Etyka Psychologia moralna Wywiady

Susan Wolf: Nie chciałabym, by moje dzieci wyrosły na moralnych świętych [wywiad]

Elżbieta Filipow rozmawia z Susan Wolf, amerykańską filozofką moralności, autorką głośnego, do dziś komentowanego eseju z 1982 r., Moral Saints.

Elż­bie­ta Fili­pow: W ese­ju o moral­nych świę­tych poja­wia się twier­dze­nie, że nie­atrak­cyj­ne było­by życie w posta­ci tak moral­nie war­to­ścio­wej, jak to tyl­ko moż­li­we. Naj­czę­ściej nie spo­dzie­wa­my się usły­szeć takich słów od filo­zof­ki moral­no­ści. A jed­nak, jest to bar­dzo otrzeź­wia­ją­ca myśl. Czy może Pani wyja­śnić, jakie mode­le świę­to­ści moral­nej znaj­dzie­my w moral­no­ści zdroworozsądkowej?

Susan Wolf: Dwa róż­ne wąt­ki potocz­ne­go myśle­nia o moral­no­ści moż­na prze­ło­żyć na dwa róż­ne mode­le moral­nej świę­to­ści. Z jed­nej stro­ny, naj­czę­ściej koja­rzy­my moral­ność z altru­izmem, życz­li­wo­ścią i współ­czu­ciem, czy­li inte­re­so­wa­niem się poma­ga­niem innym z racji miło­ści lub przy­naj­mniej dobrej woli. Rezul­ta­tem takie­go myśle­nia jest model nazwa­ny prze­ze mnie kocha­ją­cym świę­tym. Jest on bar­dziej zain­te­re­so­wa­ny czy­na­mi, któ­re pro­wa­dzi­ły­by do przed­kła­da­nia dobra innych ludzi ponad wła­sne. Z dru­giej stro­ny, koja­rzy­my moral­ność ze zobo­wią­za­niem do wypeł­nia­nia powin­no­ści, czy­li robie­nia tego, co słusz­ne, tyl­ko dla­te­go, że jest słusz­ne; nawet jeże­li spra­wia nam to trud­ność lub jest nie­przy­jem­ne. Rezul­ta­tem takie­go myśle­nia jest model nazwa­ny prze­ze mnie racjo­nal­nym świę­tym. Przy podej­mo­wa­niu decy­zji o dzia­ła­niu bie­rze on pod uwa­gę moral­ność i czy­ni to, co – jego lub jej zda­niem – jest moral­nie naj­lep­sze. Te dwa typy moral­nych świę­tych naj­czę­ściej będą czy­ni­ły to samo – kocha­ją­cy świę­ty jed­nak dzia­ła z miło­ści i napraw­dę woli poma­gać innym niż dzia­łać dla wła­sne­go dobra, zaś racjo­nal­ny świę­ty dzia­ła z obo­wiąz­ku, poświę­ca­jąc wła­sne inte­re­sy (i odczu­wa­nie ich jako takich), za każ­dym razem, gdy moral­ność naka­zu­je, że był­by to naj­lep­szy moral­nie wybór.

Dla­cze­go takie mode­le wyda­ją się Pani nie­atrak­cyj­ne czy nieakceptowalne?

Praw­do­po­dob­nie nie­ja­sno wyra­zi­łam sąd o moral­nych świę­tych lub ludziach, któ­rzy aspi­ru­ją do takie­go mia­na, co spra­wi­ło, iż ma on bar­dziej nega­tyw­ny oddźwięk niż to, co mia­łam napraw­dę na myśli. Nie cho­dzi­ło mi o to, że nie­ak­cep­to­wal­nym jest to, żeby ludzie obie­ra­li ide­ał moral­nej świę­to­ści dla samych sie­bie, jeśli zde­cy­du­ją się na taki wybór. Zale­ża­ło mi na dowie­dze­niu, że taki ide­ał nie jest – racjo­nal­nym lub moral­nym – wymo­giem dla każ­de­go z nas. Ci z nas (i myślę, że to znacz­na więk­szość), któ­rzy nie aspi­ru­ją do bycia moral­ny­mi świę­ty­mi, nie powin­ni czuć się win­ni z tego powo­du. W związ­ku z tym powie­dzia­ła­bym rzecz nastę­pu­ją­cą: choć uwa­żam, że model moral­nej świę­to­ści jest nie­atrak­cyj­ny, inni mogli­by rów­nie dobrze odczu­wać to w inny spo­sób. Mówiąc w swo­im imie­niu: ludzie, któ­rych towa­rzy­stwo cie­szy mnie naj­bar­dziej, czy też ludzie, z któ­ry­mi chcia­ła­bym się zaprzy­jaź­nić lub na któ­rych chcia­ła­bym, by wyro­sły moje dzie­ci, nie są moral­ny­mi świę­ty­mi. Kil­ka przy­kła­dów może zobra­zo­wać dla­cze­go: atrak­cyj­ni wyda­ją mi się ludzie pasjo­nu­ją­cy się róż­ny­mi rze­cza­mi, na przy­kład malar­stwem lub wyśmie­ni­tym jedze­niem. Będą oni zatem chcie­li wyda­wać wię­cej – niż wska­zy­wał­by moral­ny punkt widze­nia – na człon­ko­stwo w sto­wa­rzy­sze­niach muze­al­nych (czy też na same dzie­ła sztu­ki) lub na jedze­nie (na posił­ki w restau­ra­cjach lub na dro­gie skład­ni­ki czy też wypo­sa­że­nie kuchen­ne). Nie chcia­ła­bym, żeby z powo­du swo­ich zain­te­re­so­wań czu­li się win­ni lub żeby mie­li takie zain­te­re­so­wa­nia, ale je tłu­mi­li. Chcę, aby rado­wa­li się tym, co kocha­ją. Bar­dzo cenię sobie rów­nież oso­by z poczu­ciem humo­ru, nawet takim wią­żą­cym się z naśmie­wa­niem z innych ludzi, któ­rzy wyda­ją się nam pre­ten­sjo­nal­ni lub aro­ganc­cy. Przy­kła­dem może być tu dow­cip Osca­ra Wilde’a czy George’a Ber­nar­da Sha­wa lub poczu­cie humo­ru Eli­za­beth Ben­net, boha­ter­ki Dumy i uprze­dze­nia Jane Austen. Praw­do­po­dob­nie jed­nak moral­ny świę­ty nie miał­by takie­go poczu­cia humo­ru – a gdy­by miał, wsty­dził­by się z tego powodu.

Może­my rów­nież two­rzyć kon­cep­cje moral­nej świę­to­ści na pod­sta­wie teo­rii moral­nych, takich jak uty­li­ta­ryzm i kan­tyzm. Myślę, że w uty­li­ta­ry­zmie ide­ałem było­by peł­ne życie, nie tyl­ko zdo­mi­no­wa­ne moral­ny­mi kwe­stia­mi, lecz tak­że dopeł­nio­ne roz­wo­jem talen­tów nie­przy­pi­sa­nych do dome­ny moral­no­ści. Może­my tu myśleć o J. S. Mil­lu, któ­ry był zwo­len­ni­kiem har­mo­nij­ne­go roz­wo­ju naszych natu­ral­nych uzdol­nień, mię­dzy inny­mi inte­lek­tu­al­nych i afek­tyw­nych oraz kul­ty­wo­wa­niem naszej wraż­li­wo­ści poprzez poezję, sztu­kę czy też natu­ral­ne pięk­no. Widzi Pani też pew­ne podo­bień­stwa mię­dzy uty­li­ta­ry­zmem a mode­lem zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go moral­ne­go świę­te­go. Jakie to będą podobieństwa?

Mamy tu do czy­nie­nia z dwo­ma róż­ny­mi pyta­nia­mi: jaki rodzaj życia uty­li­ta­ry­sta chciał­by, aby wie­dli ludzie? To pyta­nie będzie się róż­ni­ło od pyta­nia: jaki rodzaj życia uty­li­ta­ry­sta pró­bo­wał­by sam wieść, jeśli chciał­by być tak moral­nie dobry, jak to moż­li­we (czy­li jeśli aspi­ro­wał­by do bycia moral­nym świę­tym)? Odpo­wie­dzią na pierw­sze pyta­nie było­by: uty­li­ta­ry­sta chciał­by, by ludzie byli tak szczę­śli­wi, jak to tyl­ko moż­li­we. J. S. Mill ma boga­te, atrak­cyj­ne wyobra­że­nie tego, jakie­go rodza­ju życie było­by szczę­śli­we i jego podej­ście jest mi bar­dzo bli­skie. Ale nie sądzę, że w jego prze­ko­na­niu ludzie powin­ni być moral­ny­mi świę­ty­mi (choć współ­cze­śni uty­li­ta­ry­ści, tacy jak Peter Sin­ger, mogli­by się z tym nie zgo­dzić). Z dru­giej stro­ny, jeśli zapy­tasz, jaki był­by moral­ny świę­ty utoż­sa­mia­ją­cy moral­ność z zasa­dą, zgod­nie z któ­rą moral­nie słusz­ne jest to, co w jaki­kol­wiek spo­sób mak­sy­ma­li­zo­wa­ło­by naj­więk­sze szczę­ście naj­więk­szej licz­by ludzi, podej­rze­wam, że zawsze myślał­by o tym, jak może przy­czy­nić się do jak naj­więk­sze­go dobra. Praw­do­po­dob­nie wyma­ga­ło­by to od nie­go wyrze­cze­nia się wła­snych natu­ral­nych uzdol­nień, doce­nia­nia poezji itp., ponie­waż mógł­by wyko­rzy­stać czas i pie­nią­dze na wal­kę z gło­dem na świe­cie lub uczest­ni­cze­nie w pro­te­stach spo­łecz­nych. Cho­ciaż jeśli mógł­by czy­nić to, będąc szczę­śli­wym, było­by to z jego punk­tu widze­nia moral­nie lep­sze niż wów­czas, gdy­by czy­nił to z obo­wiąz­ku i nie­chęt­nie. Więc uty­li­ta­ry­sta, któ­ry aspi­ro­wał­by do bycia tak moral­nie dobrym, jak to tyl­ko moż­li­we, był­by praw­do­po­dob­nie w pew­nym typie ide­al­nym podob­ny do kocha­ją­ce­go świętego.

Jak opi­sa­ła­by Pani kan­tow­skie­go moral­ne­go świę­te­go i jakie zarzu­ty moż­na wnieść prze­ciw­ko tej wer­sji moral­nej świętości?

Kant żywił prze­ko­na­nie, że czło­wiek powi­nien zawsze aspi­ro­wać do dzia­ła­nia zgod­nie z pra­wem moral­nym, to zna­czy, powi­nien dzia­łać zawsze zgod­nie z mak­sy­mą, któ­ra była­by uni­wer­sal­nym pra­wem natu­ry. Inny­mi sło­wy, czło­wiek powi­nien zawsze dzia­łać zgod­nie z mak­sy­ma­mi, któ­re mogą zostać prze­pusz­czo­ne przez „filtr moral­ny” i czy­nić to z sza­cun­ku do pra­wa moral­ne­go. Róż­nie moż­na zin­ter­pre­to­wać, co czy­nie­nie w ten spo­sób przy­nio­sło­by w prak­ty­ce. Ist­nie­je jed­nak jasność co do prze­ko­na­nia Kan­ta, że moral­nie dobra oso­ba była­by przede wszyst­kim zaan­ga­żo­wa­na w dzia­ła­nia zgod­ne z obo­wiąz­kiem. Zatem, gdy uty­li­ta­ry­sta mógł­by aspi­ro­wać do bycia kocha­ją­cym świę­tym, Kant praw­do­po­dob­nie bar­dziej podzi­wiał­by racjo­nal­ne­go świętego.

W pod­su­mo­wa­niu ese­ju, o któ­rym roz­ma­wia­my, pisze Pani, że moral­ny świę­ty zacho­wu­je jed­nak pew­ną prze­strzeń na pozy­tyw­ne aspek­ty życia – cele, rela­cje, dzia­ła­nia i zain­te­re­so­wa­nia – któ­re nie muszą być mak­sy­mal­nie moral­nie dobre. Jak Pani twier­dzi, wystar­czy, że dana oso­ba „może być per­fek­cyj­nie wspa­nia­ła bez bycia per­fek­cyj­nie moral­ną”. Podo­ba mi się takie uję­cie spra­wy, jest bar­dzo wyzwa­la­ją­ce z pre­sji bycia „moral­nym fanatykiem”.

Dzię­ku­ję!

Widzę też na koń­cu ese­ju zasy­gna­li­zo­wa­nie pro­ble­mu sen­sow­no­ści życia jako dodat­ko­we­go aspek­tu dobre­go życia, oprócz szczę­ścia i moral­no­ści. Nie wyra­ża Pani tego dosłow­nie w taki spo­sób, ale widzę tu tego rodza­ju impli­ka­cje, że jest coś wię­cej niż moral­ność i bycie szczę­śli­wym, co czy­ni nasze życie wartościowym.

Racja, że z tego ese­ju wyła­nia się moje zain­te­re­so­wa­nie sen­sow­no­ścią, choć poję­cie sen­sow­no­ści poja­wi­ło się u mnie znacz­nie póź­niej. Pisząc o moral­nych świę­tych, kon­cen­tro­wa­łam się na wadze poza­mo­ral­nych war­to­ści w nada­wa­niu struk­tu­ry moral­no­ści i myśle­niu o niej. Gdy póź­niej zaję­łam się tema­tem dobro­sta­nu, rola poza­mo­ral­nych war­to­ści w czy­nie­niu życia sen­sow­nym wyda­wa­ła mi się w inny spo­sób waż­na. Moje podej­ście do obu tema­tów odzwier­cie­dla jed­nak moje klu­czo­we prze­ko­na­nie, że filo­zo­fo­wie moral­no­ści, a tak­że wie­lu innych, popeł­nia­ją błąd, nie doce­nia­jąc istot­nej roli war­to­ści [poza­mo­ral­nych – przyp. red.] (jak miłość do dru­gie­go czło­wie­ka, pięk­no, wie­dza), ludzie zaś nie są ani cał­ko­wi­cie ego­istycz­ni lub altru­istycz­ni, ani cał­ko­wi­cie sku­pie­ni na sobie lub bez­oso­bo­wo sku­pie­ni na świe­cie jako całości.

Zanim przej­dzie­my do roz­wa­żań o Pani kon­cep­cji sen­su życia, chcia­ła­bym zapy­tać o meto­dę endok­sycz­ną w Pani bada­niach. Jak wyja­śni­ła­by Pani tę meto­dę? Zin­ter­pre­to­wa­łam ją jako zwią­za­ną z rodza­ja­mi intu­icji, jakie podzie­la­my w życiu codzien­nym, czy mam rację?

Nie jestem badacz­ką filo­zo­fii sta­ro­żyt­nej, więc sto­su­ję ideę meto­dy endok­sycz­nej, któ­rą obie­ram za Ary­sto­te­le­sem, w być może nie­ja­ko luź­nym sen­sie. Ogól­ną ideą tej meto­dy jest to, iż pró­bu­jąc odpo­wie­dzieć na nie­tech­nicz­ne pyta­nie (na przy­kład: „Czym jest szczę­ście?” lub: „Czym jest sen­sow­ne życie?”), moż­na roz­wa­żać zarów­no naj­po­pu­lar­niej­sze poglą­dy, jak i poglą­dy eks­per­tów lub ludzi cie­szą­cych się repu­ta­cją szcze­gól­nie oświe­co­nych. Takie poglą­dy nie są z koniecz­no­ści „intu­icja­mi” i być może nie ma takie­go poglą­du [na daną spra­wę – przyp. red.], któ­ry żywi­li­by wszy­scy w codzien­nym życiu – może być ich kil­ka, lecz będą one postrze­ga­ne jako moż­li­we do uza­sad­nie­nia, w prze­ci­wień­stwie do wie­lu innych moż­li­wych do pomy­śle­nia, któ­rych jed­nak nie potrak­tu­je­my poważ­nie. Cho­dzi tu o to, że poglą­dy sta­ją się popu­lar­ne nie bez powo­du – naj­czę­ściej jest coś szcze­gól­nie słusz­ne­go w każ­dym z nich (przy­naj­mniej „tkwi w nich jakieś ziar­no praw­ny”, jak mogli­by­śmy to okre­ślić). Zatem, na korzyść teo­re­ty­ka lub filo­zo­fa prze­ma­wia to, że jego poten­cjal­na odpo­wiedź uchwy­ci­ła­by to ziar­no praw­dy, wyja­śnia­jąc, dla­cze­go popu­lar­ne poglą­dy – nawet jeśli nie są per­fek­cyj­nie słusz­ne – mogły­by wie­lu ludziom wyda­wać się cał­kiem słusz­ne. Umie­jęt­ność wyka­za­nia, że wła­sne poglą­dy zwy­kłych ludzi mają coś wspól­ne­go z popu­lar­ny­mi poglą­da­mi jest rów­nie war­to­ścio­wa, co umie­jęt­ność wyka­za­nia, że ich wła­sne poglą­dy mają coś wspól­ne­go z poglą­da­mi wyjąt­ko­wo mądrych i oświe­co­nych ludzi, czy­li eks­per­tów, któ­rzy wni­kli­wie bada­li dane pyta­nia, zanim inni samo­dziel­nie się tym zajęli.

Przejdź­my do Pani kon­cep­cji dobre­go życia posze­rzo­nej o trze­ci wymiar, któ­ry nazy­wa Pani sen­sow­no­ścią. Dla­cze­go dycho­to­mia ludz­kich moty­wa­cji, czy­li inte­re­su wła­sne­go i wymo­gów moral­no­ści, jest fałszywa?

Wie­lu ludzi sądzi, że jeste­śmy oso­ba­mi czy­sto ego­istycz­ny­mi – cokol­wiek czy­ni­my, czy­ni­my to dla wła­sne­go dobra, czy­ni­my dla­te­go, ponie­waż uzna­je­my, że tak jest dla nas lepiej. Inni wska­zu­ją na to, że cza­sa­mi poświę­ca­my wła­sne inte­re­sy na rzecz innych, ze wzglę­du na moral­ność lub bez­oso­bo­we dobro świa­ta. To suge­ru­je dycho­to­mię mię­dzy dwo­ma źró­dła­mi moty­wa­cji, inte­re­sem wła­snym oraz moral­no­ścią (lub bez­oso­bo­wym dobrem świa­ta). Sądzę jed­nak, że ist­nie­ją inne źró­dła moty­wa­cji, zako­rze­nio­ne w miło­ści do poszcze­gól­nych osób, dzia­łal­no­ści, idei, itp. Moją pobud­ką pie­cze­nia cór­ce cia­sta, jest uczy­nie­nie jej szczę­śli­wą. Nie moty­wu­je mnie uczy­nie­nie szczę­śli­wą mnie samej lub uczy­nie­nia zadość moral­no­ści. Mój zapał do cięż­kiej pra­cy nad tym, by moja twór­czość filo­zo­ficz­na była na jak naj­wyż­szym pozio­mie, jest praw­do­po­dob­nie podyk­to­wa­ny miło­ścią do filo­zo­fii lub do praw­dy. Te aspek­ty nasze­go życia, któ­re są ugrun­to­wa­ne w miło­ści, zwy­kle są tym, co nada­je nasze­mu życiu sens.

Chcia­ła­bym nawią­zać do przy­pad­ku oca­la­łe­go z Auschwitz Vik­to­ra Fran­kla, auto­ra książ­ki Czło­wiek w poszu­ki­wa­niu sen­su. Napi­sał tam o swo­im doświad­cze­niu obo­zo­wym: poka­za­ło mu ono, że poszu­ki­wa­nie sen­su pod­trzy­my­wa­ło przy życiu część więź­niów i osta­tecz­nie pomo­gło im prze­trwać. Według nie­go poczu­cie sen­su życia ma trzy moż­li­we źró­dła: sen­sow­na pra­ca, miłość i odwa­ga w sta­wia­niu czo­ła trud­no­ściom. Wymie­ni­ła Pani w swo­jej kon­cep­cji „racje z miło­ści” i myślę, że jest to coś podob­ne­go do sen­sow­nej pra­cy oraz miło­ści wobec rze­czy, któ­re kocha­my robić i wobec ludzi, o któ­rych się trosz­czy­my. Co myśli Pani o odwa­dze w obli­czu trud­no­ści życio­wych? Czy mogło­by to być atrak­cyj­ne źró­dło sensu?

Wstyd mi się przy­znać, ale nie czy­ta­łam dobrze zna­nej książ­ki Vik­to­ra Fran­kla, gdy roz­wi­ja­łam wła­sną teo­rię sen­su życia. Wła­ści­wie prze­czy­ta­łam ją dopie­ro nie­daw­no – jest wspa­nia­ła i zga­dzam się przy­naj­mniej z głów­nym prze­sła­niem Fran­kla. Pisze on jed­nak z per­spek­ty­wy psy­chia­try, a mówiąc kon­kret­niej, jako psy­chia­tra, któ­ry każ­de­mu z nas – nawet komuś w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym, w wię­zie­niu lub innym sta­nie znie­wo­le­nia – pró­bu­je dać powód do życia. Ja zaś jestem po pro­stu filo­zof­ką, pró­bu­ją­cą zro­zu­mieć, jakie ele­men­ty skła­da­ją się na dobre życie.

Ma Pani rację, widząc moje sta­no­wi­sko wobec sen­su jako zbież­ne z dwo­ma pierw­szy­mi źró­dła­mi zna­cze­nia u Fran­kla. Czy myślę, że odwa­ga w sta­wia­niu czo­ła prze­ciw­no­ściom nada­je życiu sens? Wła­ści­wie, jestem prze­ko­na­na, że Frankl mówi o posta­wie, jaką przyj­mu­je­my nie tyle wobec trud­no­ści, co wobec „nie­unik­nio­ne­go cier­pie­nia”. Gdy zatem ktoś nie może ocze­ki­wać nicze­go inne­go, jak nie­unik­nio­ne­go cier­pie­nia (jak oso­ba w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym), zno­sze­nie tego z god­no­ścią i odwa­gą może nadać jej życiu sens. Reali­za­cja takich cnót w tak trud­nych oko­licz­no­ściach jest dobra sama w sobie, pozwa­la tej oso­bie żyć w spo­sób, z któ­re­go może być dum­na, a inni mogli­by ją podzi­wiać, gdy­by pozna­li jej życie. Życie w taki spo­sób wyda­je mi się bar­dzo bli­sko połą­czo­ne z ideą sen­sow­ne­go życia. Frankl jed­nak twier­dzi wyraź­nie, że ta odpo­wiedź na cier­pie­nie nada­je życiu sens tyl­ko wte­dy, gdy jest ono nie­unik­nio­ne. Pisze, że gdy­by było do unik­nię­cia, sen­sow­ną rze­czą było­by usu­nię­cie jego przy­czy­ny. Nie­po­trzeb­ne cier­pie­nie to raczej maso­chizm niż boha­ter­stwo. Jeśli ktoś rozu­mie Pani pyta­nie dosłow­nie – czy odwa­ga w obli­czu trud­no­ści (cier­pie­nia) jest atrak­cyj­nym źró­dłem sen­su? – powie­dzia­ła­bym za Fran­klem, że cho­ciaż nie jest atrak­cyj­nym źró­dłem ze wzglę­du na oko­licz­no­ści, może być źró­dłem sen­su, jeśli nie ist­nie­ją żad­ne inne atrak­cyj­ne alternatywy.

Chcia­ła­bym zapy­tać o dwa ele­men­ty skła­do­we dobre­go życia, jakie ofe­ru­ją nam popu­lar­ne poglą­dy. Pierw­szy to: odkryj swo­ją pasję i podą­żaj za nią. Cze­go bra­ku­je w takim punk­cie widzenia?

Oso­ba, któ­ra odkry­ła swo­ją pasję i podą­ża za nią, będzie czu­ła, że jej życie jest sen­sow­ne. W więk­szo­ści przy­pad­ków – przy­kła­do­wo, gdy czy­jąś pasją jest malar­stwo, far­mer­stwo lub poma­ga­nie uko­cha­nej oso­bie, aby mogła dobrze się roz­wi­jać – będzie to też sen­sow­ne. Jeśli jed­nak czy­jąś pasją jest coś bez­war­to­ścio­we­go – licze­nie liści tra­wy w przy­do­mo­wym ogród­ku lub podą­ża­nie za przy­wód­cą reli­gij­nej sek­ty – taka oso­ba może zmar­no­wać swo­je życie, nawet nie zda­jąc sobie z tego spra­wy. W takim przy­pad­ku nie będzie wio­dła sen­sow­ne­go życia i gdy­by uświa­do­mi­ła to sobie, przy­zna­ła­by, że to, co czy­ni, jest bezsensowne.

Według dru­gie­go popu­lar­ne­go poglą­du, by wieść praw­dzi­wie satys­fak­cjo­nu­ją­ce życie, czło­wiek musi być zdol­ny stać się czę­ścią cze­goś „więk­sze­go od nie­go same­go”. Jaki pro­blem wią­że się z takim poglą­dem jako osob­nym pro­jek­tem dobre­go życia?

Gdy ludzie pole­ca­ją zaan­ga­żo­wa­nie w coś (lub sta­nie się czę­ścią cze­goś) więk­sze­go niż oni sami, by móc wieść sen­sow­ne życie, przy­pusz­czal­nie rozu­mie­ją to w spo­sób meta­fo­rycz­ny, któ­ry suge­ru­je, że mogą się zaan­ga­żo­wać w coś waż­niej­sze­go niż oni sami, coś o więk­szej war­to­ści niż oni sami. Zaan­ga­żo­wa­nie w zwi­ja­nie ogrom­ne­go kłęb­ka nici (cokol­wiek mia­ło­by to zna­czyć), czy też wra­ca­jąc raz jesz­cze do moje­go ostat­nie­go komen­ta­rza – funk­cjo­no­wa­nie w wie­lo­oso­bo­wej sek­cie, nie jest tym, co mie­li­by­śmy tu na myśli. Jed­nak jestem skłon­na uznać, że w tej idei tkwi ziar­no praw­dy, jeśli rozu­mie­my ją jako zaan­ga­żo­wa­nie w coś inne­go niż my sami. Co wię­cej, meta­fo­rycz­ne odwo­ła­nie do kom­pa­ra­tyw­ne­go roz­mia­ru przed­mio­tu naszych zain­te­re­so­wań jest tu nie­istot­ne. Poświę­ce­nie innej oso­bie (nie więk­szej niż my sami, lecz innej niż my sami) może być pod­sta­wą sen­sow­ne­go życia. Dodat­ko­wo waż­ne jest, aby obiekt: oso­ba, dzia­łal­ność lub ide­ał, w któ­re ktoś się anga­żu­je, lub któ­rych czę­ścią się sta­je, był czymś, co mógł­by przy­jąć i z czym się utoż­sa­mić. Oso­ba zaan­ga­żo­wa­na w coś więk­sze­go niż ona sama tyl­ko dla­te­go, że nie mia­ła inne­go wybo­ru (na przy­kład zwer­bo­wa­na do woj­ska, w któ­rym czu­je się wyalie­no­wa­na), nie będzie mia­ła ani poczu­cia satys­fak­cji, ani sensu.

Pro­po­nu­je Pani dwu­ele­men­to­wą kon­cep­cję sen­sow­no­ści, w któ­rej musi być speł­nio­ny waru­nek subiek­tyw­no­ści i obiek­tyw­no­ści. Poma­ga to roz­wią­zać pro­blem z eks­pe­ry­men­tu myślo­we­go zapro­po­no­wa­ne­go przez Richar­da Tay­lo­ra, eks­pe­ry­men­tu z Syzy­fem wta­cza­ją­cym pod górę kamień. Jakie są naj­waż­niej­sze ele­men­ty tej koncepcji?

Moja pro­po­zy­cja sen­sow­no­ści wyra­sta z poję­cia aktyw­ne­go zaan­ga­żo­wa­nia w war­to­ścio­we pro­jek­ty. Sfor­mu­ło­wa­nie „aktyw­ne zaan­ga­żo­wa­nie” odwo­łu­je się do fak­tu posia­da­nia idei, któ­re ktoś kocha, któ­ry­mi się pasjo­nu­je czy też jest ich zwo­len­ni­kiem i się z nimi utoż­sa­mia lub też oso­by, przed­mio­tu lub aktyw­no­ści czy też [ogól­nie – przyp. red.] przy­czy­ny zaan­ga­żo­wa­nia. Sfor­mu­ło­wa­nie „war­to­ścio­we pro­jek­ty” doda­je waru­nek, zgod­nie z któ­rym obiekt miło­ści, pasji, itp., musi być war­to­ścio­wy. Pierw­sza część wska­zu­je na waru­nek subiek­tyw­ny (bio­rą­cy pod uwa­gę posta­wę pod­mio­tu wobec okre­ślo­ne­go pro­jek­tu) i przy­po­mi­na pogląd o „podą­ża­niu za swo­ją pasją”, któ­ry oma­wia­ły­śmy wcze­śniej. Dru­ga część wska­zu­je na waru­nek obiek­tyw­ny, zakła­da­ją­cy, że nie­któ­re pro­jek­ty (lub dzia­łal­no­ści) są bar­dziej war­to­ścio­we niż inne i że nie jest to sąd, któ­ry da się roz­strzy­gnąć na mocy fak­tu, że pod­miot bar­dziej się o nie­go [pro­jekt lub dzia­łal­ność – przyp. red.] trosz­czy. Ten waru­nek przy­po­mi­na pogląd o „zaan­ga­żo­wa­niu się w coś więk­sze­go od nas samych”. Cza­sa­mi zatem wyra­żam swo­je sta­no­wi­sko, korzy­sta­jąc ze slo­ga­nu „sens poja­wia się, gdy subiek­tyw­ne przy­cią­ga­nie spo­ty­ka się z obiek­tyw­ną atrak­cyj­no­ścią” i [doda­jąc, że rów­nież wów­czas, gdy – przyp. red.] ktoś jest zdol­ny do zro­bie­nia z tym cze­goś pozytywnego.

Nie­któ­rzy mogli­by kry­ty­ko­wać kon­cep­cję obiek­tyw­nej czę­ści poję­cia sen­sow­no­ści, nazy­wa­jąc ją eli­tar­ną. Myślę, że jest to dość czę­sty zarzut wobec róż­nych kon­cep­cji dobre­go życia. Pro­blem kto powi­nien decy­do­wać o tym, co jest sen­sow­ne, napo­ty­ka rów­nież kon­cep­cja J. S. Mil­la doty­czą­ca kom­pe­tent­ne­go sędzie­go wska­zu­ją­ce­go wyż­sze przy­jem­no­ści. Rozu­miem ją jed­nak w nie­co inny spo­sób: kom­pe­tent­ny sędzia mógł­by nas inspi­ro­wać i zachę­cać do czy­nie­nia rze­czy, któ­re kocha­my. W tym sen­sie nie postrze­gam obiek­tyw­nej czę­ści poję­cia sen­sow­no­ści jako fry­wol­ne­go luk­su­su kil­ku zamoż­nych filo­zo­fów. Czy taka inter­pre­ta­cja jest dla Pani do przyjęcia?

Uwa­żam, że ludzie czę­sto reagu­ją oba­wa­mi o eli­ta­ryzm na odwo­ła­nia do obiek­tyw­nej war­to­ści, ponie­waż zakła­da­ją – słusz­nie lub błęd­nie – że jakaś oso­ba lub gru­pa będzie twier­dzi­ła, że ist­nie­ją obiek­tyw­ne war­to­ści lub będąc prze­ko­na­na, że wie, jakie są to war­to­ści, będzie osą­dza­ła wszyst­kich zgod­nie z wła­sny­mi war­to­ścia­mi. Rodzi to pyta­nie: „Kto ma decy­do­wać?” lub inny­mi sło­wy: „Co spra­wia, że ktoś jest auto­ry­te­tem?”. Łączy się tak­że tę oba­wę z posta­cią samo­zwań­cze­go eks­per­ta, zwy­kle człon­ka dobrze wykształ­co­nej eli­ty inte­lek­tu­al­nej, któ­ry będzie w nie­uza­sad­nio­ny spo­sób pró­bo­wał narzu­cać innym swo­je war­to­ści. Nie jest moim zamia­rem orze­ka­nie z pozy­cji auto­ry­te­tu, jakie war­to­ści są obiek­tyw­nie popraw­ne lub (jeśli jest to istot­ne w dys­ku­sji o sen­sow­no­ści) jakie pro­jek­ty są wartościowe.

Oczy­wi­ście, mam pew­ne prze­ko­na­nia w tej kwe­stii: myślę, że wyna­le­zie­nie lekar­stwa na raka lub szcze­pion­ki na koro­na­wi­ru­sa jest bar­dziej war­to­ścio­wym pro­jek­tem niż opie­ko­wa­nie się ogrom­nym kłęb­kiem nici. Pisa­nie poezji jest moim zda­niem bar­dziej war­to­ścio­we niż ukła­da­nie inter­ne­to­we­go pasjan­sa. Uży­wam takich przy­kła­dów, ponie­waż prze­wi­du­ję, że więk­szość ludzi by się ze mną zgo­dzi­ła. Jeśli jed­nak Pani nie zgo­dzi­ła­by się ze mną, zapro­po­no­wa­ła­bym, żeby­śmy o tym poroz­ma­wia­ły. Może jed­na z nas prze­ko­na­ła­by dru­gą i zoba­czy­ły­by­śmy spra­wy z innej per­spek­ty­wy – widząc więk­szą war­tość w kłęb­ku nici niż w lekar­stwie na raka. Inny­mi sło­wy, oprócz prze­ko­na­nia, że nie­któ­re pro­jek­ty są bar­dziej war­to­ścio­we niż inne (a zatem, że ist­nie­ją obiek­tyw­ne war­to­ści), w moim prze­ko­na­niu każ­dy z nas powi­nien być skrom­ny, skłon­ny do reflek­sji oraz powi­nien mieć otwar­ty umysł na pyta­nie o to, jakie były­by to pro­jek­ty i wartości.

Moż­na by zadać pyta­nie, dla­cze­go mie­li­by­śmy przej­mo­wać się obiek­tyw­ny­mi war­to­ścia­mi, a zwłasz­cza, dla­cze­go mie­li­by­śmy nale­gać na to, że sen­sow­ność wyma­ga zaan­ga­żo­wa­nia w coś obiek­tyw­nie war­to­ścio­we­go, jeśli nie jeste­śmy pew­ni, czy wie­my, któ­ra war­tość jest tą wła­ści­wą. Moim zda­niem jed­nak nasze zain­te­re­so­wa­nie sen­sem nie było­by zro­zu­mia­łe, dopó­ki nie mie­li­by­śmy ugrun­to­wa­nych prze­ko­nań o obiek­tyw­nych wartościach.

Na przy­kład, wcze­śniej wspo­mnia­łam, iż sen­sow­ność jest powią­za­na z ideą życia w spo­sób, z któ­re­go ktoś był­by dum­ny – lecz jeśli nie sądzi się, że pew­ne spo­so­by życia były­by lep­sze niż inne, dla­cze­go mia­ło­by się być dum­nym z życia w taki, a nie inny spo­sób? Następ­nie, jako nauczy­ciel­ka, a co wię­cej jako rodzic, pró­bu­ję zachę­cić moich stu­den­tów i moje dzie­ci do roz­wi­ja­nia zain­te­re­so­wa­nia nauką, sztu­ką, spor­tem czy też zaan­ga­żo­wa­nia się w dzia­ła­nia na rzecz spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej – a nie do spę­dza­nia całe­go cza­su, powiedz­my, na czy­ta­niu plot­kar­skich por­ta­li o gwiaz­dach. Jak jed­nak mogła­bym uzna­wać, że to ma sens, gdy­by pew­ne spo­so­by spę­dza­nia cza­su nie były dla mnie bar­dziej war­to­ścio­we niż inne?

Ma Pani rację, łącząc dys­ku­sję J. S. Mil­la o wyż­szych i niż­szych przy­jem­no­ściach oraz jego odwo­ła­nie do kom­pe­tent­nych sędziów w Uty­li­ta­ry­zmie z dys­ku­sją Hume’a o kom­pe­tent­nym sędzim w Spraw­dzia­nie sma­ku. Spę­dzi­łam mnó­stwo cza­su z obie­ma tymi pra­ca­mi, mogła­bym o nich roz­pra­wiać godzi­na­mi… Pani pro­po­zy­cja inter­pre­ta­cji Mil­la brzmi intry­gu­ją­co – ale z samej naszej dys­ku­sji o tym mógł­by powstać osob­ny wywiad!

Co jest takie­go wyjąt­ko­we­go w wolon­ta­ria­cie, dla­cze­go zaan­ga­żo­wa­nie w pro­jek­ty oby­wa­tel­skie może nada­wać sens życiu czło­wie­ka? Jakie były­by dobre przy­kła­dy pro­jek­tów takie­go rodza­ju zaan­ga­żo­wa­nia, któ­rych może­my, zwłasz­cza teraz – w trak­cie pan­de­mii koro­na­wi­ru­sa – potrzebować?

Ludzie czer­pią sens życia z wie­lu źró­deł: rela­cji z przy­ja­ciół­mi i rodzi­ną, pra­cy (jeśli mają łut szczę­ścia), hob­by oraz róż­ne­go rodza­ju zain­te­re­so­wań. Jed­nak oso­by uczest­ni­czą­ce w pro­jek­tach oby­wa­tel­skich jako wolon­ta­riu­sze (na przy­kład gotu­ją­ce i poda­ją­ce posił­ki w jadło­daj­ni dla ubo­gich, udzie­la­ją­ce kore­pe­ty­cji dziec­ku, któ­re nie mia­ło wystar­cza­ją­ce­go wspar­cia w domu, udzie­la­ją­ce wspar­cia w tele­fo­nie zaufa­nia dla ofiar gwał­tu, pro­wa­dzą­ce zaję­cia w zakła­dzie kar­nym) zazwy­czaj widzą szcze­gól­ny sens w tych dzia­ła­niach. Nie byli­by wolon­ta­riu­sza­mi, gdy­by nie myśle­li, że te pro­jek­ty są war­to­ścio­we. Ponie­waż takie pro­jek­ty czę­sto pocią­ga­ją za sobą zarów­no pra­cę, jak i trosz­cze­nie się o innych ludzi, łączą wolon­ta­riu­sza ze wspól­no­tą ludzi podzie­la­ją­cych te same war­to­ści, co może wzmoc­nić zado­wo­le­nie oraz poczu­cie sen­su, któ­re przy­cią­gnę­ło go na począt­ku do pro­jek­tu. Następ­nie, wybie­ra­jąc ofe­ro­wa­nie innym swo­jej ener­gii, a tak­że cza­su na takie pro­jek­ty bez jakiej­kol­wiek zapła­ty, czę­sto też jako doda­tek do życia i tak już peł­ne­go innych aktyw­no­ści, w któ­re są zobli­go­wa­ni się anga­żo­wać, dekla­ru­ją swo­je zaan­ga­żo­wa­nie oraz utoż­sa­mia­nie się z pro­jek­ta­mi czy też wspól­no­tą, któ­rej słu­żą. War­tość oraz poczu­cie wię­zi to cechy, któ­re czy­nią pro­jekt sen­sow­nym będą tu zatem szcze­gól­nie istotne.

Im bar­dziej pan­de­mia przy­czy­nia się do naszej izo­la­cji, co wię­cej, pozba­wia nas zwy­cza­jo­wych źró­deł sen­su, powo­du­je nie­po­kój o sie­bie oraz innych, któ­rzy cier­pią lub mogą cier­pieć z powo­du utra­ty zdro­wia, bez­pie­czeń­stwa finan­so­we­go, spo­łecz­ne­go wspar­cia i wie­lu innych powo­dów, tym waż­niej­sze sta­je się zna­le­zie­nie sen­sow­nych aktyw­no­ści. Dołą­cze­nie do innych, aby nieść wspól­no­cie pomoc i prze­brnąć przez tę gehen­nę – szy­jąc masecz­ki, dostar­cza­jąc jedze­nie, itp. – poma­ga nam pod­trzy­mać sens pod­mio­to­wo­ści i celu w tych trud­nych czasach.

 


Richard Tay­lor – eks­pe­ry­ment myślo­wy o Syzy­fie. Syzyf został ska­za­ny przez bogów na wiecz­ne życie spę­dzo­ne na wta­cza­niu na szczyt góry gła­zu, spa­da­ją­ce­go z niej tyl­ko po to, aby znów powta­rzać tę czyn­ność – i tak w nie­skoń­czo­ność. Przy­pu­ść­my jed­nak, że bogo­wie litu­ją się nad Syzy­fem: wstrzy­ku­ją mu do żył sub­stan­cję, prze­ista­cza­ją­cą go w kogoś, kto kocha wta­cza­nie kamie­nia bar­dziej niż cokol­wiek inne­go. Cią­głe wta­cza­nie kamie­nia nie jest zatem dla nie­go żad­ną uciąż­li­wą gehen­ną. Odna­lazł swo­ją pasję i podą­ża za nią z wyraź­nym speł­nie­niem. Czy jed­nak takie życie ma sens?

Kom­pe­tent­ni sędzio­wie” J.S. Mil­la. Róż­nym kon­cep­cjom dobre­go życia lub obiek­tyw­nych war­to­ści czę­sto zarzu­ca się eli­ta­ryzm. Pod­da­je się w wąt­pli­wość, czy pew­ne uprzy­wi­le­jo­wa­ne oso­by mogą decy­do­wać o tym, jakie to będą war­to­ści i jak mamy wieść dobre życie. Pro­blem ten podej­mu­je rów­nież J.S. Mill odwo­łu­jąc się do auto­ry­te­tu kom­pe­tent­nych sędziów, któ­rzy będą umie­li na pod­sta­wie wła­sne­go doświad­cze­nia roz­po­znać więk­szą war­tość przy­jem­no­ści wyż­szych niż niż­szych. Jed­na z życz­li­wych inter­pre­ta­cji tej kon­cep­cji J.S. Mil­la zwra­ca uwa­gę na funk­cję takich eks­per­tów, któ­ra pole­ga nie na prze­wo­dze­niu, czy domi­na­cji nad inny­mi, lecz inspi­ro­wa­niu do pew­nych dzia­łań lub doce­nia­niu pew­nych war­to­ści, jak np. wykształ­ce­nia, poezji lub pięk­na natury.


War­to doczytać:

S. Wolf, Moral Saints, „The Jour­nal of Phi­lo­so­phy”, 1982, t. 79, nr 8, s. 419–439.

 


Susan R. Wolf – pro­fe­sor­ka filo­zo­fii na Uni­wer­sy­te­cie Karo­li­ny Pół­noc­nej w Cha­pel Hill. Jej zain­te­re­so­wa­nia obej­mu­ją moral­ną psy­cho­lo­gię, teo­rię war­to­ści i ety­kę nor­ma­tyw­ną; zaj­mu­je się rela­cją mię­dzy war­to­ścia­mi moral­ny­mi i poza­mo­ral­ny­mi, natu­rą oraz warun­ka­mi odpo­wie­dzial­no­ści, a tak­że ideą sen­sow­no­ści będą­cą wymia­rem dobre­go życia. Do jej naj­waż­niej­szych prac nale­żą: „Moral Saints”, Fre­edom Within Reason), Meaning in Life and Why it Mat­ters (Sens życia i jego zna­cze­nie), The Varie­ty of Valu­es: Essays on Mora­li­ty, Meaning, and Love. Żona filo­zo­fa Dougla­sa Mac­Le­ana i mat­ka dwóch córek. W wol­nym cza­sie uwiel­bia wędrów­ki po górach, goto­wa­nie (i jedze­nie!), czy­ta­nie powie­ści i oglą­da­nie filmów.

 

Elż­bie­ta Fili­pow – dok­to­rant­ka w Zakła­dzie Ety­ki na Wydzia­le Filo­zo­fii Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, sty­pen­dyst­ka pro­gra­mu LLP Era­smus na Uni­ver­si­te­it Twen­te. Tłu­macz­ka. Współ­pra­cu­je z mie­sięcz­ni­kiem „Cha­rak­te­ry” i por­ta­lem inter­ne­to­wym „O psy­cho­lo­gii”. W wol­nym cza­sie spa­ce­ru­je i zaczy­tu­je się w lite­ra­tu­rze pięknej.

 

Najnowszy numer można nabyć od 1 marca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2021 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy