Kiedy profesor Sarah Joseph zaprosiła mnie do udziału w panelu na temat małżeństw jednopłciowych, początkowo chciałem odmówić. Obiecałem żonie i sobie samemu, że zdecydowanie ograniczę mój udział w życiu publicznym. Po namyśle powiązałem jednak ze sobą dwie sprawy i przyjąłem zaproszenie.
Dwa wspomnienia
Po pierwsze, przypomniałem sobie rozmowę jaką odbyłem niedawno w Londynie z dwójką bliskich przyjaciół. Byli to Peter Steele, jezuita, ksiądz, poeta i profesor anglistyki na Uniwersytecie w Melbourne, oraz Nick Drake, poeta, powieściopisarz, scenarzysta i żarliwy gej. Peter i ja wyraziliśmy nasze współczucie dla Rowana Williamsa – również niezłego poety – który miał pecha zostać mianowanym Arcybiskupem Canterbury w czasie, gdy Kościołowi Anglikańskiemu groził rozłam z powodu wyświęcenia na księży kilku gejów. Oburzenie ultrakonserwatystów w Kościele wzmógł dodatkowo fakt, że nowo wybrany arcybiskup sam opowiadał się za święceniem homoseksualnych księży. Stąd współczucie, jakie Peter i ja wyraziliśmy dla dość groteskowego położenia Williamsa. Z całkowitym zrozumieniem przyjęliśmy jednak, że aby zapobiec rozłamowi w Kościele, Williams co najmniej osłabi swoje poparcie dla homoseksualnych duchownych.
Nick nie odezwał się ani słowem, lecz dostrzegłem bolesny wyraz jego oczu. Kryło się w nich pytanie: czy naprawdę jest aż tak oczywiste, że nie warto dla tej sprawy zaryzykować rozłamu w Kościele? Czy sprawa nie wyglądałaby inaczej, gdyby chodziło o rasizm? Utwory Nicka, w których opiewa gejowską miłość i śmierć, głęboko mnie poruszyły, podobnie jak jego zrozumienie dla miłości heteroseksualnej, w niektórych z jej wyjątkowo namiętnych i destrukcyjnych form – zrozumienie, które znalazło wyraz w jego scenariuszu do adaptacji filmowej mojej książki Mój ojciec Romulus. W reakcji na jego pełne bólu spojrzenie zdałem sobie sprawę, jak niewiele rozumiem. Wykład ten jest więc w pewnej mierze aktem zadośćuczynienia. Niewypowiedziane wprost pytanie Nicka – czym różni się sprzeciw wobec wyświęcania gejów czy wobec gejowskich małżeństw od rasizmu? – stanowi temat mego wystąpienia.
Po drugie, wróciłem wspomnieniami do mojego pierwszego spotkania z Ronem Castanem. Chciał przedyskutować ze mną esej, jaki napisałem na temat filozoficznych założeń i konsekwencji decyzji Wysokiego Sądu w sprawie Mabo przeciwko Queensland. W eseju tym analizowałem między innymi koncepcję rasizmu, która, jak sądzę, stała u podstaw decyzji sędziego Brennana – przynajmniej w postaci milcząco przyjętych założeń. Jest dla mnie zaszczytem przemawiać w centrum praw człowieka, które nosi imię Rona Castana. Mój ówczesny tekst i obecne wystąpienie wiele łączy. W eseju na temat Mabo twierdziłem, że przezwyciężając rasistowskie przekonania, które umożliwiły, jeśli nie doktrynalne sformułowanie, to przynajmniej stosowanie terra nullius w praktyce, Mabo wywalczyła głębszą sprawiedliwość niż ta, jaką mogłyby zagwarantować pojęcia bezstronności (fairness) oraz równego dostępu do dóbr i możliwości. Jak twierdziłem, mamy tu do czynienia z uznaniem pełnego człowieczeństwa australijskich Aborygenów. Tu chcę sformułować podobny argument: sprawiedliwość, jaką osiągnęlibyśmy legalizując małżeństwa jednopłciowe, ma głębszy sens niż mogłyby sugerować argumenty o równości, które na ogół przytacza się w debacie toczącej się obecnie w Australii i gdzie indziej. Podobnie jak w wypadku Mabo, choć w inny sposób, mielibyśmy do czynienia z uznaniem w pełni człowieczeństwa gejów i lesbijek. Aby wyjaśnić bliżej moje stanowisko, które nawet zwolennicy jednopłciowych małżeństw mogą uznać za przesadne, nakreślę pewną mapę pojęciową. Dzięki temu będę w stanie dokładniej ustalić nasze obecne położenie.
Pewnego typu rasiści – rasizm to złożone zjawisko, tu chodzi jedynie o tę jego odmianę, która zwykle dotyczy koloru skóry – prawie nigdy nie są zdolni dostrzec w swoich ofiarach jakiejkolwiek głębi. Nie są w stanie pojąć choćby tego, że rodzicielstwo czy seksualność może dla „nich” (tj. dla ofiar rasistowskiego poniżania) znaczyć to samo co dla „nas”. Nie są w stanie tego pojąć w tym samym sensie, w jakim nie do pojęcia jest, że dostrzeglibyśmy człowieczeństwo w karykaturalnym wizerunku czarnego, wykonanym rozmyślnie i za społecznym przyzwoleniem, który pokazuje wewnętrzne życie czarnych tak, jakby ewolucyjnie nie wyprzedzili małp. Taki wizerunek z założenia nie mógłby wyrażać pełnej skali i głębi ludzkich emocji. Sam Bóg nie doszukałby się w nim całego bogactwa ludzkich form wyrazu.
Prawnicze uzasadnienia osadnictwa kolonialnego w wielu częściach świata niejednokrotnie grzeszyły tego typu rasizmem. Były zazwyczaj teoretycznie spójne z uznaniem pełnego człowieczeństwa tych, których ziemie kolonizowano, w praktyce jednak niemal zawsze wyrażały rasistowskie lekceważenie wobec „zdolności niektórych kategorii rdzennej ludności do posiadania prawa do ziemi czy do żywotnego związku z nią” (by zacytować sędziego Brennana). Lekceważenie to było wyrazem przekonania, że skoro brak „im” głębi, to usunięcia ich siłą z ich ziem niepodobna traktować jako wydziedziczenia, z wszystkimi moralnymi i duchowymi skojarzeniami, jakie słowo to wywołuje w języku potocznym. W związku z tym nie może ono stanowić ciężkiej przewiny wobec nich. Dobitniej niż wcześniejsze wyroki w innych krajach – na przykład w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie – Mabo pokazała, moim zdaniem, dlaczego w Australii odrzucenie terra nullius i praw własności skażonych rasistowskimi założeniami, które często dyktowały sposób, w jaki stosowano te prawa, oznaczało w gruncie rzeczy uznanie pełnego człowieczeństwa wydziedziczonych rdzennych mieszkańców. Z chwilą, gdy to sobie uświadomimy, zrozumiemy także, jak myślę, dlaczego uznanie pełnego człowieczeństwa jakiegoś ludu czy grupy jest aktem sprawiedliwości, którego nie sposób właściwie pojąć, jeśli − jak to się często dzieje – sprowadzimy sprawiedliwość do bezstronności. Spójrz na mnie jak na istotę ludzką, jak na twego bliźniego i uznaj w pełni moje człowieczeństwo – to wymóg sprawiedliwości, ale tylko moralny ślepiec sprowadziłby je do żądania bezstronnego traktowania, choć nie ulega wątpliwości, że takie traktowanie będzie często jego naturalną konsekwencją.
Tak jak wielu kolonistów nie mogło sobie wyobrazić, by aborygeńscy mężczyźni i kobiety mogli mieć jakąś głębszą łączność ze swą ziemią, tak wielu ich potomków nie mogło sobie wyobrazić, by Aborygeni mogli mieć taką łączność ze swoimi dziećmi. Pierwszy rodzaj zaślepienia pozwolił białym odebrać im ze stosunkowo czystym sumieniem ich ziemie; drugi pozwolił odebrać im dzieci – pod rozmaitymi pretekstami, które wszakże często służyły celowemu unicestwieniu aborygeńskiej ludności.
Rasiści mogą się zmienić. Jak wiemy, niejednokrotnie zdarza się to dzięki codziennemu obcowaniu z ludźmi, których zwykli poniżać, albo dlatego, że ich dzieci związały się z którymś z „nich”. Ten dobrze znany fakt nie powinien jednak doprowadzić nikogo do zrozumiałego, ale fałszywego wniosku, że poniżające nastawienie rasistów (tych, którzy wyrażają przekonanie, iż brak „im” głębi) stanowi wynik błędnych empirycznych uogólnień, łatwo dających się wykorzenić za pomocą stosownej edukacji. By uniknąć tego mylnego wniosku, musimy zwrócić uwagę na ważne rozróżnienie między tym, jak rasiści rezygnują z przekonania, że sprawy umysłu czy ducha są nieistotne dla poniżanych przez nich ofiar, a tym, jak mogliby zrezygnować z przekonania, że czarni mają znacznie niższy iloraz inteligencji, że są leniwi, że włada nimi popęd seksualny, że są rozwiąźli, że rodzą się z wyczuciem rytmu albo że są okrutni wobec zwierząt (by wyliczyć tylko niektóre stereotypy). Stereotypy te mają swoją gramatykę – swoją postać logiczną – empirycznych uogólnień. Nawet kiedy, co typowe dla rasistów, na tyle głęboko wniknęły w psychikę, że nie poddają się racjonalnej krytyce, można je porównać do przekonania, iż Niemcy są wydajni, Włosi są dobrymi kochankami, a w angielskiej restauracji trudno zjeść przyzwoity posiłek. Jednak dostrzeżenie dzięki codziennemu kontaktowi godności w ludzkich twarzach, którzy przedtem wszystkie wyglądały jednakowo, dostrzeżenie w nich pełnej skali ludzkich form wyrazu, dostrzeżenie rozdzierającego duszę cierpienia w ich krzyku, muzyce czy sztuce, usłyszenie całej głębi języka w dźwiękach, które uprzednio wydawały nam się komiczne – wszystko to razem i z osobna różni się od konstatacji, że, powiedzmy, nieźle zdają testy na iloraz inteligencji. Pełni człowieczeństwa ludzi poniżanych przez rasistów nie odkryjemy w podręcznikach socjologii, zwłaszcza tych, które sprowadzają się do wiedzy czysto encyklopedycznej. Jeśli w ogóle odkryjemy ją podczas lektury, to będzie to lektura sztuk, powieści i poezji – inaczej mówiąc, dzieł sztuki, a nie nauki.
Analogia z rasizmem
Czy wrogość wobec jednopłciowych małżeństw przypomina rasizm? Czy jest ona podobna do, powiedzmy, wrogości rasistów wobec małżeństw międzyrasowych? Jeśli tak, to trzeba się zastanowić, czy powinniśmy w ogóle o tej kwestii rozmawiać. Kto dziś uwierzy, że mogliśmy kiedyś na chłodno deliberować, czy pozwolić czarnym łączyć się w pary z białymi? Czy moglibyśmy dyskutować o tym w takim sensie, który zakłada, że poważni, zorientowani w temacie ludzie dobrej woli mogą przyjąć inny pogląd? Czy moglibyśmy dyskutować o tym w tym sensie, który zakłada, że strony sporu liczą się z możliwością, iż zostaną przekonane o fałszywości swojego stanowiska? Wątpię, aby było to możliwe. Gdyby sprzeciw wobec małżeństw jednopłciowych wynikał jedynie z homofobii, rozmowa na ten temat byłaby równie niestosowna, jak dyskusja, czy prawo powinno dopuszczać małżeństwa międzyrasowe.
W tym miejscu czytelnik może się spodziewać, że na pytanie, czy sprzeciw wobec małżeństw jednopłciowych przypomina rasizm, odpowiedź brzmi: czasem tak, a czasem nie. Z homofobią mamy, jak sądzę, do czynienia wówczas, gdy widzimy tę samą mieszaninę niedowierzania i obrzydzenia, jaką myśl o międzyrasowym małżeństwie wywołuje u rasisty. Podobnie jak rasiści, choć może mniej ostentacyjnie, homofobi lekceważą bogactwo życia wewnętrznego gejów i lesbijek i, podobnie jak rasiści, uzasadniają to odwołując się do rzekomo ewidentnych faktów (zazwyczaj chodzi o rzekome fakty na temat tego, co jest, a co nie jest naturalne). Każdy, kto będzie na tyle naiwny, by wdać się w dyskusję z rasistą czy homofobem, zda sobie po chwili sprawę, iż przeskakują oni od jednego uzasadnienia do drugiego, zdradzając tym samym, że ich uczucia niewiele mają wspólnego z racjami, jakie przytaczają na ich poparcie. Nie chodzi mi o to, że emocje zaślepiają rasistów i homofobów, ale o to, że racje, jakie podają, są nie tyle przyczyną ich poglądów i wrogości, ile ich racjonalizacją.
Aby przekonać się, jak daleko sięga analogia z rasizmem, zauważmy dwie rzeczy. Po pierwsze, żądanie, by prawo dopuściło jednopłciowe małżeństwa, nie jest w żadnym razie porównywalne z żądaniem równego dostępu do dóbr i możliwości. Inaczej wystarczyłaby jakaś korzystna dla gejów i lesbijek forma związku cywilnego. Jednak dla wielu z nich żądanie prawa do zawarcia małżeństwa nie sprowadza się do żądania kolejnego prawa, będącego jedynie przedłużeniem takich praw jak, powiedzmy, prawo do dziedziczenia własności. To żądanie z całkiem innego porządku. Mamy tu oczywiście do czynienia z żądaniem sprawiedliwości. Podobnie jednak jak żądanie, by Australijczycy uznali, że ziemia w czasach osadnictwa nie była terra nullius, żądanie prawa do zawierania małżeństw nie jest domaganiem się sprawiedliwości rozumianej jako bezstronność. Sprawiedliwość rozumie się w tym wypadku jako równe prawo do szacunku. Absurdem byłoby sądzić, że żądanie uznania pełni czyjegoś człowieczeństwa nie różni się niczym od żądania równego dostępu do dóbr i możliwości.
Czy stwierdzenie, że domagając się prawa do małżeństwa, geje i lesbijki domagają się w istocie uznania pełni ich człowieczeństwa, należy rozumieć jako przenośnię? Sądzę, że nie. Wróćmy do mojego twierdzenia, że uznać kogoś za bliźniego to zobaczyć w nim kogoś, kto jest zdolny całkowicie wypełnić treść faktów określających ludzką kondycję. Jednym z takich faktów jest nasza seksualność i to jak głęboko nas przenika – tak głęboko iż tworzy fundament naszego poczucia tożsamości.
Po drugie, co powinno być już teraz jasne, żądanie zgody na zawieranie małżeństw nie stanowi jedynie przedłużenia wcześniejszego żądania dekryminalizacji związków homoseksualnych. Dlatego powoływanie się na klasyczne argumenty liberalne jest chybione. Liberalizm – tego rodzaju filozofia polityki, którą uformował John Stuart Mill – głosi (z grubsza), że państwo nie powinno ingerować w działanie osoby, o ile to działanie nikogo nie krzywdzi. Pozwolenie gejom i lesbijkom na określone zachowania w zaciszu ich sypialni nie zobowiązuje państwa do przyjęcia żadnego poglądu moralnego w sprawie natury tych zachowań. Ktoś może uznać je za odrażające (podobnie jak za odrażający można uznawać seks oralny czy analny między osobami heteroseksualnymi, a nawet seks w ogóle), a mimo to żarliwie i w duchu zasad liberalizmu utrzymywać, że państwo nie powinno mieszać się w to, co za obopólną zgodą robią dorośli, gdy nikogo nie krzywdzą. Taka osoba nie musi zarazem uważać, że należy zezwolić na małżeństwa gejów lub lesbijek. Małżeństwo ma uczcić związek seksualny. Nikt nie mógłby pochwalać uroczystego celebrowania czegoś, co uważa za odrażające. Gdy chodzi o to, co ludzie robią w swoich sypialniach, państwo może i, jak sądzę, powinno zachować moralną neutralność, o ile nikomu nie dzieje się krzywda, a zainteresowane strony wyraziły zgodę. Gdy jednak chodzi o to, co państwo uroczyście celebruje, nie może ono zachować całkowitej neutralności moralnej. A tego właśnie, jak już wspomniałem, zdają się domagać geje i lesbijki, gdy oczekują uznania, że ich miłość można celebrować jako coś cennego i ważnego, oraz uznania, że potrafią oni doświadczyć wszystkich radości i wypełnić wszystkie zobowiązania przypisywane miłości małżeńskiej. Żądanie to nie ma w żadnym razie charakteru liberalnego; przeciwnie, jest to żądanie komunitarne – dotyczy ono, jak powiedziałem, uznania w pełni ich człowieczeństwa przez współobywateli.
Główny zarzut wobec małżeństw jednopłciowych
Myślę, że doszliśmy teraz do punktu na naszej mapie pojęciowej, z którego łatwiej zobaczyć, jak wygląda najczęstszy zarzut wobec małżeństw jednopłciowych w naszym społeczeństwie. Nie stawiają go ludzie, dla których relacje homoseksualne są niemoralne, perwersyjne czy nieuporządkowane. Inaczej niż w wypadku opisanych przeze mnie wcześniej homofobów, poglądy tych ludzi na temat gejów i lesbijek nie są naznaczone tym, że uważają ich miłość za nieodpowiednią, by stała się miłością małżeńską. Niemniej uważają, że geje i lesbijki nie mogą uzyskać tego, na czym im najbardziej zależy – nie dlatego, że prawo tego zakazuje, ale dlatego, że prawo nie może przemienić w miłość małżeńską czegoś, co z istoty się na nią nie nadaje. Rozwijając dalej tę myśl: nawet gdyby prawo omyłkowo dopuściło małżeństwa jednopłciowe, byłyby to tylko „małżeństwa” w cudzysłowie. Państwo nie może zrobić czegoś, co jest pojęciowo niemożliwe. Próbując tego dokonać i dopuszczając małżeństwa jednopłciowe, wprowadziłoby jedynie zamęt i obniżyło rangę, jaką ma pojęcie małżeństwa. Według mnie to właśnie jest najczęstsza odmiana tradycyjnego poglądu na małżeństwa jednopłciowe.
Zanim poddamy go ocenie, spróbuję najpierw wyjaśnić go dokładniej. Istnieją takie granice naszych działań, które nie są fizyczne, psychiczne ani nawet moralne. Są to granice wyznaczone przez warunki, które musi spełnić działanie, aby podpadało pod określone pojęcia. Oto kilka prostych przykładów. Nie możesz przesłać sygnału, jeżeli nie istnieją określone konwencje. Bez nich żadne z twoich działań nie stanowi przesłania sygnału. Nie możesz kogoś obrazić, jeśli nie istnieją określone normy związane z obrazą. I tak dalej. Bywa, że kryteria rządzące stosowaniem pojęcia są umowne i można je zmienić za zgodą zainteresowanych stron lub na mocy arbitralnej decyzji. Ale nie zawsze tak jest. Co tak naprawdę znaczy kochać, modlić się, być rodzicem lub nauczycielem? Można bez końca głowić się nad tymi pytaniami. Sporów wokół nich nie da się rozstrzygnąć na drodze definicji czy obrad komisji – podobnie jak sporu o to, co znaczy być mordercą lub, ogólniej, co znaczy głęboko kogoś skrzywdzić. To samo dotyczy niezgody co do tego, na czym polega związek małżeński: namysł nad tą kwestią można snuć w nieskończoność, a sporu nie da się rozstrzygnąć na drodze arbitralnego postanowienia, definicji czy obrad komisji. Gdyby tak nie było, małżeństwo pozbawione byłoby głębi, a geje i lesbijki nie dążyliby do niego z taką determinacją, jaka cechuje wielu z nich. Małżeństwo byłoby jedynie czysto kontraktowym związkiem. Wielu ludzi, jak się zdaje, tak właśnie je traktuje. Ale jeśli gejom i lesbijkom chodzi jedynie o kontrakt regulujący ich związki, to nie ma potrzeby dążyć do zawierania małżeństw.
Pomocna może się tu okazać analogia – tym razem odnosząca się nie do rasizmu, a do stosunkowo niedawnego upadku traktowanej poważnie koncepcji uniwersytetu. Kiedy były minister edukacji [w rządzie Australii] John Dawkins (John Dawkins (ur. 1947) w latach 1987–1991 minister Szkolnictwa Wyższego w Australii, wprowadził kontrowersyjne zmiany administracyjne w tym sektorze, przywrócił także opłaty za studia), nadał większości instytucji szkolnictwa wyższego tytuł „uniwersytetu”, nikt, kto poważnie zastanowił się nad pojęciem uniwersytetu, nie miał złudzeń, że wiele z tych instytucji było uniwersytetami tylko z nazwy. Równie jasne było to, że większość z nich nigdy nie zasłuży na to miano. Łatwo było przewidzieć, że chociaż nierówności prestiżu, którym Dawkins chciał zapobiec, powrócą w jakiejś formie, nikt już nie odbierze nazwy „uniwersytetu” instytucjom, które w oczywisty sposób na nią nie zasługują. W rezultacie pojęcie uniwersytetu straciło, przynajmniej na jakiś czas, swoją rolę w dyskursie publicznym. Żadna instytucja szkolnictwa wyższego nie uważa tego, co robi (na przykład kursów, które wprowadza czy usuwa) za coś, co przypomina uniwersytet z prawdziwego zdarzenia. Sądząc, że mogą przyznać tytuł, którego ze względów pojęciowych nie mogli przyznać, Dawkins i jego następcy obniżyli rangę pojęcia uniwersytetu, a przez to również jednej z historycznie wyróżnionych formy życia umysłowego, mianowicie życia akademickiego. Mam nadzieję, że analogia z tym, jak niektórzy postrzegają możliwość nadania związkom gejów i lesbijek nazwy „małżeństwo”, jest dla każdego czytelna.
Odpowiedź na zarzut
Czy istnieje jakaś racja, by sądzić, że mają rację? Pomijając zarzuty moralne, czy istnieje jakaś przekonująca koncepcja małżeństwa, która uniemożliwiałaby gejom i lesbijkom zawarcie prawdziwego małżeństwa, a nie małżeństwa tylko z nazwy? Myślę, że nie istnieje. Nie wykluczają go, jak sądzę, względy roztropnościowe, które ukształtowały historycznie małżeństwo jako instytucję – względy związane z zapewnieniem dzieciom stabilnego domu, z korzyściami, jakie przynosi to społeczeństwu, z kwestią dziedziczenia własności itd. Małżeństwa jednopłciowe nie stanowią tu żadnego zagrożenia. Przeciwnie, jak się żartobliwie mówi, dziś tylko geje, lesbijki i księża chcą zawierać małżeństwa, a zatem danie im na to przyzwolenia mogłoby nie tyle osłabić, co wzmocnić tę instytucję.
Nie wyklucza go również twierdzenie, że małżeństwo było zawsze związkiem mężczyzny i kobiety. Nawet jeśli historycznie jest to prawdą, możliwe są przecież zmiany i zmiany te mogą zajść, nawet jeśli powszechność i waga historyczna tego, co ukształtowało instytucję małżeństwa, ukształtowało też nasze pojęcie małżeństwa. Pojęcia można rozszerzać. Trafna i ważna myśl, że nasze działania są ograniczone przez to, czy mogą spełnić kryteria rządzące stosowaniem określonych pojęć, oraz trafna i ważna myśl, że pewne pojęcia mają taką wagę, że wykluczona jest ich zmiana na drodze arbitralnego postanowienia lub zwykłych uzgodnień – te dwie myśli, ani łącznie, ani z osobna, nie wykluczają możliwości radykalnej zmiany pojęciowej.
Małżeństwo – głosi najczęstszy z tradycyjnych zarzutów wobec małżeństwa jednopłciowego – jest z istoty związkiem mężczyzny i kobiety, ponieważ miłość seksualna między nimi może zostać pogłębiona w sposób, który nie wchodzi w rachubę w wypadku miłości między gejami lub lesbijkami, mianowicie dzięki możliwości wydania na świat nowego życia. Chodzi tu nie tylko o to, że związek seksualny mężczyzny i kobiety daje płodnej parze możliwość zaznania radości z posiadania dzieci, ani nawet o to, że umożliwia kobiecie radość z noszenia ich. Chodzi raczej o to, że związek tej miłości z niezwykłością i cudownością życia nieskończenie pogłębia miłość heteroseksualną, pogłębiając w kochających się osobach rozumienie tego, co znaczy być mężczyzną i co znaczy być kobietą.
Istnieją, oczywiście, odpychające warianty tej myśli – warianty, w których miłość gejów i lesbijek przedstawia się jako perwersyjną, zdeprawowaną, z istoty nieuporządkowaną i złą. Jednakże, jak o tym świadczą stulecia naszej sztuki, ma ona też inne warianty. Dla potrzeb argumentu, przyjmijmy, że to prawda [tj. że związek miłości heteroseksualnej z cudem nowego życia niezwykle ją pogłębia]. Nadal dwie rzeczy wydają się oczywiste. Po pierwsze, nie jest to spór, w który powinno się mieszać państwo. A skoro tak, to żadna ze stron nie powinna mieć po swojej stronie prawa. Po drugie, nawet jeśli to prawda, że miłość pozwalająca wydać na świat potomstwo stwarza możliwość głębi niedostępnej w innych odmianach miłości seksualnej, dlaczego na tej podstawie wykluczać, że miłość między gejami lub lesbijkami odznacza się głębią konieczną, by miłość ta stała się miłością małżeńską? Dlaczego mielibyśmy wątpić, że miłość gejów i lesbijek może z godnością i wrażliwością dążyć do pełnego i głębokiego zrozumienia tego, na czym polega związek małżeński oraz tego, jak miłość zostaje przemieniona przez przysięgę małżeńską, stając się miłością małżeńską? Podejrzewam, że tylko niewiedza, brak zrozumienia lub resztki homofobii, mogłyby nasunąć komuś takie wątpliwości.
Niewiedzę można uleczyć. Jednakże, jak argumentowałem wcześniej w odniesieniu do rasizmu, lekarstwem nie jest filozofia, metafizyka czy nauka, lecz sztuka – poezja, powieści, malarstwo i film, a także tego rodzaju doświadczenie [obcowania z drugim], o którym wspomniałem wcześniej w kontekście rasizmu. Zwróciłem wcześniej uwagę na ważną różnicę między, z jednej strony, dostrzeżeniem godności w twarzach, który wcześniej wydawały się jednakowe czy ujrzeniem w czarnym ciele cech zachęcających do czułej pieszczoty, a nie jedynie obiektu pożądania, i, z drugiej strony, zdobyciem wiedzy, przez doświadczenie lub lekturę książek naukowych, że rzekomo oparte na faktach stereotypy na temat ofiar własnych uprzedzeń rasowych są fałszywe. Jeśli się nie mylę, troska o sprawiedliwość we wspólnocie powinna być przede wszystkim troską o to, by jej instytucje zawsze pomagały dostrzec pełnię człowieczeństwa naszych bliźnich i zareagować na nią. Najważniejsze są te instytucje, które wyrażają naszą odpowiedź na fakty określające kondycję ludzką. Są to instytucje, które zajmują się narodzinami, podatnością na nieszczęśliwy los i śmierć, a także, co zrozumiałe, seksualnością. Z tej racji nawet ludzie, którzy nie przykładają wagi do małżeństwa – w tym również ci geje i lesbijki, którzy są do niego wrogo nastawieni, ponieważ uważają, że zniekształca radykalne potencjalności tkwiące w ich seksualności – powinni uznać rewizję Aktu Małżeńskiego za pilny imperatyw polityczny.
Przełożyli Marcin Iwanicki i Joanna Klara Teske
Same-Sex Marriage: Affirming Humanity, w: R. Gaita, Justice and Hope. Essays, Lectures and Other Writings, Melbourne: Melbourne University Press 2024, s. 470–482. Przekład za zgodą Autora.
Warto doczytać
- R.M. Adams, Ludzka natura, chrześcijańskie powołanie i płcie, przeł. M. Iwanicki, „Analiza i Egzystencja” 52 (2020), s. 5–18, https://wnus.usz.edu.pl/aie/pl/issue/1146/article/18584/
- R. Gaita, Justice Beyond Fairness: Mabo and Social Justice, w tenże, A Common Humanity. Thinking About Love and Truth and Justice, London: Routledge 2000, s. 73–85.
- R. Gaita, Not Right: On Mabo, Guilt and Shame, w: tenże, Justice and Hope. Essays, Lectures and Other Writings, Melbourne 2024, s. 147–170.
- R. Gaita, Mój ojciec Romulus, przeł. M. Budzińska, Wołowiec 2013.
- R. Lis, Moja ukochana i ja. Ślub, Kraków 2025.
Raimond Gaita – Filozof australijski, autor m.in. A Common Humanity. Thinking about Love and Truth and Justice (2002), Romulus, My Father (1998, wyd. pol. 2013) i The Philosopher’s Dog (2016). Strona internetowa: https://raimondgaita.com.au/
Grafika: WikiArt
Prowadzenie portalu filozofuj.eu – finansowanie
Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.















Zgroza filozoficzna, intelektualna, logiczna, aksjologiczna, antropologiczna, moralna, etyczna /nauka/, zresztą każda…
KGB!?
Vide: ST/Biblia/NT; Dekalog; judaizm; chrześcijaństwo; Arystoteles, św. Paweł/Szaweł, św Augustyn, św. Tomasz, Dante Alighieri, Boska Komedia; W. Szekspir, o. JM Bocheński, B. Wolniewicz, SI Witkiewicz, W. Łysiak… etc.
Real Life AD 2025
Powyższy tekst jest nie tylko zgrozą, ale zdaje się być czymś w rodzaju nekrologu obwieszczającego śmierć tego portalu.