Artykuł Epistemologia

Simon Blackburn: Co wypełnia przestrzeń?

Na pierwszy rzut oka pytanie „co wypełnia przestrzeń?” należałoby zadać fizykowi, a nie filozofowi. Czy to nie nauki przyrodnicze badają naturę otaczającego nas świata? Najlepszą zaś kandydatką do udzielenia odpowiedzi na pytanie, co wypełnia przestrzeń, jest z pewnością fizyka: to w końcu jej dziedzina. Filozof angażuje się w te rozważania wyłącznie dlatego, że próba namysłu nad dowolnymi przedmiotami przestrzennymi może bardzo szybko doprowadzić do kłopotliwych pytań o wiedzę na ich temat. Temu właśnie problemowi będzie poświęcony niniejszy esej.

Najnowszy numer: Jak działa język?

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Najnowszy numer można nabyć od 2 października w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2018 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Podob­nie jak Win­ston Churchill obiecy­wał niegdyś wyłącznie krew, pot i łzy, tak i ja obaw­iam się, że to filo­zoficzne zagad­nie­nie może nam przys­porzyć co najwyżej bólu głowy. A jed­nak jego pod­ję­cie może przynieść niemało korzyś­ci.

Odbieranie informacji

Nasza wiedza o przed­mio­tach pochodzi ostate­cznie z doświad­czenia zmysłowego. To oczy­wiś­cie praw­da, że więk­szość rzeczy, w tym również wszys­tkie spośród bytów fun­da­men­tal­nych, o których mówi fizy­ka, nie jest bezpośred­nio dostęp­na naszym zmysłom w taki sposób, jak na przykład krzesła czy stoły. By je wykryć, potrze­bu­je­my czułych urządzeń oraz zaawan­sowanych teorii na tem­at tego, jak owe urządzenia dzi­ała­ją i jak inter­pre­tować dane uzyski­wane za ich pomocą. Ale nawet w przy­pad­ku rzeczy znanych za pośred­nictwem instru­men­tów pomi­arowych, to właśnie doświad­cze­nie zmysłowe infor­mu­je nas o ich wskaza­ni­ach. Podob­nie jest w przy­pad­ku, gdy polegamy na świadectwach innych ludzi, którzy w takich sytu­ac­jach przy­pom­i­na­ją mniej lub bardziej wiary­godne instru­men­ty, za pomocą których naby­wamy wiedzę: musimy usłyszeć lub zobaczyć, co mówią.

Bez wzglę­du na to, czy uży­wamy instru­men­tów, czy też przed­miot dany jest nam w sposób bardziej bezpośred­ni, może­my stwierdz­ić, że w obu przy­pad­kach dowiadu­je­my się czegoś, gdyż odd­zi­ału­ją na nas moce i potenc­jały posi­adane przez rzeczy. Wiemy o tym, co nas otacza, gdyż potrafimy odbier­ać, czyli jesteśmy podat­ni na wpływ otoczenia. Z tym zaś wiąże się to, że rzeczy mają potenc­jał, by na nas wpły­wać. Zdol­ność powierzch­ni do odbi­ja­nia światła spraw­ia, że może­my ją zobaczyć. Zdol­ność staw­ia­nia przez przed­miot oporu daje nam przy kon­tak­cie z nim wraże­nie nieprzenikli­woś­ci czy twar­doś­ci, wykry­wanej poprzez wywieranie na niego nacisku. Zdol­ność przed­mio­tu do wyt­worzenia fali dźwiękowej pozwala go usłyszeć i stwierdz­ić, czy jest głośny lub zakłó­ca inne dźwię­ki.

Fakt ten dostrzegł – i sprob­lematy­zował – Immanuel Kant. Sko­ro dany przed­miot może­my znać tylko ze wzglę­du na jego moc, czyli potenc­jal­ny wpływ na inne przed­mio­ty, to wyda­je się, iż wprawdzie jesteśmy w stanie dostrzec, jak dany przed­miot się zachowu­je, ale z koniecznoś­ci nie wiemy, czym on jest. Kant uważał, że muszą ist­nieć „inne włas­noś­ci wewnętrzne, bez których nie ist­ni­ały­by włas­noś­ci rela­cyjne, gdyż nie było­by pod­mio­tu, w którym mogły­by one tkwić”. A ponieważ argu­ment doty­czą­cy naszych zdol­noś­ci odbiera­nia czy dostrze­ga­nia wyłącznie mocy przed­miotów jest całkowicie ogól­ny, nie bard­zo wiado­mo, jak może­my poz­nać ów „pod­miot”: jeżeli Kant ma rację, to moż­na założyć, że taki pod­miot musi ist­nieć, ale nie może­my nic o nim wiedzieć. Wyda­je się to zdu­miewa­jące. Czyżbyśmy naprawdę byli do tego stop­nia odcię­ci od świa­ta? Żyją­cy w pier­wszej połowie XVIII wieku biskup Berke­ley miał dokład­nie to samo zmartwie­nie: jeżeli, jak naów­czas sąd­zono, nie obser­wu­je­my nic prócz skutków rzeczy, a zatem nie znamy ich wewnętrznej natu­ry, to tak naprawdę nie mamy dostępu od świa­ta i tkwimy w pułapce „fałszy­wego blasku wyobraźni”.

Moce i dyspozycje

Argu­ment ten żywo intere­sował Michaela Fara­daya, wybit­nego fizy­ka ekspery­men­tal­nego, który jed­nak uważał, że może­my się obyć bez Kan­tows­kich „innych włas­noś­ci wewnętrznych”. Załóżmy, że chce­my odróżnić wewnętrzny rdzeń a od mocy czy sił m dzię­ki którym jest on znany. Jak pisze Fara­day: „Moim zdaniem, a, czyli [wewnętrzny] rdzeń, zni­ka, zaś sub­stanc­ja w isto­cie skła­da się z mocy, czyli m, jakie bowiem poję­cie może­my sobie wyt­worzyć o rdze­niu, nieza­leżnie od jego mocy: czego miała­by uch­wycić się nasza myśl, próbu­ją­ca wyobraz­ić sobie a jako nieza­leżną od stwierd­zonych mocy? Dlaczego więc zakładać ist­nie­nie tego, o czym nic nie wiemy, czego nie jesteśmy w stanie pojąć i co nie jest konieczne z filo­zoficznego punk­tu widzenia?”

Prob­lem w tym, że albo myśl, iż „sub­stanc­ja w isto­cie skła­da się z mocy” jest zad­owala­ją­ca, albo – wbrew Fara­day­owi – filo­zoficznie konieczne jest również przyję­cie ist­nienia sub­stancji: wewnętrznego rdzenia czy czegoś, co rzeczy­wiś­cie posi­a­da dane moce.

Należy zdać sobie sprawę, że Kant i Fara­day z pewnoś­cią nie wąt­pili w zachodze­nie dobrze znanego zjawiska wyjaś­ni­a­nia mocy danej rzeczy poprzez fak­ty doty­czące jej budowy lub struk­tu­ry. Zdol­ność zegara do mierzenia cza­su wyjaś­ni­amy pokazu­jąc, jak zbu­dowano go ze sprężyn, zębatek i mech­a­nizmów porusza­ją­cych wskazów­ki. Wciąż pozosta­je jed­nak pytanie, jak poj­mować cały ten pro­ces. Jeśli wyciągnę na przykład jed­ną zębatkę, będę miał w ręce coś, co mogę wykryć. Jak? Wzrokowo (dzię­ki odbite­mu światłu) i dotykowo (jako coś nieprzenikalnego i twardego). Jej moce odd­zi­ału­ją na mnie, stąd jestem pewny swej wiedzy o niej. Kiedy ją obra­cam, skut­ki te wpły­wa­ją na mnie w ten sam sposób, który uprzed­nio poz­wolił mi praw­idłowo określić położe­nie zębat­ki. W całym tym pro­ce­sie doświad­czam po pros­tu skutków, jakie owa rzecz na mnie wywiera, a następ­nie odnoszę je do posi­adanych przez nią mocy.

Pewien argu­ment prze­maw­ia jed­nak za tym, że potrze­bu­je­my również Kan­tows­kich włas­noś­ci wewnętrznych. Może­my nazwać go argu­mentem prze­ci­wko całkowitej elim­i­nacji; pochodzi on od Bertran­da Rus­sel­la, który w książce, zaty­tułowanej The Analy­sis of Mat­ter [Anal­iza materii], pisze o tym, jak „wiele jest możli­wych sposobów przek­sz­tałce­nia rzeczy trak­towanych jako «realne» w prawa wyłącznie doty­czące innych rzeczy”, po czym zauważa: „oczy­wiś­cie ist­nieć musi kres tego pro­ce­su, bo inaczej wszys­tkie rzeczy w świecie wza­jem­nie by się elim­i­nowały”. Zgod­nie z jego kon­kluzją, nawet jeżeli trud­no jest pojąć rzeczy w oder­wa­niu od ich mocy, nie zmienia to fak­tu, że ich potrze­bu­je­my. W prze­ci­wnym wypad­ku nie mielibyśmy żad­nej kon­cepcji aktu­al­nego świa­ta.

Jeżeli…, to…

Najprost­szym być może sposobem zrozu­mienia pod­nie­sionej przez Rus­sel­la trud­noś­ci jest wyjaśnie­nie poję­cia „mocy”. Moce przed­staw­ia­ją się lub man­i­fes­tu­ją w fak­ty­cznym dzi­ała­niu, w określonej sytu­acji. Wyraża­ją je okresy warunk­owe, a zatem moż­na je sprawdz­ić za pomocą twierdzeń na tem­at tego, co się stanie, jeżeli wydarzy się coś innego. Ktoś demon­stru­je swo­ją siłę, wtedy, gdy uda­je mu się pod­nieść cięż­ki przed­miot. Szk­lan­ka jest krucha, gdy, jeśli się ją upuś­ci, to się potłucze. Przestrzeń jest zaję­ta wtedy, gdy, jeśli próbu­je­my ją zająć, to napo­tykamy opór. Pole sił jest umiejs­cowione w przestrzeni wtedy, gdy, jeśli w różnych jej miejs­cach umieś­ci się ide­al­ną cząstkę, to będą na nią odd­zi­ały­wać różne siły, wpły­wa­jąc na przykład na jej przyspiesze­nie lub kierunek. Poprzes­tańmy na tych kilku przykładach. Załóżmy ter­az, że sytu­acje, w których owe moce się prze­jaw­ia­ją, sprowadza­ją się w całoś­ci do zmi­an w innych mocach. Na przykład ide­al­na cząst­ka jest ter­az rozu­mi­ana wyłącznie jako zestaw mocy, co z kolei oznacza, że prawdzi­we są różne dal­sze try­by warunk­owe: jeśli w odpowied­ni sposób spo­jrzysz na instru­ment pomi­arowy, wywoła to pewien skutek – który sam z kolei odsyła do kole­jnego okre­su warunk­owego. Wyglą­da więc na to, że sta­je­my przed prob­le­mem nieskońc­zonego regre­su okresów warunk­owych, co oznacza, że nie jesteśmy w stanie osiągnąć kre­su tego, co fak­ty­cznie zachodzi.

Rozważmy taki okres warunk­owy: „jeśli włożysz palec do gni­azd­ka elek­trycznego, to porazi cię prąd”. Sprawdza­my go poprzez wyobraże­nie sobie sytu­acji lub – jak zwyk­li maw­iać filo­zo­fowie – możli­woś­ci czy świa­ta możli­wego, w którym rzeczy­wiś­cie wkładasz palec do gni­azd­ka. Jeśli zosta­jesz porażony, to moż­na uznać cały okres warunk­owy za prawdzi­wy. A zatem okresy takie są prawdzi­we w zależnoś­ci od tego, co jest prawdzi­we w wyobrażonych sytu­ac­jach. Załóżmy ter­az, że każdy sąd prawdzi­wy w świecie aktu­al­nym sprowadza się do sądów na tem­at mocy. Następ­nie przyjmi­jmy, że moce te odpowiada­ją prawdzi­wym sądom o postaci „jeżeli…, to…”. Prawdzi­wość tych sądów zależy od tego, co jest prawdzi­we w wyobrażonych sytu­ac­jach. Wyda­je się wów­czas, że praw­da odd­ala się w nieskońc­zoność. Zależy ona bowiem od tego, co jest prawdzi­we w wyobrażonych sytu­ac­jach, a to znów zależy od tego, co jest możli­we w wyobrażonych sytu­ac­jach, co z kolei… Jak stwierdz­ił Rus­sell, albo wskaże­my kres tego pro­ce­su, albo będziemy musieli uznać, że nic nie jest nigdy prawdzi­we.

Podstawy

Wyglą­da zatem na to, że to Kant miał rację, a Fara­day się mylił: potrze­bu­je­my zarówno mocy, jak i wewnętrznego rdzenia, sub­stancji czy – jak mówią filo­zo­fowie – kat­e­go­rycznej pod­stawy. Sądz­imy, że dys­pozy­c­je mają pod­stawy. Wyobraź sobie pustą przestrzeń, której dwa obszary różnią się wyłącznie moca­mi. Jeśli zna­jdziesz się w jed­nym z nich, poczu­jesz opór, doświad­czysz poraże­nia prą­dem lub doz­nasz innych skutków. Czy nie powin­niśmy uznać, że jest coś – jakaś wewnętrz­na różni­ca w tych obszarach albo w ich sąsiedztwie – co wyjaś­nia tę odmi­en­ność? Wyda­je się niemożli­we, by obszary te były iden­ty­czne, dopó­ki są puste, a gdy coś się w nich zna­jdzie, nagle zaczy­na­ją się różnić. Musi być tam coś stałego, ze wzglę­du na co mają one różne moce. Tak się nam przy­na­jm­niej wyda­je. Ale jakim poję­ciem tej „rzeczy” czy „wewnętrznego rdzenia” dys­ponu­je­my?

Niek­tórzy filo­zo­fowie uważa­ją, że włas­noś­ci kat­e­go­ryczne po pros­tu włas­noś­ci­a­mi dys­pozy­cyjny­mi. Przy takim założe­niu odpowiedzielibyśmy Fara­day­owi, że ten nieobec­ny wewnętrzny rdzeń należy rozu­mieć jako pole lub siłę, albo – inny­mi słowy – jako całkow­itą sumę wszys­t­kich ­sądów „jeżeli…, to…”, które go wyraża­ją. Ceną takiej teorii jest jed­nak konieczność uzna­nia, że włas­noś­ci kat­e­go­ryczne nie mogą stanow­ić pod­staw dla dys­pozy­cji oraz mocy, gdyż same nie są niczym więcej jak dys­pozy­c­ja­mi i moca­mi, są bowiem z nimi iden­ty­czne. Oczy­wiś­cie aby coś mogło służyć za pod­stawę, musi być czymś nowym oraz czymś innym. Pos­tu­lowal­iśmy ist­nie­nie wewnętrznego rdzenia, bowiem prag­nęliśmy znaleźć coś, czego natu­ra i położe­nie wyjaś­ni­ały­by wys­tępowanie pola czy siły. Jeżeli to nie poma­ga, wracamy do punk­tu wyjś­cia, czyli do prob­le­mu elim­i­nacji.

Rus­sell miał rację: nie jest to ani zad­owala­ją­ca, ani peł­na kon­cepc­ja świa­ta nat­u­ral­nego. Mówiąc wprost, nie może­my poprzes­tać na ontologii samych tylko potenc­jałów i mocy. Na jej grun­cie rzecz nie jest bowiem niczym więcej jak miejscem wys­tępowa­nia mocy lub, ściślej biorąc, obszar przestrzeni, w którym zna­j­du­je się rzecz różni się od obszaru, w którym tej rzeczy nie ma wyłącznie dzię­ki potenc­jałom; to wszys­tko, koniec i krop­ka. Co mogą robić te moce? Wpły­wać na inne przed­mio­ty poprzez odchy­lanie ich ścieżek, nadawanie im ładunku lub ich ogrze­wanie bądź schładzanie. Jed­nak również i te zdarzenia są jedynie zmi­ana­mi w potenc­jale do zmi­any potenc­jałów kole­jnych obszarów przestrzeni. Real­iza­c­ja czy pojaw­ie­nie się potenc­jału jest po pros­tu zmi­aną innych potenc­jałów. Praw­da sprowadza się do tego, co jest prawdą o pojaw­ia­ją­cych się i znika­ją­cych potenc­jałach. Wyglą­da na to, że cały fizy­czny wszechświat jest w swej osnowie gigan­ty­czną błyskotką, niczym więcej jak potenc­jała­mi bieg­ną­cy­mi przezeń wzdłuż i wsz­erz.

Nasze miejsce w tym obrazie

Jed­ną z możli­woś­ci, jakkol­wiek roz­pac­zli­wą, jest przyję­cie, że prze­jś­cie od tego, co potenc­jalne do tego, co kat­e­go­ryczne jest możli­we wtedy, gdy uwzględ­nimy siebie. Może­my zgodz­ić się, że odd­zi­ały­wanie jed­nej rzeczy na drugą to wyłącznie kwes­t­ia zmieni­a­ją­cych się mocy pow­iązanych z różny­mi obszara­mi przestrzeni. Kiedy jed­nak sta­je­my się odbior­ca­mi, na których odd­zi­ału­je fizy­cz­na moc, skutkiem nie jest wyłącznie zmi­ana naszych potenc­jałów: tak naprawdę zmienia się nasze doświad­cze­nie, zachodzi kat­e­go­rycz­na czy wewnętrz­na zmi­ana w tym, co widz­imy lub czu­je­my. Załóżmy zatem, że powierzch­nia odbi­ja przede wszys­tkim czer­wone światło, przez co wyda­je się czer­wona. Doświad­cze­nie czer­wieni, które mam, kiedy na nią patrzę, jest z pewnoś­cią kat­e­go­ryczne: jest ono odczuwane jako zmi­ana w moim wnętrzu. Nie powodu­je ono wraże­nia zmi­any potenc­jału, jak w przy­pad­ku kogoś, kto najpierw czu­je się apaty­czny i sła­by, a potem rozen­tuz­jaz­mowany i pełen energii. Jest to raczej zmi­ana w tym, jakie rzeczy są dla mnie, nie zaś tego, jakie będą, jeśli wydarzy się coś innego.

Być może namysł nad naszym włas­nym doświad­cze­niem rzeczy­wiś­cie pozwala zrozu­mieć, co jest kat­e­go­ryczne czy wewnętrzne, a co czys­to potenc­jalne i oczeku­jące na zre­al­i­zowanie przez inne zdarzenia, które same są zmi­ana­mi potenc­jałów. Ale nasze własne doświad­cze­nie nie nada­je się jako „pod­stawa” dla potenc­jałów. Wciąż natykamy się bowiem na prob­lem dwóch obszarów przestrzeni, różnią­cych się wyłącznie potenc­jała­mi, nawet jeśli sądz­imy, że wzię­cie nas pod uwagę sprawi, iż potenc­jały te zostaną ostate­cznie zre­al­i­zowane jako błys­ki czy wybuchy, sma­ki, dźwię­ki lub zapachy, których byśmy doświad­czyli.

Możli­we jed­nak, że taka wiz­ja jest traf­na. Być może Fara­day ma przewagę nad Kan­tem i Rus­sellem, gdyż przekonu­je nas do obrazu świa­ta fizy­cznego jako złożonego z frag­men­tów przestrzeni czy cza­so­przestrzeni różnią­cych się w aspekcie mocy. Tak naprawdę dopó­ki nie pojaw­imy się my i nie spowodu­je­my tego, co w fizyce kwan­towej nazy­wa się „kolapsem funkcji falowej” – mianowicie nagłego zaist­nienia prawdzi­wego zdarzenia kat­e­go­rycznego, czyli zachodzącego w nas doświad­czenia, na pod­staw­ie tego, co dotąd było jedynie paletą możli­woś­ci, praw­dopodobieństw czy potenc­jałów zdarzeń – nie dzieje się nic. (Ale czy może­my wyobraz­ić sobie wszechświat złożony tylko z potenc­jałów, możli­woś­ci czy praw­dopodobieństw?).

Kiedy Iza­ak New­ton w wydanym w roku 1687 dziele Prin­cip­ia Math­e­mat­i­ca sfor­mułował pra­wo powszech­nego ciąże­nia, świat uczonych był wprawdzie zaskoc­zony, ale również rozczarowany. Naukow­cy utyski­wali, że choć New­ton wskazał, co graw­itac­ja robi, nie powiedzi­ał nic o tym, czym ona właś­ci­wie jest. New­ton twierdz­ił, iż uwa­ga ta jest zasad­na, bronił się jed­nak stwierdza­jąc – skąd­inąd słusznie – że jego kon­cepc­ja stanowi najlep­szy opis zjawiska sił, ruchów i przyspieszeń. O pomyśle, że należy odkryć coś więcej, pisał: „Owa graw­itac­ja win­na być materii wrod­zona oraz dlań wewnętrz­na i isto­towa, a to z tej racji, że jed­no ciało dzi­ała­jące na inne ciało na odległość poprzez próżnię, nie mając niczego za pośred­nik, poprzez który ich dzi­ałanie i siła mogły­by być przekazane z jed­nego do drugiego, zda­je mi się tak wielkim absur­dem, że nie sądzę, iżby jakikol­wiek człowiek mają­cy zdrowy filo­zoficzny osąd w tej kwestii, mógł przys­tać na coś takiego.”

New­ton ujaw­nia w tym frag­men­cie swój negaty­wny osąd na tem­at całkowicie pozbaw­ionych pod­staw, czys­to empirycznych relacji pomiędzy tym, co prawdzi­we w jed­nym miejs­cu oraz tym, co prawdzi­we w innym miejs­cu. Jeżeli wys­tępowanie masy w tym miejs­cu powodu­je przyspiesze­nie w innym, to według niego „musi ist­nieć” jak­iś pośred­nik, powodu­ją­cy taki skutek. Nie wystar­czy stwierdz­ić, że ten obszar przestrzeni ma moc, potenc­jał czy praw­dopodobieńst­wo bycia kon­sek­wencją zmi­any w tym drugim obszarze przestrzeni. Nasze rozważa­nia sugeru­ją jed­nak, że być może musimy się pogodz­ić z tym, iż nie ist­nieje nic prócz mocy bieg­ną­cych wzdłuż i wsz­erz.

Obiecy­wałem krew, pot oraz łzy – i jest mi przykro, jeśli w tym miejs­cu czu­jesz, że właśnie to dostałeś. Liczę jed­nak, że efek­tem jest również niez­naczne choć­by oświece­nie.

Przełożył Jacek Jarocki

What Fills Up Space? The Curi­ous Nature of Thing and Their Prop­er­ties. W: S. Black­burn, The Big Ques­tions: Phi­los­o­phy, Lon­don: Quer­cus, 2004, s. 142–149. Przekład za zgodą Auto­ra.


Tekst jest dostęp­ny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunk­ach 3.0 Pol­s­ka.

Ilus­trac­ja: Hans Mem­ling, Zwias­towanie (frag­ment)

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy