Artykuł Filozofia w filmie Omówienia i recenzje

Cienka czerwona linia”: śmierć bez utraty życia, utrata życia bez śmierci

Cienka czerwona linia przedstawia wojnę, w czasie której każdy żołnierz na swój sposób musi stawić czoło zjawisku „rozpadu świata”. Chcielibyśmy zaprezentować historie wybranych żołnierzy Kompanii C, którzy wędrują przez pola bitewne na wyspie Guadalcanal. Według Martina Heideggera śmierć ontologiczna, w odróżnieniu od śmierci biologicznej, nazywanej przez niego „utratą życia”, to „sposób bycia”, taki mianowicie, który stale liczy się z możliwością rozpadu naszego życia. Większość przypadków śmierci przedstawionych w filmie nie polega na utracie życia, lecz właśnie na utracie sensu życia.

Najnowszy numer: Zrozumieć emocje

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Nume­ry dru­ko­wa­ne moż­na zamó­wić onli­ne > tutaj. Pre­nu­me­ra­tę na rok 2017 moż­na zamó­wić > tutaj.

Magazyn można też nabyć od 4 sierpnia w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. > tutaj.

Aby dobro­wol­nie WESPRZEĆ naszą ini­cja­ty­wę dowol­ną kwo­tą, klik­nij „TUTAJ”.

Down­lo­ad (PDF750KB)


Rozpad świata

Egzy­sten­cjal­no-onto­lo­gicz­ne zała­ma­nie człon­ków Kom­pa­nii C nastę­pu­je w mia­rę  zbli­ża­nia się do pozy­cji wro­ga na Wzgó­rzu 210. W panu­ją­cym dooko­ła cha­osie kil­ku żoł­nie­rzy doświad­cza prze­mia­ny pola bitew­ne­go w zawie­szo­ny w próż­ni świat. „Tra­fi­łem! Zabi­łem czło­wie­ka (…) i jestem bez­kar­ny”, woła sze­re­go­wiec Doll po zastrze­le­niu japoń­skie­go żoł­nie­rza na wzgó­rzu. Doll uświa­da­mia sobie, że doko­nał cze­goś wię­cej niż tyl­ko zabój­stwa czło­wie­ka; prze­sta­ła ist­nieć nor­ma­tyw­na struk­tu­ra zna­ne­go mu świa­ta. Wymia­na zdań mię­dzy kapi­ta­nem Sta­ro­sem a porucz­ni­kiem Tal­lem rów­nież opi­su­je woj­nę jako roz­pad świa­ta. Tall suge­ru­je, że gdy świat znaj­du­je się nad prze­pa­ścią, gwiaź­dzi­ste nie­bo nad nami i pra­wo moral­ne w nas zamie­nia­ją się w pustkę.

Człon­ko­wie Kom­pa­nii C wal­czą w takim pozba­wio­nym pra­wa i trwa­łe­go fun­da­men­tu świe­cie. Każ­dy z nich na swój spo­sób radzi sobie z tą sytu­acją. Zacznie­my od opi­su dwóch róż­nych reak­cji na „roz­pad świa­ta”: kry­zy­su toża­mo­ści oraz roz­pa­du bez­wa­run­ko­we­go zobo­wią­za­nia. Następ­nie przed­sta­wi­my dwa spo­so­by obro­ny przed roz­pa­dem: cynicz­ne zaprze­cze­nie, że świat ma jaki­kol­wiek sens oraz osią­gnię­cie ducho­wej nieśmiertelności.

Kryzys tożsamości

W sytu­acji cał­ko­wi­te­go egzy­sten­cjal­no-onto­lo­gicz­ne­go zała­ma­nia świat oso­by zupeł­nie się roz­pa­da; świa­tło, któ­re nada­wa­ło sens życiu nagle gaśnie, a jego miej­sce zaj­mu­je sza­leń­stwo. W fil­mie oglą­da­my kil­ka przy­kła­dów takie­go zała­ma­nia. Szcze­gól­nie wyra­zi­sty jest przy­pa­dek  sier­żan­ta McCro­na, któ­ry tra­ci wszyst­kich człon­ków swo­jej jed­nost­ki. Przed sztur­mem na Wzgó­rze 210 chwy­ta garść zie­mi i mówi do ota­cza­ją­cych go człon­ków Kom­pa­nii C: „Jeste­śmy pro­chem, niczym wię­cej”. Przy­glą­da się inten­syw­nie trzy­ma­nej w gar­ści zie­mi i pozwa­la jej ule­cieć na pobli­skie kępy tra­wy. Męż­czyź­ni rusza­ją do boju. Zamy­ślo­ny McCron zamie­ra w bez­ru­chu. W póź­niej­szej sce­nie fil­mu widzi­my go prze­mie­rza­ją­ce­go samot­nie o zacho­dzie słoń­ca szczyt wzgó­rza i krzy­czą­ce­go w pozba­wio­ną sen­su prze­strzeń, któ­ra kie­dyś była świa­tem: „Patrz­cie, sto­ję tu i ani jed­nej kuli, ani jed­ne­go strza­łu! Dla­cze­go? Z jakiej racji oni wszy­scy zgi­nę­li, a ja tu sto­ję i nic mi nie jest?”. Sza­leń­stwo czy­ni McCro­na przy­naj­mniej chwi­lo­wo odpor­nym na utra­tę życia.

Bezwarunkowe zobowiązanie

Dwóch żoł­nie­rzy z Kom­pa­nii C pró­bu­je unik­nąć roz­pa­du świa­ta trzy­ma­jąc się swo­je­go zobo­wią­za­nia z, jak powie­dział­by Kier­ke­ga­ard, „nie­skoń­czo­ną namięt­no­ścią”. To ono okre­śla ich toż­sa­mość i kie­ru­je ich dzia­ła­nia­mi w trak­cie boju. Kapi­tan Sta­ros ma bra­ter­skie zobo­wią­za­nie wobec dowo­dzo­nych przez sie­bie męż­czyzn, a sze­re­go­wiec Bell zobo­wią­za­nie miło­ści wobec swo­jej pięk­nej, mło­dej żony. Dla obu tych żoł­nie­rzy bez­wa­run­ko­we zobo­wią­za­nie decy­du­je o ich losie. Sta­ros udo­wad­nia odda­nie swo­im ludziom kie­dy, pró­bu­jąc rato­wać ich życie, łamie bez­po­śred­ni roz­kaz puł­kow­ni­ka Tal­la, aby prze­pro­wa­dzić atak: „Puł­kow­ni­ku, odma­wiam wyko­na­nia roz­ka­zu. To było­by samo­bój­stwo. Znam ich od dwóch i pół roku, nie poślę ich na śmierć”.

Decy­zja Sta­ro­sa, wyni­ka­ją­ca z jego bez­wa­run­ko­we­go zobo­wią­za­nia wobec swo­ich ludzi, oca­la im życie. Jego modli­twa „Nie pozwól bym Cię zdra­dził. Nie daj mi zdra­dzić swo­ich ludzi” zosta­je wysłu­cha­na. Ale gdy po zdo­by­ciu Wzgó­rza 210 żoł­nie­rze wra­ca­ją do obo­zu, Tall natych­miast odbie­ra Sta­ro­so­wi dowódz­two twier­dząc, że ma „za mięk­kie ser­ce”. Przed powro­tem Sta­ro­sa do domu, odwie­dza­ją go jego żoł­nie­rze. Dzię­ku­ją mu za odmo­wę wyko­na­nia roz­ka­zu Tal­la oraz za „to, że się nimi opie­ko­wał, za to, że trzy­ma­li­śmy się razem”. Uwa­ża­ją jego odej­ście za „śmier­dzą­cą nie­spra­wie­dli­wość” i pro­po­nu­ją wnie­sie­nie skar­gi. Jed­nak Sta­ros nie chce pomo­cy. Jak mówi, cho­ciaż ich opusz­cza, na zawsze pozo­sta­ną jego cząst­ką: „Byli­ście dla mnie jak syno­wie. Jeste­ście moimi dzieć­mi, uko­cha­ny­mi syna­mi. Teraz żyje­cie w moim ser­cu i wszę­dzie będzie­cie ze mną”. Sta­ros doświad­czył roz­pa­du świa­ta, ale unik­nął roz­pa­czy prze­kształ­ca­jąc bez­wa­run­ko­we zobo­wią­za­nie wobec swo­ich ludzi w ich wyide­ali­zo­wa­ne wspomnienie.

Wewnętrz­ne mono­lo­gi sze­re­gow­ca Jac­ka Bel­la z żoną – „My razem. Jed­na isto­ta. Pły­nie­my obok sie­bie, aż jed­no sta­pia się z dru­gim. Wypi­jam cię” – oraz jego wspo­mnie­nia o niej una­ocz­nia­ją nam, z jaką czu­ło­ścią trak­tu­je ich miłość. Co waż­niej­sze, poka­zu­ją one, jak bar­dzo zale­ży mu na tym, aby prze­trwać woj­nę i powró­cić „nie­zmie­nio­nym” w jej obję­cia: „Moja dro­ga żono, aż coś się w środ­ku skrę­ca od tej krwi, bru­du, hała­su. Pra­gnę pozo­stać nie­zmie­nio­ny. Chcę wró­cić do cie­bie takim, jakim mnie poznałaś”.

W obli­czu nie­zro­zu­mia­ło­ści woj­ny i bez­po­śred­niej groź­by roz­pa­du świa­ta Bell znaj­du­je oca­le­nie w miło­ści, któ­rej, jak wie­rzy, nic nie jest w sta­nie znisz­czyć: „Miłość. Skąd się bie­rze? Kto w nas roz­pa­lił ten pło­mień? Żad­na woj­na go nie zga­si, nie poko­na”. Całe jego życie jako męż­czy­zny i żoł­nie­rza jest okre­śla­ne przez zobo­wią­za­nie wobec żony. Miłość, jaką do niej żywi, daje mu odwa­gę i opar­cie, któ­rych potrze­bu­je, aby prze­trwać woj­nę: „Cze­mu miał­bym się bać śmier­ci? Nale­żę do cie­bie”. Cho­ciaż jego bez­wa­run­ko­we zobo­wią­za­nie wobec żony poma­ga mu prze­trwać, to po powro­cie do obo­zu nastę­pu­je roz­pad. Jego żona pisze w liście: „Dro­gi Jac­ku, pozna­łam kapi­ta­na Sił Powietrz­nych. Zako­cha­łam się. Pro­szę cię o roz­wód, chcę za nie­go wyjść (…) Wybacz mi, ale czu­łam się zbyt samot­na (…) Przy­ja­cie­lu tych wszyst­kich cudow­nych lat. Pomóż mi od sie­bie odejść!”. W następ­nej sce­nie widzi­my Bel­la śmie­ją­ce­go się histe­rycz­nie. W dło­ni trzy­ma list od żony, pod­czas gdy jego umysł pogrą­ża się w poczu­ciu bez­sen­su. Na koniec widzi­my go sie­dzą­ce­go samot­nie i wyglą­da­ją­ce­go na zupeł­nie załamanego.

Cyniczna niezniszczalność

Sier­żant Welsh opie­ra się zagro­że­niom woj­ny przyj­mu­jąc cynicz­ny, mate­ria­li­stycz­ny pogląd na świat. Jak mówi do sze­re­gow­ca Wit­ta: „Żyje­my w świe­cie, któ­ry sam pcha się w pie­kło. Moż­na tyl­ko zamknąć oczy i nie dać się. Rato­wać wła­sną skó­rę”. Dla Welsha świat jest wypeł­nio­ny ska­ła­mi, umie­ra­ją­cy­mi pta­ka­mi, wyspa­mi, posia­dło­ścia­mi i kłam­stwa­mi. Żyje on w świe­cie, w któ­rym „jeśli zgi­niesz, to nic nie zmie­ni”, ponie­waż „nie tra­fisz do inne­go dobre­go świa­ta. Ist­nie­je tyl­ko ten jeden. Tyl­ko ta ska­ła”. Według nie­go woj­na toczy się o „wła­sność” i jest peł­nym prze­mo­cy wyda­rze­niem, któ­re nie­po­trzeb­nie nara­ża ludzi na ryzy­ko tyl­ko po to, aby naród gro­ma­dził coraz wię­cej dóbr mate­rial­nych i posia­dał wię­cej wła­dzy. Bez­dusz­ny „świat” Welsha jest zbu­do­wa­ny na trwa­łej pod­sta­wie nihi­li­zmu, a on sam pozo­sta­je onto­lo­gicz­nie nie­podat­ny na „roz­pad świa­ta” – w ogó­le nie posia­da bowiem wypeł­nio­ne­go sen­sem świa­ta, któ­ry mógł­by ulec roz­pa­do­wi. Jest podat­ny jedy­nie na utra­tę życia.

Jed­nak­że mimo dekla­ro­wa­ne­go ego­izmu i nie­ustan­nie powta­rza­nych dekla­ra­cji nihi­li­sty, Welsh nie zawsze kie­ru­je się swo­imi sło­wa­mi. W ogniu wal­ki bie­gnie pod ostrza­łem do umie­ra­ją­ce­go żoł­nie­rza, aby podać mu mor­fi­nę. Sta­ros zbli­ża się do nie­go i mówi: „Patrzy­łem przez lor­net­kę. Zgło­szę cię do odzna­cze­nia Srebr­ną Gwiaz­dą. Two­ja odwa­ga…”. Ale zanim koń­czy zda­nie, Welsh mu prze­ry­wa: „Kapi­ta­nie, jesz­cze jed­no sło­wo, a dam panu w zęby. Jed­no sło­wo, a podam się do dymi­sji i zosta­wię tu pana z tymi niedobitkami”.

Czy nio­sąc ulgę w cier­pie­niu umie­ra­ją­ce­mu żoł­nie­rzo­wi Welsh sam sobie prze­czy? Czy napraw­dę trosz­czy się tyl­ko o sie­bie? Cho­ciaż jego dzia­ła­nia zda­ją się nie odpo­wia­dać jego sło­wom, w tej posta­wie nie ma nie­kon­se­kwen­cji; w isto­cie pozo­sta­je ona zgod­na z nie­podat­no­ścią na roz­pad świa­ta. Odrzu­ca­jąc pro­po­no­wa­ną przez Sta­ro­sa reko­men­da­cję do Srebr­nej Gwiaz­dy, Welsh nie wypie­ra się tego, co zro­bił, a jedy­nie odrzu­ca jaki­kol­wiek spo­sób „świa­to­we­go” uzna­nia ze stro­ny „kogo­kol­wiek”, kto pod­sy­ca toczą­cą się woj­nę. Takie postę­po­wa­nie jest zgod­ne z jego poglą­dem na świat. Nara­ża­nie życia, aby przy­nieść ulgę w cier­pie­niu inne­mu żoł­nie­rzo­wi, poka­zu­je dobit­nie, że nie ma on nic do stra­ce­nia. Jest nie­znisz­czal­ny. Welsh jest bez­piecz­ny w gra­ni­cach cyni­zmu i nie może go znisz­czyć nawet utra­ta życia. Choć­by w trak­cie nie­sie­nia pomo­cy odniósł śmier­tel­ną ranę, spo­tka­ła­by go co naj­wy­żej utra­ta życia, a nie śmierć.

Kadr z fil­mu Cien­ka czer­wo­na linia

Wpraw­dzie cynizm chro­ni go przed roz­pa­dem świa­ta, ale nie uwal­nia go od poczu­cia bólu oraz od współ­czu­cia dla innych. Tuż po zdo­by­ciu Wzgó­rza 210, patrząc na umie­ra­ją­ce­go żoł­nie­rza, sze­re­go­wiec Storm mówi: „Patrzę, jak ten chło­pak umie­ra i nic nie czu­ję. Już nic mnie nie obcho­dzi”. Welsh zupeł­nie szcze­rze odpo­wia­da: „Bło­go­stan”. Jak każ­dy czło­wiek, zma­ga się z emo­cja­mi rodzą­cy­mi się w nim w obli­czu uczuć i myśli osób, któ­re posia­da­ją, nie­kie­dy dia­me­tral­nie, odmien­ny pogląd na świat. W opusz­czo­nym i pozba­wio­nym dachu domu na pust­ko­wiu Witt pyta Welsha: „Lubisz mnie sier­żan­cie, co? Zawsze to czu­łem. Cze­mu zawsze uda­jesz głaz? Jed­ne­go dnia gawę­dzi­my, dru­gie­go pra­wie się nie zna­my”. Sto­su­nek Welsha do sze­re­gow­ca Wit­ta pozo­sta­je zagad­ko­wy – zda­je się on trak­to­wać Wit­ta z dziw­nym poczu­ciem bra­ter­skiej miło­ści, a cza­sem nawet z podzi­wem: „Wciąż wie­rzysz w pięk­ną jasność, co? Jak ty to robisz? Jesteś dla mnie cza­ro­dzie­jem”, mówi do Wit­ta w pozba­wio­nym dachu domu.

Roz­mo­wy z Wit­tem suge­ru­ją na pozór, że Welsh tęsk­ni za czymś wię­cej, że pra­gnie „dotknąć chwa­ły”, zoba­czyć jasność. Ale widzia­ne z jego mate­ria­li­stycz­nej per­spek­ty­wy, spro­wa­dza­ją się one jedy­nie do cynicz­nych dia­lo­gów, w któ­rych pró­bu­je wykpić spo­sób życia Wit­ta. Z tego punk­tu widze­nia zwrot „I gdzie się podzia­ła ta two­ja iskra?” – ostat­nie sło­wa, jakie wypo­wia­da Welsh sto­jąc nad gro­bem Wit­ta – nie są począt­kiem mono­lo­gu o „iskrze”, któ­rą Witt, jak twier­dził, dostrze­gał w Welshu, lecz raczej ponu­rym i cynicz­nym stwier­dze­niem, że wraż­li­wość Wit­ta na „iskrę” nie uchro­ni­ła go przez śmiercią.

Po raz ostat­ni widzi­my Welsha całe­go i zdro­we­go na polu wal­ki, powta­rza­ją­ce­go, że zwy­cię­żył i że woj­na nie znisz­czy­ła wyspy, jaką sobie stwo­rzył. Jego świat nie uległ roz­pa­do­wi. Dla Welsha nic się nie zmie­ni­ło od począt­ku bitwy o Guadal­ca­nal. Nadal twier­dzi, że wszyst­ko, „co sły­szysz i widzisz” pozo­sta­je kłam­stwem, a oni „chcą, byś był mar­twy albo odna­lazł się w ich kłam­stwie”, ponie­waż „jesteś w trum­nie, rucho­mej trumnie”.

Duchowa nieśmiertelność albo utrata życia bez śmierci

 Peł­ne sku­pie­nia wędro­wa­nie sze­re­gow­ca Wit­ta po polach bitwy o Guadal­ca­nal jest podró­żą do ser­ca ducho­wej nie­śmier­tel­no­ści. Po raz pierw­szy sły­szy­my go mówią­ce­go o „nie­śmier­tel­no­ści”, gdy w pięk­nym ziem­skim raju wspo­mi­na śmierć swo­jej mat­ki: „Pamię­tam jak umie­ra­ła mama. Mia­ła skur­czo­ną, posza­rza­łą twarz. Spy­ta­łem ją, czy się boi. Potrzą­snę­ła prze­czą­co gło­wą. Bałem się dotknąć śmier­ci, któ­rą w niej widzia­łem. Nie było nic pięk­ne­go ani budu­ją­ce­go w tym, że wra­ca­ła do Boga. Ludzie mówią o nie­śmier­tel­no­ści, ale ja jej nie widzia­łem. Zasta­na­wiam się, jak ja sam będę umie­rał. Jakie to uczu­cie wie­dzieć, że to już ostat­ni oddech? Mam nadzie­ję, że przyj­mę to tak, jak ona. Z takim samym spo­ko­jem. Bo wła­śnie tam kry­je się nie­śmier­tel­ność, któ­rej nie widziałem”.

Kadr z fil­mu Cien­ka czer­wo­na linia

Ten mono­log ujaw­nia dwie istot­ne rze­czy. Z jed­nej stro­ny opo­wia­da on o tym, jak w obec­no­ści umie­ra­ją­cej mat­ki Witt po raz pierw­szy doświad­czył cze­goś prze­kra­cza­ją­ce­go utra­tę życia. Śmierć mat­ki sta­no­wi dla nie­go począ­tek podró­ży w stro­nę ducho­wej nie­znisz­czal­no­ści. Z dru­giej stro­ny wska­zu­je on gdzie, jego zda­niem, kry­je się ta nie­śmier­tel­ność. Dostrze­ga on ją w oczach mat­ki, któ­ra przyj­mu­je śmierć ze spo­ko­jem. Witt jest nie­podat­ny na roz­pad świa­ta, ponie­waż otwie­ra się na inny, nie­znisz­czal­ny świat. Nie przyj­mu­je żad­nych defi­niu­ją­cych go zobo­wią­zań ani nie spo­dzie­wa się zna­leźć sen­su – dzię­ki temu nie żyje w świe­cie podat­nym na znisz­cze­nie. Ducho­wa ilu­mi­na­cja, któ­rej dostę­pu­je, otwie­ra go na świat, któ­ry nigdy nie może ulec rozpadowi.

W trak­cie całe­go fil­mu Witt nie­sie pocie­chę umie­ra­ją­cym żoł­nie­rzom. Wpraw­dzie oba­wiał się dotknąć umie­ra­ją­cą mat­kę, ale pod­czas wędrów­ki przez bitew­ne pola u boku śmier­ci w zadu­mie oglą­da umie­ra­ją­ce­go pta­ka, a następ­nie z cał­ko­wi­tym spo­ko­jem przyj­mu­je utra­tę wła­sne­go życia. Prze­zna­cze­nie Wit­ta zda­je się w jakiś spo­sób zwią­za­ne z umie­ra­ją­cy­mi. Po tym jak zde­zer­te­ro­wał do male­zyj­skie­go raju, Welsh mówi Wit­to­wi o cze­ka­ją­cej go karze: „Wysy­łam cię do jed­nost­ki kar­nej. Zosta­niesz noszo­wym. Będziesz zbie­rał ran­nych”. Osta­tecz­nie Witt nie zosta­je ode­sła­ny do jed­nost­ki kar­nej, aby zaj­mo­wać się ran­ny­mi. Zamiast tego wra­ca do Kom­pa­nii C, któ­rej zada­niem jest zdo­by­cie Wzgó­rza 210; Witt posta­na­wia wziąć na sie­bie obo­wią­zek zaj­mo­wa­nia się pozo­sta­wio­ny­mi na tyłach umie­ra­ją­cy­mi żoł­nie­rza­mi. Kie­dy w wyni­ku nie­szczę­śli­we­go wypad­ku gra­nat roz­ry­wa dol­ną część cia­ła prze­ra­żo­ne­go sier­żan­ta Kec­ka, żoł­nie­rze wokół nie­go w szo­ku wykrzy­ku­ją puste obiet­ni­ce. Tyl­ko Witt z abso­lut­nym spo­ko­jem bie­rze go w ramio­na: „Będzie dobrze. Nawet jeśli umrzesz. Nie nara­zi­łeś towa­rzy­szy. Gdy­byś nie odsko­czył, zabi­ło­by wszyst­kich”, mówi do Kec­ka zanim ten umie­ra. Czy spo­kój, któ­ry roz­ta­cza wokół sie­bie Witt, jest tym samym spo­ko­jem, któ­ry widział w oczach umie­ra­ją­cej mat­ki? Czy prze­stał oba­wiać się utra­ty życia? Czy doty­ka­jąc umie­ra­ją­ce­go żoł­nie­rza udo­wad­nia, że osią­gnął ducho­wą nieśmiertelność?

Doty­ka­jąc „śmier­ci” Witt tyl­ko uspo­ka­ja w swo­ich ramio­nach umie­ra­ją­cy świat. Nie osią­ga jesz­cze ducho­wej nie­śmier­tel­no­ści. Spo­kój, z jakim opie­ku­je się umie­ra­ją­cy­mi poka­zu­je  jed­nak, że nie boi się już opu­ścić tego świa­ta – wziąć ostat­ni oddech, o któ­rym mówił wspo­mi­na­jąc śmierć mat­ki. W tym punk­cie podró­ży Witt zoba­czył już „inny świat”, „dotknął chwa­ły” i doświad­czył „bla­sku”. Jego tro­ska o umie­ra­ją­cych oraz odwa­ga, jaką wyka­zu­je w obli­czu śmier­ci, są cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem cynicz­nej nie­znisz­czal­no­ści Welsha; nie­znisz­czal­ność w pewien spo­sób przy­cią­ga ich do sie­bie, a zara­zem skła­nia do nie­sie­nia pocie­chy umie­ra­ją­cym, cier­pią­cym i słabym.

Nie­sie­nie pocie­chy kil­ku­krot­nie pcha Wit­ta, podob­nie jak Welsha, do odważ­nych dzia­łań, któ­re – cho­ciaż  nie noszą zna­mion patrio­tycz­ne­go hero­izmu, a wręcz ocie­ra­ją się o sza­leń­stwo – wyra­ża­ją posta­wę wyrze­cze­nia i bez­in­te­re­sow­no­ści. Pod koniec fil­mu, już po zdo­by­ciu Wzgó­rza 210, kapi­tan Band roz­pacz­li­wie poszu­ku­je ochot­ni­ków do „wyba­da­nia, w któ­rym miej­scu został prze­cię­ty kabel łącz­no­ści” przez zbli­ża­ją­cych się żoł­nie­rzy japoń­skich. Band zle­ca tę misję Coomb­so­wi i Fife’owi. Witt, wbrew roz­sąd­ko­wi, zgła­sza się na ochot­ni­ka. „Ja też pój­dę”, mówi, „ale uwa­żam, że to poro­nio­ny pomysł. Jeśli tu przyj­dą, znisz­czą nasze sta­no­wi­ska”. Kapi­tan Band zazna­cza, że Witt nie ma takie­go obo­wiąz­ku, na co ten odpo­wia­da, że chce tam być „na wypa­dek, gdy­by sta­ło się coś złe­go”. Poczu­cie nie­znisz­czal­no­ści skła­nia go do podej­mo­wa­nia ryzy­kow­nych dzia­łań, ponie­waż nic nie może zagro­zić jego świa­tu. Czy­ni to jed­nak tyl­ko po to, aby pomóc słab­szym od sie­bie – ich świat może bowiem z łatwo­ścią roz­paść się w obli­czu utra­ty życia.

Na począt­ku fil­mu, po tym, jak Witt został zmu­szo­ny do powro­tu z male­zyj­skie­go raju, Welsh nazy­wa go dur­nym rekru­tem, któ­ry w cią­gu swo­jej sze­ścio­let­niej służ­by kil­ku­krot­nie odda­lił się bez pozwo­le­nia, żoł­nie­rzem, któ­ry „nicze­go się nie nauczył” w cza­sie poby­tu w armii. W tym punk­cie podró­ży Witt osią­gnął już począt­ki nie­znisz­czal­no­ści, ponie­waż „widział inny świat”. Sko­ro jed­nak Witt wyczu­wa, że jest nie­znisz­czal­ny, to dla­cze­go ucie­ka od woj­ny i żoł­nier­skich obo­wiąz­ków? Być może odpo­wiedź brzmi, że wca­le od nich nie ucie­ka, lecz po pro­stu przy­cią­ga go blask, jaki dostrze­ga w male­zyj­skim raju.

Witt jest nie­znisz­czal­ny już w cza­sie swo­je­go pierw­sze­go spo­tka­nia z Welshem na stat­ku. Nie wyobra­ża sobie jedy­nie tego, co zoba­czył i cze­go doświad­czył, ponie­waż już wte­dy posia­da coś, co nazwie­my este­tycz­nym rozu­mie­niem nie­śmier­tel­no­ści. Gdy Witt po raz pierw­szy wspo­mi­na Welsho­wi, że jako dezer­ter „widział inny świat”, ma na myśli zarów­no raj, w któ­rym pły­wał z male­zyj­ski­mi dzieć­mi, jak i spo­kój jego mat­ki w chwi­li utra­ty życia. Ina­czej mówiąc „świat”, o któ­rym mówi Witt, jest este­tycz­ną sfe­rą nie­śmier­tel­no­ści. Posia­da­nie este­tycz­ne­go rozu­mie­nia nie­śmier­tel­no­ści pole­ga na takim spoj­rze­niu na świat, któ­re wybiór­czo porząd­ku­je rze­czy na pod­sta­wie war­to­ści estetycznych.

Przed Guadal­ca­nal este­tycz­ne nasta­wie­nie Wit­ta pocią­ga go ku rze­czom, któ­re pro­mie­niu­ją spo­ko­jem i pięk­nem, a odpy­cha od takich, jak woj­na, utra­ta życia i cier­pie­nie. W jego prze­ko­na­niu „blask”, „chwa­la” i nie­śmier­tel­ność, któ­rych „poszu­ku­je” prze­ja­wia­ją się w tym, co pięk­ne, a zwłasz­cza w wypeł­nio­nym przy­jem­no­ścia­mi, male­zyj­skim raju, któ­re­go miesz­kań­cy żyją w har­mo­nii z natu­rą, śmier­cią i inny­mi ludź­mi. Ten świat od kosz­ma­rów woj­ny dzie­li prze­paść. Ina­czej mówiąc powo­dem, dla któ­re­go Witt porzu­ca woj­nę i  żoł­nier­skie obo­wiąz­ki jest to, że nie rozu­mie jesz­cze w peł­ni, gdzie kry­je się niezniszczalność.

Czy nasza zagła­da przy­nie­sie zie­mi korzyść, czy pomo­że rosnąć tra­wie, świe­cić słoń­cu?” – pyta po zdo­by­ciu Wzgó­rza 210. Bitwa o Guadal­ca­nal – ciem­na noc duszy, któ­rej doświad­cza –  wyzna­cza zmia­nę w jego rozu­mie­niu nie­śmier­tel­no­ści, przej­ście od uję­cia este­tycz­ne­go do ducho­we­go. Akcep­tu­jąc mrocz­ną stro­nę świa­ta zbli­ża się do zro­zu­mie­nia nie­śmier­tel­no­ści ducho­wej. Po powro­cie na pole wal­ki zaczy­na widzieć blask bez zaprze­cza­nia, że wokół nie­go roz­pa­da­ją się świa­ty. Zaczy­na rozu­mieć, że musi zaak­cep­to­wać ciem­ność, aby zoba­czyć jasność.

W ducho­wej podró­ży Wit­ta nie ma szcze­gól­nej chwi­li nawró­ce­nia, jest nato­miast seria doświad­czeń, któ­re stop­nio­wo rzu­ca­ją nowe świa­tło na jego świat. Prze­cho­dzi on od widze­nia lśnie­nia tyl­ko w male­zyj­skich dzie­ciach do dostrze­ga­nia go nawet w takich „gła­zach” jak Welsh, w samym środ­ku roz­pa­da­ją­ce­go się świa­ta. Po tym, jak doświad­czył okru­cieństw woj­ny, Welsh pyta go, czy nadal „wie­rzy w pięk­ną jasność”. Witt spo­glą­da w oczy Welsha – tego nie­znisz­czal­ne­go gła­zu, któ­ry uwa­ża, że znaj­du­je się w rucho­mej trum­nie – i odpo­wia­da: „Wciąż widzę w tobie iskrę”.

Po zacię­tej bitwie oglą­da­my zbli­że­nie kame­ry na pta­ka, rodzą­ce­go się lub umie­ra­ją­ce­go, a głos Wit­ta wyja­śnia, co róż­ni go od Welsha: „Jeden patrzy na kona­nie pta­ka i myśli, że życie to bez­ce­lo­we cier­pie­nie, a ostat­nie sło­wo nale­ży do śmier­ci, któ­ra śmie­je się z nie­go. Inny patrząc na tego same­go pta­ka sły­szy echo chwa­ły, czu­je że prze­ni­ka go uśmiech”. Zaska­ku­ją­cy obraz pta­ka pozwa­la nam z całą wyra­zi­sto­ścią zro­zu­mieć uwa­gę Wit­ta. Cho­ciaż jest to obraz naro­dzin pta­ka, to, co widzi­my jest tak maka­brycz­ne i suro­we, że głos Wit­ta czy­ni zeń obraz ago­nii i cudu życia zara­zem. Dzię­ki Wit­to­wi widzi­my pta­ka z dwóch per­spek­tyw, cho­ciaż nigdy rów­no­cze­śnie. Oglą­da­my  drwią­ce z nas nie­zro­zu­mia­łe cier­pie­nie, a zara­zem lśnie­nie, któ­re nie­prze­rwa­nie uśmie­cha się do nas. Dla Wit­ta, w tym punk­cie jego ducho­wej podró­ży, lśnie­nie i ciem­ność świa­ta zamiesz­ku­ją rów­no­cze­śnie we wszyst­kich rze­czach, tak­że w Male­zyj­czy­kach, któ­rzy zma­ga­ją się teraz z cho­ro­bą i wewnętrz­nym kon­flik­tem, co Witt obser­wu­je pod­czas dru­giej wizy­ty na ich wyspie. Mimo to lśnią jak róża­no­pal­ca jutrzen­ka czy nie­bie­ski motyl prze­la­tu­ją­cy nie­spo­dzie­wa­nie nad polem bitwy, wydo­by­te przez kon­trast z mro­kiem utra­ty życia i destruk­cją światów.

Kadr z fil­mu Cien­ka czer­wo­na linia

Przed utra­tą życia Witt zdo­łał dostrzec chwa­łę w każ­dej chwi­li, miej­scu i rze­czy. Znaj­du­jąc się na celow­ni­ku, na bitew­nym polu, napeł­nio­ny spo­ko­jem, któ­ry przy­po­mi­na nam o jego mat­ce, Witt tra­ci życie nigdy nie umie­ra­jąc i łącząc się z lśnie­niem, któ­re­go nauczył się doświad­czać. Nadal sły­szy­my jego głos mówią­cy: „O, duszo moja. Niech się sta­nę tobą. Niech patrzę two­imi ocza­mi.  Niech patrzę na stwo­rzo­ne przez cie­bie rze­czy. Wszyst­kie rze­czy ską­pa­ne w bla­sku”. Nie­śmier­tel­ny głos Wit­ta towa­rzy­szy nam w chwi­li zakoń­cze­nia fil­mu. Widzi­my go następ­nie pły­wa­ją­ce­go z gru­pą opa­lo­nych male­zyj­skich dzie­ci. Ostat­nie trzy obra­zy, jakie oglą­da­my, odda­la­jąc się stop­nio­wo od Guadal­ca­nal, to dzie­ci w łód­ce, kolo­ro­we pta­ki na drze­wie i pęd koko­sa rosną­ce­go w morzu – ludzie, zwie­rzę­ta i rośli­ny ską­pa­ne w blasku.

Prze­ło­żył Mar­cin Iwanicki

Jest to nie­znacz­nie skró­co­na wer­sja ese­ju Thin Red Line: Death Witho­ut Demi­se and Demi­se Witho­ut Death, w: D. Davies (red.), The Thin Red Line, Lon­don: Routled­ge 2008, s. 29–43. Prze­kład za zgo­dą Autorów.


Her­bert Drey­fus – pro­fe­sor filo­zo­fii na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim w Ber­ke­ley, autor takich prac jak What Com­pu­ters Can’t Do (1972), Being-in-the-World: A Com­men­ta­ry on Heidegger’s Being and Time, Divi­sion I (1991), What Com­pu­ters Still Can’t Do (1992) oraz (wraz z Char­le­sem Tay­lo­rem) Retrie­ving Realism (2015).

 

Cami­lo Sala­zar Prin­ce – reży­ser i sce­na­rzy­sta miesz­ka­ją­cy w Los Ange­les, daw­ny stu­dent pro­fe­so­ra Dreyfusa.


War­to doczytać

D. Davies, The Thin Red Line (Phi­lo­so­phers on Film), Lon­don: Routled­ge 2008.
R. Pip­pin, Ver­na­cu­lar Meta­phy­sics: On Ter­ren­ce Malick’s The Thin Red Line, “Cri­ti­cal Inqu­iry” 39 (2): 247–275.


Zwiastun


czas: 2 godz. 50 min.
sce­na­riusz i reży­se­ria: Ter­ren­ce Malick
pro­duk­cja: USA
pre­mie­ra: 1999 (świat)

 

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.