Etyka

Alex Byrne: Czy moralność jest zjawiskiem naturalnym?

Pod koniec XVIII wieku Immanuel Kant napisał: „Dwie rzeczy napełniają mój umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej nad nimi się zastanawiam: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” (przeł. J. Gałecki). Wspaniałe niebo pełne gwiazd skłania do wielu pytań – na przykład o skład ciemnej materii. Sporo już wiemy, choćby to, że Słońce składa się z wodoru i helu, a mgławica Koński Łeb jest od nas oddalona o 1500 lat świetlnych. Prawo moralne także nasuwa wiele pytań. Czy powinniśmy przeznaczać więcej pieniędzy na cele charytatywne? Czy w wyjątkowych sytuacjach można uciec się do tortur? Czy jedzenie mięsa jest niesłuszne? Czy są sytuacje, w których dopuszczalne jest zabicie niewinnej osoby po to, by uratować pięć innych?

Zapisz się do naszego newslettera

Down­load (PDF, 1.6MB)


Niebo gwiaździste i prawo moralne

Również w wypad­ku prawa moral­nego sporo już wiemy. Oto wyrazisty, choć przekracza­ją­cy granice dobrego smaku przykład: wszyscy wiedzą, że gotowanie dzieci we wrzątku dla zabawy jest niesłuszne. Rozsąd­ni ludzie mogą się spier­ać w spraw­ie gotowa­nia homarów, ale co do gotowa­nia dzieci panu­je jed­no­myśl­ność. Gotowane dzieci cier­pią – różnią się pod tym wzglę­dem od stworzeń żyją­cych w pobliżu pod­wod­nych otworów wenty­la­cyjnych i lubią­cych wypły­wa­jącą z nich gorącą wodę. Jeśli coś w ogóle jest oczy­wiste, to z pewnoś­cią to: nie należy gotować dzieci we wrzątku dla zabawy.

Oprócz napeł­ni­a­nia umysłu podzi­wem i czcią, gwiaździste niebo i pra­wo moralne nasuwa­ją pewien prob­lem, który przy­toc­zona uwa­ga Kan­ta nieco zaciem­nia. Sugeru­je ona bowiem błęd­nie, że rzeczy­wis­tość astro­nom­icz­na i moral­na są od siebie zupełnie różne – pier­wsza jest „nade mną”, a dru­ga „we mnie”. Tak jed­nak nie jest. Jak trafnie śpiewa Moby: „Wszyscy jesteśmy stworzeni z gwiazd”. Niebo i ludzie składa­ją się z tych samych ele­men­tów fizy­cznych i podle­ga­ją tym samym pra­wom fizy­ki. Niebo gwiaździste tak naprawdę nie jest „nade mną” – jest wszędzie. Każdy z nas jest jego cząstką, podob­nie jak homary i cała resz­ta.

Krótko mówiąc, wszys­tko jest zjawiskiem nat­u­ral­nym, jakimś aspek­tem wszechświa­ta badanego przez nau­ki przy­rod­nicze. Zjawiskiem nat­u­ral­nym jest również moral­ność. Fak­ty czy prawdy moralne – jak to, że gotowanie dzieci we wrzątku jest niesłuszne – nie są jakimś dodatkiem do świa­ta przy­rody, lecz jego częś­cią, nawet jeśli nie wspom­i­na się o nich wprost w teo­ri­ach naukowych. Nau­ki fun­da­men­talne, takie jak fizy­ka cząstek ele­men­tarnych i biolo­gia moleku­lar­na, nie mówią wprost o wyd­mach piaskowych, wrzącej wodzie czy homarach, ale doty­czące ich fak­ty są w sposób domyśl­ny wyz­nac­zone przez fak­ty bardziej fun­da­men­talne: nada­jąc materii pewną struk­turę, otrzy­mu­je­my podle­ga­jącą erozji wyd­mę, wrzącą wodę lub żywego homara (w tym ostat­nim wypad­ku struk­tu­ra będzie znacznie bardziej skom­p­likowana). Przy­puszczal­nie to samo doty­czy fak­tów moral­nych.

Ale jak moral­ność może być zjawiskiem nat­u­ral­nym? Zgo­da, nie powin­niśmy gotować dzieci we wrzątku. Świat przy­rody nie zaw­iera jed­nak, jak się wyda­je, ani śladu powinien lub nie powinien. Upuszc­zony kamień nie ma obow­iązku spaść, po pros­tu to robi. Wprawdzie tuż przed jego upuszcze­niem mogę powiedzieć: „Za trzy sekundy ten kamień powinien spaść na ziemię”, ale mam wtedy na myśli coś w rodza­ju: „Jest praw­dopodob­ne, że ten kamień za trzy sekundy spad­nie na ziemię.” Jeśli kamień zachowa się inaczej, to nie popełni nic niesłusznego i nie należy go za nic ganić. W świecie przy­rody nie ma nic, co powin­no lub nie powin­no się wydarzyć w intere­su­ją­cym nas sen­sie słowa powin­no. W obrę­bie przy­rody nie ma miejs­ca na fakt, że nie powin­niśmy gotować dzieci we wrzątku. A sko­ro przy­ro­da jest wszys­tkim, co ist­nieje, to nie może­my umieś­cić tego fak­tu nigdzie indziej.

Prob­lem ten wywodzi się niekiedy z Trak­tatu o naturze ludzkiej Davi­da Hume’a. Hume, pisząc pół wieku przed Kan­tem, skarżył się na „niedostrze­gal­ną zmi­anę”, dokonu­jącą się w wyniku prze­jś­cia od „zwykłych spó­jek, jakie zna­j­du­je się w zda­ni­ach, a mianowicie jestnie jest” do zdań „pow­iązanych słowem powinien albo nie powinien”. „Ta zmi­ana”, napisał Hume, „ma wielką doniosłość. Wobec tego bowiem, że to powinien albo nie powinien jest wyrazem pewnego nowego sto­sunku czy twierdzenia, prze­to jest rzeczą konieczną te zwroty zauważyć i wyjaśnić; a jed­nocześnie konieczne jest, iżby wskazana została rac­ja tego, co wyda­je się całkiem niezrozu­mi­ałe, a mianowicie, jak ten nowy sto­sunek może być wyd­e­dukowany z innych sto­sunków, które są całkiem różne od niego” (przeł. C. Znamierows­ki).

