniony i za każdego pokrzy­wd­zonego karę ponosili; za każdy punkt dziesię­ciokrot­ną – to znaczy: raz co sto lat, bo tak dłu­go trwa życie człowieka – aby każdy dziesię­ciokrot­ną pokutą każdą zbrod­nię odpłacił. Więc jeżeli ktoś wielu śmier­ci był winien, bo mias­to wydał nieprzy­ja­cielowi albo obóz pod­dał w niewolę, albo się do innego jakiegoś nieszczęś­cia przy­czynił, szło o to, żeby za każdą taką rzecz dziesięć razy więk­sze męki poniósł, a znowu ci, którzy drugim jakieś dobrodziejst­wa wyświad­czyli i byli spraw­iedli­wi i bogob­o­jni, żeby tak samo zasłużoną nagrodę odnieśli.

A o tych, którzy niedłu­go po urodze­niu umar­li i żyli krót­ki czas, mówił inne rzeczy, ale nie warto o nich pamię­tać. A za bezbożność i pobożność, i za sto­sunek do rodz­iców, i za samobójst­wo o jeszcze więk­szych opowiadał odpłat­ach.

Bo mówił, że był przy tym, jak jeden drugiego pytał, gdzie jest Ardiai­jos, ten wiel­ki. A ten Ardiai­jos był dyk­ta­torem w jed­nym mieś­cie w Pam­fil­ii; kiedyś, jeszcze na tysiąc lat przed tym cza­sem. Ojca starusz­ka zamor­dował i starszego bra­ta i dop­uś­cił się wielu innych czynów bezbożnych, jak mówiono.

Więc powia­da, że zapy­tany odparł: „On nie nad­chodzi i on tu, zda­je się, nie przyjdzie wcale. Bośmy i to oglą­dali pośród tych strasznych wid­owisk. Kiedyśmy już byli blisko wyjś­cia i mieliśmy co tylko wyjść na górę – a tyleśmy się już byli nacier­pieli – nagle zobaczyliśmy jego i innych z nim. Byli tam i jacyś ludzie pry­wat­ni też – z tych, co wielkie grzechy mieli za sobą.

Ci, kiedy już zamyślali wyjść na górę, wtedy ich paszcza przepaś­ci wypuś­cić nie chci­ała, tylko wydawała ryk, ile razy ktoś z tych nieuleczal­nych zbrod­niarzy, albo ktoś, kto jeszcze swej poku­ty nie odbył, próbował wyjść na górę.

Wtedy, powia­da, ludzie dzi­cy, a od żaru na wskroś czer­woni, przy­padli i rozu­miejąc głos przepaś­ci roze­brali jed­nych między siebie i zaczęli ich pędz­ić, Ardiai­josowi zaś i innym związa­li ręce, nogi i głowę, przewró­cili ich, zbili, powlek­li na bok, z dro­gi, zaczęli ich czesać cier­ni­a­mi i dawać zna­ki prze­chodzą­cym, za co to, i pokazy­wali, że ich prowadzą na wrzuce­nie do Tar­taru.

Przeżyły tam dusze wiele różnych stra­chów, ale ten stra­ch był najwięk­szy, aby gło­su przepaś­ci nie usłyszeć przy wchodze­niu na górę. Najchęt­niej każdy wychodz­ił, kiedy przepaść mil­cza­ła. Więc kary i poku­ty były jakieś takie, a były i dobre rzeczy – tam­tym wprost prze­ci­wne.

Kiedy każdy z tych, co byli na łące, kończył swój siód­my dzień, musi­ał wstać i ósmego dnia ruszać w drogę, aby po czterech dni­ach przyjść tam, skąd widać z góry snop światła, przez całe niebo i ziemię rozpię­ty, niby słup, najbardziej do tęczy podob­ny tylko jaśniejszy i czyst­szy. Do tego światła dos­zli po jed­nym dniu dro­gi i zobaczyli tam przez środek światła z nie­ba napięte końce więzów niebies­kich. Bo ono stanowi obwiązanie nie­ba, podob­nie jak liny opa­su­jące okrę­ty trójrzę­dowe; w ten sposób światło wiąże całą obra­ca­jącą się kulę. A między koń­ca­mi jest napięte wrze­ciono Koniecznoś­ci, które wszys­tkie kule obra­ca. Którego oś i hak jest ze stali, a krąg mieszany ze stali i z innych mate­ri­ałów. A budowa kręgu jest taka. Ksz­tałt ma taki sam jak u wrze­cion tute­jszych. Według tego, co mówił, trze­ba sobie przed­staw­ić, że on jest taki: jak gdy­by w jed­nym wielkim kręgu, wydrążonym i przewier­conym na wskroś, tkwił inny taki sam, mniejszy, dokład­nie się z nim styka­ją­cy; tak, jak to wiadra cza­sem pasu­ją i jed­no dokład­nie wchodzi w Drugie. W ten sposób też trze­ci krąg i czwarty, i jeszcze inne cztery. Bo osiem jest wszys­t­kich kręgów, tkwią­cych jedne w drugich. Na górze widać ich przekro­je okrągłe, tworzące ciągłą powierzch­nię grz­bi­etową jed­nego dużego kręgu naokoło osi. A ta oś prze­bi­ja na wskroś krąg ósmy. Więc krąg pier­wszy z zewnątrz ma w przekro­ju najsz­er­szy pierś­cień kołowy, dru­ga z rzę­du jest sze­rokość szóstego, trze­cia – czwartego, czwarta – ósmego, pią­ta – siód­mego, szós­ta – piątego, siód­ma – trze­ciego, a ósma – drugiego. I powierzch­nia najwięk­szego pierś­cienia jest upstr­zona, powierzch­nia siód­mego naj­jaśniejsza, powierzch­nia ósmego bierze swą bar­wę od światła kręgu siód­mego, bar­wy drugiego i piątego są do siebie podob­ne, bardziej żółte od tam­tych, trze­ci krąg ma bar­wę naj­biel­szą, czwarty czer­won­awą, a dru­gi z rzę­du co do białoś­ci jest pierś­cień szósty.

A kiedy się oś krę­ci, obra­ca się z nią całość tym samym ruchem, ale w tej obra­ca­jącej się całoś­ci sie­dem kręgów wewnętrznych obra­ca się po cichu i powoli w kierunku prze­ci­wnym obro­towi całoś­ci. Spośród nich najszy­b­ciej bieg­nie pierś­cień ósmy – potem wol­niej, a ruchem równoczes­nym, siód­my, szósty i pią­ty; trze­cią z kolei szy­bkość obro­tu – tak się im zdawało – posi­a­da krąg czwarty, wiru­ją­cy w stronę prze­ci­wną. Czwartą pręd­kość ma trze­ci, a piątą – dru­gi. A krę­ci się oś obro­tu opar­ta na kolanach Koniecznoś­ci. Tam u góry, na każdym kręgu chodzi Syre­na obra­ca­ją­ca się razem z nim i wyda­je jeden głos, jeden ton. Wszys­tkie razem, a jest ich osiem, tworzą jeden har­moni­jny ako­rd.

Jeszcze inne trzy posta­cie kobiece siedzą naokoło w równych odstę­pach, a każ­da ma swój tron: to Mojry, cór­ki Koniecznoś­ci, w białych suk­ni­ach, a przepas­ki mają na głowach. Lách­esis, Klotó i Atro­pos. Śpiewa­ją zgod­nie z Syre­na­mi. Lach­esis o przeszłoś­ci śpiewa, Klo­to o tym, co jest, tro­pos o tym, co będzie. Klo­to od cza­su do cza­su doty­ka prawą ręką zewnętrznego kręgu wrze­ciona i przyspiesza jego ruch obro­towy, tak samo znowu Atro­pos lewą ręką popy­cha krę­gi wewnętrzne. A Lách­esis jed­ną i drugą ręką doty­ka chwil­a­mi to jed­nych, to drugich.

Więc oni, kiedy tam przys­zli, musieli zaraz iść do Lách­esis. Wtedy ich naprzód jak­iś pro­rok w porząd­ku ustaw­ił, a potem wziął z kolan Lách­esis losy i okazy życia ludzkiego, wstąpił na mównicę wysoką i powiedzi­ał: „Oto Koniecznoś­ci córa, dziewica Lách­esis, mówi: Dusze jednod­niowe, oto początek nowej wędrów­ki okrężnej rodu śmiertel­nego, wędrów­ki kończącej się śmier­cią. Nie was wybier­ać będzie duch; wy sobie będziecie sami ducha obier­ali. Kto pier­wszy los dostanie, ten niech pier­wszy wybiera życie – później już nieuchronne. Dziel­ność nie jest u niko­go w niewoli. Kto ją ceni więcej lub mniej, ten jej dostanie więcej albo mniej. Winien ten, co wybiera. Bóg nie winien”. To powiedzi­awszy, rzu­cił pomiędzy wszys­t­kich losy i każdy pode­j­mował ten, który mu padł u nóg. Tylko on jeden nie wybier­ał. Nie poz­wolono mu. Kto los pod­niósł, ten widzi­ał, który numer dostał.

Potem znowu typowe okazy życia ludzkiego rozłożył przed nimi na zie­mi, a było ich znacznie więcej niż obec­nych. I były różnorodne. Były tam żywoty zwierząt wszys­t­kich i wszys­tkie żywoty ludzkie. Były między nimi i dyk­tatu­ry – jedne doży­wot­nie, a drugie zła­mane i kończące się ubóst­wem, wyg­naniem i nędzą. A były tam i żywoty mężów sławnych; z powierz­chownoś­ci, z pię­knoś­ci i z innej mocy, i z rywal­iza­cji zwycięskiej, znamien­i­tych rodem i cno­ta­mi przod­ków, a także ludzi niesławnych. Tak samo również i kobi­et.

Dusze nie były tam usz­ere­gowane. Dlat­ego że z koniecznoś­ci każ­da musi­ała się stawać inna, jeżeli inny typ życia wybrała. Zresztą były tam losy i pomieszane z sobą, i pomieszane z bogactwem i z ubóst­wem, jedne z choroba­mi, drugie ze zdrowiem, a były i losy pośred­nie.

Zda­je się, że tam właśnie, kochany Glaukonie, najwięk­sze niebez­pieczeńst­wo ludzi czeka, i dlat­ego najwięcej trze­ba się starać, żeby każdy z nas, mniej dba­jąc o inne nau­ki, szukał i tę stu­diował, jeżeli się jej skądeś nauczyć potrafi, i potrafi znaleźć kogoś, kto go nauczy żywot dobry i żywot zły rozpoz­nawać i spośród żywotów możli­wych zawsze i wszędzie żywot lep­szy wybier­ać.

Więc trze­ba szukać podobieństw we wszys­tkim tym, co się ter­az mówiło, i zestaw­iać te rzeczy, i roz­bier­ać sto­sunek życia do dziel­noś­ci, i wiedzieć, co dobrego albo co złego wywołu­je pię­kność pomieszana z ubóst­wem albo z bogactwem, i na tle jakiego stanu duszy to się dzieje, i jak na siebie wpły­wa­ją pochodze­nie wysok­ie i życie pry­watne, i udzi­ał w rządzie, i siła, i brak siły, i wysok­ie wyk­sz­tałce­nie, i brak wyk­sz­tałce­nia, i wszys­tkie takie rzeczy, które z natu­ry swej mają związek z duszą. A jeśli się do nich domiesza­ją jakieś cechy nabyte, to jak to wszys­tko wza­jem­nie wpły­wa na siebie. Tak, żeby opier­a­jąc się w rachunku na tym wszys­tkim, móc wybrać, mając naturę duszy na oku, żywot gorszy albo żywot lep­szy. Gorszym nazy­wa­jąc żywot, który duszę zaprowadzi do tego, że się stanie mniej spraw­iedli­wa, a lep­szym ten, przez który będzie spraw­iedli­wsza. O wszys­tko inne mniejsza. Widzieliśmy i widz­imy, że dla żywego i dla umarłego ten wybór jest najważniejszy.

Trze­ba to przeko­nanie mieć w sobie twarde jak stal i tak do Hadesu iść, aby i tam człowieka nie zbi­jały z tropu bogact­wa i tym podob­ne zła, żeby nie popaść w dyk­tatu­ry i w inne tego rodza­ju prak­ty­ki, i nie spowodować wielu i nieuleczal­nych nieszczęść, a samemu jeszcze więk­szych nie doz­nać, ale umieć zawsze wybier­ać między tymi ostate­cznoś­ci­a­mi życie pośred­nie i unikać prze­sady z jed­nej i z drugiej strony – już i w tym życiu, ile możnoś­ci, i w każdym życiu następ­nym. W ten sposób człowiek najpełniejsze szczęś­cie osią­ga.

Więc tak i wtedy tam, jak mówił ten, co przyniósł wieś­ci z tam­tych stron, odezwał się pro­rok w ten sposób: „Choć­by kto i ostat­ni wszedł, to, jeśli rozum­nie wybrał i potrafi w życiu tak struny nap­inać, żeby har­moni­jnie brzmi­ały, czeka go życie przy­jemne, a nie złe. Ten, kto pier­wszy wybiera, niech nie będzie lekkomyśl­ny, a kto ostat­ni, niech nie traci otuchy”.

Po tych słowach, powia­da, ten, który pier­wszy losował, naty­ch­mi­ast pod­szedł i wybrał najwięk­szą dyk­taturę. Głupi był i żarłok wiel­ki, więc nie roz­pa­trzył dobrze wszys­tkiego przy wyborze i nie zauważył, jakie tam przez­nacze­nie było w środ­ku: miał własne dzieci pożer­ać. Inne nieszczęś­cia czekały go też. A kiedy się przy wol­niejszej chwili nad tym zas­tanow­ił, zaczął się sam bić pięś­ci­a­mi i głośno narzekać na swój wybór – nie zapamię­tał i nie trzy­mał się tego, co z góry mówił pro­rok. I nie sobie samemu przyp­isy­wał swo­je nieszczęś­cia, tylko obwini­ał los i duchy, i wszys­tko inne raczej, zami­ast samego siebie. A to był jeden z tych, którzy z nie­ba wracali, i w poprzed­nim życiu żył w państ­wie dobrze urząd­zonym i charak­ter miał dobry, tylko nie był filo­zofem. Żeby tak powiedzieć, to przy takiej sposob­noś­ci wpa­da bard­zo wielu z tych, co z nie­ba wraca­ją, bo nie mają ćwiczenia, nie nawyk­li do trudów i przykroś­ci.

A ci liczni, którzy wraca­ją z zie­mi, przez to, że i sami dużo przes­zli i nap­a­trzyli się drugim, nie wybier­a­ją tak z pier­wszego rozpę­du. I dlat­ego też wiele dusz spo­ty­ka odmi­ana zła i dobra, a bywa, że i los tak pada. Bo jeżeli ktoś zawsze, ile razy na ten świat przy­chodzi, filo­zofią się zaj­mu­je zdrowo, a los mu jakoś nie wypad­nie ostat­ni, ten zgod­nie z tym, co tam głoszą, nie tylko tu będzie szczęśli­wy, ale i wędrówkę stąd tam i z powrotem będzie miał nie po zie­mi i ciężką, tylko lekką i po niebie.

To wid­owisko, powia­da, warto było zobaczyć, jak to dusza swo­je życie wybier­ała. Moż­na było widzieć i taką, co budz­iła litość, i widzieć śmieszną i podzi­wu god­ną. Bo po więk­szej częś­ci dokony­wały wyboru zgod­nie z nawykiem z poprzed­niego życia.

Powia­da więc, że widzi­ał duszę niegdyś Orfeusza, jak wybier­ała żywot łabędzia przez odrazę do płci żeńskiej. Orfeusz poniósł śmierć z ręki kobi­et, więc nie chci­ał przy­chodz­ić na świat przez ciało kobi­ety. I widzi­ał duszę Tamyrasa, jak wybiera żywot słowi­ka. A widzi­ał też łabędzia, który dla odmi­any postanow­ił wybrać życie człowieka, a inne muzykalne zwierzę­ta tak samo. Dwudzi­es­ta z rzę­du dusza obrała życie lwa. A ta była Ajak­sa, syna Tela­m­ona. Nie chci­ała się stawać człowiekiem; pamię­tała ten sąd, który rozstrzy­gał o zbroi. A po niej dusza Age­mem­nona. Ona też z odrazy do rodza­ju ludzkiego i przez prze­byte cier­pi­enia wolała się w orła przemienić. Gdzieś pośrod­ku losowała dusza Ata­lan­ty. Zobaczyła zaszczytne odz­na­ki atle­ty i nie umi­ała prze­jść mimo – wzięła swój los. A potem widzi­ał duszę Epei­josa, syna Panopeusa, jak weszła w naturę kobi­ety o zdol­noś­ci­ach do tech­ni­ki. A dalej, pośród ostat­nich, zobaczył duszę tego błaz­na Ter­syte­sa, jak wstępu­je w ciało małpy. Przy­pad­kiem dusza Odyseusza losowała na samym końcu. Już szła do wyboru, ale, przy­pom­ni­awszy sobie min­ione trudy przez żądzę sławy ponie­sione, dała pokój ambicjom i chodząc dłu­go tędy i owędy szukała losu człowieka pry­wat­nego, który by miał czas wol­ny. Z wielką trud­noś­cią go znalazła. Leżał gdzieś tam, porzu­cony, bo inni go nie chcieli. Zobaczy­wszy go, powiedzi­ała, że i za pier­wszym razem była­by też ten los wybrała, więc ter­az pod­jęła go z radoś­cią.

Dusze wielu zwierząt prze­chodz­iły w ludzi i prze­chodz­iły jedne zwierzę­ta w drugie. Niespraw­iedli­we dusze wstępowały w zwierzę­ta dzikie, a spraw­iedli­we przemieni­ały się w zwierzę­ta łagodne – odby­wały się wszelkie możli­we przemi­any.

Więc sko­ro wszys­tkie dusze żywoty sobie wybrały, zaczęły po porząd­ku, jak która losowała, pod­chodz­ić do Lách­esis. Ona każde­mu przy­dzielała ducha, którego sobie każdy wybrał i posyłała go wraz z nim, aby był stróżem ludzkiego życia i dopeł­ni­ał tego, co sobie każ­da dusza obrała. Duch opiekuńczy naprzód prowadz­ił duszę do Klotó – pod jej rękę obra­ca­jącą oś wszechświa­ta, aby zatwierdz­ić los obrany. A gdy jej dotknął, wiódł duszę tam, gdzie Atro­pos przędła, aby nić przez­naczenia uczynić nieod­wracal­ną. Stamtąd, nie odwraca­jąc się sam, szedł pod tron Koniecznoś­ci, minął go, a sko­ro i inni tamtędy przes­zli, skierowali się wszyscy na Dolinę Zapom­nień poprzez upał i żar okrop­ny. Tam nie było drzew ani czegokol­wiek, co ziemia wyda­je. A że już się miało ku wiec­zorowi, więc rozłożyli się obozem nad Rzeką Beztros­ki – wody tej rze­ki żadne naczynie nie utrzy­ma. Pewną miarę tej wody każdy koniecznie wyp­ić musi­ał. Których rozum od tego nie ustrzegł, pili pon­ad miarę. A kto ją pija wciąż, ten zapom­i­na o wszys­tkim.

Kiedy się pokładli spać i nadeszła północ, odezwał się grz­mot i przyszło trzęsie­nie zie­mi. Wtedy w mgnie­niu oka rozle­ci­ały się duchy na wszys­tkie strony w górę, ku nar­o­dzi­nom; rozprysły się jak gwiazdy.

Jemu samemu nie poz­wolono pić tej wody. A jakim sposobem i którędy znalazł się znowu w ciele, nie wiedzi­ał. Tylko że nagle oczy otworzył; było rano i zobaczył, że już leży na stosie.

W ten sposób, Glaukonie, ten mit ocalał i nie zginął. Może on i nas ocali, jeżeli go posłuchamy i poprzez Rzekę Zapom­nień szczęśli­wie prze­brniemy, a nie splamimy duszy. Jeżeli posłuchamy mego zda­nia, będziemy uważali, że dusza jest nieśmiertel­na i potrafi wszelkie zło przetrzy­mać i wszelkie dobro, więc będziemy się zawsze trzy­mali dro­gi wzwyż i na wszel­ki sposób spraw­iedli­wość z rozumem w czyn wprowadza­li, abyśmy byli mili i sobie samym, i bogom; i tutaj, trwa­jąc na miejs­cu, i wtedy, gdy nagrodę za to weźmiemy jak ci, co w zawodach zwycięst­wo odnieśli i biorą nagrody, stąd i stamtąd, więc, żeby nam i z nami, i tu, i w tysią­clet­niej wędrów­ce, którąśmy przes­zli, zawsze było dobrze.


Pobierz tekst w PDF.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy