Artykuł Filozofia w filmie Omówienia i recenzje

Cienka czerwona linia”: śmierć bez utraty życia, utrata życia bez śmierci

Cienka czerwona linia przedstawia wojnę, w czasie której każdy żołnierz na swój sposób musi stawić czoło zjawisku „rozpadu świata”. Chcielibyśmy zaprezentować historie wybranych żołnierzy Kompanii C, którzy wędrują przez pola bitewne na wyspie Guadalcanal. Według Martina Heideggera śmierć ontologiczna, w odróżnieniu od śmierci biologicznej, nazywanej przez niego „utratą życia”, to „sposób bycia”, taki mianowicie, który stale liczy się z możliwością rozpadu naszego życia. Większość przypadków śmierci przedstawionych w filmie nie polega na utracie życia, lecz właśnie na utracie sensu życia.

Najnowszy numer: Nowy człowiek?

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2017 można zamówić > tutaj.

Magazyn można też nabyć od 23 listopada w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „TUTAJ”.

Down­load (PDF, 750KB)


Rozpad świata

Egzys­tenc­jal­no-onto­log­iczne zała­manie członków Kom­panii C następu­je w miarę  zbliża­nia się do pozy­cji wro­ga na Wzgórzu 210. W panu­ją­cym dookoła chaosie kilku żołnierzy doświad­cza przemi­any pola bitewnego w zaw­ies­zony w próżni świat. „Trafiłem! Zabiłem człowieka (…) i jestem bezkarny”, woła szere­gowiec Doll po zas­trze­le­niu japońskiego żołnierza na wzgórzu. Doll uświadamia sobie, że dokon­ał czegoś więcej niż tylko zabójst­wa człowieka; przes­tała ist­nieć nor­maty­w­na struk­tu­ra znanego mu świa­ta. Wymi­ana zdań między kap­i­tanem Starosem a porucznikiem Tallem również opisu­je wojnę jako roz­pad świa­ta. Tall sugeru­je, że gdy świat zna­j­du­je się nad przepaś­cią, gwiaździste niebo nad nami i pra­wo moralne w nas zamieni­a­ją się w pustkę.

Członkowie Kom­panii C wal­czą w takim pozbaw­ionym prawa i trwałego fun­da­men­tu świecie. Każdy z nich na swój sposób radzi sobie z tą sytu­acją. Zaczniemy od opisu dwóch różnych reakcji na „roz­pad świa­ta”: kryzy­su tożamoś­ci oraz roz­padu bezwarunk­owego zobow­iąza­nia. Następ­nie przed­staw­imy dwa sposo­by obrony przed roz­pa­dem: cyn­iczne zaprzecze­nie, że świat ma jakikol­wiek sens oraz osiąg­nię­cie duchowej nieśmiertel­noś­ci.

Kryzys tożsamości

W sytu­acji całkowitego egzys­tenc­jal­no-onto­log­icznego zała­ma­nia świat oso­by zupełnie się roz­pa­da; światło, które nadawało sens życiu nagle gaśnie, a jego miejsce zaj­mu­je sza­leńst­wo. W filmie oglą­damy kil­ka przykładów takiego zała­ma­nia. Szczegól­nie wyrazisty jest przy­padek  sierżan­ta McCrona, który traci wszys­t­kich członków swo­jej jed­nos­t­ki. Przed szturmem na Wzgórze 210 chwyta garść zie­mi i mówi do otacza­ją­cych go członków Kom­panii C: „Jesteśmy prochem, niczym więcej”. Przyglą­da się inten­sy­wnie trzy­manej w garś­ci zie­mi i pozwala jej ule­cieć na pob­liskie kępy trawy. Mężczyźni rusza­ją do boju. Zamyślony McCron zamiera w bezruchu. W późniejszej sce­nie fil­mu widz­imy go przemierza­jącego samot­nie o zachodzie słoń­ca szczyt wzgórza i krzy­czącego w pozbaw­ioną sen­su przestrzeń, która kiedyś była światem: „Patrz­cie, sto­ję tu i ani jed­nej kuli, ani jed­nego strza­łu! Dlaczego? Z jakiej racji oni wszyscy zginęli, a ja tu sto­ję i nic mi nie jest?”. Sza­leńst­wo czyni McCrona przy­na­jm­niej chwilowo odpornym na utratę życia.

Bezwarunkowe zobowiązanie

Dwóch żołnierzy z Kom­panii C próbu­je uniknąć roz­padu świa­ta trzy­ma­jąc się swo­jego zobow­iąza­nia z, jak powiedzi­ał­by Kierkegaard, „nieskońc­zoną namięt­noś­cią”. To ono określa ich tożsamość i kieru­je ich dzi­ała­ni­a­mi w trak­cie boju. Kap­i­tan Staros ma brater­skie zobow­iązanie wobec dowod­zonych przez siebie mężczyzn, a szere­gowiec Bell zobow­iązanie miłoś­ci wobec swo­jej pięknej, młodej żony. Dla obu tych żołnierzy bezwarunk­owe zobow­iązanie decy­du­je o ich losie. Staros udowad­nia odd­anie swoim ludziom kiedy, próbu­jąc ratować ich życie, łamie bezpośred­ni rozkaz pułkown­i­ka Tal­la, aby przeprowadz­ić atak: „Pułkown­iku, odmaw­iam wyko­na­nia rozkazu. To było­by samobójst­wo. Znam ich od dwóch i pół roku, nie poślę ich na śmierć”.

Decyz­ja Starosa, wynika­ją­ca z jego bezwarunk­owego zobow­iąza­nia wobec swoich ludzi, ocala im życie. Jego mod­l­it­wa „Nie pozwól bym Cię zdradz­ił. Nie daj mi zdradz­ić swoich ludzi” zosta­je wysłuchana. Ale gdy po zdoby­ciu Wzgórza 210 żołnierze wraca­ją do obozu, Tall naty­ch­mi­ast odbiera Starosowi dowództ­wo twierdząc, że ma „za miękkie serce”. Przed powrotem Starosa do domu, odwiedza­ją go jego żołnierze. Dzięku­ją mu za odmowę wyko­na­nia rozkazu Tal­la oraz za „to, że się nimi opiekował, za to, że trzy­mal­iśmy się razem”. Uważa­ją jego ode­jś­cie za „śmierdzącą niespraw­iedli­wość” i pro­ponu­ją wniesie­nie skar­gi. Jed­nak Staros nie chce pomo­cy. Jak mówi, cho­ci­aż ich opuszcza, na zawsze pozostaną jego cząstką: „Byliś­cie dla mnie jak syn­owie. Jesteś­cie moi­mi dzieć­mi, ukochany­mi syna­mi. Ter­az żyje­cie w moim ser­cu i wszędzie będziecie ze mną”. Staros doświad­czył roz­padu świa­ta, ale uniknął roz­paczy przek­sz­tał­ca­jąc bezwarunk­owe zobow­iązanie wobec swoich ludzi w ich wyide­al­i­zowane wspom­nie­nie.

Wewnętrzne monolo­gi szere­gow­ca Jac­ka Bel­la z żoną – „My razem. Jed­na isto­ta. Płyniemy obok siebie, aż jed­no stapia się z drugim. Wyp­i­jam cię” – oraz jego wspom­nienia o niej unaocz­ni­a­ją nam, z jaką czułoś­cią trak­tu­je ich miłość. Co ważniejsze, pokazu­ją one, jak bard­zo zależy mu na tym, aby przetr­wać wojnę i powró­cić „niezmienionym” w jej obję­cia: „Moja dro­ga żono, aż coś się w środ­ku skrę­ca od tej krwi, brudu, hała­su. Prag­nę pozostać niezmieniony. Chcę wró­cić do ciebie takim, jakim mnie poz­nałaś”.

W obliczu niezrozu­mi­ałoś­ci wojny i bezpośred­niej groź­by roz­padu świa­ta Bell zna­j­du­je ocale­nie w miłoś­ci, której, jak wierzy, nic nie jest w stanie zniszczyć: „Miłość. Skąd się bierze? Kto w nas roz­pal­ił ten płomień? Żad­na woj­na go nie zgasi, nie pokona”. Całe jego życie jako mężczyzny i żołnierza jest określane przez zobow­iązanie wobec żony. Miłość, jaką do niej żywi, daje mu odwagę i opar­cie, których potrze­bu­je, aby przetr­wać wojnę: „Czemu miałbym się bać śmier­ci? Należę do ciebie”. Cho­ci­aż jego bezwarunk­owe zobow­iązanie wobec żony poma­ga mu przetr­wać, to po powro­cie do obozu następu­je roz­pad. Jego żona pisze w liś­cie: „Dro­gi Jacku, poz­nałam kap­i­tana Sił Powi­etrznych. Zakochałam się. Proszę cię o rozwód, chcę za niego wyjść (…) Wybacz mi, ale czułam się zbyt samot­na (…) Przy­ja­cielu tych wszys­t­kich cud­ownych lat. Pomóż mi od siebie ode­jść!”. W następ­nej sce­nie widz­imy Bel­la śmiejącego się his­terycznie. W dłoni trzy­ma list od żony, pod­czas gdy jego umysł pogrąża się w poczu­ciu bezsen­su. Na koniec widz­imy go siedzącego samot­nie i wyglą­da­jącego na zupełnie zała­manego.

Cyniczna niezniszczalność

Sierżant Welsh opiera się zagroże­niom wojny przyj­mu­jąc cyn­iczny, mate­ri­al­isty­czny pogląd na świat. Jak mówi do szere­gow­ca Wit­ta: „Żyje­my w świecie, który sam pcha się w piekło. Moż­na tylko zamknąć oczy i nie dać się. Ratować włas­ną skórę”. Dla Welsha świat jest wypełniony skała­mi, umier­a­ją­cy­mi ptaka­mi, wys­pa­mi, posi­adłoś­ci­a­mi i kłamst­wa­mi. Żyje on w świecie, w którym „jeśli zginiesz, to nic nie zmieni”, ponieważ „nie trafisz do innego dobrego świa­ta. Ist­nieje tylko ten jeden. Tylko ta skała”. Według niego woj­na toczy się o „włas­ność” i jest pełnym prze­mo­cy wydarze­niem, które niepotrzeb­nie naraża ludzi na ryzyko tylko po to, aby naród gro­madz­ił coraz więcej dóbr mate­ri­al­nych i posi­adał więcej władzy. Bez­duszny „świat” Welsha jest zbu­dowany na trwałej pod­staw­ie nihiliz­mu, a on sam pozosta­je onto­log­icznie niepo­dat­ny na „roz­pad świa­ta” – w ogóle nie posi­a­da bowiem wypełnionego sensem świa­ta, który mógł­by ulec roz­pad­owi. Jest podat­ny jedynie na utratę życia.

Jed­nakże mimo deklarowanego egoiz­mu i nieustan­nie pow­tarzanych deklaracji nihilisty, Welsh nie zawsze kieru­je się swoi­mi słowa­mi. W ogniu wal­ki bieg­nie pod ostrza­łem do umier­a­jącego żołnierza, aby podać mu morfinę. Staros zbliża się do niego i mówi: „Patrzyłem przez lor­netkę. Zgłoszę cię do odz­naczenia Sre­brną Gwiazdą. Two­ja odwa­ga…”. Ale zan­im kończy zdanie, Welsh mu prz­ery­wa: „Kap­i­tanie, jeszcze jed­no słowo, a dam panu w zęby. Jed­no słowo, a podam się do dymisji i zostaw­ię tu pana z tymi niedo­bitka­mi”.

Czy niosąc ulgę w cier­pi­e­niu umier­a­jące­mu żołnier­zowi Welsh sam sobie przeczy? Czy naprawdę troszczy się tylko o siebie? Cho­ci­aż jego dzi­ała­nia zda­ją się nie odpowiadać jego słowom, w tej postaw­ie nie ma niekon­sek­wencji; w isto­cie pozosta­je ona zgod­na z niepo­dat­noś­cią na roz­pad świa­ta. Odrzu­ca­jąc pro­ponowaną przez Starosa rekomen­dację do Sre­brnej Gwiazdy, Welsh nie wyp­iera się tego, co zro­bił, a jedynie odrzu­ca jakikol­wiek sposób „świa­towego” uzna­nia ze strony „kogokol­wiek”, kto podsy­ca toczącą się wojnę. Takie postępowanie jest zgodne z jego poglą­dem na świat. Narażanie życia, aby przynieść ulgę w cier­pi­e­niu innemu żołnier­zowi, pokazu­je dobit­nie, że nie ma on nic do strace­nia. Jest niezniszczal­ny. Welsh jest bez­pieczny w grani­cach cyniz­mu i nie może go zniszczyć nawet utra­ta życia. Choć­by w trak­cie niesienia pomo­cy odniósł śmiertel­ną ranę, spotkała­by go co najwyżej utra­ta życia, a nie śmierć.

Kadr z fil­mu Cien­ka czer­wona linia

Wprawdzie cynizm chroni go przed roz­pa­dem świa­ta, ale nie uwal­nia go od poczu­cia bólu oraz od współczu­cia dla innych. Tuż po zdoby­ciu Wzgórza 210, patrząc na umier­a­jącego żołnierza, szere­gowiec Storm mówi: „Patrzę, jak ten chłopak umiera i nic nie czu­ję. Już nic mnie nie obchodzi”. Welsh zupełnie szcz­erze odpowia­da: „Bło­gostan”. Jak każdy człowiek, zma­ga się z emoc­ja­mi rodzą­cy­mi się w nim w obliczu uczuć i myśli osób, które posi­ada­ją, niekiedy diame­tral­nie, odmi­en­ny pogląd na świat. W opuszc­zonym i pozbaw­ionym dachu domu na pustkow­iu Witt pyta Welsha: „Lubisz mnie sierżan­cie, co? Zawsze to czułem. Czemu zawsze uda­jesz głaz? Jed­nego dnia gawędz­imy, drugiego praw­ie się nie znamy”. Sto­sunek Welsha do szere­gow­ca Wit­ta pozosta­je zagad­kowy – zda­je się on trak­tować Wit­ta z dzi­wnym poczu­ciem brater­skiej miłoś­ci, a cza­sem nawet z podzi­wem: „Wciąż wierzysz w piękną jas­ność, co? Jak ty to robisz? Jesteś dla mnie czar­o­dziejem”, mówi do Wit­ta w pozbaw­ionym dachu domu.

Roz­mowy z Wit­tem sugeru­ją na pozór, że Welsh tęskni za czymś więcej, że prag­nie „dotknąć chwały”, zobaczyć jas­ność. Ale widziane z jego mate­ri­al­isty­cznej per­spek­ty­wy, sprowadza­ją się one jedynie do cyn­icznych dialogów, w których próbu­je wykpić sposób życia Wit­ta. Z tego punk­tu widzenia zwrot „I gdzie się podzi­ała ta two­ja iskra?” – ostat­nie słowa, jakie wypowia­da Welsh sto­jąc nad grobem Wit­ta – nie są początkiem mono­logu o „iskrze”, którą Witt, jak twierdz­ił, dostrze­gał w Welshu, lecz raczej ponurym i cyn­icznym stwierdze­niem, że wrażli­wość Wit­ta na „iskrę” nie uchroniła go przez śmier­cią.

Po raz ostat­ni widz­imy Welsha całego i zdrowego na polu wal­ki, pow­tarza­jącego, że zwyciężył i że woj­na nie zniszczyła wyspy, jaką sobie stworzył. Jego świat nie uległ roz­pad­owi. Dla Welsha nic się nie zmieniło od początku bitwy o Guadal­canal. Nadal twierdzi, że wszys­tko, „co słyszysz i widzisz” pozosta­je kłamst­wem, a oni „chcą, byś był martwy albo odnalazł się w ich kłamst­wie”, ponieważ „jesteś w trum­nie, ruchomej trum­nie”.

Duchowa nieśmiertelność albo utrata życia bez śmierci

 Pełne skupi­enia wędrowanie szere­gow­ca Wit­ta po polach bitwy o Guadal­canal jest podróżą do ser­ca duchowej nieśmiertel­noś­ci. Po raz pier­wszy słyszymy go mówiącego o „nieśmiertel­noś­ci”, gdy w pięknym ziem­skim raju wspom­i­na śmierć swo­jej mat­ki: „Pamię­tam jak umier­ała mama. Miała skur­czoną, poszarza­łą twarz. Spy­tałem ją, czy się boi. Potrząs­nęła przeczą­co głową. Bałem się dotknąć śmier­ci, którą w niej widzi­ałem. Nie było nic pięknego ani budu­jącego w tym, że wracała do Boga. Ludzie mówią o nieśmiertel­noś­ci, ale ja jej nie widzi­ałem. Zas­tanaw­iam się, jak ja sam będę umier­ał. Jakie to uczu­cie wiedzieć, że to już ostat­ni odd­ech? Mam nadzieję, że przyjmę to tak, jak ona. Z takim samym spoko­jem. Bo właśnie tam kry­je się nieśmiertel­ność, której nie widzi­ałem”.

Kadr z fil­mu Cien­ka czer­wona linia

Ten monolog ujaw­nia dwie istotne rzeczy. Z jed­nej strony opowia­da on o tym, jak w obec­noś­ci umier­a­jącej mat­ki Witt po raz pier­wszy doświad­czył czegoś przekracza­jącego utratę życia. Śmierć mat­ki stanowi dla niego początek podróży w stronę duchowej niezniszczal­noś­ci. Z drugiej strony wskazu­je on gdzie, jego zdaniem, kry­je się ta nieśmiertel­ność. Dostrze­ga on ją w oczach mat­ki, która przyj­mu­je śmierć ze spoko­jem. Witt jest niepo­dat­ny na roz­pad świa­ta, ponieważ otwiera się na inny, niezniszczal­ny świat. Nie przyj­mu­je żad­nych defini­u­ją­cych go zobow­iązań ani nie spodziewa się znaleźć sen­su – dzię­ki temu nie żyje w świecie podat­nym na zniszcze­nie. Duchowa ilu­mi­nac­ja, której dostępu­je, otwiera go na świat, który nigdy nie może ulec roz­pad­owi.

W trak­cie całego fil­mu Witt niesie pociechę umier­a­ją­cym żołnier­zom. Wprawdzie obaw­iał się dotknąć umier­a­jącą matkę, ale pod­czas wędrów­ki przez bitewne pola u boku śmier­ci w zad­u­mie oglą­da umier­a­jącego pta­ka, a następ­nie z całkow­itym spoko­jem przyj­mu­je utratę włas­nego życia. Przez­nacze­nie Wit­ta zda­je się w jak­iś sposób związane z umier­a­ją­cy­mi. Po tym jak zdez­ert­erował do malezyjskiego raju, Welsh mówi Wit­towi o czeka­jącej go karze: „Wysyłam cię do jed­nos­t­ki karnej. Zosta­niesz nos­zowym. Będziesz zbier­ał ran­nych”. Ostate­cznie Witt nie zosta­je odesłany do jed­nos­t­ki karnej, aby zaj­mować się ran­ny­mi. Zami­ast tego wraca do Kom­panii C, której zadaniem jest zdoby­cie Wzgórza 210; Witt postanaw­ia wziąć na siebie obow­iązek zaj­mowa­nia się pozostaw­iony­mi na tyłach umier­a­ją­cy­mi żołnierza­mi. Kiedy w wyniku nieszczęśli­wego wypad­ku granat rozry­wa dol­ną część ciała prz­er­ażonego sierżan­ta Kec­ka, żołnierze wokół niego w szoku wykrzyku­ją puste obiet­nice. Tylko Witt z abso­lut­nym spoko­jem bierze go w ramiona: „Będzie dobrze. Nawet jeśli umrzesz. Nie naraz­iłeś towarzyszy. Gdy­byś nie odskoczył, zabiło­by wszys­t­kich”, mówi do Kec­ka zan­im ten umiera. Czy spokój, który roz­tacza wokół siebie Witt, jest tym samym spoko­jem, który widzi­ał w oczach umier­a­jącej mat­ki? Czy przes­tał obaw­iać się utraty życia? Czy dotyka­jąc umier­a­jącego żołnierza udowad­nia, że osiągnął duchową nieśmiertel­ność?

Dotyka­jąc „śmier­ci” Witt tylko uspoka­ja w swoich ramionach umier­a­ją­cy świat. Nie osią­ga jeszcze duchowej nieśmiertel­noś­ci. Spokój, z jakim opieku­je się umier­a­ją­cy­mi pokazu­je  jed­nak, że nie boi się już opuś­cić tego świa­ta – wziąć ostat­ni odd­ech, o którym mówił wspom­i­na­jąc śmierć mat­ki. W tym punkcie podróży Witt zobaczył już „inny świat”, „dotknął chwały” i doświad­czył „blasku”. Jego tros­ka o umier­a­ją­cych oraz odwa­ga, jaką wykazu­je w obliczu śmier­ci, są całkow­itym prze­ci­wieńst­wem cyn­icznej niezniszczal­noś­ci Welsha; niezniszczal­ność w pewien sposób przy­cią­ga ich do siebie, a zarazem skła­nia do niesienia pociechy umier­a­ją­cym, cier­pią­cym i słabym.

Niesie­nie pociechy kilkukrot­nie pcha Wit­ta, podob­nie jak Welsha, do odważnych dzi­ałań, które – cho­ci­aż  nie noszą znamion patri­o­ty­cznego hero­iz­mu, a wręcz ocier­a­ją się o sza­leńst­wo – wyraża­ją postawę wyrzeczenia i bez­in­tere­sownoś­ci. Pod koniec fil­mu, już po zdoby­ciu Wzgórza 210, kap­i­tan Band roz­pac­zli­wie poszuku­je ochot­ników do „wybada­nia, w którym miejs­cu został prze­cię­ty kabel łącznoś­ci” przez zbliża­ją­cych się żołnierzy japońs­kich. Band zle­ca tę mis­ję Coomb­sowi i Fife’owi. Witt, wbrew rozsąd­kowi, zgłasza się na ochot­ni­ka. „Ja też pójdę”, mówi, „ale uważam, że to poro­niony pomysł. Jeśli tu przyjdą, zniszczą nasze stanowiska”. Kap­i­tan Band zaz­nacza, że Witt nie ma takiego obow­iązku, na co ten odpowia­da, że chce tam być „na wypadek, gdy­by stało się coś złego”. Poczu­cie niezniszczal­noś­ci skła­nia go do pode­j­mowa­nia ryzykownych dzi­ałań, ponieważ nic nie może zagroz­ić jego światu. Czyni to jed­nak tylko po to, aby pomóc słab­szym od siebie – ich świat może bowiem z łat­woś­cią roz­paść się w obliczu utraty życia.

Na początku fil­mu, po tym, jak Witt został zmus­zony do powro­tu z malezyjskiego raju, Welsh nazy­wa go durnym rekrutem, który w ciągu swo­jej sześ­ci­o­let­niej służ­by kilkukrot­nie odd­al­ił się bez poz­wole­nia, żołnierzem, który „niczego się nie nauczył” w cza­sie poby­tu w armii. W tym punkcie podróży Witt osiągnął już począt­ki niezniszczal­noś­ci, ponieważ „widzi­ał inny świat”. Sko­ro jed­nak Witt wyczuwa, że jest niezniszczal­ny, to dlaczego ucieka od wojny i żołnier­s­kich obow­iązków? Być może odpowiedź brz­mi, że wcale od nich nie ucieka, lecz po pros­tu przy­cią­ga go blask, jaki dostrze­ga w malezyjskim raju.

Witt jest niezniszczal­ny już w cza­sie swo­jego pier­wszego spotka­nia z Welshem na statku. Nie wyobraża sobie jedynie tego, co zobaczył i czego doświad­czył, ponieważ już wtedy posi­a­da coś, co nazwiemy este­ty­cznym rozu­mie­niem nieśmiertel­noś­ci. Gdy Witt po raz pier­wszy wspom­i­na Welshowi, że jako dez­ert­er „widzi­ał inny świat”, ma na myśli zarówno raj, w którym pły­wał z malezyjski­mi dzieć­mi, jak i spokój jego mat­ki w chwili utraty życia. Inaczej mówiąc „świat”, o którym mówi Witt, jest este­ty­czną sferą nieśmiertel­noś­ci. Posi­adanie este­ty­cznego rozu­mienia nieśmiertel­noś­ci pole­ga na takim spo­jrze­niu na świat, które wybiór­c­zo porząd­ku­je rzeczy na pod­staw­ie wartoś­ci este­ty­cznych.

Przed Guadal­canal este­ty­czne nastaw­ie­nie Wit­ta pocią­ga go ku rzec­zom, które promie­ni­u­ją spoko­jem i pięknem, a odpy­cha od takich, jak woj­na, utra­ta życia i cier­pi­e­nie. W jego przeko­na­niu „blask”, „chwala” i nieśmiertel­ność, których „poszuku­je” prze­jaw­ia­ją się w tym, co piękne, a zwłaszcza w wypełnionym przy­jem­noś­ci­a­mi, malezyjskim raju, którego mieszkań­cy żyją w har­monii z naturą, śmier­cią i inny­mi ludź­mi. Ten świat od kosz­marów wojny dzieli przepaść. Inaczej mówiąc powo­dem, dla którego Witt porzu­ca wojnę i  żołnier­skie obow­iąz­ki jest to, że nie rozu­mie jeszcze w pełni, gdzie kry­je się niezniszczal­ność.

Czy nasza zagła­da przyniesie zie­mi korzyść, czy pomoże ros­nąć traw­ie, świecić słońcu?” – pyta po zdoby­ciu Wzgórza 210. Bit­wa o Guadal­canal – ciem­na noc duszy, której doświad­cza –  wyz­nacza zmi­anę w jego rozu­mie­niu nieśmiertel­noś­ci, prze­jś­cie od uję­cia este­ty­cznego do duchowego. Akcep­tu­jąc mroczną stronę świa­ta zbliża się do zrozu­mienia nieśmiertel­noś­ci duchowej. Po powro­cie na pole wal­ki zaczy­na widzieć blask bez zaprzecza­nia, że wokół niego roz­pada­ją się światy. Zaczy­na rozu­mieć, że musi zaak­cep­tować ciem­ność, aby zobaczyć jas­ność.

W duchowej podróży Wit­ta nie ma szczegól­nej chwili nawróce­nia, jest nato­mi­ast seria doświad­czeń, które stop­niowo rzu­ca­ją nowe światło na jego świat. Prze­chodzi on od widzenia lśnienia tylko w malezyjs­kich dzieci­ach do dostrze­ga­nia go nawet w takich „głazach” jak Welsh, w samym środ­ku roz­pada­jącego się świa­ta. Po tym, jak doświad­czył okru­cieństw wojny, Welsh pyta go, czy nadal „wierzy w piękną jas­ność”. Witt spoglą­da w oczy Welsha – tego niezniszczal­nego głazu, który uważa, że zna­j­du­je się w ruchomej trum­nie – i odpowia­da: „Wciąż widzę w tobie iskrę”.

Po zaciętej bitwie oglą­damy zbliże­nie kamery na pta­ka, rodzącego się lub umier­a­jącego, a głos Wit­ta wyjaś­nia, co różni go od Welsha: „Jeden patrzy na konanie pta­ka i myśli, że życie to bezcelowe cier­pi­e­nie, a ostat­nie słowo należy do śmier­ci, która śmieje się z niego. Inny patrząc na tego samego pta­ka słyszy echo chwały, czu­je że przeni­ka go uśmiech”. Zaskaku­ją­cy obraz pta­ka pozwala nam z całą wyrazis­toś­cią zrozu­mieć uwagę Wit­ta. Cho­ci­aż jest to obraz nar­o­dzin pta­ka, to, co widz­imy jest tak makabryczne i surowe, że głos Wit­ta czyni zeń obraz ago­nii i cudu życia zarazem. Dzię­ki Wit­towi widz­imy pta­ka z dwóch per­spek­tyw, cho­ci­aż nigdy równocześnie. Oglą­damy  drwiące z nas niezrozu­mi­ałe cier­pi­e­nie, a zarazem lśnie­nie, które nieprz­er­wanie uśmiecha się do nas. Dla Wit­ta, w tym punkcie jego duchowej podróży, lśnie­nie i ciem­ność świa­ta zamieszku­ją równocześnie we wszys­t­kich rzeczach, także w Malezyjczykach, którzy zma­ga­ją się ter­az z chorobą i wewnętrznym kon­flik­tem, co Witt obser­wu­je pod­czas drugiej wiz­y­ty na ich wyspie. Mimo to lśnią jak różanopal­ca jutrzen­ka czy niebies­ki motyl prze­latu­ją­cy niespodziewanie nad polem bitwy, wydobyte przez kon­trast z mrok­iem utraty życia i destrukcją światów.

Kadr z fil­mu Cien­ka czer­wona linia

Przed utratą życia Witt zdołał dostrzec chwałę w każdej chwili, miejs­cu i rzeczy. Zna­j­du­jąc się na celown­iku, na bitewnym polu, napełniony spoko­jem, który przy­pom­i­na nam o jego matce, Witt traci życie nigdy nie umier­a­jąc i łącząc się z lśnie­niem, którego nauczył się doświad­czać. Nadal słyszymy jego głos mówią­cy: „O, dus­zo moja. Niech się stanę tobą. Niech patrzę twoi­mi ocza­mi.  Niech patrzę na stwor­zone przez ciebie rzeczy. Wszys­tkie rzeczy ską­pane w blasku”. Nieśmiertel­ny głos Wit­ta towarzyszy nam w chwili zakończenia fil­mu. Widz­imy go następ­nie pły­wa­jącego z grupą opalonych malezyjs­kich dzieci. Ostat­nie trzy obrazy, jakie oglą­damy, odd­ala­jąc się stop­niowo od Guadal­canal, to dzieci w łód­ce, kolorowe pta­ki na drzewie i pęd kokosa ros­nącego w morzu – ludzie, zwierzę­ta i rośliny ską­pane w blasku.

Przełożył Marcin Iwan­ic­ki

Jest to niez­nacznie skró­cona wer­s­ja ese­ju Thin Red Line: Death With­out Demise and Demise With­out Death, w: D. Davies (red.), The Thin Red Line, Lon­don: Rout­ledge 2008, s. 29–43. Przekład za zgodą Autorów.


Her­bert Drey­fus – pro­fe­sor filo­zofii na Uni­w­er­syte­cie Kali­forni­jskim w Berke­ley, autor takich prac jak What Com­put­ers Can’t Do (1972), Being-in-the-World: A Com­men­tary on Heidegger’s Being and Time, Divi­sion I (1991), What Com­put­ers Still Can’t Do (1992) oraz (wraz z Charlesem Tay­lorem) Retriev­ing Real­ism (2015).

 

Cami­lo Salazar Prince – reżyser i sce­narzys­ta mieszka­ją­cy w Los Ange­les, dawny stu­dent pro­fe­so­ra Drey­fusa.


Warto doczy­tać

D. Davies, The Thin Red Line (Philoso­phers on Film), Lon­don: Rout­ledge 2008.
R. Pip­pin, Ver­nac­u­lar Meta­physics: On Ter­rence Malick’s The Thin Red Line, “Crit­i­cal Inquiry” 39 (2): 247–275.


Zwiastun


czas: 2 godz. 50 min.
sce­nar­iusz i reży­se­ria: Ter­rence Mal­ick
pro­dukc­ja: USA
pre­miera: 1999 (świat)

 

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy