Artykuł Epistemologia Etyka

Artur Szutta: Spór o emocje moralne

Trudno sobie wyobrazić nasze moralne doświadczenie, a nawet wydawanie sądów moralnych, bez wpływu emocji moralnych. Pytanie brzmi jednak, czy wpływ ten polega na zakłócaniu poznania moralnego, czy też może na pomocy w odkrywaniu realnych wartości, dobra i zła moralnego?

Najnowszy numer: Nowy człowiek?

Zapisz się do newslettera:

---

Filozofuj z nami w social media

Numery drukowane można zamówić online > tutaj. Prenumeratę na rok 2017 można zamówić > tutaj.

Magazyn można też nabyć od 23 listopada w salonikach prasowych wielu sieci. Szczegóły zob. > tutaj.

Aby dobrowolnie WESPRZEĆ naszą inicjatywę dowolną kwotą, kliknij „TUTAJ”.

Tekst ukazał się w „Filo­zo­fuj” 2017 nr 4 (16), s. 20–22. W pełnej wer­sji graficznej jest dostęp­ny w pliku  PDF.


Trzy przykłady

Zaczni­jmy od prezen­tacji kilku sytu­acji o moral­nym znacze­niu. Sytu­ac­ja pier­wsza. Wrodzy żołnierze wpada­ją do wios­ki, którą w poś­piechu opuś­cili jej mieszkań­cy, zostaw­ia­jąc za sobą niemowlę. Odkry­wszy je, żołnierze for­mu­ją krąg i dla rozry­w­ki rzu­ca­ją dzieck­iem jak piłką. Dziecko płacze; płacze tak głośno, że w końcu jeden z żołnierzy, poiry­towany, zami­ast zła­pać rzu­cone do niego dziecko, nadziewa je na bag­net. Sytu­ac­ja dru­ga. Tro­je stu­den­tów jedzie tak­sówką (dwóch chłopaków, jed­na dziew­czy­na). W pewnym momen­cie jeden z chłopców prosi tak­sówkarza o zatrzy­manie samo­chodu. Płaci za siebie, po czym wyb­ie­ga z tak­sów­ki. Jego zna­jo­mi oglą­da­ją się za nim i widzą, jak pod­b­ie­ga do pewnej starszej kobi­ety, ofer­u­jąc pomoc w niesie­niu ciężkiej tor­by z zaku­pa­mi. Sytu­ac­ja trze­cia. Bit­wa pod Minas Tirith w ­fil­mowej adap­tacji powieś­ci J.R.R. Tolkiena, Wład­ca pierś­cieni (być może ją pamięta­cie; jeśli nie, pro­ponu­ję obe­jrzeć ją przed dal­szą lek­turą artykułu: tiny.pl/g1cj4) – moment, w którym Jeźdź­cy Rohanu, świado­mi, że czeka ich pew­na śmierć, nacier­a­ją na prze­waża­jące liczeb­nie siły Saurona.

W każdym z tych przy­pad­ków, gdy­byśmy byli naoczny­mi ich świad­ka­mi, naszej oce­nie moral­nej towarzyszyły­by zapewne emoc­je: odraza, oburze­nie, smutek, podziw, nadzie­ja, radość itd. To one właśnie wyda­ją się wpły­wać na to, jak ocen­imy moralne zachowanie i postawy osób uczest­niczą­cych w tych sytu­ac­jach. Pytanie, jakie chcę tutaj postaw­ić, brz­mi: czy obec­ność tych emocji poma­ga nam dojrzeć dobro lub zło moralne, czy też raczej ma efekt zakłó­ca­ją­cy nasze poz­nanie moralne?

Krytycy

Niek­tórzy autorzy (np. Peter Singer) uważa­ją, że nasze emocjon­alne oce­ny nie mają charak­teru ściśle moral­nego. Bliżej im do ocen este­ty­cznych, kieru­je­my się w nich bowiem fas­cy­nacją, podzi­wem lub obrzy­dze­niem, szczegól­nie tym ostat­nim, a nie uch­wyce­niem specy­ficznie moral­nych cech sytu­acji. Zda­ją się to potwierdzać pewne ekspery­men­ty psy­cho­log­iczne. Np. czy­ta­jąc his­to­ryjkę o rodzinie, która zjadła na obi­ad włas­nego psa, prze­jechanego wcześniej przez samochód, badani oce­ni­a­ją takie zachowanie jako moral­nie złe, pod­czas gdy według autorów ekspery­men­tu nie ma w tym nic moral­nie złego.

Zdaniem innych autorów (np. Wal­tera Sin­not­ta-Arm­stron­ga) liczne ekspery­men­ty pokazu­ją, że emoc­je nie tylko nie poma­ga­ją nam odkry­wać dobra i zła moral­nego, ale wręcz zakłó­ca­ją ich poz­nanie. Oto jeden z takich ekspery­men­tów. Za pomocą hip­nozy sug­erowano badanym, by czy­ta­jąc słowo „zawsze”, poczuli silne uczu­cie gniewu. Następ­nie badani czy­tali his­to­ryj­ki, które nie zaw­ier­ały żad­nych moral­nie znaczą­cych opisów, nato­mi­ast zaw­ier­ały takie zda­nia jak: „Jan jest prze­wod­niczą­cym sto­warzyszenia stu­den­tów, który zawsze zaprasza na spotka­nia ciekawe oso­by”. Pod­czas gdy gru­pa kon­trol­na (czyli gru­pa badanych niepod­danych hip­no­ty­cznej sug­estii) nie dostrze­gała w tej his­torii niczego wartego moral­nej oce­ny, badani pod­dani takiej sug­estii oce­niali Jana jako osobę moral­nie złą.

Ewolucyjne zapóźnienie

Być może, twierdzą kry­ty­cy, tysiące lat temu nasze emoc­je jako efekt ewolucyjnego dopa­sowa­nia dość skutecznie poma­gały nam przetr­wać jako gatunkowi, moty­wowały nas do właś­ci­wych z punk­tu widzenia przetr­wa­nia grup dzi­ałań. Dziś jed­nak, w dobie gwał­townego roz­wo­ju społecznego, kul­tur­owego, a nade wszys­tko tech­no­log­icznego, te emocjon­alne strate­gie przetr­wa­nia nie zasługu­ją na wiary­god­ność. Z pomocą takim tezom znowu przy­chodzą ekspery­men­ty. W jed­nym z nich, tzw. ekspery­men­cie z wag­o­nikiem (właś­ci­wie to ist­nieje już wiele jego wer­sji), pokazano, że badani dokonu­ją diame­tral­nie odmi­en­nych ocen moral­nych sytu­acji, które – przy­na­jm­niej zdaniem niek­tórych filo­zofów (jak np. Joshuy Greene’a i Petera Singera) – zasługu­ją na taką samą
ocenę.

W tym przy­pad­ku his­to­ria prze­b­ie­gała mniej więcej tak: po torach w kopal­ni jedzie rozpęd­zony wag­o­nik. Za chwilę uderzy w grupę pię­ciu osób. Jeśli jed­nak przechylimy pewną wajchę, to wag­o­nik skrę­ci na boczny tor, gdzie zabi­je tylko jed­ną osobę. Więk­szość badanych była skłon­na uznać, że zmi­ana kierunku na boczny tor jest moral­nie powin­na (lub przy­na­jm­niej dopuszczal­na). Nato­mi­ast inne odpowiedzi padały w wer­sji, gdzie również zami­ast pię­ciu osób ginie tylko jed­na, z tą jed­nak różnicą, że tym razem należy ją włas­noręcznie zepch­nąć z most­ka nad tora­mi, aby swoim ciałem zatrzy­mała wag­o­nik. Więk­szość osób oce­ni­ała, że takie dzi­ałanie było­by niemoralne. Kry­ty­cy wiary­god­noś­ci emocji wyjaś­ni­a­ją tę różnicę tym, że w drugim przy­pad­ku ratowanie pię­ciu zagrożonych wyma­ga bezpośred­niego kon­tak­tu (kon­takt ten ewoluc­ja przewidzi­ała i w imię przetr­wa­nia gatunku zniechę­ca nas emocjon­al­nie do powodowa­nia śmier­ci ludzi); w pier­wszym zaś przy­pad­ku takiego bezpośred­niego kon­tak­tu brak. A sko­ro go brak, to nasze emocjon­alne „czer­wone światełko” się nie zapala. Wniosek: nie ufa­jmy emocjom, ufa­jmy rozu­mowi.

Czy jed­nak postępu­jąc w ten sposób, wycią­ga­jąc taki wniosek, nie wyle­wamy dziec­ka z kąpielą?

Marysia naukowiec jako psychopata

Wróćmy na chwilę do przy­toc­zonych na początku artykułu przykładów i spróbu­jmy uważniej przyjrzeć się temu, co dzieje się w naszych umysłach pod­czas wydawa­nia sądu moral­nego. Czy nie jest tak, że okru­cieńst­wo żołnierzy i cier­pi­e­nie dziec­ka w pier­wszej sytu­acji, szla­chet­ność dzi­ała­nia stu­den­ta w drugiej czy wielkość moral­na poświęce­nia Jeźdźców Rohanu w trze­ciej ujaw­ni­a­ją się w naszej świado­moś­ci dopiero za pośred­nictwem emocji? Spróbu­jmy dla kon­trastu wyobraz­ić sobie, w jaki sposób sce­ny te postrze­gała­by oso­ba pozbaw­iona emocji. Zapewne była­by w stanie podać fizy­czny opis wymienionych scen, może także potrafiła­by (ale już nie tak dokład­nie) podać opis niek­tórych stanów psy­chicznych lub postaw. Czy jed­nak była­by w stanie dokon­ać oce­ny moral­nej tych dzi­ałań? Być może taka oce­na na poziomie czys­to intelek­tu­al­nego zrozu­mienia była­by możli­wa. Pytanie tylko, czy były­by to aut­en­ty­czne akty sądzenia moral­nego, czy też jedynie pewne ­pośred­nie ­rekon­struowanie tego, jak wypadała­by aut­en­ty­cz­na oce­na moral­na.

Praw­dopodob­nie oso­ba taka zna­j­dowała­by się w ana­log­icznej sytu­acji do Marysi naukow­ca z pewnego ekspery­men­tu myślowego z dziedziny filo­zofii umysłu. Marysia wie wszys­tko o kolorach, poza jed­nym: nie doświad­cza barw zmysłowo. Potrafi jed­nak, na pod­staw­ie dzi­ała­nia pewnych urządzeń oraz swo­jej wiedzy z zakre­su fizy­ki, bezbłęd­nie określać, jakiego koloru jest dany obiekt. Czy może­my jed­nak powiedzieć, że w pełni poz­nała naturę tej czy innej bar­wy, np. żół­toś­ci? Dopiero ujrza­wszy kolory kwiatów na łące na własne oczy, bohater­ka ekspery­men­tu stwierdz­iła, że ist­ni­ał pewien fakt doty­czą­cy barw, o którym nie miała poję­cia. Podob­nie jest w sytu­acji poz­nawa­nia dobra i zła. Dopó­ki nie doświad­czymy natu­ry zła za pośred­nictwem nasąc­zonego emocją przeży­cia, dopó­ty zło albo dobro moralne jest dla nas jedynie czymś abstrak­cyjnym i nie do koń­ca zrozu­mi­ałym. Może­my sądz­ić, że to oto dzi­ałanie jest moral­nie dobre lub złe, ale nie dzię­ki temu, że doświad­czyliśmy tego zła, a jedynie dzię­ki temu, że nauc­zono nas, że takie a takie dzi­ałanie jest moral­nie dobre lub złe.

Czy bez pośred­nict­wa emocji moglibyśmy w ogóle for­mułować jakiekol­wiek zasady moralne? Czy moglibyśmy bronić tezy, że zarówno w jed­nym, jak i drugim sce­nar­iuszu ekspery­men­tu z wag­o­nikiem należy ratować raczej pięć osób i poz­wolić umrzeć jed­nej, nie zaś na odwrót? Sąd taki opiera się na stwierdze­niu równej wartoś­ci życia każdej oso­by; wartość tę jesteśmy w stanie pojąć dzię­ki moral­nym emocjom. To, że bez emocji jesteśmy pozbaw­ieni zdol­noś­ci poz­na­nia i sza­cunku dla innych osób, zda­ją się pokazy­wać przy­pad­ki psy­chopatów, o których wspom­i­na w swo­jej słyn­nej książce Błąd Kartezjusza. Emoc­je, rozum i ludz­ki mózg Anto­nio Dama­sio. Psy­chopaci są kimś w rodza­ju emocjon­al­nej wer­sji Marysi naukow­ca. Są ślepi na moralne wartoś­ci, cho­ci­aż cza­sa­mi potrafią rozpraw­iać o tym, co moral­nie dobre lub złe. Ich język moral­ny jed­nak bardziej przy­pom­i­na cytowanie innych niż aut­en­ty­czne wypowiedzi oparte na włas­nych moral­nych doświad­czeni­ach.

Emocje pod kontrolą

Czy wobec tego powin­niśmy odrzu­cić wartość badań sugeru­ją­cych negaty­wny wpływ emocji na moralne poz­nanie? Oczy­wiś­cie nie. Bada­nia te pokazu­ją, że emoc­je bez wspar­cia kry­ty­cznej reflek­sji mogą nas zwodz­ić. Częs­to ich źródłem nie jest aut­en­ty­czne poz­nanie real­nego dobra lub zła, lecz nasz egoizm, stron­nic­zość, zawężona per­spek­ty­wa, którą cza­sa­mi zawęża­ją same emoc­je. Z tego nie wyni­ka jed­nak, że emoc­je nie odgry­wa­ją pozy­ty­wnej i istot­nej roli w poz­na­niu moral­nym, że nie są źródłem poz­na­nia moral­nego. Wyni­ka jedynie to, że musimy owo źródło trak­tować ostrożnie, pod­dawać je reflek­sji i osą­dowi naszego rozu­mu, a także ksz­tał­cić w sobie odpowied­nie cno­ty. Ale to już inna his­to­ria.


Artur Szut­ta – Filo­zof, pra­cown­ik Uni­w­er­syte­tu Gdańskiego, spec­jal­izu­je się w filo­zofii społecznej, etyce i metae­tyce. Jego pas­je to przyrządzanie smacznych potraw, nau­ka języków obcych (obec­nie węgier­skiego i chińskiego), chodze­nie po górach i gra w piłkę nożną.

Tekst jest dostęp­ny na licencji: Uznanie autorstwa-Na tych samych warunk­ach 3.0 Pol­s­ka.
W pełnej wer­sji graficznej jest dostęp­ny w pliku PDF.

 < Powrót do spisu treś­ci numeru

Ilus­trac­ja: Lubomi­ra Przy­byl­s­ka

Dołącz do Załogi F! Pomóż nam tworzyć jedyne w Polsce czasopismo popularyzujące filozofię. Na temat obszarów współpracy można przeczytać tutaj.

1 komentarz

Kliknij, aby skomentować

  • Psy­cholog społeczny Jonathan Haidt, jak przy­pom­ni­ała w tym numerze (str.35) Natasza Szut­ta, posiłku­je się metaforą wielkiego sło­nia, którego dosi­a­da mały, niepo­rad­ny jeździec. Ten słoń to nasze uczu­cia,
    a jeździec to nasz rozum. Słoń według Haid­ta (i wielu innych) łazi, gdzie chce, a jeździec uza­sad­nia
    ex post, że tam właśnie należało się udać. Jest a d w o k a t e m swo­jego sło­nia.
    Wszyscy dzie­limy się na tych, w których jest więcej adwoka­ta i takich, zapewne mniej licznych, u których domin­u­je postawa sędziego.
    Zarówno sędzia jak i adwokat uży­wa­ją rozu­mu, ale czynią to w różnych celach. Sędzia od początku pyta siebie: „Ale jak jest naprawdę?, czy na pewno się nie mylę?, czy ten sąd jest spraw­iedli­wy?”. Oczy­wiś­cie musi odwoły­wać się do włas­nych emocji, tych najbardziej pod­sta­wowych, które niek­tórzy nazy­wa­ją głębokim przeświad­cze­niem o słusznoś­ci (nie o prawdzi­woś­ci!) pewnych postaw. Bez tego przeświad­czenia nie był­by możli­wy żaden moral­ny sąd. Równocześnie sędzia, jak wszyscy, podle­ga roz­maitym emocjom związanym z wpły­wem środowiska, włas­ny­mi uprzedzeni­a­mi itd., itp., ale stara się być tego świadomym i częs­to w myśle­niu sto­su­je ujemne sprzęże­nie zwrotne w postaci pyta­nia „czy na pewno się nie mylę?”.
    Człowiek, w którym jest więcej adwoka­ta, myśli głównie o tym, jak udowod­nić innym to, o czym jest
    z góry przeko­nany. Stara się nie dop­uś­cić do siebie wąt­pli­woś­ci. Jonathan Haidt w książce „Prawy umysł” pow­tarza za T. Gilovichem: „Kiedy c h c e m y w coś wierzyć, zada­je­my sobie pytanie „czy m o g ę w to uwierzyć?”, kiedy nato­mi­ast n i e c h c e m y w coś wierzyć, zada­je­my sobie pytanie „czy m u s z ę w to uwierzyć?””.
    Wszyscy mamy tego typu pokusy, ale przede wszys­tkim jest to kon­ter­fekt człowieka o domin­u­jącej postaw­ie adwoka­ta włas­nych uprzedzeń, osób, które kocha, ojczyzny i rodziny, których szla­chet­nie chce bronić, ide­ologii, w które wierzy, środowiska, w którym tkwi, ukochanej drużyny sportowej itd.
    A moty­wy uprzedzeń bywa­ją najróżniejsze: znałem człowieka, który nie cier­pi­ał Napoleona tylko dlat­ego, że zach­wycał się nim sąsi­ad, którego on serdecznie nie lubił.
    Cza­sem „adwokat” przyz­na­je się wprost do swo­jej postawy pyta­jąc „kogo ty bro­nisz?”, „po czy­jej stron­ie jesteś?” zami­ast zadać jedyne sen­sowne pytanie „jak to jest naprawdę?”.

Wesprzyj „Filozofuj!” finansowo

Jeśli chcesz wesprzeć tę inicjatywę dowolną kwotą (1 zł, 2 zł lub inną), przejdź do zakładki „WSPARCIE” na naszej stronie, klikając poniższy link. Klik: Chcę wesprzeć „Filozofuj!”

Polecamy