We władzy spojrzenia

Ryszard Kasperowicz: Zapomniany esteta-wichrzyciel

Heinse zarówno swoim życiem, jak i w wyznawanych przez siebie poglądach estetyczno-artystycznych głosił pochwałę nieskrępowanej niczym, wyzwolonej od wszelkich konwencji zmysłowej witalności, swoistą apoteozę żywiołu życia – stając się osobliwym zwiastunem późniejszej o 150 lat koncepcji „woli mocy” Fryderyka Nietzschego.

Download (PDF, 1.15MB)


W jednym ze swoich wykładów Jacob Burckhardt, mówiąc o spontaniczności i nieprzewidywalności rozwoju kultury, o jej ruchliwości i wolności, porównał aktywność ducha ludzkiego do „wichrzyciela”, który może nie jest goethowskim duchem nieskończonej negacji, lecz na pewno jest duchem przemiany, niepokoju, niezgody. Takim dziś po trochu zapomnianym wichrzycielem, który rzucił wyzwanie samemu Winckelmannowi (a raczej kostniejącej po jego śmierci neoklasycystycznej ortodoksji estetycznej) a jednocześnie czytał Krytykę władzy sądzenia i w osobliwy sposób ją interpretował, był Georg Wilhelm Heinse.

Wyspy zaczarowane

Na portrecie pędzla Johanna Friedricha Eicha z 1779 roku spogląda wzrokiem żywym, wyrażającym skupienie, lecz omijającym widza młody mężczyzna o ekspresyjnej, jakby sangwinicznej wręcz kompleksji, pełen życia, badający spojrzeniem świat na zewnątrz, lecz i siebie samego – typowy wizerunek momentu, który Niemcy ładnie nazwali „okresem burzy i naporu”. Faktycznie, Heinse, który urodził się w 1746 roku i był studentem prawa w Jenie i Erfurcie (wybrał jednak karierę pisarza, felietonisty, tłumacza, nauczyciela, bibliotekarza), zarówno swoim życiem, jak i w wyznawanych przez siebie poglądach estetyczno-artystycznych głosił pochwałę nieskrępowanej niczym, wyzwolonej od wszelkich konwencji zmysłowej witalności, swoistą apoteozę żywiołu życia – stając się osobliwym zwiastunem późniejszej o 150 lat koncepcji „woli mocy” Fryderyka Nietzschego. 

W powieści Ardinghello albo wyspy szczęśliwe, wzorze dla wszelkich, jakże popularnych w XIX wieku „Künstlerorman” – powieści z życia artysty – opisał awanturnicze dzieje Ardinghella, walczącego na greckich wyspach w XVI wieku z Turkami szlachcica, pirata-estety, wojownika – krytyka sztuki, którego cechuje niepowstrzymana, przesycona wręcz sensualnym erotyzmem miłość do Fiordiminy oraz nieustępujące jej intensywnością uczucie do renesansowych arcymistrzów pędzla: Tycjana, Rafaela, Veronesego, ale i do greckich posągów. Podziwiając stanze Rafaela, wskazuje, co prawda, na epokę wiary, lecz jednocześnie wyraża zachwyt nad mistrzem, który z „rdzenia samego człowieczeństwa”, wbrew ograniczeniom narzuconym mu przez religijny temat i miejsce osiągnął „żywą całość” i „jedność” kompozycji, nie tracąc nic ze swojej witalności – nie prześcignął go nawet „gwałtownik” – „ein Wilder”, czyli sam Michał Anioł. Na szczycie skali owej witalistycznej i sensualnej estetyki znaleźli się także Tycjan czy Rubens – mistrzowie koloru, antagoniści „martwego konturu”, uwielbianego przez Winckelmanna; przecież, zauważa Heinse, Apollo Belwederski nie jest żadnym „prawem XII tablic”; niemniej i on przyciąga uwagę Heinsego, a fragment ekfrazy tego posągu o „ustach pełnych wzgardy” dla śmiertelników i „wzniosłości” przywodzi na myśl ekfrazę Winckelmanna. Ale Heinse podziwia niemal wszędzie piękno nagiego ciała, oskarżając współczesną sobie epokę o niezrozumienie lub wulgarność w stosunku do naturalnego piękna. Nic dziwnego, że na koniec Ardinghello ze swą kochanką i przyjaciółmi zakładają idealne, utopijne bractwo na jednej z wyswobodzonych wysp greckich, gdzie oddają się kultowi cielesnego piękna i dysputom nad sztukami.

Spojrzenie przez lunetę

Amoralizm Ardinghella uderzał współczesnych, Goethe i Schiller patrzyli na tę powieść z niesmakiem, równym niezgodzie na estetyczny gust, którym kierował się Heinse. To w pewnym sensie zrozumiałe – w powieści poświęconej tym razem estetyce i teorii muzyki, Hildegarda von Hohenthal, Heinse otwiera akcję sceną z niejakim Lockmannem, który to muzyk i kompozytor spogląda przez lunetę na postać kąpiącej się pięknej kobiety – 

naga, bosko piękna, jak jakaś Wenus, wyciągając swobodnie i odważnie ramiona, z głową podaną do przodu, z falującymi włosami, zanurzała się w wodzie. 

To oczywiście ożywiona mocą erotycznej imaginacji Wenus Anadyomene, tyle że dopiero zaczynająca swoją kąpiel. 

Rzecz jasna Hildegarda von Hohenthal jest dla nas fascynująca i godna pamięci nie tyle z powodu owej próbki „estetycznego voyeuryzmu”, nie tyle z powodu kpin, jakie wzbudziła u innego świetnego krytyka muzyki, Ernsta Theodora Amadeusa Hoffmanna, ile raczej ze względu na wypełniające książkę krytyczne analizy różnych utworów muzycznych, szczególnie przykładów opery włoskiej, francuskiej, nawet Glucka – lecz przede wszystkim z powodu ważnych spostrzeżeń o muzyce Haendla. Co więcej, Heinse pokusił się o to, by w tym dziełku oprzeć estetyczny osąd na idei sensus communis (zdrowego rozsądku) w rozumieniu Kanta, lecz zinterpretowanej na sposób medyczno-fizjologiczny – przez odwołanie się do pracy o „organie duszy ludzkiej” Samuela Soemmeringa, zwanego „niemieckim Hipokratesem”. Kant nawet napisał posłowie – dość oschłe – do tych elukubracji Soemmeringa, natomiast Goethe z Schillerem zalecali Heinsemu, by raczej trzymał się pisania o muzyce, czemu, jak zapisali w Kseniach, chętnie nadstawią ucha, lecz by trzymał się z dala od wychwalania owej „psiej [hundnisch – w znaczeniu  zwierzęcej] miłości”. 

Nie należy podejrzewać, by wielbiciel zmysłowo pojmowanego piękna, żywotności i ruchliwości ludzkiego ciała, jego naturalnej ekspresji i swobody jakoś się nadzwyczajnie przejął tymi krytycznymi uwagami. Podziwiając Rubensa, w jakiś sposób otwierał drogę dla odradzającej się fascynacji tym malarzem, co znalazło swoją – jakże jednak pogłębioną – interpretację w myśli wspomnianego już Burckhardta. Kult zmysłowej miłości, powtórzony w Lucinde Fryderyka Schlegla, i apoteoza woli renesansowych artystów-wojowników odżyła w XIX-wiecznym „renesansizmie” – jak go słusznie określił Zygmunt Łempicki. Dominacja woli i zmysłowego witalizmu, estetycznie przefiltrowanej żywiołowości, niechętnej etycznym ideałom chrześcijaństwa, kulminującej w zdaniu Heinsego, że greckie człowieczeństwo najpełniej objawia się w sztuce, ale i w „epoce tyranii”, zapowiada już Nietzschego „herosów woli”. Ale to temat do innej dyskusji.


Ryszard Kasperowicz – historyk sztuki, pracownik Katedry Teorii Sztuki IHS UW, zajmuje się dziejami historii sztuki i dziejami teorii sztuki, zwłaszcza w XVIII-XIX wieku w Anglii i Niemczech. Autor książek o Bernardzie Berensonie, o modelu sztuki u Jacoba Burckhardta, także o idei „religii sztuki”; tłumacz tekstów Burckhardta, Aby’ego Warburga, Johanna Winckelmanna.

Ilustracja: portret Johanna Jakoba Wilhelma Heinsego autorstwa Johanna Friedricha Eicha, 1779, Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Najnowszy numer można nabyć od 4 maja w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2022 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Skomentuj

Kliknij, aby skomentować