Fragment z klasyka Historia filozofii nowożytnej

Friedrich Nietzsche: O nadczłowieku i ostatnim człowieku

[Źró­dło: To rzekł Zara­tu­stra, przeł. S. Lisiec­ka i Z. Jasku­ła, War­sza­wa: PIW 1999, s. 9–26]


 1.

Kie­dy Zara­tu­stra skoń­czył lat trzy­dzie­ści, opu­ścił ojczy­znę, ojczy­ste jezio­ro, i udał się w góry. Tu roz­ko­szo­wał się duchem swo­im i samot­no­ścią, nie nużąc się tym przez dzie­sięć lat. Wresz­cie jed­nak prze­mie­ni­ło się jego ser­ce; wstał pew­ne­go ran­ka z jutrzen­ką, postą­pił przed słoń­ce i tak do nie­go rzekł:

— Gwiaz­do ogrom­na! Czym­że było­by twe szczę­ście, gdy­byś nie miał tych, któ­rym świecisz!

Dzie­sięć lat przy­cho­dzi­łaś tu wyso­ko do mojej jaski­ni; uprzy­krzy­ło­by ci się two­je świa­tło i ta dro­ga beze mnie, moje­go orła i węża.

Ale cze­ka­li­śmy na cię co rano, ujmo­wa­li­śmy ci twe­go nad­mia­ru, bło­go­sła­wiąc cię zań.

Oto niczym psz­czo­ła, co zebra­ła nazbyt wie­le mio­du, czu­ję prze­syt mądro­ścią, trze­ba mi rąk, któ­re by się po nią wyciągnęły.

Chcę obda­ro­wy­wać i roz­da­wać, aż mędr­cy pomię­dzy ludź­mi zno­wu rado­wać się będą swo­ją głu­po­tą, a ubo­dzy bogactwem.

Po to muszę zstą­pić w dół; jako i ty czy­nisz to z wie­czo­ra, gdy idziesz za morze, nio­sąc świa­tło nawet świa­tu pod­ziem­ne­mu, gwiaz­do przebogata!

Muszę zejść, jako i ty zej­dziesz o zacho­dzie, jak nazy­wa­ją to ludzie, do któ­rych chcę zstąpić.

Pobło­go­sław mi zatem, oko spo­koj­ne, co bez zawi­ści umiesz oglą­dać i zbyt wiel­kie szczęście!

Pobło­go­sław kie­lich, któ­ry chce prze­peł­nie­nia, tak by woda wypły­nę­ła zeń zło­tem i wszę­dzie odbi­cie nio­sła twe­go blasku.

Oto kie­lich ten zno­wu chce, by go opróż­nić, a Zara­tu­stra zno­wu chce się stać człowiekiem —

Tak roz­po­czę­ło się zej­ście Zaratustry.

2.

Zara­tu­stra scho­dził z gór samot­nie, nie napo­ty­ka­jąc nikogo.

Gdy jed­nak wszedł w las, sta­nął teraz przed nim sta­rzec, któ­ry opu­ścił swo­ją świę­tą cha­tę, aby w lesie poszu­kać korzon­ków. I tak rzekł sta­rzec do Zaratustry:

— Nie­ob­cy mi ten wędro­wiec: prze­cho­dził tędy przed kil­ku laty. Zwał się Zara­tu­stra, ale się przemienił.

Nio­słeś wów­czas swe popio­ły ku górom; chciał­byś dzi­siaj nieść ogień w nizi­ny? Kar się nie lękasz należ­nych podżegaczowi?

Tak, pozna­ję Zara­tu­strę. Jego oko jest czy­ste, a na ustach nie skry­wa się obrzy­dze­nie. Czyż nie nad­cho­dzi niczym tancerz?

Prze­mie­nił się Zara­tu­stra, dziec­kiem się stał, prze­bu­dził się Zara­tu­stra; cze­góż chcesz śród śpiących?

Niby w morzu żyłeś w samot­no­ści, a morze uno­si­ło cię. Bia­da, chcesz wstą­pić na ląd? Bia­da, sam zno­wu wlec chcesz swo­je ciało? —

Zara­tu­stra odrzekł:

— Miłu­ję ludzi.

— Dla­cze­go — spy­tał świą­to­bli­wy — jam poszedł do lasu i na pust­ko­wie? Czyż nie dla­te­go, że zanad­to umi­ło­wa­łem ludzi?

Teraz miłu­ję Boga; ludzi nie miłu­ję. Czło­wiek jest dla mnie przed­mio­tem zbyt nie­do­sko­na­łym. Miłość do ludzi zabi­ła­by mnie. —

Zara­tu­stra odrzekł:

— Co też ja mówię o miło­ści? Dar ludziom niosę.

— Nic im nie dawaj — powie­dział świą­to­bli­wy. — Lepiej im cze­go ujmij i ponieś wraz z nimi; dobrze im to uczy­ni, jeśli i dla cie­bie będzie dobroczynne.

A sko­ro dawać chcesz, nie dawaj wię­cej niź­li jał­muż­nę i każ im jesz­cze żebrać o nią! —

— Nie — odrzekł Zara­tu­stra — nie roz­da­ję jał­muż­ny. Na tom nie dość ubogi.

Świą­to­bli­wy zaśmiał się z Zara­tu­stry, a potem tak rzekł:

— Bacz jeno, żeby przy­ję­li two­je skar­by! Nie­uf­ni są wobec pustel­ni­ków i nie wie­rzą, iżby­śmy przy­by­wa­li, aby ich obdarować.

Nasze kro­ki zbyt samot­nie brzmią dla nich na uli­cach. A kie­dy nocą, leżąc w łóż­kach, sły­szą idą­ce­go czło­wie­ka, na dłu­go przed wscho­dem słoń­ca, pyta­ją sie­bie zapew­ne: Dokąd podą­ża ten złodziej?

Nie idź do ludzi i pozo­stań w lesie! Raczej idź już do zwie­rząt! Cze­mu nie chcesz być jak ja, niedź­wie­dziem pośród niedź­wie­dzi, pta­kiem pomię­dzy ptakami? —

— A cóż pora­bia świą­to­bli­wy w lesie? — spy­tał Zaratustra.

Świą­to­bli­wy odpowiedział:

— Ukła­dam i śpie­wam pie­śni, a ukła­da­jąc je, śmie­ję się, pła­czę i pomru­ku­ję; tak chwa­lę Boga.

Śpie­wem, pła­czem, śmie­chem i pomru­ki­wa­niem chwa­lę Boga, któ­ry jest moim Bogiem. Ale cóż ty przy­no­sisz nam w darze? —

Usły­szaw­szy te sło­wa, pozdro­wił Zara­tu­stra świą­to­bli­we­go i rzekł:

— Cóż ja mógł­bym wam dać? Ale pozwól­cie mi odejść co rychlej, bym wam cze­go nie ujął!

I tak roz­sta­li się, sta­rzec i męż­czy­zna, śmie­jąc się, jak śmie­ją się dwaj chłopcy.

Kie­dy zaś Zara­tu­stra został sam, tak rzekł do swo­je­go serca:

— Czy to być może? Ten świą­to­bli­wy sta­rzec nic jesz­cze nie sły­szał w lesie o tym, że Bóg nie żyje!

3.

Przy­byw­szy do naj­bliż­sze­go mia­sta, leżą­ce­go nie­opo­dal lasów, zna­lazł Zara­tu­stra wiel­kie zgro­ma­dze­nie ludu na tar­go­wi­sku; albo­wiem obie­ca­no, że moż­na będzie obej­rzeć lino­skocz­ka. I to rzekł Zara­tu­stra do ludu:

— Będę nauczał was nad­czło­wie­ka. Czło­wiek jest czymś, co trze­ba prze­zwy­cię­żyć. Coście uczy­ni­li, aby go przezwyciężyć?

Wszyst­kie isto­ty two­rzy­ły dotych­czas coś ponad sie­bie, a wy chce­cie być odpły­wem tego wiel­kie­go przy­pły­wu i wró­cić raczej do zwie­rzę­co­ści, ani­że­li prze­zwy­cię­żyć człowieka?

Czym­że dla czło­wie­ka jest mał­pa? Pośmie­wi­skiem lub wsty­dem bole­snym. I tym samym winien być czło­wiek dla nad­czło­wie­ka: pośmie­wi­skiem lub wsty­dem bolesnym.

Prze­by­li­ście dro­gę od roba­ka do czło­wie­ka, ale wie­le w was jesz­cze z roba­ka. Nie­gdyś byli­ście mał­pa­mi, a i teraz jesz­cze czło­wiek bar­dziej jest mał­pą niże­li jaka­kol­wiek małpa.

A i ten nawet, któ­ry z was naj­mą­drzej­szy, i tak tyl­ko dwój­i­sto­tą jest i hybry­dą rośli­ny i upio­ra. Ale czyż każę wam stać się upio­ra­mi bądź roślinami?

Oto będę nauczał was nadczłowieka.

Nad­czło­wiek jest zamy­słem zie­mi. Niech i wola wasza powie, że nad­czło­wiek jest zamy­słem ziemi!

Zakli­nam was, bra­cia moi, docho­waj­cie wier­no­ści zie­mi, a nie dawaj­cie wia­ry tym, któ­rzy mówią wam o nie­ziem­skich nadzie­jach! Tru­ci­cie­le to są, czy wie­dzą o tym, czy nie.

Gar­dzą­cy życiem, obumie­ra­ją­cy, sami są oni zatru­ci. Zie­mia znu­ży­ła się nimi: niech więc odejdą.

Nie­gdyś wystę­pek prze­ciw Bogu jest naj­więk­szym występ­kiem, ale Bóg umarł, a tym samym umar­li rów­nież owi występ­ni. Jest teraz rze­czą naj­strasz­liw­szą wystę­po­wać prze­ciw zie­mi i wyżej powa­żać trze­wia nie­zba­da­ne­go niź­li zamysł ziemi!

Nie­gdyś dusza wzgar­dli­wie poglą­da­ła na cia­ło i wów­czas wzgar­da ta była rze­czą naj­waż­niej­szą; dusza chcia­ła widzieć je mizer­nym, ohyd­nym i wygłod­nia­łym. Myśla­ła w ten spo­sób wymknąć się jemu i ziemi.

O, ta dusza sama jesz­cze była mizer­na, ohyd­na i wygłod­nia­ła; i okro­pień­stwo było roz­ko­szą tej duszy!

Ale i wy, bra­cia moi, powiedz­cie — co obwiesz­cza wasze cia­ło o waszej duszy? Czyż dusza wasza nie jest nędzą i bru­dem, i żało­sną przyjemnością?

Zapraw­dę, brud­ną rze­ką jest czło­wiek. Trze­ba być morzem, aby móc przy­jąć brud­ną rze­kę, same­mu się nie brukając.

Oto będę nauczał was nad­czło­wie­ka, on jest tym morzem, w któ­rym może zna­leźć ujście wasza wiel­ka wzgarda.

Co jest rze­czą naj­więk­szą, jakiej może­cie doświad­czyć? Jest to godzi­na wiel­kiej wzgar­dy. Godzi­na, w któ­rej obrzyd­nie wam nawet wasze szczę­ście, tak samo rozum wasz i cnota.

Godzi­na, w któ­rej powie­cie: Cóż mi po szczę­ściu! Jest to nędza i brud i żało­sna przy­jem­ność. Ale moje szczę­ście powin­no uspra­wie­dli­wiać samo istnienie!

Godzi­na, w któ­rej powie­cie: Cóż mi po rozu­mie! Czy łak­nie wie­dzy jak lew poży­wie­nia? Nędzą jest on i bru­dem, i żało­sną przyjemnością!

Godzi­na, w któ­rej powie­cie: Cóż mi po cno­cie! Nie przy­pra­wia mnie jesz­cze o szał. Jak­że znu­ży­ły mnie dobro moje i zło! Wszyst­ko to nędza i brud i żało­sna przy­jem­ność! Nie widzę, iżbym był żarem i węglem. Spra­wie­dli­wy zaś jest żarem i węglem!

Godzi­na, w któ­rej powie­cie: Cóż mi po współ­czu­ciu! Czyż współ­czu­cie nie jest krzy­żem, do któ­re­go przy­bi­ty jest ten, co miłu­je ludzi? Moje współ­czu­cie zaś nie jest ukrzyżowaniem!

Czy­ście już tak mówi­li? Czy­ście już tak krzy­cze­li? Ach, gdy­bym kie­dy sły­szał was tak krzyczących!

To nie grzech wasz — to wasze umiar­ko­wa­nie woła o pomstę do nie­ba, wasze ską­pie­nie nawet w grze­chu woła do nieba!

Gdzie ta bły­ska­wi­ca, któ­ra liznę­ła­by was swo­im językiem?

Gdzie sza­leń­stwo, któ­rym win­no się was zarazić?

Oto będę nauczał was nad­czło­wie­ka: on jest tą bły­ska­wi­cą, on jest tym szaleństwem! —

Gdy Zara­tu­stra tak mówił, krzyk­nął ktoś z tłumu:

— Dość już nasłu­cha­li­śmy się o tym lino­skocz­ku, pokaż­cie go nam teraz! —

I cały lud śmiał się z Zara­tu­stry. A lino­sko­czek, mnie­ma­jąc, że sło­wa te jego doty­czą, przy­stą­pił do dzieła.

4.

— Czło­wiek jest liną, zawią­za­ną mię­dzy zwie­rzę­ciem a nad­czło­wie­kiem, liną ponad przepaścią.

Nie­bez­piecz­nym przej­ściem z tej na tam­tą stro­nę, nie­bez­piecz­ną dro­gą, nie­bez­piecz­nym spo­glą­da­niem wstecz, nie­bez­piecz­nym wzdra­ga­niem się i przystawaniem.

Co w czło­wie­ku wiel­kie, to że jest mostem, a nie celem; co w czło­wie­ku moż­na miło­wać, to że jest on przej­ściem zej­ściem.

Miłu­ję tych, któ­rzy nie umie­ją żyć, chy­ba że jako scho­dzą­cy, ci bowiem są prze­cho­dzą­cy­mi na tam­tą stronę.

Miłu­ję wiel­kich wzgar­dzi­cie­li, są bowiem wiel­ki­mi czci­cie­la­mi i strza­ła­mi tęsk­no­ty za tam­tym brzegiem.

Miłu­ję tych, któ­rzy nie ponad gwiaz­da­mi szu­ka­ją powo­du, by zejść i paść ofia­rą, lecz któ­rzy ofia­ro­wu­ją się zie­mi, aby sta­ła się kie­dyś zie­mią nadczłowieka.

Miłu­ję tego, kto żyje, by pozna­wać, i kto chce pozna­wać, aby kie­dyś mógł żyć nad­czło­wiek. On bowiem chce swo­je­go zejścia.

Miłu­ję tego, kto pra­cu­je i doko­nu­je wyna­laz­ków, aby zbu­do­wać dom nad­czło­wie­ko­wi i przy­spo­so­bić dla nie­go zie­mię, zwie­rzę­ta i rośli­ny. On bowiem chce swo­je­go zejścia.

Miłu­ję tego, kto miłu­je swo­ją cno­tę, albo­wiem cno­ta jest wolą zej­ścia i strza­łą tęsknoty.

Miłu­ję tego, kto nie zacho­wu­je dla sie­bie ani kro­pli ducha, lecz cały chce być duchem swej cno­ty, on bowiem jako duch kro­czy po moście.

Miłu­ję tego, kto daje upust swej cno­cie tak, iż sta­je się ona jego dopu­stem. On bowiem gwo­li swo­jej cno­ty chce żyć jesz­cze i już nie żyć.

Miłu­ję tego, kto nie chce mieć zbyt wie­le cnót. Jed­na cno­ta jest nią bar­dziej niż dwie, bar­dziej jest bowiem węzłem, na któ­rym ów dopust zawisa.

Miłu­ję tego, czy­ja dusza trwo­ni się, kto nie chce podzię­ki i nie odwza­jem­nia. On bowiem cią­gle obda­ro­wu­je i nie chce zacho­wać siebie.

Miłu­ję tego, kto się wsty­dzi, gdy w grze kość pad­nie dla nie­go szczę­śli­wie, i kto pyta wte­dy: czyż jestem szu­le­rem? On bowiem chce zginąć.

Miłu­ję tego, kto przed swe czy­ny rzu­ca zło­te sło­wa i cią­gle wię­cej dotrzy­mu­je niż obie­cu­je. On bowiem chce swo­je­go zejścia.

Miłu­ję tego, kto uspra­wie­dli­wia przy­szłych i zba­wia prze­szłych. On bowiem chce przez teraź­niej­szych zginąć.

Miłu­ję tego, kto chłosz­cze swe­go boga, albo­wiem go miłu­je. On bowiem musi zgi­nąć przez gniew swe­go boga.

Miłu­ję tego, czy­ja dusza jest głę­bo­ka, nawet gdy zra­nio­na, i kto umie zgi­nąć z bła­he­go powo­du. On bowiem z ocho­tą przej­dzie przez most.

Miłu­ję tego, czy­ja dusza tak jest prze­peł­nio­na, że zapo­mi­na on o sobie samym i wszyst­kie rze­czy są w nim. Wszyst­kie bowiem rze­czy sta­ją się jego zejściem.

Miłu­ję tego, któ­ry jest wol­ne­go ducha i wol­ne­go ser­ca. Gło­wa jego bowiem jest tyl­ko trze­wia­mi ser­ca, ser­ce zaś popy­cha go ku zejściu.

Miłu­ję wszyst­kich, któ­rzy są niczym cięż­kie kro­ple, spa­da­ją­ce poje­dyn­czo z cięż­kiej chmu­ry nad czło­wie­kiem; zwia­stu­ją oni, iż zbli­ża się bły­ska­wi­ca, i jako zwia­stun giną.

Oto ja jestem zwia­stu­nem tej bły­ska­wi­cy i cięż­ką kro­plą z chmu­ry; bły­ska­wi­ca ta zaś zwie się – nadczłowiek.

5.

Wyrze­kł­szy te sło­wa, Zara­tu­stra patrzył zno­wu na lud i milczał.

— Sto­ją oto — rzekł do swo­je­go ser­ca — śmie­ją się oto i nie rozu­mie­ją mnie, nie jestem usta­mi dla tych uszu.

Czyż trze­ba im naj­pierw roz­bić uszy, iżby nauczy­li się słu­chać ocza­mi? Czy trze­ba bęb­nić niczym bęb­ny lub kazno­dzie­je gło­szą­cy poku­tę? A może dać wia­rę tyl­ko komuś, kto bełkocze?

Mają coś, z cze­go są dum­ni. Jak­że jed­nak nazy­wa­ją oni to, co wbi­ja ich w dumę? Wykształ­ce­niem to zwą, wyróż­nia ich ono spo­śród paste­rzy kóz.

Toteż nie­chęt­nie słu­cha­ją sło­wa „wzgar­da”, gdy ich doty­czy. Prze­mó­wię zatem do ich dumy.

Będę im mówił o god­nym naj­więk­szej wzgar­dy czło­wie­ku: jest nim zaś ostat­ni czło­wiek. —

I rzekł Zara­tu­stra do ludu:

— Nad­szedł czas, aby czło­wiek wyzna­czył sobie cel. Nad­szedł czas, aby czło­wiek posiał ziar­no swej naj­wyż­szej nadziei. Jego zie­mia dość jesz­cze żyzna po temu. Ale będzie kie­dyś jało­wa i ujarz­mio­na, i nie wyro­śnie z niej już ani jed­no wyso­kie drzewo.

Bia­da! Nad­cho­dzi czas, kie­dy czło­wiek nie prze­rzu­ci już strza­ły swej tęsk­no­ty poza czło­wie­ka, a cię­ci­wa jego łuku oduczy się furkotu.

Powia­dam wam: Trze­ba jesz­cze mieć w sobie cha­os, aby móc zro­dzić tań­czą­cą gwiaz­dę. Powia­dam wam: Wy macie jesz­cze cha­os w sobie.

Bia­da! Nad­cho­dzi czas, kie­dy czło­wiek nie zro­dzi już ani jed­nej gwiaz­dy. Bia­da! Nad­cho­dzi czas god­ne­go naj­więk­szej wzgar­dy czło­wie­ka, któ­ry sam sobą już nie będzie umiał gardzić.

Oto ja wam poka­żę ostat­nie­go czło­wie­ka.

Czym jest miłość? Czym jest stwo­rze­nie? Czym jest tęsk­no­ta? Czym gwiaz­da?” — pyta ostat­ni czło­wiek, mru­ga­jąc oczyma.

Zie­mia zma­le­je, a na niej będzie podry­gi­wał ostat­ni czło­wiek, któ­ry wszyst­ko uczy­ni małym. Jego ród jest nie do wyple­nie­nia, jak pchła ziem­na; ostat­ni czło­wiek będzie żył najdłużej.

Wyna­leź­li­śmy szczę­ście” — mówią ostat­ni ludzie, mru­ga­jąc oczyma.

Opu­ści­li oko­li­ce, gdzie twar­de było życie; potrze­ba bowiem cie­pła. Jesz­cze miłu­je się sąsia­da i ocie­ra o nie­go, potrze­ba bowiem ciepła.

Nie­do­ma­ga­nie i nie­uf­ność wyda­ją się im grzesz­ne — za tym idzie ostroż­ność. Głup­cem ten, kto jesz­cze poty­ka się o kamie­nie czy ludzi!

Nie­co tru­ci­zny od cza­su do cza­su: to spro­wa­dza przy­jem­ne sny. I dużo tru­ci­zny na osta­tek, gwo­li przy­jem­ne­go umierania.

Pra­cu­ją jesz­cze, pra­ca jest bowiem roz­ryw­ką. Ale dba­ją, by roz­ryw­ka ich nie nadwerężała.

Już nie są bied­ni ani boga­ci, jed­no i dru­gie jest zbyt uciąż­li­we. Kto jesz­cze chce rzą­dzić? Kto trwać w posłu­szeń­stwie? Zbyt uciąż­li­we jest jed­no i drugie.

Jed­no sta­do bez paste­rza! Każ­dy chce tego same­go, każ­dy jest taki sam. Kto czu­je ina­czej, z wła­snej woli idzie do domu dla obłąkanych.

Nie­gdyś cały świat był obłą­ka­ny” — mówią ci naj­świet­niej­si, mru­ga­jąc oczyma.

Są mądrzy i wie­dzą o wszyst­kim, co się zda­rzy­ło: nie ma więc koń­ca drwi­nom. Zda­rza­ją się jesz­cze kłót­nie, ale wkrót­ce nasta­je zgo­da — ina­czej psu­je się żołądek.

Mają swo­je chęt­ki dzien­ne i chęt­ki noc­ne, ale sza­nu­ją zdrowie.

Wyna­leź­li­śmy szczę­ście” — mówią ostat­ni ludzie, mru­ga­jąc oczyma. —

I tu skoń­czy­ła się pierw­sza mowa Zara­tu­stry, zwa­na tak­że „Przed­mo­wą”, w tym bowiem miej­scu prze­rwał mu krzyk i weso­łość tłumu.

— Daj nam ostat­nie­go czło­wie­ka, Zara­tu­stro! — woła­li. — Uczyń z nas tych ostat­nich ludzi! Obda­rzy­my cię wten­czas nadczłowiekiem!

I cały lud nie posia­dał się z rado­ści i mla­skał języ­ka­mi. Zara­tu­stra zaś posmut­niał i rzekł do swo­je­go serca:

— Nie rozu­mie­ją mnie, nie jestem usta­mi dla tych uszu. Nazbyt dłu­go zapew­ne żyłem w górach, nazbyt dłu­go słu­cha­łem stru­mie­ni i drzew; teraz mówię do tych ludzi, jak mówią paste­rze kóz.

Nie­po­ru­szo­na jest moja dusza i jasna niczym góry przed połu­dniem. Ale oni sądzą, że jestem zim­ny i że szy­der­cą jestem w strasz­li­wych żartach.

I patrzą teraz na mnie, i śmie­ją się; a śmie­jąc się, jesz­cze mnie nie­na­wi­dzą. Lodem tchnie ich śmiech. —

6.

Wte­dy jed­nak sta­ło się coś, od cze­go wszyst­kie usta onie­mia­ły i oczy znie­ru­cho­mia­ły. Lino­sko­czek bowiem roz­po­czął tym­cza­sem swo­je dzie­ło: wyszedł przez nie­wiel­kie drzwi i jął iść po linie, roz­pię­tej mię­dzy dwie­ma wie­ża­mi tak, że wisia­ła ponad tar­go­wi­skiem i ludem. Gdy zna­lazł się w poło­wie dro­gi, drzwicz­ki otwo­rzy­ły się raz jesz­cze i barw­ny jego­mość, przy­po­mi­na­ją­cy bła­zna, wysko­czył z nich, szyb­kim kro­kiem, uda­jąc się za poprzednikiem.

— Naprzód, kula­sie — zawo­łał strasz­nym gło­sem — naprzód leniw­cze, paska­rzu, bla­daw­cu! Bo pię­tą cię poła­sko­czę! Co robisz tu mię­dzy wie­ża­mi? Do wie­ży z tobą, zamknąć by cie­bie, lep­sze­mu od sie­bie zagra­dzasz drogę!

I z każ­dym sło­wem zbli­żał się do nie­go bar­dziej i bar­dziej. Gdy zaś był już tyl­ko o krok, zda­rzy­ła się rzecz prze­ra­ża­ją­ca, aż wszyst­kie usta onie­mia­ły, a oczy znie­ru­cho­mia­ły: wydał z sie­bie krzyk niczym dia­beł i prze­sko­czył tego, któ­ry zawa­dzał mu w dro­dze. On zaś, widząc rywa­la zwy­cięz­cą, stra­cił gło­wę i linę pod noga­mi, odrzu­cił drą­żek i szyb­ciej niż on, niczym wiru­ją­cy kłąb rąk i nóg, runął w dół. Tar­go­wi­sko i lud podob­ni byli morzu, kie­dy nad­cią­ga burza: pierz­cha­li wszy­scy jeden przez dru­gie­go, stam­tąd zwłasz­cza, gdzie mogło upaść cia­ło linoskoczka.

Zara­tu­stra został jed­nak na miej­scu i obok nie­go wła­śnie upa­dło to cia­ło; potur­bo­wa­ne moc­no i roz­bi­te, żyło jesz­cze. Po chwi­li wró­ci­ła zdru­zgo­ta­ne­mu świa­do­mość i ujrzał obok sie­bie klę­czą­ce­go Zaratustrę.

— Co tu robisz? — prze­mó­wił wresz­cie. — Od daw­na wie­dzia­łem, że dia­beł pod­sta­wi mi nogę. I oto wle­cze mnie do pie­kła: chcesz mu tego zabronić?

— Na honor, przy­ja­cie­lu — odrzekł Zara­tu­stra — nie ma tego, o czym mówisz: ani dia­bła, ani pie­kła. Dusza twa zemrze prę­dzej jesz­cze niż two­je cia­ło, nie lękaj się zatem niczego.

Męż­czy­zna spoj­rzał nie­uf­nie w górę.

— Jeśli mówisz praw­dę — powie­dział w koń­cu — to nie tra­cę nic, tra­cąc życie. Nie jestem wie­le wię­cej niż zwie­rzę­ciem, któ­re nauczo­no tań­czyć, dając mu cię­gi i ską­pe kąski.

— Ależ skąd — rzekł Zara­tu­stra — z nie­bez­pie­czeń­stwa uczy­ni­łeś sobie zawód, to nie jest god­ne wzgar­dy. Teraz prze­zeń giniesz; za to pogrze­bię cię wła­sny­mi rękami.

Usły­szaw­szy te sło­wa, umie­ra­ją­cy już się nie ode­zwał; poru­szył jed­ną ręką, jak gdy­by w podzię­ce szu­ka­jąc dło­ni Zaratustry.

7.

Tym­cza­sem nad­szedł wie­czór i ciem­no­ści skry­ły tar­go­wi­sko; lud roz­biegł się tak­że, gdyż nawet cie­ka­wość i trwo­gę ogar­nia znu­że­nie. Zara­tu­stra jed­nak sie­dział na zie­mi obok zmar­łe­go i pogrą­żo­ny był w myślach, zapo­mniał prze­to o cza­sie. Wresz­cie zapa­dła noc i nad samot­ni­kiem dąć począł zim­ny wiatr. Pod­niósł się więc Zara­tu­stra i rzekł do swo­je­go serca:

— Zapraw­dę, pięk­ny połów miał dziś Zara­tu­stra! Nie zło­wił czło­wie­ka, lecz trupa.

Nie­sa­mo­wi­te jest życie ludz­kie i cią­gle jesz­cze bez zamy­słu: bła­zen może być dla nie­go dopustem.

Pra­gnę nauczać ludzi, jaki jest zamysł ich bytu; zamy­słem jest nad­czło­wiek, bły­ska­wi­ca z ciem­nej chmu­ry człowieka.

Ale jesz­cze jestem im dale­ki, a mój zamysł nie prze­ma­wia do ich zmy­słów. Czymś mię­dzy głup­cem a tru­pem jestem jesz­cze dla ludzi. Ciem­na jest noc, ciem­ne są dro­gi Zara­tu­stry. Chodź, zim­ny, sztyw­ny towa­rzy­szu podró­ży! Ponio­sę cię w miej­sce, gdzie pogrze­bię cię wła­sny­mi rękami. —

8.

Powie­dziaw­szy to do swo­je­go ser­ca, zarzu­cił Zara­tu­stra tru­pa na ple­cy i ruszył w dro­gę. Ale nie uszedł jesz­cze stu kro­ków, kie­dy pod­kradł się doń jakiś czło­wiek i jął szep­tać mu coś do ucha.

Był nim ów bła­zen z wieży.

— Idź precz z tego mia­sta, Zara­tu­stro! — mówił. — Zbyt wie­lu cię tu nie­na­wi­dzi. Nie­na­wi­dzą cię dobrzy i spra­wie­dli­wi i mie­nią cię swo­im wro­giem i wzgar­dzi­cie­lem; nie­na­wi­dzą cię wier­ni pra­wej wia­ry i mie­nią zagro­że­niem dla tłu­mu. Two­je szczę­ście, że śmia­no się z cie­bie; bo zapraw­dę, mówi­łeś na podo­bień­stwo bła­zna. Two­je szczę­ście, że zbra­ta­łeś się z tym zde­chłym psem; tak się poni­ża­jąc, oca­li­łeś dziś sie­bie. Odejdź jed­nak z tego mia­sta — albo jutro przez cie­bie prze­sko­czę, żywy przez umarłego.

Co powie­dziaw­szy, znikł ów czło­wiek; Zara­tu­stra zaś dalej podą­żył ciem­ny­mi uli­ca­mi. U bra­my miej­skiej napo­tkał gra­ba­rzy; bły­snę­li mu pochod­nią w twarz, pozna­li Zara­tu­strę i jęli drwić z niego:

— Zara­tu­stra wyno­si tego zde­chłe­go psa; świet­nie, że Zara­tu­stra został gra­ba­rzem! Gdyż nasze ręce są zbyt czy­ste, by doty­kać tej pie­cze­ni. Czyż­by Zara­tu­stra chciał dia­błu skraść jego kąsek? Nuże! I smacz­ne­go! Żeby tyl­ko dia­beł nie oka­zał się lep­szym zło­dzie­jem od Zara­tu­stry: porwie ich obu, pożre ich obu!

I śmia­li się pospo­łu, i szep­ta­li coś mię­dzy sobą.

Zara­tu­stra nie rze­kła na to ani sło­wa i poszedł swo­ją dro­gą. Idąc tak dwie godzi­ny skra­jem lasu i bagien, zbyt czę­sto sły­szał wycie głod­nych wil­ków, toteż sam poczuł głód.

Zatrzy­mał się więc przy samot­nym domu, w któ­rym pło­nę­ło światło.

— Głód mnie napa­da — powie­dział Zara­tu­stra — niczym zbój­ca. W lasach i bagnach napa­da mnie głód, i w głę­bo­ką noc.

Dziw­ne zachcian­ki mie­wa mój głód. Nie­raz poja­wia się tuż po posił­ku, a dziś nie zja­wił się przez cały dzień; gdzież to bawił? —

Z tymi sło­wy ude­rzył Zara­tu­stra w bra­mę domu. Uka­zał się sta­ry czło­wiek nio­są­cy świa­tło i spytał:

— Któż to mnie i mój zły sen nachodzi?

— Żywy z mar­twym — odparł Zara­tu­stra. — Daj­cie mi jeść i pić, zapo­mnia­łem o tym za dnia. Kto kar­mi głod­ne­go, krze­pi wła­sną duszę: tak mówi mądrość.

Sta­rzec odszedł, wró­cił jed­nak zaraz i ugo­ścił Zara­tu­strę chle­bem i winem.

— Zła to oko­li­ca dla zgłod­nia­łych — powie­dział — dla­te­go tu miesz­kam. Zwie­rzę­ta i ludzie nawie­dza­ją mnie, pustel­ni­ka. Ale każ też posi­lić się i napić swe­mu towa­rzy­szo­wi, jest bar­dziej niż ty zmęczony.

— Mar­twy jest mój towa­rzysz — odparł Zara­tu­stra. –Trud­no mi będzie nakło­nić go do tego.

— Nic mnie to nie obcho­dzi — burk­nął sta­rzec. — Kto puka do mego domu, musi brać, co daję. Jedz­cie i miej­cie się dobrze!

Szedł potem Zara­tu­stra zno­wu dwie godzi­ny, zawie­rza­jąc dro­dze i świa­tłu gwiazd; przy­wykł był bowiem do noc­nych wędró­wek i lubił zaglą­dać w twarz wszyst­kie­mu, co śpi. Gdy zaś zaczę­ło świ­tać, zna­lazł się w głę­bo­kim lesie, gdzie nie mógł już doj­rzeć żad­nej dro­gi. Zło­żył tedy zmar­łe­go w dziu­pla­stym drze­wie, u swe­go wez­gło­wia — chciał go bowiem ustrzec przed wil­ka­mi, a sam zległ na zie­mi i mchu. I zasnął wnet, zmę­czo­ny na cie­le, ale z nie­po­ru­szo­ną duszą.

9.

Dłu­go spał Zara­tu­stra i nie tyl­ko jutrzen­ka prze­mknę­ła po jego obli­czu, lecz tak­że przed­po­łu­dnie. W koń­cu jed­nak otwo­rzy­ły się jego oczy: zdu­mio­ny spoj­rzał w las i w ciszę, zdu­mio­ny wej­rzał w sie­bie. Po czym zerwał się szyb­ko, jak żeglarz na widok lądu, i wydał okrzyk rado­ści: albo­wiem ujrzał nową praw­dę. I tak rzekł do swo­je­go serca:

— Świa­tło na mnie spły­nę­ło. Współ­to­wa­rzy­szy dro­gi mi trze­ba i to żywych, nie mar­twych towa­rzy­szy ani tru­pów, któ­re ponio­sę, dokąd zechcę.

Żywych towa­rzy­szy mi trze­ba, któ­rzy podą­ża­ją za mną, bo chcą podą­żyć sami za sobą — tam, dokąd i ja chcę.

Świa­tło na mnie spły­nę­ło. Nie do ludu niech mówi Zara­tu­stra, ale do współ­to­wa­rzy­szy dro­gi. Nie będzie Zara­tu­stra psem sta­da ni pasterzem.

Odwieść wie­lu od sta­da — do tegom doszedł. Niech lud i sta­do gnie­wem się prze­ciw mnie unio­są, niech dla paste­rzy Zara­tu­stra zwie się zbójcą.

Dla paste­rzy, powia­dam, choć oni mie­nią się dobrym i spra­wie­dli­wym. Dla paste­rzy, powia­dam, choć oni mie­nią się wyznaw­ca­mi pra­wej wiary.

Spoj­rzyj na tych dobrych i spra­wie­dli­wych! Kogo nie­na­wi­dzą naj­bar­dziej? Tego, kto burzy ich tabli­ce war­to­ści, burzy­cie­la, obra­zo­bur­cy — tam zaś jest twórca.

Spoj­rzyj na tych wyznaw­ców wszel­kich wiar! Kogo nie­na­wi­dzą naj­bar­dziej? Tego, kto burzy ich tabli­ce war­to­ści, burzy­cie­la, obra­zo­bur­cy — tam zaś jest twórca.

Towa­rzy­szy szu­ka twór­ca, nie tru­pów, nie stad i wyznaw­ców. Współ­twór­ców szu­ka twór­ca, tych, któ­rzy na nowych tabli­cach nowe spi­szą wartości.

Towa­rzy­szy szu­ka twór­ca i współ­ż­ni­wia­rzy, albo­wiem wszyst­ko u nie­go doj­rza­ło do żniw. Ale brak mu stu sier­pów, ple­wi więc kło­sy i jest zagniewany.

Towa­rzy­szy szu­ka twór­ca i to takich, któ­rzy umie­ją naostrzyć sier­py. Będzie się ich zwać nisz­czy­cie­la­mi i wzgar­dzi­cie­la­mi dobra i zła. Ale żni­wia­rze to będą i świętujący.

Współ­twór­ców szu­ka Zara­tu­stra, współ­ż­ni­wia­rzy i współ­świę­tu­ją­cych szu­ka Zara­tu­stra; cóż mu po sta­dach, paster­zach i trupach?

A ty, mój pierw­szy towa­rzy­szu, bywaj zdrów! Dobrze cię pocho­wa­łem w tym dziu­pla­stym drze­wie, dobrze cię skry­łem przed wilkami.

Ale roz­sta­ję się z tobą, czas minął. Mię­dzy jed­ną a dru­gą jutrzen­ką obja­wi­ła mi się nowa prawda.

Ni pastu­chem mi być, ni gra­ba­rzem. Nie chcę już wię­cej mówić z ludem; po raz ostat­ni mówi­łem do umarłego.

Twór­cę, żni­wia­rza, świę­tu­ją­ce­go pra­gnę za towa­rzy­szy; tęczę pra­gnę im poka­zać i wszyst­kie stop­nie do nadczłowieka.

Pustel­ni­kom zaśpie­wam mą pieśń, samot­ni­kom i samo­wtó­rom; a kto jesz­cze ma uszy dla nie­sły­cha­ne­go, temu zacią­żę na ser­cu moim szczęściem.

Zdą­żam do wła­sne­go celu, idę swo­ją dro­gą; prze­sko­czę wzdra­ga­ją­cych się i opie­sza­łych. Nie­chaj moje iście będzie ich zejściem. —

10.

To rzekł Zara­tu­stra do swo­je­go ser­ca, gdy słoń­ce sta­ło w zeni­cie połu­dnia. Wtem spoj­rzał pyta­ją­co w górę, gdyż usły­szał nad sobą ostre woła­nie pta­ka. I oto orzeł zata­czał sze­ro­kie krę­gi w powie­trzu, a na nim wisiał wąż, nie jako zdo­bycz, ale przy­ja­ciel; niczym pier­ścień bowiem oka­lał jego szyję.

— Oto moje zwie­rzę­ta! — rzekł Zara­tu­stra i ura­do­wał się z całe­go ser­ca. — Naj­dum­niej­sze zwie­rzę pod słoń­cem i naj­mą­drzej­sze zwie­rzę pod słoń­cem wybra­ły się na zwiady.

Pra­gną dowie­dzieć się, czy Zara­tu­stra jesz­cze żyje. Zapraw­dę, czy żyję jeszcze?

Mniej bez­piecz­nie czu­łem się wśród ludzi, niż pośród zwie­rząt, nie­bez­piecz­ny­mi dro­ga­mi cha­dza Zara­tu­stra. Nie­chaj wio­dą mnie moje zwierzęta! —

Wyrze­kł­szy to, wspo­mniał Zara­tu­stra na sło­wa świą­to­bli­we­go z lasu, wes­tchnął i tak rzekł do swo­je­go serca:

— Obym był mądrzej­szy! Obym był z grun­tu mądry jak mój wąż!

Ale pro­szę o rzecz nie­moż­li­wą: pro­szę prze­to moją dumę, aby zawsze szła w parze w moją mądrością!

A jeśli kie­dy opu­ści mnie moja mądrość — ach, ona lubi ula­ty­wać — niech moja duma przy­naj­mniej pola­tu­je z moją głupotą! —

Tak roz­po­czę­ło się zej­ście Zaratustry.


Pobierz tekst w PDF.


Najnowszy numer można nabyć od 5 maja w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. tutaj.

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2021 można zamówić > tutaj.

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

8 komentarzy

Kliknij, aby skomentować

  • Suge­ro­wał­bym sza­now­nej Redak­cji zamknię­cie sek­cji komen­ta­rzy, tak jak wyglą­da to w wie­lu wyso­kiej jako­ści maga­zy­nach — zwy­czaj­nie takiej sek­cji brak. Pro­szę spoj­rzeć na to pod spodem… Aż przy­kro się robi.

    • Po prze­czy­ta­niu nie­któ­rych komen­ta­rzy chcia­łem w pierw­szym odru­chu bez­wa­run­ko­wo poprzeć Two­ją pro­po­zy­cję, ale szyb­ko zda­łem sobie spra­wę, że to nie jest naj­lep­szy pomysł. Być może moż­na było­by umoż­li­wić komen­to­wa­nie tyl­ko dla zare­je­stro­wa­nych i zwe­ry­fi­ko­wa­nych czy­tel­ni­ków? Cho­ciaż nie jestem prze­ko­na­ny, że odwio­dło­by to prze­ko­na­nych o swo­im geniu­szu “tuzów inte­lek­tu” od tego typu aktywności.

    • Ma Pan rację. Cza­sem robi się przy­kro. Ale z powo­du kil­ku komen­ta­rzy odbie­rać wszyst­kim moż­li­wość dys­ku­sji? Nie jeste­śmy prze­ko­na­ni do tego.

  • FN?! Czyż­by współ­cze­sna filo­zo­fia tak się zde­gra­do­wa­ła i zde­ge­ne­ro­wa­ła w sku­tek uma­so­wie­nia?! W takim razie trze­ba znieść stu­dia filo­zo­ficz­ne — w miej­sce tego restu­dia… tj. od nowa, od począt­ku na solid­nych fun­da­men­tach i koniecz­nie ku rzeczom/kwestiom nowym, odkryw­czym, witalnym!
    Niech /tak/ się stanie!

  • To nie „Bóg” umarł, lecz jego jakiś uro­jo­ny i wyima­gi­no­wa­ny „bóg” ZE SZPITALA PSYCHIATRYCZNEGO, w jakim sam się prze­cież zna­lazł jedząc swe odcho­dy! Moż­na to sprawdzić.
    Korek­ta tzw. filo­zo­fii FN a wła­ści­wie jego sio­stry — oszust­ki takiej samej jak on sam oraz ich tłu­ma­czy par­ta­czy; po co to dru­ko­wać?! Te baj­ki i bania­lu­ki, a póź­niej tzw. umy­sły ści­słe śmie­ją się z tzw. huma­ni­stów i ich bajdurzeń…
    FN to dureń a wła­ści­wie Dureń i pseu­do­fi­lo­zof lewi­cy, racjo­na­li­stów, ate­istów, demo­kra­tów, socy­ali­stów a tak­że resz­ty fana­tycz­nych posto­świe­ce­nio­wych bez­mó­zgow­ców z rewo­lu­cyj­ną i wojen­ną krwią na rękach…
    I żad­nej tolerancji!
    0000000000OOOOOOODDDDDD

55 podróży filozoficznych okładka

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy