Artykuł

Damian Leszczyński: Wiem czy nie wiem, że nic nie wiem?

Obok zdziwienia wątpienie jest drugim ze źródeł filozofii. Czy możemy cokolwiek wiedzieć? Czy możemy wiedzieć o tym, czy możemy cokolwiek wiedzieć? Czy jesteśmy w stanie w ogóle sensownie o to pytać? Oto kwestie podstawowe, przed którymi nie może uciec żadna poważna filozofia.

Najnowszy numer: Zagadka tożsamości

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Nume­ry dru­ko­wa­ne moż­na zamó­wić onli­ne > tutaj. Pre­nu­me­ra­tę na rok 2017 moż­na zamó­wić > tutaj.

Magazyn można też nabyć od 7 marca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. > tutaj.

Aby dobro­wol­nie WESPRZEĆ naszą ini­cja­ty­wę dowol­ną kwo­tą, klik­nij „TUTAJ”.

Tek­st uka­zał się w „Filo­zo­fuj” 2016 nr 3 (9), s. 12–14. W peł­nej wer­sji gra­ficz­nej jest dostęp­ny w pli­ku PDF.


Gdy­by zapy­tać prze­cięt­ne­go czło­wie­ka, czy kie­dy­kol­wiek cokol­wiek wie, zasko­czo­ny odparł­by, że oczy­wi­ście – wie spo­ro rze­czy, a nie­któ­ry­ch jest cał­ko­wi­cie pewien, co zna­czy, że jego wie­dza wyda­je mu się w tych wypad­ka­ch nie­pod­wa­żal­na. Praw­do­po­dob­nie wszy­scy sądzi­my, że coś wie­my, a więc, że mamy praw­dzi­we prze­ko­na­nia, któ­re mogli­by­śmy uza­sad­nić, a przy­naj­mniej podać ich źró­dło. Wyda­je nam się na przy­kład, że wie­my wie­le na temat świa­ta: że jest ogrom­ny, być może bez­kre­sny, bar­dzo sta­ry, nie­sły­cha­nie skom­pli­ko­wa­ny itd. Wie­my, a przy­naj­mniej tak sądzi­my, że nasza pla­ne­ta posia­da jeden księ­życ i jest trze­cia od Słoń­ca, że Mada­ga­skar to wiel­ka wyspa nie­da­le­ko Afry­ki, że woda wrze w tem­pe­ra­tu­rze 100 stop­ni Cel­sju­sza, że 2 + 2 = 4, że kawa­ler to nie­żo­na­ty męż­czy­zna, że życie koń­czy się śmier­cią, że uro­dzi­li­śmy się w dniu poda­nym w doku­men­ta­ch i nazy­wa­my się tak a tak. Wszyst­ko to wie­my – ale czy na pew­no? Filo­zo­ficz­nie istot­ne są dwa pyta­nia: po pierw­sze, czy fak­tycz­nie wie­my to, co w naszym mnie­ma­niu wie­my? Po dru­gie, czy może­my wie­dzieć o tym, czy wie­my bądź nie, a więc – czy ist­nie­je spo­sób, aby wska­zać solid­ne, nie pry­wat­ne, lecz powszech­ne kry­te­rium odróż­nia­nia wie­dzy od tego, co nią nie jest?

Podstawowe wątpliwości

Chcąc zba­dać wie­dzę i jej warun­ki, naj­le­piej zacząć od ana­li­zy moż­li­wy­ch wąt­pli­wo­ści. Skąd wie­my to, co wie­my?

Zba­da­nie źró­deł naszej wie­dzy dość szyb­ko poka­zu­je, że potocz­ne prze­ko­na­nie o zasad­ni­czo zmy­sło­wym pocho­dze­niu naszej wie­dzy jest błęd­ne.

Więk­szo­ść tego, co wie­my – zwłasz­cza o natu­rze nie­oży­wio­nej i oży­wio­nej, o geo­gra­fii, histo­rii, ale też aktu­al­ny­ch wyda­rze­nia­ch poli­tycz­ny­ch – ma cha­rak­ter wie­dzy opar­tej na auto­ry­te­cie i zaufa­niu do ksią­żek, nauczy­cie­li oraz licz­ny­ch źró­deł infor­ma­cji, z któ­ry­ch na co dzień korzy­sta­my. Tego rodza­ju wie­dza nie jest powią­za­na z żad­ny­mi naszy­mi bez­po­śred­ni­mi doświad­cze­nia­mi jej przed­mio­tów – po pro­stu zakła­da­my, że ci, od któ­ry­ch ją czer­pie­my, nie oszu­ku­ją nas i sami nie są oszu­ki­wa­ni przez swo­ich infor­ma­to­rów.

Jak widać, w tym wypad­ku nasza wie­dza ma bar­dzo wątłe pod­sta­wy i ist­nie­je moż­li­wo­ść, że myli­my się, uzna­jąc ją za pew­ną czy nawet praw­do­po­dob­ną. Nie tyl­ko dla­te­go, że może­my być celo­wo wpro­wa­dza­ni w błąd, np. przez pod­ręcz­ni­ki – naj­now­sza histo­ria zna prze­cież takie przy­pad­ki – bądź mani­pu­lo­wa­ni przez media, co wyda­je się oczy­wi­ste z uwa­gi na ich rolę we współ­cze­sny­ch sys­te­ma­ch poli­tycz­ny­ch.

Nawet wie­dza, któ­rą uwa­ża­my za „nauko­wą”, a przez to bar­dziej solid­ną, oka­zu­je się pozba­wio­na potocz­nie wią­za­nej z nią abso­lut­nej pew­no­ści.

Histo­ria nauki poka­zu­je nam, że w zasa­dzie wszyst­kie teo­rie nauko­we prę­dzej czy póź­niej były odrzu­ca­ne bądź istot­nie mody­fi­ko­wa­ne i nie ma nic szyb­ciej dez­ak­tu­ali­zu­ją­ce­go się niż tzw. nauko­wy obraz świa­ta. W takiej sytu­acji roz­są­dek pod­po­wia­da, aby nie trak­to­wać wie­dzy czer­pa­nej z nauk w spo­sób abso­lut­ny, lecz jako zestaw hipo­tez, któ­ry­ch moż­li­wo­ść odrzu­ce­nia zawsze ist­nie­je. Z tej per­spek­ty­wy dużo pew­niej­sza niż aktu­al­na wie­dza nauko­wa wyda­je się wie­dza o nie­pew­no­ści nauki.

Świat urojony

Co jed­nak zro­bić z tą wie­dzą, któ­rą opie­ra­my na wła­snym bez­po­śred­nim doświad­cze­niu? Czy i w tym wypad­ku może­my popeł­nić błąd? Oto, dla przy­kła­du, widzę kota prze­cha­dza­ją­ce­go się po para­pe­cie. Wiem, że on tam jest – wiem, że to kot, wiem, że prze­cha­dza się. Czy może mi się to tyl­ko wyda­wać? Cóż – odpo­wie ktoś – są sytu­acje, w któ­ry­ch mogę ule­gać złu­dze­niu, to zna­czy widzieć rze­czy ina­czej, niż wyglą­da­ją w rze­czy­wi­sto­ści: łyżecz­ka w szklan­ce wody, któ­ra wyda­je się zła­ma­na, jest naj­bar­dziej okle­pa­nym przy­kła­dem, inny­mi są licz­ne złu­dze­nia optycz­ne, wsku­tek któ­ry­ch rze­czy wyglą­da­ją na inne, niż są. Sko­ro więc nie­któ­re z moich doznań mogą być złu­dze­nia­mi, to nie­wy­klu­czo­ne, że i wszyst­kie są. A nawet jeśli nie wszyst­kie, to poja­wia się pyta­nie o kry­te­rium odróż­nia­nia tego, co jest złu­dze­niem, od tego, co uka­zu­je real­nie ist­nie­ją­ce przed­mio­ty. W tej sytu­acji bowiem nie tyl­ko mogę nie wie­dzieć tego, o czym jestem prze­ko­na­ny, że wiem, ale na doda­tek mogę nie wie­dzieć, jak odróż­niać to, co fak­tycz­nie wiem, od tego, cze­go nie wiem.

Takie wąt­pli­wo­ści pod­wa­ża­ją­ce prze­ko­na­nie o tym, że może­my mieć wie­dzę opar­tą na bez­po­śred­nim doświad­cze­niu, moż­na rady­ka­li­zo­wać. Zda­rza­ją się prze­cież nie tyl­ko zwy­kłe złu­dze­nia per­cep­cyj­ne, wsku­tek któ­ry­ch rze­czy wyglą­da­ją na inne niż są w rze­czy­wi­sto­ści. Pew­ne zabu­rze­nia spra­wia­ją, że może­my dozna­wać wyszu­ka­ny­ch i zło­żo­ny­ch oma­mów, a więc widzieć całe rze­czy bądź zda­rze­nia czy sekwen­cje zda­rzeń, któ­re real­nie nie ist­nie­ją. Nie­ist­nie­ją­cy ludzie mogą z nami roz­ma­wiać, nie­ist­nie­ją­ce przed­mio­ty mogą znaj­do­wać się w naszym polu widze­nia – oma­my potra­fią oszu­ki­wać wszyst­kie zmy­sły. Jak zatem odróż­nić solid­ny omam od zwy­kłe­go doświad­cze­nia real­nie ist­nie­ją­cy­ch przed­mio­tów? Jeśli zaś ist­nie­je moż­li­wo­ść obłę­du, to czy jestem w sta­nie wyka­zać, że aktu­al­nie nie jestem obłą­ka­ny? Argu­ment ten zazwy­czaj rady­ka­li­zu­je się i uogól­nia, się­ga­jąc po zja­wi­sko snu, któ­ry moż­na potrak­to­wać jako rodzaj glo­bal­ne­go oma­mu. We śnie bowiem tkwię w świe­cie, któ­ry nie ist­nie­je real­nie, a jedy­nie znaj­du­je się, mówiąc kolo­kwial­nie, „w mojej gło­wie”, choć sam, śniąc, sądzę, że jest ina­czej.

A sko­ro moż­li­we jest śnie­nie i sko­ro jest ono powszech­ne, to skąd wiem, że wte­dy, kie­dy sądzę, że postrze­gam nie­za­leż­ny ode mnie świat, nie doświad­czam jedy­nie wytwo­rów mojej wyobraź­ni? Czy mam dobre kry­te­rium odróż­nia­nia snu od jawy?

Czy w tym oto momen­cie jestem w sta­nie wyka­zać w spo­sób nie­pod­wa­żal­ny, że nie śnię – czy mogę teraz o tym z całą pew­no­ścią wie­dzieć? A jeśli śnię, jaką war­to­ść ma takie wyśnio­ne kry­te­rium?

Globalne oszustwo

Czy pod­wa­żyw­szy w ten spo­sób war­to­ść wie­dzy opar­tej na moim bez­po­śred­nim doświad­cze­niu mogę jesz­cze uwa­żać, iż cokol­wiek wiem? Wyda­je się, że pozo­sta­je mi tego rodza­ju wie­dza, któ­ra jest nie­za­leż­na od doświad­cze­nia, jak wie­dza mate­ma­tycz­na. Dwa i dwa daje czte­ry nie­za­leż­nie od tego, czy śnię, czy nie. Na czym pole­ga pew­no­ść tej wie­dzy? Opie­ra się ona na towa­rzy­szą­cej jej szcze­gól­ne­go rodza­ju oczy­wi­sto­ści, odczu­ciu, że nie może być ina­czej, niż jest. Czy tego typu wie­dza może zostać pod­wa­żo­na?

Ist­nie­je oso­bli­wy argu­ment, w świe­tle któ­re­go zakwe­stio­no­wa­nie tego rodza­ju oczy­wi­stej i aprio­rycz­nej wie­dzy jest moż­li­we.

Otóż być może pew­na siła albo nawet rodzaj wszech­moc­nej isto­ty jest w sta­nie mody­fi­ko­wać me myśli i wywo­ły­wać we mnie sztucz­nie poczu­cie pew­no­ści i oczy­wi­sto­ści.

W argu­men­cie tym nie cho­dzi o to, aby dowie­ść fak­tycz­ne­go ist­nie­nia takiej isto­ty, ale aby wyka­zać, że mogła­by ist­nieć, a gdy­by ist­nia­ła, to nie byli­by­śmy w sta­nie roz­po­znać jej oszu­stwa, któ­re obej­mo­wać mogło­by rów­nież prze­ko­na­nie nas, że takie oszu­stwo nie zacho­dzi. Przy­ję­cie takiej hipo­te­zy ozna­cza, że nie tyl­ko wie­dza mate­ma­tycz­na, ale każ­da wie­dza jest nie­pew­na, w tym rów­nież hipo­te­tycz­na wie­dza o takiej zwod­ni­czej isto­cie. Poka­zu­je to, że kon­se­kwent­ne i rady­kal­ne wąt­pie­nie osta­tecz­nie pod­wa­ża samo sie­bie, nie tyle czy­niąc się fał­szy­wym, ale nie­moż­li­wym do
wypo­wie­dze­nia.

Wybudzanie z dogmatycznej drzemki

Wszyst­ko, co zosta­ło opi­sa­ne powy­żej, a więc sys­te­ma­tycz­ne i meto­dycz­ne uży­cie pew­ny­ch argu­men­tów kon­se­kwent­nie pod­wa­ża­ją­cy­ch pew­no­ść naszej wie­dzy, sta­no­wi isto­tę filo­zo­ficz­ne­go scep­ty­cy­zmu. Tak rozu­mia­ny scep­ty­cy­zm obec­ny był w filo­zo­fii od począt­ku, a moż­na nawet zary­zy­ko­wać tezę, że obok zdzi­wie­nia sta­no­wi głów­ny impuls skła­nia­ją­cy do jej upra­wia­nia. Nie­trud­no wyobra­zić sobie, że zdzi­wio­ny czło­wiek pro­po­nu­je pew­ną teo­rię mają­cą usu­nąć poznaw­czy nie­po­kój, ktoś inny zaś nie tyl­ko wąt­pi w jej pew­no­ść, ale rów­nież w to, czy jaką­kol­wiek pew­ną teo­rię może­my podać. W tym sen­sie scep­tyk jest obroń­cą pier­wot­ne­go zdzi­wie­nia i przy­wra­ca filo­zo­fię – wciąż wynaj­du­ją­cą coraz lep­sze w jej mnie­ma­niu roz­wią­za­nia osa­cza­ją­cy­ch nas trud­no­ści – do sta­nu począt­ko­we­go. Filo­zo­fia, zwra­ca­jąc się prze­ciw­ko naiw­no­ści zdro­wo­roz­sąd­ko­wej wizji świa­ta i pozna­nia, sama musi zacho­wać pew­ną dozę naiw­no­ści i świe­żo­ści.

Scep­ty­cy­zm wskrze­sza tę filo­zo­ficz­ną naiw­no­ść, tkwią­cą w fun­da­men­tal­ny­ch pyta­nia­ch o to, co oczy­wi­ste. Jego rolą  jest więc budzić nas wciąż na nowo z „dogma­tycz­nej drzem­ki”, w któ­rą zapa­da­my, ile­kroć wyda­je się nam, że za spra­wą naszej nauki bądź filo­zo­fii wie­my coś w spo­sób nie­pod­wa­żal­ny, osta­tecz­ny i kom­plet­ny.

Może być bowiem tak, że nic nie wie­my, być może wie­my jedy­nie, że nie wie­my, a moż­li­we też, iż nie wie­my, czy wie­my, czy też nie, i czy w ogó­le może­my cokol­wiek wie­dzieć.


Damian Lesz­czyń­ski – Dr hab., prof. UWr, pra­cow­nik Zakła­du Onto­lo­gii i Teo­rii Pozna­nia Insty­tu­tu Filo­zo­fii Uni­wer­sy­te­tu Wro­cław­skie­go, redak­tor naczel­ny perio­dy­ku „Lec­tio­nes & Acro­ases Phi­lo­so­phi­cae”, zaj­mu­je się epi­ste­mo­lo­gią i filo­zo­fią nauki. Ostat­nio opu­bli­ko­wał książ­ki: Demon zwo­dzi­ciel. Bada­nia filo­zo­ficz­ne (2015), Reali­zm i scep­ty­cy­zm. Stu­dia ana­li­tycz­ne (2012).

Tek­st jest dostęp­ny na licen­cji: Uzna­nie autor­stwa-Na tych samy­ch warun­ka­ch 3.0 Pol­ska. W peł­nej wer­sji gra­ficz­nej moż­na go prze­czy­tać > tutaj.

< Powrót do spi­su tre­ści nume­ru.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chce­sz wes­przeć tę ini­cja­ty­wę dowol­ną kwo­tą (1 zł, 2 zł lub inną), przej­dź do zakład­ki WSPARCIE na naszej stro­nie, kli­ka­jąc poniż­szy link. Klik: Chcę wes­przeć „Filo­zo­fuj!”

Polecamy