Od etyki do metaetyki

Świat przy­rody zaw­iera wiele fak­tów doty­czą­cych tego, co jest (lub czego nie ma): dzieci zanur­zone w gorącej wodzie cier­pią, wrzątek jest gorą­cy, Vir­ginia utonie, jeśli nikt nie wyciąg­nie jej z rze­ki Ouse itp. Jak jed­nak prze­jść od tych fak­tów do tego, co powin­no (lub nie powin­no) być – fak­tów, które są „całkowicie różne”? Jak to ujął filo­zof Simon Black­burn w swo­jej książce Rulling Pas­sions [Kierowanie namięt­noś­ci­a­mi], „trud­ność pole­ga na znalezie­niu miejs­ca dla ety­ki, na wpa­sowa­niu jej w odczarowany, poza­e­ty­czny porządek, w którym żyje­my, i którego jesteśmy częś­cią”.

Pode­j­mu­jąc ten prob­lem w swo­jej książce Good­ness and Advice [Dobro i rada], Judith Jarvis Thom­son zauważa, że „stał się on głównym wyzwaniem dla angloamerykańskiej filo­zofii moral­noś­ci w min­ionym stule­ciu”. Nie jest to prob­lem w ramach ety­ki, podob­ny do kwestii tego, czy powin­niśmy przez­naczać więcej środ­ków na cele chary­taty­wne, lecz prob­lem doty­czą­cy samej natu­ry ety­ki czy moral­noś­ci. Należy on do dyscy­pliny filo­zoficznej zwanej metae­tyką, która rozwi­ja się dynam­icznie od cza­su opub­likowa­nia w 1903 roku książ­ki G.E. Moore’a Prin­cip­ia Eth­i­ca.

Teoria boskich nakazów

Naszym zadaniem jest wkom­ponowanie moral­noś­ci w ramy „odczarowanego” świa­ta przy­rody; to zaś, jak mówi Black­burn, „oznacza przede wszys­tkim sprze­ciw wobec odwoły­wa­nia się do porząd­ku nad­przy­rod­zonego”. Moż­na w tym miejs­cu wysunąć zarzut, że takie pode­jś­cie jest stron­nicze: w punkcie wyjś­cia wyk­lucza­my oczy­wiste źródło moral­noś­ci, mianowicie Boga. Cho­ci­aż Kant nie twierdz­ił, że moral­ność ma boskie pochodze­nie, taki pogląd nasuwa już sam uży­ty przez niego zwrot „pra­wo moralne”. Ludzkie prawa („Nie będziesz pal­ił w barach”) są ustanaw­iane przez ludzi; kto jed­nak mógł­by ustanow­ić prawa moralne („Nie będziesz pożą­dał wołu two­jego bliźniego ani jego osła”), jeśli nie sam Najwyższy Pra­wodaw­ca?

Ta teo­ria moral­noś­ci, odwołu­ją­ca się do „bos­kich nakazów”, ma dość niepoko­jącą kon­sek­wencję, mianowicie tę, że – by posłużyć się aforyzmem, który Sartre przyp­isał bohaterowi powieś­ci Dos­to­jew­skiego, Iwanowi Kara­ma­zowowi – jeśli Boga nie ma, to wszys­tko jest doz­wolone. Na bardziej pod­sta­wową trud­ność wskazał Sokrates w dia­logu Pla­tona Eutyfron. Czy bogowie kocha­ją dobre rzeczy, ponieważ są one dobre, czy też dobre rzeczy są dobre, ponieważ bogowie je kocha­ją? Z pewnoś­cią to pier­wsze – gdy­by Zeus, Uran i pozostali bogowie zaczęli kochać bezcelowe cier­pi­e­nie, nie stało­by się one przez to czymś dobrym. Bez wąt­pi­enia Bóg, jeśli ist­nieje, nakazu­je nam unikać bezcelowego cier­pi­enia, ale to nie z tego wzglę­du jest ono czymś złym. Jest ono złe samo w sobie – i właśnie dlat­ego Bóg nakazu­je nam go unikać.

Teorię bos­kich nakazów moż­na na różne sposo­by mody­fikować i w ostat­nich lat­ach zain­tere­sowanie nią nieco wzrosło. Ale nawet po prz­eróbkach pozosta­je ona stanowiskiem mniejs­zoś­ci. Znacznie więk­szą pop­u­larność zyskał pogląd, że fak­ty moralne moż­na bez trudu wpisać w ramy świa­ta przy­rody, ponieważ są one w rzeczy­wis­toś­ci zamaskowany­mi fak­ta­mi nat­u­ral­ny­mi. Jeśli ten pogląd jest trafny, to Hume całkowicie się pomylił. Powinien nie wyraża „nowego sto­sunku czy twierdzenia”: powinien okazu­je się rodza­jem jest.

Antynaturalizm Moore’a

Ale jakim rodza­jem jest? Oto jed­na z możli­wych odpowiedzi: „Kradzież jest niesłusz­na” i „Ludzie nie powin­ni kraść” to okrężne sposo­by powiedzenia „Nie pochwalam kradzieży”. A sko­ro tak, to fak­ty moralne są po pros­tu fak­ta­mi nat­u­ral­ny­mi (mówiąc dokład­niej, psy­cho­log­iczny­mi) – sza­ta językowa po pros­tu skry­wa przed nami ich nat­u­ral­isty­czny charak­ter.

Nieste­ty ten pogląd jest zbyt prosty, aby był prawdzi­wy. W książce Ethics [Ety­ka] z 1912 r. Moore zwró­cił uwagę, że pogląd ten nie jest w stanie wyjaśnić zjawiska niez­gody ety­cznej. Jeśli mówię „Kradzież jest niesłusz­na”, a ty odpowiadasz „Wcale nie”, to zaprzecza­sz temu, co ja twierdzę: jeśli powiedzi­ałem prawdę, to two­je słowa są fałszy­we. Tym­cza­sem zgod­nie z omaw­ianym poglą­dem w rzeczy­wis­toś­ci mówię „Pochwalam kradzież”, a ty mówisz „Nie pochwalam kradzieży”. W takim razie nie ma między nami niez­gody i obo­je może­my mieć rację. Podob­nie, gdy mówię „Mieszkam w Cam­bridge” a ty mówisz „Mieszkam w Somerville”, nie ma między nami niez­gody i obo­je może­my mieć rację – i tak jest w isto­cie, jeśli ja mieszkam w Cam­bridge, a ty w Somerville. Gdy­by ten zarzut nie do koń­ca nas przekon­ał, to rozważmy kole­jny. Zgod­nie z omaw­ianym poglą­dem, nastaw­ienia danej oso­by rozstrzy­ga­ją o prawdzi­woś­ci jej twierdzeń moral­nych – a to jest w oczy­wisty sposób błędne. Jeśli ktoś nie pochwala związków międzyra­sowych, to nie znaczy, że stwierdza prawdę, mówiąc: „Związ­ki międzyra­sowe są niemoralne”.

Co się stanie, jeśli zami­ast jed­nos­tek weźmiemy pod uwagę całe społecznoś­ci? Przy­puśćmy, że „Kradzież jest niesłusz­na” znaczy „Ta społeczność nie pochwala kradzieży” lub coś podob­ne­go. W takim wypad­ku zaist­ni­ała­by przy­na­jm­niej możli­wość niez­gody moral­nej. Nasz krót­ki dia­log wyglą­dał­by ter­az następu­ją­co. Ja powiedzi­ałbym „Ta społeczność potępia kradzież”, a ty powiedzi­ałabyś „Ta społeczność jej nie potępia”. Jed­no z nas musi się mylić. Nie zosta­je jed­nak uchy­lony dru­gi zarzut: o ile ta społeczność przestrze­ga Księ­gi Kapłańskiej i uzna­je niewol­nict­wo, to niewol­nict­wo sta­je się przez to czymś dopuszczal­nym.

Jeśli fak­ty moralne mają się okazać zamaskowany­mi fak­ta­mi nat­u­ral­ny­mi, musimy dopra­cow­ać nasze stanowisko. Jed­na z możli­woś­ci – znana już Arys­tote­le­sowi – pole­ga na wyprowadze­niu moral­noś­ci z funkcji i celów bio­log­icznych. W książce Nat­ur­al Good­ness [Nat­u­ralne dobro] Philip­pa Foot sugeru­je, że nat­u­ral­isty­cznych pod­staw moral­noś­ci moż­na doszukać się w związanych z wartoś­ci­a­mi (ale nat­u­ral­isty­cznych) fak­tach doty­czą­cych orga­nizmów, takich jak „to drze­wo ma dobre korze­nie”. Gdy­by ta propozy­c­ja do nas nie przemówiła, do wyboru pozosta­je wiele innych możli­woś­ci. Ich zale­ty i wady są jed­nak przed­miotem niekończą­cych się sporów.

Współczesne nat­u­ral­isty­czne teorie moral­noś­ci są odpowiedz­ią na wyzwanie rzu­cone przez Moore’a w Prin­cip­ia Eth­i­ca. Moore argu­men­tował, że cho­ci­aż źródłem fak­tów moral­nych nie jest bóst­wo, to nie są nim również fak­ty doty­czące szczęś­cia, postaw apro­baty lub deza­pro­baty, ludzkiej biologii ani żadne inne rodza­je fak­tów nat­u­ral­nych. To praw­da, że nie powin­niśmy gotować dzieci we wrzątku, ale nie mamy tu do czynienia z fak­tem czy prawdą o charak­terze nat­u­ral­nym. Krótko mówiąc, jest to fakt pozanat­u­ral­ny. Utożsamie­nie fak­tów moral­nych z nat­u­ral­ny­mi określił Moore mianem błę­du nat­u­ral­isty­cznego. Jak sam później przyz­nał, nazwa nie była najszczęśli­wiej dobrana: popełnie­nie błę­du nat­u­ral­isty­cznego pole­ga po pros­tu na odrzuce­niu poglą­du Moore’a, a nie na wadli­wym rozu­mowa­niu (wbrew temu, co sugeru­je słowo „błąd”).

Emotywizm Stevensona i Ayera

Teo­ria bos­kich nakazów i anty­nat­u­ral­izm Moore’a odrzu­ca­ją wymóg umieszczenia prawa moral­nego na gwiaździstym niebie: nie jest to konieczne, ponieważ pra­wo moralne ma wygod­ną kwa­terę gdzie indziej. Wymóg ten moż­na również odrzu­cić w bardziej zde­cy­dowany sposób, kwes­t­ionu­jąc samo ist­nie­nie prawa moral­nego – mianowicie zaprzecza­jąc, że ist­nieją jakiekol­wiek fak­ty czy prawdy moralne. Sko­ro nie ma takich fak­tów – sko­ro gotowanie dzieci we wrzątku dla zabawy nie jest niesłuszne – to nie trze­ba szukać dla nich miejs­ca.

W jaki sposób mogło­by się okazać, że nie ma żad­nych fak­tów moral­nych? Być może moral­ność to czysty wymysł, podob­nie jak roz­maite teorie gwiaździs­tego nie­ba — na przykład astrolo­gia i wywodzą­ca się ze starożyt­nej Grecji astro­nom­icz­na teo­ria sfer krys­tal­icznych. Wszys­tkie charak­terysty­czne dla astrologii twierdzenia o wpły­wie plan­et na codzi­enne życie okaza­ły się fałszy­we; to samo doty­czy twierdzenia, że gwiazdy są umieszc­zone na najwięk­szej krys­tal­icznej sferze, w środ­ku której zna­j­du­je się Ziemia – twierdze­nie to jest fałszy­we, ponieważ nie ma takiej sfery. Uznawszy moral­ność za podob­ną pomyłkę, nie da się zgod­nie z prawdą powiedzieć, że gotowanie dzieci we wrzątku jest niesłuszne. Inaczej mówiąc, oso­ba, która gotu­je dzieci we wrzątku, nie robi nic niesłusznego. Nie znaczy to jed­nak, że jej dzi­ałanie jest słuszne – wszys­tkie twierdzenia tego rodza­ju są równie fałszy­we.

Wrócimy za chwilę do tego przypraw­ia­jącego o zawrót głowy poglą­du. Najpierw jed­nak podążmy inną, mniej oczy­wiste ścieżką prowadzącą do wniosku, że nie ma żad­nych fak­tów moral­nych – ścieżką, którą dwudziestowiecz­na metae­ty­ka wielokrot­nie podążała.

Uży­wamy języ­ka po to, aby stwierdzać fak­ty. Zdanie „Pub jest otwarty” służy nam zazwyczaj do stwierdzenia, że pub jest otwarty. Jeśli rzeczy­wiś­cie jest on otwarty, to oso­bie mówiącej udało się stwierdz­ić fakt, że pub jest otwarty. Ale roz­mowa nie pole­ga jedynie na wymi­an­ie infor­ma­cji. Ktoś może spy­tać „Czy pub jest otwarty?”, wydać polece­nie „Zamknij pub!” lub wyraz­ić radość, że pub jest otwarty, mówiąc: „Hura, pub jest otwarty!” itp. Oso­ba pyta­ją­ca „Czy pub jest otwarty?”, nie próbu­je stwierdz­ić, że świat jest taki a taki. I cho­ci­aż oso­ba mówią­ca „Hura, pub jest otwarty!”, stwierdza, że pub jest otwarty, wyraża pon­ad­to swo­ją radość z tego powodu. Gdy­by powiedzi­ała tylko „Hura!”, to wyraz­iła­by jedynie radość, niczego nie stwierdza­jąc.

To pier­wsza obserwac­ja. Oto kole­j­na: nasze wyczu­cie tego, jak dzi­ała­ją skład­ni­ki języ­ka, bywa zawodne. „Zasługą Rus­sel­la jest wykazanie, że pozor­na for­ma log­icz­na zda­nia nie musi być jego for­mą rzeczy­wistą” (przeł. B. Wol­niewicz) – napisał Lud­wig Wittgen­stein w swoim Trak­ta­cie, naw­iązu­jąc do przeło­mowego artykułu Bertran­da Rus­sel­la z 1905 r. O deno­towa­niu, który zaw­iera argu­ment za tym, że seman­ty­ka deskrypcji określonych (takich jak „autor Waver­leya” czy „plan­e­ta zna­j­du­ją­ca się najbliżej Słoń­ca”) jest całkowicie inna niż moglibyśmy początkowo sądz­ić. Według Rus­sel­la „autor Waver­leya” nie jest imie­niem Sir Wal­tera Scot­ta, lecz wyraże­niem podob­nym do takich wyrażeń jak „pewien autor” i „wszyscy autorzy”, które w ogóle nie są nazwa­mi.

Zas­to­su­jmy te dwie uwa­gi do omaw­ianej kwestii. Na pier­wszy rzut oka ktoś, kto mówi „Kradzież jest niesłusz­na” lub „Sil­vio nie powinien zabi­jać Adri­any”, usiłu­je stwierdz­ić fakt moral­ny, podob­nie jak ktoś mówią­cy „Tony miesz­ka w New Jer­sey” próbu­je stwierdz­ić fakt geograficzny. Jeśli kradzież nie jest niesłusz­na – jeśli świat jest inny – to pró­ba się nie powiodła, a wypowiedź jest fałszy­wa; podob­nie gdy Tony nie miesz­ka w New Jer­sey. Ale – wraca­jąc do drugiej uwa­gi – pozo­ry mogą mylić. Być może ktoś, kto mówi „Kradzież jest niesłusz­na”, nie wypowia­da twierdzenia o jakiejś tajem­niczej dziedzinie tego, co moral­nie słuszne i niesłuszne, lecz robi coś innego. Co dokład­nie? Naw­iązu­jąc do pier­wszej uwa­gi, język służy cza­sem nie do stwierdza­nia fak­tów, lecz do wyraże­nia nastaw­ienia oso­by mówiącej – jej zach­wytu, zakłopota­nia itp. Kiedy ktoś mówi „Kradzież jest niesłusz­na”, to zazwyczaj wyraża swo­ją deza­pro­batę wobec kradzieży. Być może więc, kiedy ktoś mówi „Kradzież jest niesłusz­na”, nie próbu­je stwierdz­ić żad­nych fak­tów moral­nych, lecz po pros­tu (nieco okrężnie) wyraża swo­ją deza­pro­batę wobec kradzieży.

Ten pogląd, nazy­wany emo­ty­wiz­mem, zgod­nie z którym język moral­ny nie ma funkcji przed­staw­ia­nia fak­tów moral­nych, lecz służy do wyraża­nia postaw oso­by mówiącej, opra­cow­ali, nieza­leżnie od siebie, amerykańs­ki filo­zof C.L. Steven­son i bry­tyjs­ki filo­zof A.J. Ayer w lat­ach 30 ubiegłego wieku. (W 1952 r. istot­ną mody­fikację wprowadz­ił inny filo­zof bry­tyjs­ki, R.M. Hare, w książce o tytule naw­iązu­ją­cym do ówczes­nej filo­zofii „języ­ka potocznego” – Lan­guage of Morals [Język moral­noś­ci]). Powiedzieć „Postąpiłeś niesłusznie, krad­nąc te pieniądze”, napisał Ayer, „to jak­by powiedzieć, ze szczegól­nym tonem oburzenia «Ukradłeś te pieniądze» lub zapisać te słowa z kilko­ma wykrzyknika­mi.”

Należy odróżnić emo­ty­wizm od omówionego wcześniej poglą­du subiek­ty­wisty­cznego, zgod­nie z którym „Kradzież jest niesłusz­na” znaczy coś w rodza­ju „Nie pochwalam kradzieży”. Oso­ba mówią­ca „Nie pochwalam kradzieży” for­mułu­je twierdze­nie psy­cho­log­iczne o samej sobie – jeśli nie potępia kradzieży, to jej słowa są fałszy­we. Z punk­tu widzenia emo­ty­wiz­mu „Kradzież jest niesłusz­na” moż­na z grub­sza sparafra­zować jako „Buu dla kradzieży!” – a oso­ba mówią­ca „Buu dla kradzieży!” nie for­mułu­je żad­nego psy­cho­log­icznego twierdzenia — właś­ci­wie mówiąc, w ogóle nic nie stwierdza.

Emo­ty­wizm całkiem zręcznie wpa­sowu­je moral­ność w ramy świa­ta przy­rody. Nie ma potrze­by robić miejs­ca dla fak­tów moral­nych, ponieważ takich fak­tów nie ma. Ich nieist­nie­nie nie przekreśla jed­nak sen­sownoś­ci języ­ka moral­nego, jako że celem tego języ­ka nie jest stwierdzanie fak­tów – służy on raczej do wyraża­nia postaw. Poszuki­wanie pod­stawy dla prawdy moral­nej jest jak poszuki­wanie Fontan­ny Młodoś­ci przez Ponce de Leó­na – od początku skazane na niepowodze­nie, ponieważ bezprzed­miotowe.

Emo­ty­wizm to teo­ria, która stop­niowo odkry­wa swo­je swo­je uro­ki. Nieco wcześniej zwró­cil­iśmy uwagę na związek między powiedze­niem „Kradzież jest niesłusz­na” a deza­pro­batą wobec kradzieży. Inaczej mówiąc, jeśli ktoś mówi „Kradzież jest niesłusz­na”, to praw­ie zawsze potępia kradzież, a więc ma motyw, by jej unikać. (Pomyślmy o dzi­wacznoś­ci sytu­acji, w której ktoś mówi „Zgadzam się oczy­wiś­cie, że kradzież jest niesłusz­na, ale wcale nie zamierzam zrezyg­nować z okrada­nia sklepów”). Ale jeśli moral­ność doty­czy fak­tów, to jak wyjaśnić ścisły związek między szcz­erym twierdze­niem moral­nym a motywacją? Jeśli ktoś stwierdza, że jest rzeczą oczy­wistą, iż, powiedzmy, w pubie ser­wu­ją dar­mowe piwo, to po pros­tu wyraża swo­je przeko­nanie, że w pubie ser­wu­ją dar­mowe piwo. Wyda­je się, że przeko­nanie samo w sobie niko­go do niczego nie moty­wu­je – co w nieza­pom­ni­any sposób zauważył już Hume. (Nie ma nic dzi­wnego w powiedze­niu „Zgadzam się oczy­wiś­cie, że w pubie ser­wu­ją dar­mowe piwo, ale nie mam najm­niejszej ochoty tam iść”). Nato­mi­ast emo­ty­wizm może z łat­woś­cią wyjaśnić związek między powiedze­niem „Kradzież jest niesłusz­na” a motywacją do pow­strzy­ma­nia się od kradzieży – nie jest on bardziej tajem­niczy niż związek między powiedze­niem „Brokuły, fuj!” a motywacją do pow­strzy­ma­nia się od jedzenia brokułów. (Nie sposób przecenić znaczenia, jakie ma to napię­cie między na pozór fak­tu­al­nym, czyli doty­czą­cym fak­tów, sta­tusem moral­noś­ci a jej siłą motywa­cyjną; moż­na powiedzieć, naw­iązu­jąc do tytułu książ­ki Michaela Smitha, że to właśnie ono stanowi „właś­ci­wy prob­lem moral­ny”).

Emotywizm w tarapatach

Mimo poważnych zalet, emo­ty­wizm jest zbyt spry­t­ny, aby był prawdzi­wy. Decy­du­ją­cy zarzut wysunął współczes­ny Moore’owi W.D. Ross, a rozwinęli go filo­zo­fowie Peter Geach i John Sear­le. Emo­ty­wizm sprawdza się w wypad­ku poje­dynczych zdań moral­nych, takich jak „Jedze­nie mięsa jest niesłuszne” – wiado­mo jed­nak, że zda­nia mogą również wchodz­ić w skład więk­szych zdań. Na przykład zdanie „Jedze­nie mięsa jest niesłuszne” wys­tępu­je w zda­niu warunk­owym „Jeśli jedze­nie mięsa jest niesłuszne, to Mead­ow powin­na zamówić sałatkę”.

Rozważmy ter­az argu­ment:
1. Jeśli jedze­nie mięsa jest niesłuszne, Mead­ow powin­na zamówić sałatkę.
2. Jedze­nie mięsa jest niesłuszne; zatem
3. Mead­ow powin­na zamówić sałatkę.

Powyższy argu­ment jest dobry („for­mal­nie poprawny”) i stanowi pod­staw­ie­nie schematu wnioskowa­nia zwanego modus ponens: z „Jeśli P, to Q” i „P” wyprowadza­my wniosek „Q”. Co najważniejsze, jest on dobry, ponieważ zdanie „P” zachowu­je to samo znacze­nie w całym argu­men­cie – gdy wys­tępu­je samodziel­nie i gdy stanowi część zda­nia „Jeśli P, to Q”. Dla porów­na­nia weźmy słowo „zebra”, które jest wieloz­naczne – może oznaczać zarówno „zwierzę”, jak „pasy dla prze­chod­niów”. Rozważmy następu­ją­cy argu­ment: „Jeśli na uli­cy jest zebra, to moż­na po niej prze­jść; na drodze jest zebra; zatem moż­na po niej prze­jść”. Zakłada­jąc, że słowo „zebra” zmienia swo­je znacze­nie w drugiej przesłance, argu­ment ten nie jest poprawny – jego wniosek nie wyni­ka z przesłanek.

Następu­ją­cy argu­ment nie budzi zas­trzeżeń: „Jeśli jedze­nie mięsa jest niesłuszne, to Mead­ow powin­na zamówić sałatkę; jedze­nie mięsa jest niesłuszne; zatem Mead­ow powin­na zamówić sałatkę”. Jak ustalil­iśmy, w poprawnym argu­men­cie słowa powin­ny zachować to samo znacze­nie. Zauważmy jed­nak, że emo­ty­wista musi podać spec­jalne wyjaśnie­nie takich zdań złożonych, jak to: „Jeśli jedze­nie mięsa jest niesłuszne, to Mead­ow powin­na zamówić sałatkę”. Wys­tępu­jące w zda­niu podrzęd­nym wyraże­nie „jedze­nie mięsa jest niesłuszne” nie może znaczyć „Buu dla jedzenia mięsa!”, ponieważ zdanie „Jeśli buu dla jedzenia mięsa!, to Mead­ow powin­na zamówić sałatkę” jest niegra­maty­czne i pozbaw­ione sen­su. Inaczej mówiąc, jeśli emo­ty­wizm jest prawdzi­wy, słowa „jedze­nie mięsa jest niesłuszne” zmieni­a­ją swo­je znacze­nie w połowie argu­men­tu, co spraw­ia, że argu­ment sta­je się niepoprawny. Ponieważ jed­nak argu­ment ten nie budzi zas­trzeżeń, to emo­ty­wizm jest fałszy­wy.

Kon­kluzy­wne obale­nie stanowiska filo­zoficznego jest równie rzad­kie, jak spotkanie z dzię­ciołem wielkodziobym. Sokrates pod­ważył teorię bos­kich nakazów, a zarzut Rossa-Geacha-Searle’a zak­wes­t­ionował emo­ty­wizm. Mimo to, w dużej mierze dzię­ki mody­fikacjom wprowad­zonym przez Simona Black­bur­na i amerykańskiego filo­zo­fa Allana Gib­bar­da, nadal broni się udoskon­alonych wer­sji emo­ty­wiz­mu. Wysiłek god­ny podzi­wu, ale chy­ba nawet Syzyf miał łatwiejsze zadanie. (Prze­jrzyste omówie­nie niek­tórych trud­noś­ci moż­na znaleźć w rozdziale 5 książ­ki Mar­ka Kalderona Moral Fic­tion­al­ism [Moral­ny fikcjon­al­izm]). Najnowsza książ­ka Gib­bar­da Think­ing How to Live [Rozmyśla­nia o tym, jak żyć] i książ­ka Black­bur­na Rulling Pas­sions [Kierowanie namięt­noś­ci­a­mi[ świad­czą o porzuce­niu prostych form emo­ty­wiz­mu, bro­nionych w przeszłoś­ci.

Teoria błędu Mackiego

Emo­ty­wiś­ci próbu­ją zba­gatelizować fakt, że język moral­noś­ci nie jest prawdzi­wy, zwraca­jąc uwagę, że nie jest on również fałszy­wy – w ogóle nie służy do opisy­wa­nia rzeczy­wis­toś­ci. Wróćmy do konkuren­cyjnej idei, że język moral­noś­ci to zmyśle­nia: nie jest on prawdzi­wy, ponieważ jest fałszy­wy. Filo­zof aus­tral­i­js­ki John Mack­ie, który przez wiele lat wykładał na Uni­w­er­syte­cie Oks­fordzkim, napisał w 1977 roku książkę Ethics [Ety­ka], która nosi prowoka­cyjny pod­ty­tuł Invent­ing Right and Wrong [Jak wymyślono słuszność i niesłuszność]. W pier­wszym rozdziale książ­ki Mack­ie argu­men­tu­je, że moral­ność jest, podob­nie jak astrolo­gia i teo­ria sfer krys­tal­icznych, fałszy­wa. (Ten nihilisty­czny rozdzi­ał jest lek­turą obow­iązkową na zaję­ci­ach z wstępu do metae­ty­ki; na szczęś­cie nie dotarło to do wiado­moś­ci tych, którzy skarżą się, że uczel­nie psu­ją młodzież moral­nym relaty­wiz­mem).

Jed­nak fałszy­wa teo­ria niekoniecznie jest całkowicie bezużytecz­na. Teorię sfer krys­tal­icznych odrzu­cono, ponieważ jedyną racją na jej korzyść była jej dom­nie­m­ana prawdzi­wość; gdy okaza­ła się fałszy­wa i nieprzy­dat­na do naw­igacji, stała się zbęd­na. Nato­mi­ast astrolo­gia, choć fałszy­wa, zachowu­je żywot­ność nawet wśród jej prze­ci­wników, jako niegroźny przed­miot żartów. Ktoś, kto mówi na pry­watce „Oso­by spod znaku Wod­ni­ka są niekon­wencjon­alne” może po pros­tu udawać, że z pełną powagą twierdzi, iż oso­by spod znaku Wod­ni­ka są niekon­wencjon­alne.

W isto­cie sam Mack­ie, po tym, jak w rozdziale pier­wszym argu­men­tował, że jest fałszem, iż nie powin­niśmy gotować dzieci we wrzątku, że powin­niśmy dotrzymy­wać obiet­nic itd., poświę­ca więk­szą część swo­jej książ­ki omówie­niu tego, które zasady moralne powin­niśmy przyjąć. Może to zabrzmieć paradok­sal­nie, ale Mack­ie nie zale­ca, byśmy uznali twierdzenia moralne (te są według niego bez wyjątku fałszy­we), zale­ca nato­mi­ast, byśmy dzi­ałali tak, jak gdy­by niek­tóre z nich były prawdzi­we. Dlaczego mielibyśmy to zro­bić? Mack­ie czer­pie tu inspirację z Hume’a i XVII-wiecznego filo­zo­fa Thomasa Hobbe­sa: najkrócej mówiąc, udzi­ał w grze moral­nej jest dla nas korzyst­ny. W szczegól­noś­ci, jest to „sposób na prze­ci­wdzi­ałanie ograniczeniom współczu­cia”: deklarowanie popar­cia dla sys­te­mu moral­noś­ci, mimo jego fałszy­woś­ci, umożli­wia współpracę społeczną. Mack­ie doda­je, że przyję­cie sys­te­mu moral­nego może być przys­tosowaniem ewolucyjnym – tę hipotezę rozwi­ja Marc Haus­ner w książce Moral Minds [Umysły moralne].

Fikcjonalizm moralny Kalderona

Według Mack­iego filo­zofia pokaza­ła, że uznanie twierdzeń moral­nych za prawdzi­we jest kolos­al­nym błę­dem. Ist­nieje jed­nak inne stanowisko, omówione w Moral Fic­tion­al­ism [Moral­ny fikcjon­al­izm] Kalderona, zgod­nie z którym tak naprawdę nigdy nie byliśmy zobow­iązani do prawdzi­woś­ci twierdzeń moral­nych. Wprawdzie potocznie mówimy „Kradzież jest niesłusz­na”, ale naszych zobow­iązań nie da się w prosty sposób wyczy­tać z tego, co mówimy. Być może wypowiada­jąc te słowa przy­pom­i­namy wspom­ni­anego wcześniej uczest­ni­ka pry­wat­ki, który mówi „Oso­by spod znaku Wod­ni­ka są niekon­wencjon­alne”. Lub też przy­pom­i­namy kogoś, kto w roz­mowie na tem­at powieś­ci detek­ty­wisty­cznej powia­da „Najsłyn­niejszy na świecie detek­tyw mieszkał przy Bak­er Street 221B”. Mimo że pod tym adresem nie mieszkał nigdy żaden detek­tyw, oso­ba mówią­ca nie popeł­nia błę­du.

Argument z dziwaczności

Dlaczego Mack­ie uważał całą moral­ność za fałszy­wą? Najwięk­szą wagę przykładał on do tak zwanego argu­men­tu z dzi­wacznoś­ci, który moż­na również znaleźć w Lec­tures on Ethics [Wykładach o etyce] Wittgen­steina. Gdy­by ist­ni­ały fak­ty moralne, powia­da Mack­ie, „były­by one byta­mi, cecha­mi lub relac­ja­mi bard­zo dzi­wnego rodza­ju, całkowicie różny­mi od wszys­tkiego innego we wszechświecie”. Moralne powiniennie powinien są zbyt „dzi­waczne metafizy­cznie”, by znaleźć dla nich miejsce w odczarowanej przy­rodzie. Pozosta­je jedynie wniosek, że nie sto­su­ją się one do niko­go.

Dlaczego moralne powinien – powiedzmy w „Powinieneś wyciągnąć tonącą Vir­ginię z rze­ki” – jest metafizy­cznie dzi­waczne? Ponieważ wiedza o nim dostar­czyła­by pod­miotowi moty­wu, by wyciągnąć Vir­ginię z rze­ki. „Do obiek­ty­wnego dobra”, według Mack­iego, „dążył­by każdy, kto był­by z nim zaz­na­jomiony […] nie dlat­ego, że prag­nie tego celu, ale dlat­ego, że w ów cel jest wbu­dowany przy­mus dąże­nia do niego”. A to, jak uważa, jest niezwyk­le tajem­nicze. Jeśli wiem, że Vir­ginia właśnie weszła do Ouse, sama ta wiedza nie skłoni mnie do wyciąg­nię­cia jej z wody – muszę pon­ad­to chcieć ją ura­tować. Wiedza o jakimś fak­cie – wiedza, że świat jest taki a nie inny – sama w sobie nie powin­na moty­wować: zawsze moż­na sobie wyobraz­ić, że posi­ada­ją­ca ją oso­ba po pros­tu wzrusza ramion­a­mi: świat jest taki a nie inny – i co z tego?

Przy­pom­i­na się w tym miejs­cu twierdze­nie Hume’a, że przeko­na­nia same w sobie nigdy nie moty­wu­ją. Jeśli jestem przeko­nany, że Vir­ginia właśnie weszła do Ouse, samo to nie skłoni mnie do wyciąg­nię­cia jej z wody. W isto­cie prawdzi­wość twierdzenia Mack­iego o niez­dol­noś­ci wiedzy do moty­wowa­nia zależy od prawdzi­woś­ci Hume’owskiego twierdzenia o niez­dol­noś­ci przeko­na­nia do moty­wowa­nia – jeśli przyjmie się pier­wsze, trze­ba przyjąć również drugie.

Ta zależność pod­waża jed­nak bro­nioną przez Mack­iego teorię błę­du doty­czącą moral­noś­ci. Według Mack­iego nie wiemy, że nie powin­niśmy gotować dzieci we wrzątku, w prze­ci­wnym bowiem razie ta wiedza w tajem­niczy sposób moty­wowało­by nas do dzi­ała­nia. Mack­ie uważa, że nie wiemy, iż nie powin­niśmy gotować dzieci we wrzątku – jesteśmy tylko (błęd­nie) przeko­nani, że nie powin­niśmy tego czynić. Stąd teo­ria błę­du. Mack­ie zapom­i­na jed­nak, że niez­dol­ność wiedzy do moty­wowa­nia idzie w parze z ana­log­iczną niez­dol­noś­cią przeko­na­nia. Jeśli argu­ment Mack­iego prze­ci­wko wiedzy moral­nej jest w jakimś stop­niu udany, to moż­na go jeszcze wzmoc­nić: nie jesteśmy (błęd­nie) przeko­nani, że powin­niśmy gotować dzieci we wrzątku, ponieważ w prze­ci­wnym razie to przeko­nanie moty­wowało­by nas w tajem­niczy sposób. Inaczej mówiąc: jeśli (tak jak Mack­ie) dopuszcza­my przeko­nanie moralne, to nie ma przeszkód, aby dop­uś­cić również wiedzę moral­ną.

Nie znaczy to jeszcze, że moral­ność nie jest fałszy­wa. Ist­nieją inne zarzu­ty, niek­tóre sfor­mułowane przez samego Mack­iego, a inne przez późniejszych autorów. (Aby się z nimi zapoz­nać, warto zajrzeć zwłaszcza do Moral Fic­tion­al­ism [Moral­ny fikcjon­al­izm] Kalderona i The Myth of Moral­i­ty [Mit moral­noś­ci] Richar­da Joyce’a). Obow­iązu­je jed­nak dom­nie­manie niewin­noś­ci.

Trzy morały

Jaka nau­ka płynie ze stulet­niej reflek­sji metae­ty­cznej, zapoc­zątkowanej przez Prin­cip­ia Eth­i­ca Moore’a? Ograniczmy się do trzech morałów.

Jed­na zaskaku­ją­ca lekc­ja jest taka, że ​​różni­ca między prze­ci­wnika­mi nat­u­ral­iz­mu pokro­ju Moore’a a tymi, którzy uważa­ją, że fak­ty moralne są zamaskowany­mi fak­ta­mi nat­u­ral­ny­mi, okazu­je się w prak­tyce trud­na do uch­wyce­nia. Moore przyz­nał, że fak­ty nat­u­ralne są fun­da­men­talne w tym sen­sie, iż w sposób domyśl­ny określa­ją fak­ty moralne. Gdy ustali się wszys­tkie fak­ty doty­czące położe­nia ziaren piasku, to w sposób domyśl­ny zosta­ją określone wszys­tkie fak­ty doty­czące wydm. Podob­nie, gdy ustali się wszys­tkie fak­ty nat­u­ralne doty­czące cier­pi­enia, radoś­ci itd., to w sposób domyśl­ny zosta­ją określone fak­ty moralne – okazu­je się więc, że powinien wyni­ka z jest. W isto­cie Moore był pier­wszym filo­zofem, który wyraźnie zwró­cił na to uwagę! Punk­tem spornym między nat­u­ral­is­ta­mi a ich prze­ci­wnika­mi nie jest zatem to, czy moralne powinien wyni­ka z nat­u­ral­nego jest. Jeśli ist­nieje tutaj jak­iś aut­en­ty­czny spór, niełat­wo go opisać.

Kole­jnym morałem jest to, że głębok­ie prob­le­my metae­ty­ki nie doty­czą jedynie ety­ki. W dużej mierze moral­ność nie jest samodziel­nym sys­te­mem z włas­nym słown­ictwem i prob­le­ma­mi: jest nieroz­er­wal­nie związana z naszym myśle­niem nor­maty­wnym i oce­ni­a­ją­cym w ogóle, które obe­j­mu­je również rac­je, racjon­al­ność, este­tykę, etyki­etę i wiele innych spraw. Wąt­pli­woś­ci doty­czące sta­tusu moral­noś­ci roz­chodzą się jak wylany atra­ment: jeśli w odczarowanej przy­rodzie nie ma miejs­ca na etykę, to w znacznej mierze zosta­je również przekreślona właś­ci­wa ludziom for­ma życia.

I wresz­cie, jak ocenić pros­to­duszną myśl, że gotowanie dzieci we wrzątku jest w oczy­wisty sposób niesłuszne? Szczyp­ta filo­zofii – rzecz zawsze niebez­piecz­na! — może spraw­ić, że uznamy tę myśl za przes­tarza­łą pozostałość naszego archaicznego sposobu myśle­nia. Ale zwięk­szona dawka filo­zofii – mniej więcej stulet­nia — pokazu­je, że ta myśl może mimo wszys­tko być prawdzi­wa. Powrót po tak długiej podróży do zdroworozsąd­kowego punk­tu wyjś­cia może nieco rozczarowywać, ale podróże mają prze­cież posz­erzać hory­zon­ty. Filo­zofia, jak napisał Bertrand Rus­sell, „rozprasza aro­ganc­ki dog­matyzm tych, którzy nigdy nie wędrowali po krainie zbaw­czych wąt­pli­woś­ci, i podtrzy­mu­je w nas poczu­cie cudu, ukazu­jąc codzi­enne rzeczy w niecodzi­en­nym świ­etle” (przeł. W. Sady).

Przełożyli Maria Kierep­ka i Marcin Iwan­ic­ki

Know­ing Right and Wrong. Is Moral­i­ty a Nat­ur­al Phe­nom­e­non?, „Boston Review” 1 mar­ca 2007. Przekład za zgodą Auto­ra. Śród­ty­tuły pochodzą od tłu­maczy.

Najnowszy numer można nabyć od 2 lipca w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2020 można zamówić > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „tutaj”.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

2 komentarze

Kliknij, aby skomentować

  • Pytanie mało filo­zoficzne, żeby nie powiedzieć (…), zresztą z innej dziedziny, więc lep­iej nie mieszać ze sobą bytów odmi­en­nych, być może wyk­lucza­ją­cych się. Tak będzie i łatwiej, i proś­ciej, i zgod­nie ze złotą zasadą tzw. brzytwy Ock­hama.

Sklep

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy